6 kwietnia 2013

[Recenzja] Volbeat - "Outlaw Gentlemen & Shady Ladies" (2013)



Jeszcze w 2011 roku zespół rozstał się z gitarzystą Thomasem Bredahlem. Chociaż podczas występów na żywo jego miejsce zajmował Hank Shermann, to do studia zespół wszedł bez niego, a do nagrania partii solowych zaproszono Roba Caggiano, gitarzystę Anthrax. Współpraca układała się tak dobrze, że Caggiano dołączył do składu Volbeat, rezygnując jednocześnie z dalszej gry w swoim poprzednim zespole (jak później tłumaczył, w Anthrax czuł się nieszczęśliwy, bo pozostali członkowie grupy są za mało kreatywni - w ciągu ostatniej dekady zespół nagrał tylko dwa nowe albumy). Czy jednak jego dołączenie do Duńczyków wpłynęło znacząco na zmianę ich stylu? Już pierwszy singiel, "Cape of Our Hero", uspokoił, że o to nie trzeba się obawiać. Jednak jego banalność (zwłaszcza w połączeniu z ckliwym teledyskiem) mogła budzić spore obawy o jakość nowego materiału. 

Na szczęście, jak zwykle, Volbeat zaproponował całkiem zróżnicowaną porcję piosenek. Swój piąty studyjny album rozpoczęli westernową introdukcją "Let's Shake Some Dust", by po chwili zaprezentować typowy dla siebie, bardzo melodyjny numer "Pearl Hart" - raczej w stylu "Guitar Gangsters..." i poprzednich albumów, niż cięższego "Beyond Hell / Above Heaven"). "The Nameless One" oparty jest na świetnym, mocnym riffie, ale zbyt przebojowa melodia, zwłaszcza w refrenie, psuje jego efekt. Jeszcze gorzej jest w "Dead But Rising" - utwór rozpoczyna się świetnym wstępem, w którym połączono sabbathowy mrok z thrashowym ciężarem (bardziej ze szkoły Slayera, niż Anthrax), ale wraz z wejściem partii wokalnej, nie przegryzającej się dobrze z muzyką, cały czar pryska. Utwór sprawia wrażenie nie do końca przemyślanego. 

Nadzieja wraca wraz z "Room 24" - równie mrocznym i ciężkim, ale bardziej rozbudowanym i nie pozostawiającym po sobie niedosytu. Tutaj sposób śpiewania Michaela Poulsena idealnie pasuje do muzyki, a trzeba dodać, że część tekstu śpiewa sam King Diamond z Mercyful Fate. Wyszedł jeden z najlepszych utworów w repertuarze grupy. A równie świetny jest umieszczony tuż po nim "The Hangman's Body Count" (będzie drugim singlem - trafny wybór). Genialny wstęp z akustykami i gitarą slide - motyw ten wróci w połowie utworu, ale w międzyczasie zespół proponuje energetyczne riffowanie i bardzo chwytliwą, tym razem w pozytywnym znaczeniu, partię wokalną.

Zachwyt pryska jednak znowu przy kilku kolejnych utworach. Banalne, proste pioseneczki ("My Body" z repertuaru indie rockowego Young the Giant, "Lola Montez", "The Sinner Is You") i jedna ewidentna wpadka (częściowo akustyczny "The Lonesome Rider", z pretensjonalnym, męsko-damskim duetem Poulsena i Sarah Blackwood z kolejnej indie rockowej grupy, Walk off the Earth). Na ich tle broni się nieco cięższy "Black Bart", a pod koniec albumu pojawiają się jeszcze dwa rewelacyjne utwory. W mocnym "Doc Holliday" ciężkie riffy genialnie uzupełnia brzmienie bandżo i gitary slide. Utwór wyróżnia się także świetną, ale nie banalną melodią - niby nic nowego u Volbeat, ale na tej płycie to niestety rzadkość. Dobre wrażenie robi też finałowy "Our Loved Ones" - po żartobliwym wstępie zmienia się w podniosły hymn, jakiego chyba nikt nie spodziewał się po tej grupie.

Cztery bardzo dobre utwory ("Room 24", "The Hangman's Body Count", "Doc Holliday", "Our Loved Ones"), kilka dobrych (np. "Pearl Hart"), sporo średniaków i niedopracowanych pomysłów, a także jedna straszna pomyłka - to zdecydowanie poniżej średniej Volbeat. Najsłabszy album w dyskografii? Być może, ale jednocześnie twórczość Duńczyków wciąż jest znacznie ciekawsza od większości pozostałych współczesnych grup.

Ocena: 6/10



Volbeat - "Outlaw Gentlemen & Shady Ladies" (2013)

1. Let's Shake Some Dust; 2. Pearl Hart; 3. The Nameless One; 4. Dead But Rising; 5. Cape of Our Hero; 6. Room 24; 7. The Hangman's Body Count; 8. My Body; 9. Lola Montez; 10. Black Bart; 11. The Lonesome Rider; 12. The Sinner Is You; 13. Doc Holliday; 14. Our Loved Ones

Skład: Michael Poulsen - wokal i gitara; Rob Caggiano - gitara; Anders Kjølholm - bass; Jon Larsen - perkusja
Gościnnie: King Diamond - wokal (6); Paul Lamb - harmonijka; Sarah Blackwood - wokal (11); Anders Pedersen - gitara slide; Jakob Øelund - wiolonczela; Rod Sinclair - bandżo
Producent: Jacob Hansen i Rob Caggiano


4 komentarze:

  1. OK, najgorszy ich album, ale akurat Lonesome Rider podnosi poziom, to jedna z najlepszych piosenek na płycie ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja się nie zgadzam z recenzentem. Uważam, że album jest owszem bardzo mocno zróżnicowany, ale dopracowany, są na nim naprawdę killerskie numery. Fakt, zdarzają się i średniaki, ale nie ma tragedii, nie brzmią jak odrzuty z sesji. Płytkę oceniłbym na 8, 8.5. Materiał jest bardzo eklektyczny, przez co trzeba do niego podejść kilka razy, żeby móc go docenić. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. To, że relatywnie najlżejszy nie oznacza, że najsłabszy. Jak dla mnie album jest rewelacyjny - czekałem na niego 3 lata i się nie zawiodłem, nawet te lżejsze kawałki ładnie wchodzą - szczególnie po kilku przesłuchaniach.
    Ps. Nawet Lonesame Rider i My Body bardzo mi się spodobały

    OdpowiedzUsuń
  4. Po 20-tym przesłuchaniu uważam, że Cape of our Hero jest genialny :-)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.