23 kwietnia 2013

Wywiad z Mariuszem Dudą (Riverside)

Wywiad z Mariuszem Dudą - wokalistą, basistą, autorem tekstów, głównym kompozytorem i liderem grupy Riverside - miałem przeprowadzić już na początku tego roku, tuż po ukazaniu się albumu "Shrine of New Generation Slaves". Początkowo w formie mailowej, która nie jest wg mnie zbyt ciekawa - wywiad powinien być rozmową, a nie zwykłą sondą. Najwidoczniej tak samo uważa Duda, który na wysłane pytania dotąd nie odpowiedział... Kilka dni temu dostałem jednak propozycję przeprowadzenia tego wywiadu w cztery oczy, przed występem Riverside w Gdańsku. Zgodziłem się bez wahania, chociaż nigdy wcześniej nie przeprowadzałem żadnego poważnego wywiadu. Miałem też obawy, czy Mariusz Duda będzie trudnym rozmówcą - można było tego oczekiwać po człowieku, który stoi na czele jednego z najważniejszych współczesnych zespołów progresywnych, nie tylko w Polsce, ale całej Europie. Okazał się jednak bardzo sympatycznym gościem, a rozmowa przebiegła bez większych przeszkód (pomijając konieczność zmiany miejsca z powodu hałasu).

Mariusz Duda podczas koncertu w Gdańsku (fot. http://riversideband.pl)

W marcu graliście w Europie, teraz kończycie trasę po Polsce, a 30 kwietnia rozpoczynacie koncerty w Stanach. Czy za granicą wasze koncerty spotykają się z takim samym przyjęciem, jak w kraju?

Z reguły jest tak, że nie ma dużej różnicy między Polską a zagranicą, ludzie reagują bardzo podobnie. Mamy taką grupę docelową, która sprawdza się chyba w każdym kraju. W Polsce jest trochę więcej ludzi młodszych, natomiast w innych krajach trochę więcej starszych, chociaż jakby tak przejrzeć wszystkie statystyki, to podejrzewam, że tak jak powiedziałem na początku, wszędzie będzie bardzo podobnie. Różnice polegają głównie na spontanicznych reakcjach. Jeżeli jesteśmy w krajach typu Hiszpania, Portugalia,  tam gdzie mają ciepło i cały czas dobre humory, wtedy oczywiście żywiołowo reagują, klaszczą i śpiewają. Natomiast tam, gdzie jest raczej mrocznie i smutno, to troszkę mniej. Aczkolwiek w Londynie też mamy bardzo dobre przyjęcie. Generalnie, kończąc moją przydługą wypowiedź, w każdym mieście i kraju publiczność reaguje bardzo podobnie.


Album "Shrine of New Generation Slaves" osiągnął w Polsce 2. pozycję na liście sprzedaży, wysoko notowany był także na listach w Niemczech, Belgii, a nawet Finlandii. Czy to efekt wypracowanej przez lata pozycji na rynku, czy może lekkiej zmiany stylu? Akronimem tytułu nowej płyty jest wyraz "songs", czyli "piosenki".

Myślę, że jedno i drugie jest z tym w jakiś sposób związane, ale chyba jednak przede wszystkim z konsekwencją, jaką sobie obraliśmy jakiś czas temu. Zawsze staramy się z płyty na płytę zaskakiwać, grać coś innego, ale też jednocześnie pamiętać o naszym charakterystycznym stylu, więc myślę, że to się też przekłada na to. I oczywiście nowa płyta, jak wskazuje jej tytuł i akronim, może jest trochę bardziej przystępna dla niektórych osób. Na pewno bardziej przystępna niż poprzedni album ["Anno Domini High Definition" z 2009 roku - przyp. autora].


Skąd ta zmiana? 

Chcieliśmy nagrać coś nowego, nie chcieliśmy nagrywać drugiego krążka typu "ADHD", chcieliśmy próbować nowego stylu... Może niekoniecznie stylu, ale nowego wyzwania, w postaci skoncentrowania się bardziej na aranżacji, nie tylko na samej kompozycji. Poza tym zawsze bardzo lubiłem melodie i teraz chciałem, żeby było ich bardzo dużo.


Na albumie pojawiła się inspiracja rockiem z lat 70. Główny riff "Celebrity Touch" i hammondowa solówka "Escalator Shrine" kojarzą się z Deep Purple, w tym drugim utworze jest też fragment w stylu Black Sabbath...

To jest tak, że chciałem, aby była to nastrojowa muzyka, żeby było dużo melodii, ale też żeby pojawił się jakiś nowy element, którego nie było na poprzednich płytach. I tutaj padło na hard rock. Trochę ten hard rock przewinął się na naszej poprzedniej płycie, pod koniec utworu "Left Out". Pomyślałem, że byłoby całkiem interesujące, gdybyśmy zrezygnowali z metalu i zastąpili go hard rockiem. Może nie takim czystym, ale jakimiś elementami. Skojarzenia z Deep Purple czy Led Zeppelin są jak najbardziej trafne, bo Michał [Łapaj  - przyp. autora] używa Hammonda i tych wszystkich starych brzmień, co też z tym się kojarzy.


W jaki sposób tworzycie swoje utwory? Są one wynikiem zespołowych improwizacji, czy może ktoś przynosi gotowy pomysł nad którym potem wspólnie pracujecie?

Jestem głównym kompozytorem w tym zespole i wiele utworów wymyślam od początku do końca. Wiele kawałków wymyślam też na poczekaniu, przy chłopakach, razem z nimi, więc de facto tworzymy je razem, tylko ja jestem kimś w rodzaju reżysera, scenarzysty i montażysty tego wszystkiego. Oczywiście bardzo przykładam uwagę do tego, by każda kompozycja podobała się każdemu z członków zespołu, bo to sprawia, że te utwory nabierają wartości zespołowej. A myślę, że Riverside nie osiągnąłby takiego sukcesu, gdyby nie był kojarzony głównie z zespołem.


Tytuły trzech pierwszych płyt, tworzących trylogię, składały się z trzech słów, tytuł czwartej z czterech, a piątej z pięciu. Czy ciężko było wymyślić taki tytuł, który ponadto musiał być powiązany z treścią utworów?

Nie, nie, absolutnie. Te zabawy w akronimy miałem już jakiś czas temu wymyślone i to była po prostu konsekwencja tego. Przy szóstej płycie również wszystko będzie związane z cyfrą sześć, też już mam na nią jakiś pomysł. Przeważnie wszystko zaczyna się od tytułu, dopiero potem powstają teksty. Gdyby jednak było odwrotnie, wówczas miałbym prawdopodobnie ciężki orzech do zgryzienia. A tak było to dosyć łatwe. 


Tytuł nowego albumu można przetłumaczyć jako "Świątynia niewolników nowej generacji". Możesz wytłumaczyć co się kryje za tym słowami, a także czego dotyczą teksty utworów?

Generalnie zależało mi, żeby na tej płycie przedstawić kilka form współczesnego zniewolenia. Tych sytuacji, kiedy osoba czuje się jak niewolnik, nie może przejąć kontroli nad swoim życiem. Wszystko zaczęło się od mojej wyprawy taksówką i słuchania narzekania pana taksówkarza. Wtedy powstał tekst do "New Generation Slave", który przedstawia taką kwintesencję frustracji, zwłaszcza w naszym kraju. I to był punkt wyjścia, żeby stworzyć taki koncept, album z piosenkami, z których każda będzie się odnosiła do jakieś formy zniewolenia. Więc oprócz frustracji, mamy potrzebę bycia ważnym, przyzwyczajenie w związku, tęsknotę za przeszłością, współczesne świątynie, gdzie ludzie porzucają swoje tożsamości, zmieniają je jak rękawiczki i są od tego uzależnieni. Tego typu sytuacje, po prostu historie, które obserwowałem w ostatnich latach i chciałem zrobić temu wszystkiemu zdjęcia w postaci tekstów.


Album jest spójny nie tylko pod względem tekstowym, ale również muzycznym. Finałowa "Coda" opiera się na tej samej melodii, co "Feel Like Falling"...

Już przy poprzednich płytach były takie sytuacje, kiedy jakieś fragmenty, motywy pojawiające się w jednym utworze, pojawiają się potem w kolejnym utworze. W innej formie, grane wolniej, lżej, itd. Nie wiem czy wiele osób zdaje sobie sprawę, że utwór "Back to the River" [z trzeciego w dyskografii albumu, "Rapid Eye Movement", 2007 - przyp. autora] nawiązuje do "The Same River" [z debiutanckiego "Out of Myself", 2003 - przyp. autora], gdyż jest tam ten sam motyw grany na gitarze, tylko znacznie wolniej. W utworze "Hyperactive" pojawia się motyw grany na klawiszach, który pojawia się potem pod koniec "Egoist Hegonist". Również w "Hybrid Times" jest powtórzony fragment z "Hyperactive" [wszystkie trzy utwory pochodzą z "Anno Domini High Definition" - przyp. autora]. I tym razem zależało mi, żeby zrobić utwór, który będzie nawiązywał do utworu "Feel Like Falling". Czyli będzie to ta sama melodia, tylko w innej aranżacji. Tego typu zabiegi sprawiają, że płyta staje się bardziej spójna, tworzy jedną historię, nie są to piosenki wyrwane z kontekstu. Chciałem to niejako zamknąć w klamrę i ponieważ "Feel Like Falling" opowiada o przekładaniu życia zawodowego nad życie rodzinne, "Coda" przedstawia tą sytuację w negatywie, na odwrót. Czyli pojawia się takie światełko w tunelu na koniec płyty. Dzięki temu nie kończy się ona pesymistycznie, tylko ma raczej pozytywny wydźwięk. Może nie optymistyczny, ale dający nadzieję na przyszłość. Tego typu zabiegi bardzo sobie cenię i lubię, i dlatego taki utwór znalazł się na tej płycie.


Nowy album, podobnie jak poprzedni, jest dość krótki i mógłby zmieścić się na pojedynczym winylu. Dlaczego postanowiliście nagrywać krótsze płyty?

Nowy album trwa ponad 50 minut, więc nie jest aż taki krótki, zwłaszcza, że zauważyłem tendencje nagrywania płyt trwających pół godziny. Poza tym z dodatkowymi utworami mamy już godzinę i 10 minut, więc w sumie nie jest tak źle. Poprzednio nagraliśmy krótki album, który trwał 44 minuty i 44 sekundy, i który się zmieścił na pojedynczym winylu, natomiast wydaje mi się, że nowy album jest już raczej dłuższy [zdarzają się płyty winylowe trwające nawet ponad godzinę - przyp. autora]. Natomiast to jest ten limit czasowy, który wystarcza na przesłuchanie płyty od początku do końca z przyjemnością. Nagrywanie zbyt długich albumów wiąże się z tym, że trzeba ich słuchać na raty, wymagają większego zaangażowania. Nie znaczy to oczywiście, że już nigdy nie nagramy dłuższego albumu, ale na razie chcieliśmy nagrać płytę o przyzwoitej długości, ani za krótką, ani za długą. Taką w sam raz.


Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.