16 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Alice in Chains" (1995)



Muzyka zawarta na trzecim studyjnym albumie Alice in Chains jest równie odpychająca, co okładka. To najcięższe i najbrudniejsze wydawnictwo grupy. Tym samym, mniej tu zapamiętywalnych melodii, a ciekawe rozwiązania aranżacyjne zostały zastąpione przez toporne riffowanie ("Grind", "Sludge Factory", "Head Creeps", "Again", "God Am", "So Close", "Nothin' Song"). Równie mało interesujący pod względem melodycznym okazuje się oparty na brzmieniach akustycznych, piosenkowy "Heaven Beside You". A jeszcze spokojniejszy "Shame in You" jest po prostu rozlazły. W mrocznym "Frogs" wraca klimat znany poprzednich albumów, ale pod względem jakościowym nie ma porównania. Właściwie jedynymi wartymi uwagi utworami są transowe "Brush Away" i "Over Now". Zwłaszcza ten drugi, w którym pojawia się bardziej wyrazista melodia i świetne fragmenty instrumentalne. Co ciekawe, głównym wokalistą w tym utworze (a także w "Grind" i "Heaven Beside You") jest Jerry Cantrell - wielkiej różnicy jednak nie ma. Podsumowując, "Alice in Chains" to najsłabszy album zespołu, z dotychczas wydanych. Nadaje się wyłącznie dla największych wielbicieli grupy, którzy potrafią docenić nawet tak marne utwory jak te, które tu trafiły.

Ocena: 4/10



Alice in Chains - "Alice in Chains" (1995)

1. Grind; 2. Brush Away; 3. Sludge Factory; 4. Heaven Beside You; 5. Head Creeps; 6. Again; 7. Shame in You; 8. God Am; 9. So Close; 10. Nothin' Song; 11. Frogs; 12. Over Now

Skład: Layne Staley - wokal i gitara; Jerry Cantrell - gitara i wokal; Mike Inez - bass; Sean Kinney - perkusja
Producent: Toby Wright i Alice in Chains


5 komentarzy:

  1. Oj kolega grubo pojechał po tym albumie:) A ja go bardzo lubię. Właśnie za tę specyfikę. Momentami brzmi to jak chory, obłąkany koszmar schizofrenika. Jak gdyby naćpany Layne nieudolnie próbował wydostać się ze swojej głowy.
    W sumie fajnie, że album wywołuje różne emocje. Chyba nie ma nic gorszego niż nagranie płyty obojętnej dla słuchacza:) Czekam na reckę BGWTB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może jeszcze kiedyś się przekonam do tego albumu, czasem trzeba odpowiedniego nastroju, żeby docenić jakiś longplay ;)

      Recenzja "Black Gives Way to Blue" już czeka na opublikowanie, zapraszam w czwartek ;)

      Usuń
    2. Przeprasam, ze dziś tak smapuję, ale wiesz jak jest - sesja w toku, trzeba zrobić coś, żeby tylko nie przesadzić z nauką. Padło na czytanie Twoich recenzji. Oj, oberwie Ci się teraz ode mnie :D :D :D

      Ja najbardziej kocham Alicję za jej mrok, brud i obłęd. Dla mnie są najważniejszym elementem (najważniejszym, bo moim ulubionym - subiektywna ja) wielkiej czwórki z Seattle. A już ich self-titled album jest dla mnie kwintesencją grunge'u. Całość brzmi odpychająco i szaleńczo - bo był to początek powolnego i bardzo bolesnego upadku Layne'a. Podejrzewam, że Staley już wtedy doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że umiera. Jeśli wziąć pod uwagę całą otoczkę historyczną, to muzyka na tym albumie nabiera nowego, głębszego wymiaru. Kawałki takie, jak Sludge Factory, Frogs, Heven Beside You czy Nothin' Song to dla mnie majstersztyk. Na tej płycie nie było już miejsca dla nawet odrobiny optymizmu i dla country-ciągotek Cantrella (które mimo wszystko uwielbiam, bo jestem takim trochę mentalnym redneckiem).

      Cieszę się, że trafiłam na tę recenzję - przynamniej mogłam się naprodukować. ;-)

      Usuń
  2. Jeśli "Frogs" nie wzbudza tak silnych emocji ociekających zachwytem i niepokojem to nie wiem co je wywołuje.Syczący przez zęby słowa Layne doskonale wiedział co chce przekazać.Album nie jest toporny,muzycznie idealnie przemyślany,szczerość odczuć towarzyszących grupie z Seattle aż bije w uszy,tak wyśmienicie jak tylko się da. Na początku też nie byłam zachwycona,po kilku latach chyba nie dorosłam,lecz się przyzwyczaiłam.Do tej magii zespołu lat 90 który "chlubnie" nazywa się grungem i wpycha pod brudny dywan.Podczas gdy dostajemy różnorodne i niespotykane brzmienie,którego jak czas pokazuje nie da się lepiej lub gorzej podrobić. Album nie powstał z myślą o kolejnych hitach pokroju "Would",album to krzyczący duch Alicji,czasami spokojny,momentami ocierający o szał i narkotykową desperację.Oczywiście nie jestem obiektywna, w stosunku do Alice In Chains nigdy nie byłam i na tym chyba polega ich urok. Napomnę jeszcze o okładce,moim zdaniem idealnie przedstawia zawartą muzykę i nie mam namyśli "odpychającej" wizualizacji.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Frogs" to arcydzieło, jeden z najbardziej niepokojących kawałków w historii. Całość, a zwłaszcza część instrumentalna, ma po prostu nieziemski klimat.

    W sumie cały album niewiele odstaje od wcześniejszych dokonań, a nawet moim zdaniem jest nieco lepszy od "Jar of Flies". Może mniej tu przebojów czy zapamiętywalnych melodii, ale jego moc tkwi własnie w tej psychopatycznej, dołującej atmosferze, którą czuć prawie w każdym kawałku. Szkoda, że to ostatnie studyjne dzieło z Staleyem.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.