30 kwietnia 2013

[Recenzja] Testament - "Practice What You Preach" (1989)



To, co na tym albumie najlepsze, słychać już od pierwszych sekund. Brzmienie. "Practice What You Preach", w przeciwieństwie do poprzednich albumów grupy, nie brzmi jak jakaś garażowa produkcja, a solidnie wyprodukowany longplay. Wszystkie instrumenty (włącznie z gitarą basową) i wokal brzmią wyraziście i odpowiednio mocno do wykonywanego przez zespół stylu. Szkoda tylko, że w parze z lepszym brzmieniem nie idzie wyższa jakość kompozycji. Pod tym względem jest akurat nieco słabiej, niż na debiutanckim "The Legacy", a zwłaszcza "The New Order". Ponad średnią wybijają się właściwie tylko trzy utwory: chwytliwy "Practice What You Preach", najcięższy w zestawie "Sins of Omission", oraz najszybszy "Nightmare (Coming Back to You)".

Pozostałe utwory są najwyżej poprawne ("Perilous Nation", "Envy Life", "Greenhouse Effect"), choć zdarzają się też zwykłe wypełniacze ("Time Is Coming", "Blessed in Contempt", instrumentalny "Confusion Fusion"). Ponadto na albumie znalazł się jeden utwór całkowicie odstający od poprzednich, pierwsza ballada w historii zespołu, zatytułowana w najmniej oryginalny sposób - "The Ballad". Brzmienia akustyczne, ładna melodia, bluesowe solówki i cięższy fragment w środku - za pomocą tych środków Testament stworzył swój pierwszy przebój, który podbił antenę MTV. Inna sprawa, że zespół na późniejsze albumy stworzył znacznie lepsze utwory w takim stylu. Ale jak na pierwszy utwór tego typu, "The Ballad" broni się całkiem nieźle.

Ocena: 6/10



Testament - "Practice What You Preach" (1989)

1. Practice What You Preach; 2. Perilous Nation; 3. Envy Life; 4. Time Is Coming; 5. Blessed in Contempt; 6. Greenhouse Effect; 7. Sins of Omission; 8. The Ballad; 9. Nightmare (Coming Back to You); 10. Confusion Fusion

Skład: Chuck Billy - wokal; Alex Skolnick - gitara; Eric Peterson - gitara; Greg Christian - bass; Louie Clemente - perkusja
Producent: Alex Perialas


28 kwietnia 2013

[Recenzja] Tony Iommi & Glenn Hughes - "Fused" (2005)



Album "Fused" jest zaliczany do solowej dyskografii Tony'ego Iommi, ale na okładce widnieje także nazwisko Glenna Hughesa, który pełni tu rolę nie tylko wokalisty i basisty, ale także współautora wszystkich kompozycji. To już ich trzecie wspólne wydawnictwo (po "Seventh Star" z 1986 roku i "The 1996 DEP Sessions", zarejestrowanym w 1995, ale wydanym w 2004). Pod względem brzmienia bliżej jest jednak albumu "Iommi", niż tamtych wydawnictw. Jest więc ciężko i nowocześnie (na szczęście już bez elektroniki), ze sporą dawką chwytliwych melodii ("Dopamine", "Wasted Agian"). Czasem jest łagodniej i bardziej komercyjnie ("Deep Inside a Shell"). W kilku utworach pojawiają się charakterystyczne, sabbathowe riffy ("Wasted Again", "Resolution Song", "Grace", "The Spell"), ale nie przywołują one mrocznego klimatu tej grupy. 

Całość jest oczywiście o wiele bardziej spójna od albumu "Iommi" - w końcu wszystkie utwory zostały zarejestrowane w tym samym składzie. Z drugiej strony, jest przez to zbyt monotonnie. Tym bardziej, że większość kawałków jest utrzymana w średnim tempie - muzycy przyśpieszają jedynie w "What You're Living For". Na tle pozostałych utworów wyróżnia się jeszcze 9-minutowy, progresywnie rozbudowany "I Go Insane". Ogólnie nie jest to zła płyta, ale momentami nużąca i niestety nie zawierająca utworów wybijających się ponad średnią. Raczej ciekawostka dla wielbicieli grających tu muzyków, niż album mogący zainteresować nowych słuchaczy.

Ocena: 6/10



Tony Iommi & Glenn Hughes - "Fused" (2005)

1. Dopamine; 2. Wasted Again; 3. Saviour of the Real; 4. Resolution Song; 5. Grace; 6. Deep Inside a Shell; 7. What You're Living For; 8. Face Your Fear; 9. The Spell; 10. I Go Insane

Skład: Tony Iommi - gitara; Glenn Hughes - wokal i bass; Bob Marlette - instr. klawiszowe i bass; Kenny Aronoff - perkusja
Producent: Tony Iommi i Bob Marlette


[Recenzja] Tony Iommi - "Iommi" (2000)



Coraz bliżej do premiery nowego albumu Black Sabbath - w prawie oryginalnym składzie, bez perkusisty Billa Warda. W międzyczasie warto przyjrzeć się solowym dokonaniom członków zespołu. Największą karierę zrobił oczywiście Ozzy Osbourne, ale większość jego płyt już omówiłem. Z instrumentalistów najciekawiej prezentuje się solowa działalność gitarzysty Tony'ego Iommi. W jego przypadku sprawdziło się powiedzenie do trzech razy sztuka. Pierwszy solowy album, "Seventh Star", nagrał w 1985 roku, ale wydawca postanowił opublikować ją pod szyldem Black Sabbath. Równo dekadę później gitarzysta zarejestrował kilka utworów z wokalistą i basistą Glennem Hughesem (z którym współpracował już na "Seventh Star"), jednak zostały one opublikowane dopiero w 2004 roku, na albumie "The 1996 DEP Sessions".

Mniej więcej w tym samym czasie, Iommi nawiązał współpracę z producentem Bobem Marlettem, który przedstawił gitarzyście pomysł nagrania wspólnej płyty z Robem Halfordem z Judas Priest (Marlette występował z nim w zespole 2wo; zaś Halford w 1992 roku wsparł Black Sabbath podczas dwóch występów). Muzykom nie udało się jednak dogadać i projekt upadł. Niedługo narodził się jednak nowy - Iommi postanowił wydać płytę, na której każdy utwór będzie nagrany z innymi muzykami - głównie z młodszego pokolenia, takimi, którzy sami zgłaszali się do Tony'ego, żeby wystąpił na ich płytach. Prace nad albumem trwały długo, ponad cztery lata. Wydany został dopiero w 2000 roku, pod tytułem "Iommi". Warto wspomnieć, ze autorem każdego utworu są Iommi, Marlette, oraz wokalista który w nim śpiewa (z wyjątkiem "Black Oblivion", który powstał bez udziału producenta).

Fanów Black Sabbath najbardziej powinien zainteresować utwór "Who's Fooling Who", w którym wystąpili Ozzy Osbourne i Bill Ward - zabrakło więc tylko Geezera Butlera, ale grający tutaj na basie Laurence Cottle również przewinął się przez skład słynnej grupy. Co jednak najważniejsze, utwór przywołuje klimat klasycznych kompozycji zespołu - nawet bardziej niż dwie kompozycje, które zespół zarejestrował w 1998 roku, na album "Reunion" (także z Marlettem jako producentem). Pozostałe utwory z albumu "Iommi" mogą jednak wywoływać mieszane emocje u wielbicieli Czarnego Sabatu. W otwierający całość "Laughing Man (In The Devil Mask)" Tony gra zupełnie nie w swoim stylu, zaś skandowanie Henry'ego Rollinsa (z punkowego Black Flag) też ma się nijak do dawnej twórczości gitarzysty. Dalej jest jeszcze dziwniej, w kilku utworach pojawiają się nawet elektroniczne wstawki ("Goodbye Lament", "Patterns", "Flame On", "Just Say No to Love").

Największym niewypałem jest utwór "Meat". Iommi gra tutaj prawdziwie sabbathowe riffy, ale zupełnie nie pasują one do okropnego śpiewu wokalistki Skunk Anaise, Deborah "Skin" Dyer. Zaskakująco słaby okazuje się także "Time is Mine", brzmiący jak jakiś odrzut grupy Down, której wokalista, Phil Anselmo (znany przede wszystkim z Pantery), tutaj się udziela. Poziom wzrasta dopiero przy najdłuższym na płycie "Black Oblivion". Wokalnie też nie jest najlepiej (śpiewa Billy Corgan z The Smashing Pumpkins), ale w końcu pojawia się bardziej energetyczny riff i długie fragmenty instrumentalne. Jeszcze lepszy okazuje się "Flame On", z doorsowym śpiewem Iana Astbury (The Cult), chwytliwym refrenem i świetną solówką Briana Maya (Queen). Drażni tylko industrialny fragment w środku utworu. Broni się jeszcze utrzymany w podobnym klimacie "Into the Night", w którym zaśpiewał Billy Idol.

"Iommi" - podobnie jak inne albumy nagrywane w różnych składach, z różnymi wokalistami - jest płytą bardzo niespójną i nie wiadomo właściwie do kogo adresowaną. Fanów Black Sabbath mogą odrzucić elektroniczne ozdobniki i niektóre partie wokalne. Natomiast wielbicielom udzielających się tutaj wokalistów niekoniecznie musi przypaść do gusty styl gry i charakterystyczne brzmienie Tony'ego. Szkoda, że gitarzysta nie zaprosił tu więcej muzyków, z którymi już grał w przeszłości, np. Ronniego Jamesa Dio czy Iana Gillana. Na szczęście nadrobi to niedopatrzenie w przyszłości, w projektach Heaven & Hell i WhoCares.

Ocena: 6/10



Tony Iommi - "Iommi" (2000)

1. Laughing Man (In The Devil Mask); 2. Meat; 3. Goodbye Lament; 4. Time is Mine; 5. Patterns; 6. Black Oblivion; 7. Flame On; 8. Just Say No to Love; 9. Who's Fooling Who; 10. Into the Night

Skład: Tony Iommi - gitara; Bob Marlette - instr. klawiszowe, bass (2)
Gościnnie: Henry Rollins - wokal (1); Terry Phillips - bass (1); Jimmy Copley - perkusja (1,5); Deborah "Skin" Dyer - wokal (2); Martin Kent - gitara (2); John Tempesta - perkusja (2); Brian May - gitara (3,7); Laurence Cottle - bass (3-5, 7-9); Dave Grohl - wokal i perkusja (3); Phil Anselmo - wokal (4); Matt Cameron - perkusja (4,7,8,10); Serj Tankian - wokal (5); Billy Corgan - wokal, bass i gitara (6); Kenny Aronoff - perkusja (6); Ian Astbury - wokal (7); Peter Steele - wokal i bass (8); Ozzy Osbourne - wokal (9); Bill Ward - perkusja (9); Billy Idol - wokal (10); Ben Shepherd - bass (10)
Producent: Tony Iommi i Bob Marlette


27 kwietnia 2013

[Recenzja] Testament - "The New Order" (1988)



"The New Order" był dla Testament tym, czym "Ride the Lightning" dla Metalliki. Przełomowym albumem, prezentującym bardziej dojrzałe oblicze grupy, ale niepozbawione jeszcze agresji debiutu. Brakuje tu tylko tak genialnych utworów, jak "For Whom the Bell Tolls" czy "Creeping Death", nie wspominając już o  "Fade to Black". Nie mniej jednak album nie jest pozbawiony solidnych metalowych czadów. Opus magnum stanowi zdecydowanie "Disciples of the Watch" - nośny riff, świetnie wykrzyczany refren, genialna solówka na basie, po której następuje gitarowy popis Alexa Skolnicka. Niewiele gorzej wypadają "The New Order", "Into the Pit", "The Preacher" i "A Day of Reckoning". Chociaż Testament prezentuje bardziej techniczne podejście do grania, niż Wielka Czwórka, a pod względem agresji niewiele grup thrashowych mu dorównuje, to każdy z tych utworów charakteryzuje się także wyrazistą melodią.

Niepotrzebne wydaje się za to rozpoczynanie aż trzech utworów ("Eerie Inhabitants", "Trial by Fire", "Disciples of the Watch") spokojnym wstępem - wszystkie są do siebie bardzo podobne. Jest to tym bardziej niezrozumiałe, że na albumie znalazły się także dwa instrumentalne utwory, utrzymane w tym samym klimacie - niepotrzebna miniaturka "Hypnosis", oraz bardzo udany "Musical Death (A Dirge)", z pięknymi partiami solowymi, a nawet z brzmieniami akustycznymi. Repertuaru longplaya dopełnia przeróbka "Nobody's Fault" Aerosmith - cięższa od oryginału, za to pod względem wokalnym bardziej... przystępna.

Niestety, podobnie jak debiutancki "The Legacy", "The New Order" rozczarowuje w kwestii brzmienia, które jest bardzo surowe, niedopracowane, co przeszkadza zwłaszcza w tych łagodniejszych utworach ("Eerie Inhabitants", "Musical Death (A Dirge)"). Pod każdym innym względem, jest to jeden z najlepszych albumów thrash metalowych, jakie kiedykolwiek powstały.

Ocena: 7/10



Testament - "The New Order" (1988)

1. Eerie Inhabitants; 2. The New Order; 3. Trial by Fire; 4. Into the Pit; 5. Hypnosis; 6. Disciples of the Watch; 7. The Preacher; 8. Nobody's Fault; 9. A Day of Reckoning; 10. Musical Death (A Dirge)

Skład: Chuck Billy - wokal; Alex Skolnick - gitara; Eric Peterson - gitara; Greg Christian - bass; Louie Clemente - perkusja
Producent: Alex Perialas


[Recenzja] Judas Priest - "Stained Class" (1978)



"Stained Class" został wydany zaledwie dziesięć miesięcy po poprzednim albumie, "Sin After Sin", a stanowi kolejny wielki krok w rozwoju grupy. Krok zdecydowanie w kierunku szybszego, mocniejszego grania. To zresztą prawdopodobnie pierwszy album w historii, na którym zdecydowana większość utworów to stricte heavy metalowe granie. Mamy tutaj do czynienia głównie z rozpędzonymi, ostrymi kawałkami, którym jednak nie sposób odmówić melodyjności ("Exciter", "White Heat, Red Hot", "Stained Class", "Invader", "Saints in Hell", "Savage"). Muzycy nie rezygnują tu jednak całkiem z różnorodności, która cechowała ich poprzednie wydawnictwa. Na tle całości wyróżniają się trzy kompozycje. Pierwsza z nich to "Better By You, Better Than Me" - kolejny po "Diamonds and Rust" cover na płycie Judasów, tym razem z repertuaru mało znanej grupy hard rockowej Spooky Tooth. Podobnie jak poprzednio cięższy od oryginału, ale zachowujący chwytliwą melodię. Rezultat jest naprawdę powalający, a refren to prawdziwe mistrzostwo.

Największym arcydziełem na "Stained Class" jest jednak "Beyond the Realms of Death". Zaczyna się balladowo, z gitarą akustyczną i piękną linią wokalną Halforda, jednak już po minucie następuje ciężkie, riffowe przełamanie. Przez cały utwór łagodne fragmenty przeplatają się z mocniejszym graniem. Pomijając wspaniałą melodię, kompozycja wyróżnia się także dwiema długimi, przepięknymi solówkami gitarowymi. Genialny utwór, prawdopodobnie mój ulubiony z całej dyskografii Judas Priest. Warto zwrócić uwagę jeszcze na finałowy "Heroes End". To najcięższy i najwolniejszy fragment longplaya, charakteryzujący się wieloma zmianami motywów - to jedyna pozostałość po prog rockowych naleciałościach poprzednich albumów grupy.

Chociaż ciężko wskazać na "Stained Class" jakieś słabsze momenty, całość nie robi na mnie tak dobrego wrażenia, jak "Sad Wings of Destiny" i "Sin After Sin". Zbyt wielka przepaść dzieli np. "Beyond the Realms of Death", a kawałki w rodzaju "Exciter" czy "Invader". Co nie zmienia faktu, że jest to solidna porcja ciężkiego grania, zasługująca na wysoką ocenę.

Ocena: 7/10



Judas Priest - "Stained Class" (1978)

1. Exciter; 2. White Heat, Red Hot; 3. Better By You, Better Than Me; 4. Stained Class; 5. Invader; 6. Saints in Hell; 7. Savage; 8. Beyond the Realms of Death; 9. Heroes End

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara; Ian Hill - bass; Les Binks - perkusja
Producent: Dennis Mackay i Judas Priest; James Guthrie (3)


26 kwietnia 2013

[Recenzja] Deep Purple - "Now What?!" (2013)



Muzycy Deep Purple wyjątkowo długo kazali czekać na następcę wydanego w 2005 roku "Rapture of the Deep". Niektórzy członkowie zespołu twierdzili, że nie warto nagrywać nowego albumu, skoro obecnie nie zarabia się na wydawaniu płyt. A gdzie w tym wszystkim naturalna dla muzyków potrzeba tworzenia? Cóż, może problem leży właśnie w braku kreatywności. Jeżeli "Now What?!" jest zbiorem najlepszych pomysłów, na jakie muzycy wpadli w ciągu niemal ośmiu lat, to faktycznie kiepsko u nich z inwencją.

To bardzo bezpieczny longplay, na którym zespół jednocześnie próbuje zadowolić mało wymagających fanów, jak i zamknąć usta zarzucającym stagnację krytykom. Dla tych pierwszych przygotowali chociażby takie kawałki, jak "Weirdistan", "Hell to Pay" i "Body Line" - utrzymane w charakterystycznym dla grupy stylu, a tym samym bardzo sztampowe. Ale także orientalizujący "Out of Hand" czy "A Simple Song", składający się z dwóch części - balladowej i typowo hardrockowej. W tych dwóch ostatnich pojawiają się nawet dość zgrabne melodie, choć największym zaskoczeniem jest wyjątkowo dobra forma wokalna Iana Gillana. Za to Steve Morse, pomimo niemal dwudziestoletniego stażu w zespole, wciąż nie potrafi się w nim odnaleźć. Jego riffom wciąż brakuje polotu, a solówki są albo nudnymi popisami technicznymi, albo banalnymi melodyjkami (jak na początku "A Simple Song"). Chyba nawet pozostali muzycy zdali sobie w końcu z tego sprawę, bo partie Morse'a (oprócz solówek) są często schowane na dalszym planie. Zdecydowanie dominującą rolę odgrywają tu organy Hammonda i trzeba przyznać, że Don Airey całkiem dobrze nauczył się imitować styl Jona Lorda.

Zdecydowanie mniej udanym nawiązaniem do przeszłości jest "Above & Beyond", kojarzący się z "The House of Blue Light" - jest równie banalny i kiczowaty (brzmienie syntezatorów), co zawartość tego albumu. Co ciekawe, utwór jest hołdem dla Lorda. Nie mam pojęcia, co zrobił pozostałym muzykom, że postanowili zadedykować mu tak paskudny kawałek. W dodatku nawiązujący do albumu, który były klawiszowiec otwarcie krytykował właśnie za podążanie za ówczesnymi trendami, do których nawiązuje "Above & Beyond".

Druga część albumu ma mniej sentymentalny charakter. Zespół próbuje przekonać, że wciąż się rozwija i próbuje nowych - dla siebie - rozwiązań. W "Blood from a Stone" za sprawą elektrycznego pianina i gry sekcji rytmicznej pojawia się niemal jazzowy nastrój (choć raczej z okolic smooth, niż prawdziwego jazzu). I byłby to nawet ciekawy eksperyment, gdyby nie gitarowe zaostrzenia i kiepskie solo Morse'a - facet nie ma za grosz wyczucia. Kompletną pomyłką jest natomiast "Uncommon Man", brzmiący jak połączenie purplowej sztampy z późnym Pink Floyd i najbardziej pompatycznymi momentami Emerson, Lake & Palmer. Z kolei "Après Vous" to z pozoru jeszcze jeden typowo hardrockowy kawałek, ale w środku pojawia się zupełnie niespodziewana, elektroniczna wstawka. Ciekawy pomysł, wykonanie takie sobie. Kolejnym koszmarkiem jest singlowy "All the Time in the World" - nieznośnie banalny i kiczowaty, właściwie popowy kawałek. Finałowy "Vincent Price" to z kolei kuriozalna mieszanka muzyki z horrorów, symfonicznego metalu i - znów - purplowej sztampy.

"Now What?!" to dziwny album. W najlepszych (nielicznych) momentach zbliżony do poziomu, powiedzmy, "Perfect Strangers", ale w znacznej części po prostu przeciętny, a czasem naprawdę fatalny. Pod względem wykonania jest całkiem poprawnie, z wyjątkiem, rzecz jasna, gitary. A wokalnie zdecydowanie powyżej oczekiwań. Brakuje jednak dobrych kompozycji, a brzmienie jest zdecydowanie zbyt sterylne, jak na album hardrockowy. Można posłuchać, ale nie jest to wydawnictwo, do którego będzie się chciało wracać. 

Ocena: 5/10



Deep Purple - "Now What?!" (2013)

1. A Simple Song; 2. Weirdistan; 3. Out of Hand; 4. Hell to Pay; 5. Body Line; 6. Above & Beyond; 7. Blood from a Stone; 8. Uncommon Man; 9. Après Vous; 10. All the Time in the World; 11. Vincent Price

Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Roger Glover - bass; Don Airey - instr. klawiszowe; Ian Paice - perkusja
Gościnnie: David Hamilton - instr. klawiszowe (2,6,8); Eric Darken - instr. perkusyjne (5,10); Mike Johnson - gitara hawajska (10,11); Jason Roller - gitara akustyczna (10)
Producent: Bob Ezrin


21 kwietnia 2013

[Recenzja] Testament - "The Legacy" (1987)



Testament ze swoim debiutanckim albumem spóźnił się o cztery lata. Kiedy w 1987 roku ukazał się longplay "The Legacy", ich starsza konkurencja w postaci Metalliki, Slayera, Megadeth i Anthrax, miała już na koncie swoje najważniejsze dzieła, dzięki którym okrzyknięto ich Wielką Czwórką Thrash Metalu. Tymczasem twórczość Testament w niczym im nie ubiega, a nawet często okazywała się lepsza (zwłaszcza w porównaniu z Anthrax). Na pewno "The Legacy" jest płytą bardziej dojrzałą i przemyślaną od debiutów tamtych grup. Przeważają tutaj agresywne, szybkie utwory (np. "Over the Wall", "The Haunting", "First Strike Is Deadly", "Do or Die"), wyjątkiem jest bardziej melodyjny, wręcz chwytliwy "Alone in the Dark", który opiera się raczej na heavy metalowych patentach. Gdzieniegdzie pojawiają się ozdobniki w postaci balladowych wstępów ("Burnt Offerings", "Apocalyptic City"), natomiast w każdym utworze uwagę przykuwają świetne solówki 19-letniego Alexa Skolnicka. Pod względem wokalnym nie ma wielkiego zróżnicowania, dominuje szybkie skandowanie, czasem tylko Chuck Billy stosuje charakterystyczne dla power metalu pianie, a nawet niemal tradycyjny śpiew ("Alone in the Dark"). 

Wszystko to razem składa się na solidny, thrash metalowy album. Niemniej jednak "The Legacy" - podobnie jak kilka kolejnych albumów Testament - pozostawia sporo do życzenia w kwestii brzmienia. Z drugiej strony, takie surowe, niedopracowane brzmienie w sam raz pasuje do tych agresywnych, thrashowych kompozycji.

Ocena: 6/10



Testament - "The Legacy" (1987)

1. Over the Wall; 2. The Haunting; 3. Burnt Offerings; 4. Raging Waters; 5. C.O.T.L.O.D.; 6. First Strike Is Deadly; 7. Do or Die; 8. Alone in the Dark; 9. Apocalyptic City

Skład: Chuck Billy - wokal; Alex Skolnick - gitara; Eric Peterson - gitara; Greg Christian - bass; Louie Clemente - perkusja
Producent: Alex Perialas


19 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Black Gives Way to Blue" (2009)



Dla wielu fanów historia Alice in Chains zakończyła się w 2002 roku, wraz ze śmiercią Layne'a Staleya. Pozostali muzycy postanowili jednak kontynuować działalność. Po kilkuletniej przerwie znaleźli odpowiedniego muzyka na miejsce zmarłego frontmana - został nim William DuVall. Okazał się doskonałym wyborem i godnym następcą Staleya, ze względu na zbliżoną barwę głosu. Szczególnie w momentach, gdy śpiewa razem z Jerrym Cantrellem, różnica jest naprawdę niewielka.

Odrodzony zespół nie od razu zabrał się za tworzenie nowego materiału. Muzycy postanowili najpierw pograć trochę na żywo, zgrać się ze sobą i sprawdzić reakcję fanów. W rezultacie pierwszy album tego składu, zatytułowany "Black Gives Way to Blue", ukazał się dopiero w drugiej połowie 2009 roku. Warto było tyle czekać, bo muzykom udało się stworzyć naprawdę solidny materiał, utrzymany w klasycznym stylu zespołu, ale niepozbawiony pewnych niespodzianek.

Odważnym wyborem na pierwszy singiel był utwór "A Looking in View" - w pełnej, siedmiominutowej wersji albumowej. Lecz był to zarazem wybór niezwykle trafny, gdyż kompozycja pokazuje nowy skład od najlepszej strony: potężne riffy, sabbathowy ciężar, ponury nastrój, charakterystyczne dla zespołu partie wokalne, ale też niezła melodia, szczególnie w refrenie. Właśnie takiego grania - i na takim poziomie - oczekuję od Alice in Chains. Dobra wiadomość jest taka, że takich klasycznie brzmiących utworów jest tutaj więcej, na czele z równie potężnymi "All Secrets Known" i "Last of My Kind" oraz balladowym "Private Hell".

Z kolei w "Check My Brain" stare spotyka się z nowym. Charakterystyczne dla grupy elementy zostały zestawione z zaskakująco chwytliwym i pogodnym, ewidentnie radiowym refrenem (kawałek został słusznie wydany na drugim singlu). Wyszło to całkiem nieźle, utwór zapada w pamieć, a przy tym nie odstaje od wyżej wymienionych kompozycji. Komercyjny potencjał ma także częściowo akustyczny "Your Decision" (trzeci singiel), nawiązujący do łagodniejszego oblicza zespołu z EPek "Sap" i "Jar of Flies", ale i trochę do współczesnego mainstreamowego rocka. Efekt jest jednak całkiem przyjemny.

Mniej udane okazują się pozostałe utwory, w których zespół flirtuje z bardziej radiowym graniem: "Lesson Learned", "Take Her Out" i akustyczny "When the Sun Rose Again" są po prostu mdłe. Do słabszych momentów zaliczyć muszę także ciężki "Acid Bubble" - długi najdłuższy utwór, niestety w przeciwieństwie do "A Looking in View" sprawiający wrażenie zbyt rozciągniętego i ocieżałego, pozbawionego czegokolwiek wyrazistego. Kontrowersyjnym utworem jest natomiast tytułowy "Black Gives Way to Blue" - łagodna ballada z gościnnym udziałem Eltona Johna na pianinie, nieco zbyt banalna i w ogóle nie pasująca do Alice in Chains, ale w sumie mająca pewien urok.

"Black Gives Way to Blue" to mimo wszystko udany powrót Alice in Chains. Choć trochę szkoda, że muzycy nie przyłożyli się nieco bardziej, by utrzymać równiejszy poziom tego wydawnictwa. O ile pięć pierwszych utworów i przedostatni nie odstają jakością od największych dokonań zespołu z przeszłości, tak pozostałe są mocno przeciętne lub po prostu nie pasujące do reszty. Tak czy inaczej, muzycy udowodnili, że nowy skład ma rację bytu.

Ocena: 7/10



Alice in Chains - "Black Gives Way to Blue" (2009)

1. All Secrets Known; 2. Check My Brain; 3. Last of My Kind; 4. Your Decision; 5. A Looking in View; 6. When the Sun Rose Again; 7. Acid Bubble; 8. Lesson Learned; 9. Take Her Out; 10. Private Hell; 11. Black Gives Way to Blue

Skład: Jerry Cantrell - gitara i wokal; William DuVall - wokal i gitara; Mike Inez - bass; Sean Kinney - perkusja
Gościnnie: Stevie Black - instr. smyczkowe (4,10); Chris Armstrong - tabla (6); Elton John - pianino (11); Lisa Coleman - wibrafon (11)
Producent: Nick Raskulinecz i Alice in Chains


18 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Music Bank" (1999)



Przedziwne to wydawnictwo. Na trzech płytach CD zebrano w sumie 48 utworów o łącznym czasie trwania przekraczającym trzy i pół godziny (w zestawie jest jeszcze płyta CD-ROM z trzema teledyskami, grą i innymi bonusami). Sporo tutaj materiału wcześniej niepublikowanego lub trudno dostępnego, ale z drugiej strony mnóstwo utworów powtarza się z regularnymi wydawnictwami. Uwzględniono tu bowiem cały repertuar "Dirt" (aczkolwiek "Junkhead" pojawia się wyłącznie w wersji demo) i "Sap" (ale "Brother" w innym miksie, bez wokalu Ann Wilson), obszerne fragmenty "Facelift", "Jar of Flies" i "Alice in Chains", a także trzy koncertowe nagrania z "MTV Unplugged".

Pomimo tego i tak można wskazać pewne braki, przez które "Music Bank" nie zastąpi posiadania całej dyskografii Alice in Chains (mnie szczególnie brakuje studyjnych wersji "Nutshell" i "Over Now", które pojawiają się tu tylko w wersjach z występu bez prądu). Słabo sprawdza się też jako uzupełnienie dyskografii, ze względu na ogromną ilość powtórek (w ten sposób wyciąga się od fanów jeszcze raz pieniądze za tę same nagrania). Zdecydowanie nie broni się też jako zestaw największych przebojów dla laików, ze względu na sporą ilość mniej znanych kawałków, w większości mogących zainteresować wyłącznie fanów zespołu.

Inna sprawa, że część tego premierowego / trudniej dostępnego materiału faktycznie jest warta uwagi. Całkiem solidne okazują się odrzuty z sesji "Dirt" - chwytliwy "Fear the Voices" i cięższy "Lying Season" - choć oczywiście nie są to utwory na miarę najlepszych momentów tego albumu. Za to wprost doskonale wypadają dwa kawałki nagrane wkrótce potem - "What the Hell Have I" i "A Little Bitter", w typowy dla zespołu sposób łączące ponurą atmosferę, ciężar i przebojowość. Oba w 1993 roku zostały wydane na singlu i na ścieżce dźwiękowej filmu "Last Action Hero" (którego tytuł w Polsce bezsensownie przetłumaczono na "Bohater ostatniej akcji"), tutaj jednak pojawiają się w nieznacznie innych miksach. Równie udane i charakterystyczne dla zespołu są dwie kompozycje, które grupie udało się - mimo fatalnego stanu Layne'a Staleya - nagrać w 1998 roku: "Get Born Again" i "Died" (ten pierwszy został wydany już parę miesięcy wcześniej na kompilacji "Nothing Safe: Best of the Box", będącej swego rodzaju zapowiedzią "Music Bank"). Jak się okazało, były to ostatnie nagrania zespołu z Staleyem, który zmarł 5 kwietnia 2002 po zażyciu zabójczej mieszanki heroiny i kokainy.

Zdecydowanie mniej fascynujące okazują się liczne nagrania demo, choć powinny zainteresować największych fanów, mających szansę usłyszenia wczesnych wersji znanych kompozycji ("Bleed the Freak", "Sea of Sorrow", "Rooster", "Junkhead" oraz "Killing Yourself" - ten ostatni w późniejszej wersji trafił na stronę B singla "We Die Young", pozostałe na albumy "Facelift" i "Dirt"), ale też zupełnie premierowych kawałków - "I Can't Have You Blues", "Whatcha Gonna Do" i "Social Parasite" i zarejestrowanego podczas koncertu "Queen of the Rodeo". Wszystkie cztery zostały zarejestrowane w 1988 roku i portretują zupełnie inne Alice in Chains - jeszcze bez tego charakterystycznego mroku, za to niebezpiecznie bliskie hardrockowo-metalowej sztampy z okolic debiutu Guns N' Roses. Choć zarejestrowany w tym samym czasie "Bleed the Freak" jest bliski późniejszej wersji. I całe szczęście, że to on - a nie pozostałe kawałki - stał się drogowskazem dla dalszych poczynań grupy. Innego rodzaju ciekawostkę stanowi natomiast zremiksowany "Again (Tattoo of Pain Mix)", który w tej wersji nabrał bardziej elektronicznego charakteru, zbliżając się do twórczości chociażby Nine Inch Nails.

Eleganckie wydanie i ogromna ilość materiału okazały się jedynie wydmuszką, mającą na celu wyciągnięcie niemałych pieniędzy od fanów zespołu. Szkoda, bo boks zawiera trochę interesujących nagrań, które są nigdzie indziej niedostępne lub rozproszone na innych, mało istotnych wydawnictwach, jak single i składanki. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby wydanie tylko tych nagrań, na jednopłytowej kompilacji, niedublującej żadnych utworów z albumów i EPek.

Ocena: 7/10



Alice in Chains - "Music Bank" (1999)

CD1: 1. Get Born Again; 2. I Can't Have You Blues (demo); 3. Whatcha Gonna Do (demo); 4. Social Parasite (demo); 5. Queen of the Rodeo (live); 6. Bleed the Freak (demo); 7. Killing Yourself (demo); 8. We Die Young; 9. Man in the Box; 10. Sea of Sorrow (demo); 11. I Can't Remember; 12. Love, Hate, Love; 13. It Ain't Like That; 14. Confusion; 15. Rooster (demo); 16. Right Turn; 17. Got Me Wrong
CD2: 1. Rain When I Die; 2. Fear the Voices; 3. Them Bones; 4. Dam That River; 5. Sickman; 6. Rooster; 7. Junkhead (demo); 8. Dirt; 9. God Smack; 10. Iron Gland; 11. Angry Chair; 12. Lying Season; 13. Would?; 14. Brother; 15. Am I Inside; 16. I Stay Away; 17. No Excuses
CD3: 1. Down in a Hole; 2. Hate to Feel; 3. What the Hell Have I (remix); 4. A Little Bitter (remix); 5. Grind; 6. Again (Tattoo of Pain Mix); 7. Head Creeps; 8. God Am; 9. Frogs; 10. Heaven Beside You; 11. Nutshell (live); 12. The Killer Is Me (live); 13. Over Now (live); 14. Died
Bonus CDr: 1. Again (Jungle Mix); 2. Get Born Again (video); 3. I Stay Away (video); 4. We Die Young (video); 5. The Journey (CD ROM Game); 6. Jar of Flies (CD-Extra Mulitmedia)

Skład: Layne Staley - wokal, gitara; Jerry Cantrell - gitara i wokal; Mike Starr - bass; Mike Inez - bass; Sean Kinney - perkusja
Gościnnie: Chris Cornell - wokal (CD1:16); Mark Arm - wokal (CD1:16); Tom Araya - wokal (CD2:10); Ann Wilson - wokal (CD2:15); Scott Olson - gitara (CD3:11,13), bass (CD3:12)
Producent: Alice in Chains, Dave Jerden, Toby Wright, Peter Fletcher


17 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "MTV Unplugged" (1996)



Zgodnie z tradycją, po trzecim regularnym albumie ukazało się wydawnictwo pokazujące łagodniejsze oblicze Alice in Chains. Tym razem nie była to jednak EPka z premierowym materiałem, a zapis występu w programie "MTV Unplugged", zarejestrowany 10 kwietnia 1996 roku w nowojorskim Majestic Theatre. Zespół, wsparty przez dodatkowego gitarzystę Scotta Olsona, zagrał trzynaście utworów. W większości takie, które już w studyjnych wersjach opierają się na brzmieniach akustycznych. Niestety, siłą wielu z nich jest właśnie zestawienie dźwięków akustycznych z elektrycznymi, przez co tutejsze wykonania sprawiają wrażenie wybrakowanych (z "Nutshell" i "Over Now" na czele). Zyskuje natomiast "Heaven Beside You", oczyszczony z niepasującego do niego brudu. Za to "Brother" praktycznie nie różni się od studyjnego pierwowzoru.

Najciekawiej wypadają jednak te utwory, które w oryginale były stuprocentowo elektryczne. W przypadku "Would?", "Angry Chair", "Sludge Factory" i "Frogs" nie ma mowy o żadnym zubożeniu, a po prostu o innym spojrzeniu na znane kompozycje (choć w sumie ograniczające się do zamiany elektrycznego instrumentarium na akustyczne). Właśnie tego typu nagrania powinny tu dominować, a nie stanowić urozmaicenie. W repertuarze znalazła się również jedna całkowicie premierowa kompozycja - "The Killer Is Me". Przyjemny, jednak nie wyróżniający się niczym szczególnym kawałek z rodzaju tych, o których zapomina się od razu po wybrzmieniu ostatniego dźwięku.

Choć zespół doskonale sobie radzi z akustycznym instrumentarium, co udowodnił już wcześniej na "Sap" i "Jar of Flies", takie granie w ilości zaprezentowanej na "MTV Unplugged" jest dość męczące i z czasem coraz bardziej dokucza monotonia. Można przyczepić do repertuaru, w którym znalazło się zbyt wiele ballad i prawie żadnych zaskoczeń (nie zaszkodziłoby np. jakiś nietypowy cover). Szkoda też, że zespół nie pokombinował choć trochę z budową i aranżacjami kompozycji, dodając np. jakieś nietypowe dla siebie instrumentarium (jak zrobił na "Jar of Flies"). Ogólnie można odnieść wrażenie, że muzycy niespecjalnie przyłożyli się do tego występu, na którym zaprezentowali się jak sprawni rzemieślnicy, a nie prawdziwi artyści. Tym bardziej szkoda, że to ostatnie pełnowymiarowe wydawnictwo Alice in Chains z Laynem Staleyem (posklejanego z różnych występów "Live" celowo nie liczę). Ten skład zasłużył na znacznie lepsze zwieńczenie swojej dyskografii. 

Ocena: 5/10



Alice in Chains - "MTV Unplugged" (1996)

1. Nutshell; 2. Brother; 3. No Excuses; 4. Sludge Factory; 5. Down in a Hole; 6. Angry Chair; 7. Rooster; 8. Got Me Wrong; 9. Heaven Beside You; 10. Would?; 11. Frogs; 12. Over Now; 13. The Killer Is Me

Skład: Layne Staley - wokal, gitara (6); Jerry Cantrell - gitara, wokal; Mike Inez - bass, gitara (13); Sean Kinney - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Scott Olson - gitara, bass (13)
Producent: Toby Wright i Alice in Chains


16 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Alice in Chains" (1995)



Trzeci regularny album Alice in Chains powstawał w trudnym okresie. Po wydaniu "Jar of Flies" zespół znalazł się na skraju rozpadu, z powodu pogarszającego się stanu uzależnionego od narkotyków Layne'a Staleya. Muzycy postanowili czasowo zawiesić działalność, a wokalista udał się na odwyk. Jak wiadomo, nie na wiele się to zdało, ale przynajmniej zaowocowało jednym ciekawym wydawnictwem. Staley w trakcie odwyku nawiązał współpracę z mającym podobne problemy gitarzystą Pearl Jam, Mike'em McCreadym. Muzycy założyli zespół Mad Season i nagrali ciekawy album "Above", który okazał się zarówno komercyjnym, jak i artystycznym sukcesem.

Pozostali muzycy również nie próżnowali w tym okresie. Mike Inez dołączył do grupy Slash's Snakepit, z którą nagrał album "It's Five O'Clock Somewhere". Tymczasem Jerry Cantrell rozpoczął pracę nad solowym wydawnictwem. Gdy po pewnym czasie w projekt zaangażowali się Inez i Sean Kinney, postanowiono reaktywować Alice in Chains, ściągając z powrotem Staleya. Nagrania szły powoli i z wielkim trudem, głównie przez słabą dyspozycyjność wokalisty. Niewiele brakowało, by wkurzony rosnącymi kosztami wydawca zakończył cały proces. W końcu jednak udało się ukończyć album, który pod koniec 1995 roku trafił do sprzedaży. Oficjalnie wydawnictwo nie posiada tytułu, lecz potocznie bywa nazywane "Tripod", w nawiązaniu do okładki przedstawiającej trzynogiego psa (Kinney optował za tym, aby tak zatytułować album, ale sprzeciwili się temu pozostali członkowie).

Materiał zawarty na "Alice in Chains" doskonale oddaje ówczesną sytuację w zespole i bolesny dla jego członków proces nagrywania. To najcięższe, najbrudniejsze i najbardziej ponure wydawnictwo w dyskografii zespołu. Dominują utwory oparte na potężnych, surowych riffach, jak "Grind" (tutaj akurat zestawiono je z łagodniejszym, dość banalnym refrenem), "Sludge Factory", "Head Creeps", "Again" i "God Am". Bliższy poprzedniego regularnego albumu jest łączący ciężar z lekko psychodelicznym nastrojem "Brush Away". Dla równowagi znalazło się tutaj także kilka łagodniejszych utworów, rozwijających stylistykę z "Jar of Flies" - jak "Heaven Beside You" (spory przebój singlowy, choć według mnie słaby melodycznie i momentami nieco chaotyczny) i "Shame in You" (który z kolei jest całkiem bezbarwny). Dwa najciekawsze utwory, świadczące o rozwoju muzyków, umieszczone zostały na koniec: utrzymany w przyciągającym uwagę, mrocznym klimacie, nieco bluesowy w partii gitary "Frogs", a także zaskakująco pogodny i chwytliwy "Over Now", łącząc brzmienia elektryczne i akustyczne.

Eponimiczny album Alice in Chains nie zawiera tak wiele zapamiętywalnych momentów, jak poprzednie wydawnictwa grupy, dlatego może być nieco trudniej się do niego przekonać (tak było w moim przypadku). Ogólnie jednak jest to całkiem interesujący materiał, świetnie ukazujący ówczesne problemy zespołu. Specyficzny klimat całości - unoszący się zarówno nad tymi cięższymi, jak i nad łagodniejszymi momentami albumu - sprawia, że jest to najbardziej spójne, obok "Dirt", wydawnictwo Alice in Chains.

Ocena: 7/10



Alice in Chains - "Alice in Chains" (1995)

1. Grind; 2. Brush Away; 3. Sludge Factory; 4. Heaven Beside You; 5. Head Creeps; 6. Again; 7. Shame in You; 8. God Am; 9. So Close; 10. Nothin' Song; 11. Frogs; 12. Over Now

Skład: Layne Staley - wokal, gitara (2,5); Jerry Cantrell - gitara, wokal; Mike Inez - bass; Sean Kinney - perkusja
Producent: Toby Wright i Alice in Chains


15 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Jar of Flies" EP (1994)



"Jar of Flies" to jedna z najsłynniejszych i najlepiej się sprzedających EPek w historii fonografii. Zarejestrowana została we wrześniu 1993 roku w dwóch turach, w dwóch różnych studiach. W nagraniach wziął udział nowy basista - pożyczony od Ozzy'ego Osbourne'a Mike Inez - który zajął miejsce zwolnionego za nadużywanie narkotyków Mike'a Starra. Półgodzinny materiał jest całkiem różnorodny, pokazujący szerokie inspiracje. Choć podobnie jak na poprzedniej EPce, "Sap", dominują tutaj brzmienia akustyczne, tym razem większą rolę odgrywa elektryczna gitara. Czymś zupełnie nowym było natomiast rozszerzenie instrumentarium w niektórych kawałkach o smyczki lub harmonijkę.

Utwory w rodzaju "Rotten Apple" i "I Stay Away", pomimo lżejszego brzmienia, zachowują charakterystyczny dla grupy brud i ponury nastrój. Od właściwiej twórczości zespołu nie odstaje także melancholijny "Nutshell" - bardzo ładny utwór, ze zgrabną melodią i fajnym zestawieniem akustycznych brzmień z solówkami na elektrycznej gitarze. To jedna z moich ulubionych kompozycji w całym dorobku Alice in Chains, jeśli nie najbardziej lubiana. Ale już taki "No Excuses" to zaskakująco pogodny, piosenkowy kawałek, który nie pasowałby na żaden z regularnych albumów. Pomijając banalny refren, jest to całkiem przyjemne nagranie, zwracające uwagę fajnie pulsującym basem i świetnym w swojej prostocie perkusyjnym wstępem. Równie nietypowo wypadają kolejne utwory: gitarowo-smyczkowy instrumental "Whale & Wasp", wyciszony "Don't Follow" z partią harmonijki i soulowymi wokalami, a także bluesowo-country'owy "Swing on This". Żaden z nich nie jest ani szczególnie udany, ani nie zaniża poziomu całości.

"Jar of Flies" to w sumie udane uzupełnienie podstawowej dyskografii, ale na zasadzie ciekawostki, a nie pozycji mogącej konkurować z regularnymi albumami. Sami muzycy nie traktowali tego materiału poważnie, był to raczej rodzaj eksperymentu. Dopiero za namową przedstawicieli wytwórni zgodzili się go opublikować. Dobrze, że do tego doszło, bo bez tego wydawnictwa dyskografia Alice in Chains byłaby jednak nieco uboższa. Ale wielki sukces, jaki osiągnęło to wydawnictwo, nie jest dla mnie do końca zrozumiały.

Ocena: 7/10



Alice in Chains - "Jar of Flies" (1994)

1. Rotten Apple; 2. Nutshell; 3. I Stay Away; 4. No Excuses; 5. Whale & Wasp; 6. Don't Follow; 7. Swing on This

Skład: Layne Staley - wokal; Jerry Cantrell - gitara, wokal; Mike Inez - bass; Sean Kinney - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Rebecca Clemons-Smith i Matthew Weiss - skrzypce; April Acevez - altówka; Justine Foy - wiolonczela; David Atkinson - harmonijka; Randy Biro i Darrel Peters - dodatkowy wokal
Producent: Alice in Chains


14 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Dirt" (1992)



Debiutancki album Alice in Chains, "Facelift", zwrócił na zespół uwagę mainstreamowej publiczności, ale nieporównywalnie większy sukces przeszedł dwa lata później. Nie stało się tak bez przyczyny. Na pewno pomogła popularność, jaką w międzyczasie zdobyły inne zespoły wywodzące się ze sceny Seattle - Soundgarden ("Badmotorfinger"), Pearl Jam ("Ten") i przede wszystkim Nirvana ("Nevermind"). Uwaga muzycznych mediów skupiła się na nurce ochrzczonym przez nie mianem grunge'u, a twórczość jego przedstawicieli została uznana prawdziwym objawieniem muzyki rockowej (choć można się spierać w kwestii ich oryginalności). Wydając we wrześniu 1992 roku swój drugi studyjny album, "Dirt", Alice in Chains był już więc nie tylko rozpoznawalnym zespołem, ale także przedstawicielem najmodniejszego wówczas stylu. Jednak na wielki sukces tego wydawnictwa z pewnością wpłynęła też sama jego zawartość.

Zespół dopracował swój styl, rozwijając pomysły zarówno z mocno metalowego debiutu, jak i akustycznej EPki "Sap". Powstał album dojrzały, wypełniony naprawdę dobrymi kompozycjami. Nawet jeśli nie wszystkie z nich prezentują tak samo wysoki poziom. Bardzo mocny jest początek albumu. Czadowy, wykorzystujący zmienne metrum "Them Bones", zagrany z niemal punkową agresją, ale nie przesadnie prosty, doskonale sprawdza się na otwarcie. Sporą dawkę energii i gitarowego czadu przynosi także nieco łagodniejszy "Dam That River". Z kolei "Rain When I Die" to pierwsza prawdziwa perełka. Utwór doskonale łączy sabbathowy ciężar, ciekawy nastrój i dobrą melodię. Świetnie brzmi uwypuklony bas i kwaśna partia gitary. To mój zdecydowany faworyt z tego albumu i jeden z ulubionych kawałków całego grunge'owego nurtu.

Chwilę wytchnienia przynosi ładna, odpowiednio zaostrzona ballada "Down in a Hole". Aczkolwiek na niektórych wydaniach znajduje się ona dopiero na przedostatniej ścieżce, a inne od razu po "Rain When I Die" przechodzą na "Sickman" - zgodnie z tytułem, jeden z najbardziej zwariowanych (i najbardziej intrygujących) kawałków Alice in Chains. A uspokojenie przynosi dopiero "Rooster" - utwór w znacznej części akustyczny (powstał z myślą o "Sap"), należący do największych przebojów zespołu. Nigdy jednak szczególnie za nim nie przepadałem, jest dla mnie zbyt rozwleczony i nijaki melodycznie. Na szczęście potem jest znów lepiej za sprawą momentami bardzo sabbathowego "Junkhead" (nie najlepiej pasuje tu jednak przebojowy refren) i mocarnego, ciekawie podorientalizowanego utworu tytułowego, nad którym znów unosi się klimat Black Sabbath.

"God Smack" i "Hate to Feel" to utwory słabsze od pozostałych, nie tak dobre melodycznie, dość przeciętne instrumentalnie. Album nie straciłby wiele na ich braku. Ciekawostką jest natomiast umieszczony pomiędzy nimi, nieuwzględniony w spisie utworów, "Iron Glad" - niespełna minutowy żart, parodia sabbathowego "Iron Man". Warto jednak odnotować wokalny udział Toma Arayi z Slayera. Wysoki poziom wraca wraz z energetycznym "Angry Chair", przykuwającym uwagę mocną partią perkusji i bardzo chwytliwym, w dobrym tego słowa znaczeniu, refrenem. A na zakończenie pojawia się najbardziej znana kompozycja zespołu, rewelacyjny "Would?", oparty na wyrazistym basowym motywie i jako jedyny z tego albumu zawierający znak rozpoznawczy zespołu - uzupełniające się partie wokalne Staleya i Cantrella. Ten utwór to doskonały przykład na to, jak stworzyć niebanalny przebój.

Muzycy poczynili znaczny postęp od czasu fonograficznego debiutu. "Dirt" jest albumem spójniejszym, równiejszym, zawierającym lepsze, dojrzalsze kompozycje, które mimo większej przebojowości, nie popadają w banał. Na pewno przydało się doświadczenie zdobyte podczas nagrywania "Sap", dzięki któremu zespół przestał się bać chwytliwych melodii i łagodniejszych brzmień. Jeżeli do czegoś miałbym się przyczepić, to znów do długości. Album trwa prawie godzinę, więc spokojnie można by zrezygnować z dwóch słabszych kawałków. Może nie obniżają drastycznie jakości "Dirt", słuchanie albumu bez nich sprawiałoby mi jeszcze więcej przyjemności. Pomimo tej niedogodności, jest to jedno z najlepszych wydawnictw lat 90. i zdecydowanie mój ulubiony album grunge'owy.

Ocena: 9/10



Alice in Chains - "Dirt" (1992)

1. Them Bones; 2. Dam That River; 3. Rain When I Die; 4. Down in a Hole; 5. Sickman; 6. Rooster; 7. Junkhead; 8. Dirt; 9. God Smack; 10. Hate to Feel; 11. Angry Chair; 12. Would?

Skład: Layne Staley - wokal, gitara (10,11); Jerry Cantrell - gitara, wokal; Mike Starr - bass; Sean Kinney - perkusja
Gościnnie: Tom Araya - wokal (9)
Producent: Dave Jerden i Alice in Chains


13 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Sap" EP (1992)



Ważną część dyskografii Alice in Chains stanowią EPki, na których zespół pokazuje zupełnie inne, łagodniejsze oblicze. Pierwsza z nich, "Sap", ukazała się już niespełna rok po debiutanckim albumie "Facelift", a jeszcze przed premierą jego następcy, "Dirt". Wypełniają go głównie melodyjne, akustyczne piosenki, jak "Brother", "Am I Inside" (oba z gościnnym udziałem Ann Wilson, wokalistki zespołu Heart) i "Right Turn" (w którym z kolei grupę wsparli Chris Cornell z Soundgarden i Mark Arm z Mudhoney). W najbardziej chwytliwym "Got Me Wrong" oprócz gitary akustycznej pojawia się także elektryczna, ale wciąż jest to dużo lżejsze i bardziej piosenkowe granie, niż na debiucie. Takie lżejsze oblicze Alice in Chains także wypada udanie.

Na wydawnictwie znalazł się też ukryty bonus w postaci nieuwzględnionego na okładce "Love Song" - ewidentny wygłup, w którym muzycy pozamieniali się instrumentami. Byłoby jednak zdecydowanie lepiej, gdyby się tutaj nie znalazł, gdyż nie tylko nie pasuje do reszty wydawnictwa, ale też po prostu obniża jego poziom. Ogólnie jednak "Sap" stanowi bardzo przyjemny suplement (bo trudno inaczej traktować to dwudziestominutowe wydawnictwo) do regularnych albumów zespołu.

Ocena: 6/10



Alice in Chains - "Sap" EP (1992)

1. Brother; 2. Got Me Wrong; 3. Right Turn; 4. Am I Inside; 5. Love Song

Skład: Layne Staley - wokal, perkusja (5); Jerry Cantrell - gitara, wokal, bass (5); Michael Starr - bass, gitara (5); Sean Kinney - perkusja i instr. perkusyjne, wokal i pianino (5)
Gościnnie: Ann Wilson - wokal (1,4); Chris Cornell - wokal (3); Mark Arm - wokal (3)
Producent: Alice in Chains i Rick Parashar


12 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Facelift" (1990)



Zbliżająca się premiera nowego albumu Alice in Chains to świetna okazja, aby przybliżyć dotychczasową twórczość tego zespołu. Jednego z najsłynniejszych i najważniejszych przedstawicieli sceny Seattle. Sami muzycy co prawda nie czuli się jej częścią i odrzucali przylepioną przez dziennikarzy etykietkę "grunge", jednak ich brudne, surowe brzmienie i ponura, depresyjna tematyka tekstów doskonale wpisują się w wspomniany nurt. Zespół wypracował jednak swój własny, rozpoznawalny styl, którego korzeni należałoby szukać w twórczości Black Sabbath. Podobieństwo tych dwóch zespołów kończy się jednak na ciężkim brzmieniu i ponurej atmosferze. Muzycy zaproponowali zupełnie inne podejście do konstrukcji riffów, solówek i melodii. A najbardziej charakterystyczną cechą stylu Alice in Chains są dopełniające się partie wokalne Layne'a Staleya i Jerry'ego Cantrella.

Na przełomie lat 1989/90 grupa zarejestrowała swój debiutancki album, zatytułowany "Facelift". Już tutaj muzycy pokazali talent do tworzenia całkiem solidnych utworów. Przyciągających uwagę czy to potężnymi riffami i metalowym czadem (rozpędzony "We Die Young" i wolniejszy "Man in the Box" - idealny duet na otwarcie) czy też interesującym nastrojem (mocarny "Love Hate Love", balladowy "Confusion") lub po prostu dobrymi melodiami (np. "Sea of Sorrow", "Bleed the Freak", "I Can't Remember", "It Ain't Like That"). Niestety, nie wszystkie z dwunastu zamieszczonych tutaj utworów trzymają wysoki poziom. W drugiej połowie albumu napięcie wyraźnie spada. Kawałki w rodzaju "Put You Down" i "Real Thing" są przeciętne i nic nie wnoszą do całości. Natomiast mieszane odczucia budzi we mnie funkujący "I Know Somethin (Bout You)", który mógłby być fajnym urozmaiceniem, gdyby tak bardzo nie odstawał od reszty albumu.

"Facelift" to w sumie udany debiut, pokazujący spory potencjał zespołu. Album jest jednak trochę nierówny i odrobinę przydługi - przy prawie godzinnym czasie trwania spokojnie można było zrezygnować z dwóch, trzech słabszych kawałków, co tylko wpłynęłoby z korzyścią na poziom i spójność tego wydawnictwa. Wciąż jednak jest to pozycja warta uwagi.

Ocena: 7/10



Alice in Chains - "Facelift" (1990)

1. We Die Young; 2. Man in the Box; 3. Sea of Sorrow; 4. Bleed the Freak; 5. I Can't Remember; 6. Love, Hate, Love; 7. It Ain't Like That; 8. Sunshine; 9. Put You Down; 10. Confusion; 11. I Know Somethin (Bout You); 12. Real Thing

Skład: Layne Staley - wokal; Jerry Cantrell - gitara i wokal; Mike Starr - bass; Sean Kinney - perkusja, pianino (3)
Producent: Dave Jerden


8 kwietnia 2013

[Recenzja] Ghost - "Infestissumam" (2013)



Debiutancki album anonimowych muzyków z Ghost, wydany dwa i pół roku temu "Opus Eponymous", był jedną z najbardziej oryginalnych płyt, jakie ukazały się w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Prezentował unikalne połączenie heavy i doom metalowych riffów z popowymi melodiami i psychodelicznym klimatem późnych lat 60. Od tamtego czasu grupa przeszła kilka zmian. Wokalista Papa Emeritus zmienił ksywkę na Papa Emeritus II, co miało sugerować zmianę frontmana (w rzeczywistości pozostał nim zidentyfikowany przez fanów Tobias Forge, znany wcześniej z grup Subvision, Repugnant i Crashdïet). Ponadto grupa została prawnie zmuszona do występowania w Stanach jako Ghost B.C. - aby łatwiej było ich odróżnić od innych grup używających tej nazwy. A czy sama muzyka się zmieniła? Zespół miał dwie drogi do wyboru: twardo trzymać się wypracowanego na debiucie stylu, lub zaproponować coś nowego. Zdecydowali się na coś pomiędzy.

Okładka singla "Secular Haze".
"Infestissumam" to półtora minutowa introdukcja - rozpoczyna się chóralną partią wokalną rozpisaną na wiele głosów, do której wkrótce dochodzi szybka perkusja i gitarowa solówka. Pierwszy właściwy utwór, "Per Aspera ad Inferi", oparty jest na ciężkim, doomowym riffie i organowym, kościelnym tle, ale na pierwszy plan wypija się przede wszystkim popowo melodyjna partia wokalna. Świetny jest podniosły finał utworu, oparty na marszowym rytmie. Singlowy "Secular Haze", opublikowany już pod koniec zeszłego roku, rozpoczyna się charakterystycznym klawiszowym motywem, do którego zaraz dołącza gitarowy riff. Dobry wybór na utwór promujący całość - bardzo chwytliwy i tylko nieśmiało zapowiadający stylistyczny rozwój zespołu, w pełni widoczny chociażby w dwóch kolejnych utworach. "Jiggalo Har Megiddo" zaskakuje pogodnym nastrojem - gdyby nie od razu rozpoznawalny głos wokalisty i nawiedzone brzmienie klawiszy, nie uwierzyłbym, że to ten zespół. To taki przebojowy rock, z fajnym riffem i przyjemnie bulgoczącym, wyraźnym basem. Jeszcze większym zaskoczeniem jest dwuczęściowy "Ghuleh / Zombie Queen". Część pierwsza to delikatna piosenka, oparta głównie na akompaniamencie instrumentów klawiszowych (pianina i syntezatorów); w drugiej jest mocniej, ale znowu nietypowo radośnie.

Bliższy poprzedniej płyty jest "Year Zero" - mroczny gitarowo-klawiszowy riff i częściowo chóralne partie wokalne. Ale to akurat jeden z mniej przekonujących fragmentów całości. "Idolatrine" też nie należy do najmocniejszych punktów "Infestissumam". Zaraz po nich pojawia się jednak rewelacyjny "Body and Blood", kolejny utwór o bardziej pogodnym nastroju, z nieprzyzwoicie wręcz chwytliwym refrenem. Kawałek niespodziewanie się urywa przez co pozostawia uczucie niedosytu, powodujące chęć włączenia go jeszcze raz. A potem po raz trzeci i czwarty, i... Warto jednak się powstrzymać przed ciągłym cofaniem, bo dalej jest równie ciekawie. "Depth of Satan's Eyes" to najcięższy fragment albumu, gitarowy riff nie ustępuje tu tak często klawiszom, jak w pozostałych utworach. Pojawia się też dość długie - jak na Ghost - gitarowe solo. Najciekawszy utwór zostawili jednak na koniec. "Monstrance Clock" pełen jest progresywnych zmian nastroju, pojawiają się tu spokojne fragmenty z akompaniamentem organów, ale też odjechane syntezatorowe solówki. I jeden z najbardziej zapamiętywalnych refrenów grupy. Nie wspominając już o genialnej końcówce, z kolejną chóralną, wielogłosową partią.

W porównaniu z "Opus Eponymous", "Infestissumam" jest albumem bardziej dojrzałym. Cieszy, że Ghost nie okazał się jednorazowym projektem, a pełnoprawnym zespołem. Chociaż przyznaję, że nie spodziewałem się po nich aż tak dobrej płyty. Jeżeli utrzymają ten poziom na kolejnych wydawnictwach, mogą stać się jedną z najważniejszych współczesnych grup.

Ocena: 8/10



Ghost - "Infestissumam" (2013)

1. Infestissumam; 2. Per Aspera ad Inferi; 3. Secular Haze; 4. Jiggalo Har Megiddo; 5. Ghuleh / Zombie Queen; 6. Year Zero; 7. Idolatrine; 8. Body and Blood; 9. Depth of Satan's Eyes; 10. Monstrance Clock

Skład: Papa Emeritus II - wokal; Nameless Ghoul  - gitara; Nameless Ghoul ⚪ - gitara; Nameless Ghoul  - bass; Nameless Ghoul  - perkusja; Nameless Ghoul  - instr. klawiszowe
Gościnnie: St. Trident Tenors of Tinseltown - dodatkowy wokal
Producent: Nick Raskulinecz