30 kwietnia 2013

[Recenzja] Testament - "Practice What You Preach" (1989)



To, co na tym albumie najlepsze, słychać już od pierwszych sekund. Brzmienie. "Practice What You Preach", w przeciwieństwie do poprzednich albumów grupy, nie brzmi jak jakaś garażowa produkcja, a solidnie wyprodukowany longplay. Wszystkie instrumenty (włącznie z gitarą basową) i wokal brzmią wyraziście i odpowiednio mocno do wykonywanego przez zespół stylu. Szkoda tylko, że w parze z lepszym brzmieniem nie idzie wyższa jakość kompozycji. Pod tym względem jest akurat nieco słabiej, niż na debiutanckim "The Legacy", a zwłaszcza "The New Order". Ponad średnią wybijają się właściwie tylko trzy utwory: chwytliwy "Practice What You Preach", najcięższy w zestawie "Sins of Omission", oraz najszybszy "Nightmare (Coming Back to You)".

Pozostałe utwory są najwyżej poprawne ("Perilous Nation", "Envy Life", "Greenhouse Effect"), choć zdarzają się też zwykłe wypełniacze ("Time Is Coming", "Blessed in Contempt", instrumentalny "Confusion Fusion"). Ponadto na albumie znalazł się jeden utwór całkowicie odstający od poprzednich, pierwsza ballada w historii zespołu, zatytułowana w najmniej oryginalny sposób - "The Ballad". Brzmienia akustyczne, ładna melodia, bluesowe solówki i cięższy fragment w środku - za pomocą tych środków Testament stworzył swój pierwszy przebój, który podbił antenę MTV. Inna sprawa, że zespół na późniejsze albumy stworzył znacznie lepsze utwory w takim stylu. Ale jak na pierwszy utwór tego typu, "The Ballad" broni się całkiem nieźle.

Ocena: 6/10



Testament - "Practice What You Preach" (1989)

1. Practice What You Preach; 2. Perilous Nation; 3. Envy Life; 4. Time Is Coming; 5. Blessed in Contempt; 6. Greenhouse Effect; 7. Sins of Omission; 8. The Ballad; 9. Nightmare (Coming Back to You); 10. Confusion Fusion

Skład: Chuck Billy - wokal; Alex Skolnick - gitara; Eric Peterson - gitara; Greg Christian - bass; Louie Clemente - perkusja
Producent: Alex Perialas


29 kwietnia 2013

[Recenzja] Faithful Breath - "Back on my Hill" (1980)



Historia niemieckiego Faithful Breath sięga 1967 roku, kiedy dwóch muzyków grupy Magic Power, wokalista / gitarzysta Heinz Mikus i basista Horst Stabenow, postanowiło założyć własny zespół. Wkrótce dołączyli do nich gitarzyści Reinhold Immig i Walter Scheuer, a także perkusista Jürgen Fischer. Przez krótki czas basistą był Georg Grebe, który wymyślił nazwę grupy, ale ostatecznie na to stanowisko wrócił Stabenow. Przez jakiś czas w zespole występował saksofonista Ulrich Bock. Skład zmieniał się jeszcze wielokrotnie - kolejno odchodzili Immig, Fischer, Bock i Scheuer. Nowym perkusistą został Jürgen Weritz, do grupy dołączył także klawiszowiec Manfred von Buttlar. Dopiero w 1974 roku zespół doczekał się swojego debiutanckiego albumu "Fading Beauty", będącego zresztą najbardziej ambitnym i najtrudniejszym w ich dyskografii. Wypełniły go trzy długie utwory (dwa 10-minutowe i jeden 20-minutowy), pełne symfonicznego rozmachu - to instrumenty klawiszowe pełniły na nim najważniejszą rolę, chociaż nie brakowało i gitarowych popisów Heinza Mikusa.

Drugi album zespołu, "Back on my Hill", ukazał się dopiero w 1980 roku. W międzyczasie skład poszerzył się o wokalistę Jürgena Renfordta. Zmieniła się też sama muzyka. Instrumentalistów wciąż ciągnęło do rocka progresywnego - czego dowodem utwór "Judgement Day" - ale zaproponowali tutaj też kilka prostszych utworów, które wypełniły stronę A wydawnictwa. Na początek utwór tytułowy - melodyjna piosenka oparta głównie na akustycznych gitarach i syntezatorach, dopiero pod koniec nabierająca ciężaru. W sumie nic specjalnego, lepiej wypada następny na płycie "Keep Me Away". To już czysty hard rock, w bardzo chwytliwej odmianie. Zupełnie inne oblicze grupa prezentuje w "This Is My Love Song" - łagodnej balladzie opartej na akompaniamencie pianina i melotronu. Może trochę kiczowatej, ale nie można odmówić jej uroku. A linia wokalna Jürgena Renfordta zapada od razu w pamięć. Pojawia się tu także ostrzejsza gitarowa solówka, bardzo krótka, ale udana. Kończący pierwszą stronę "Stick In Your Eyes" to kolejny spokojniejszy utwór, zdominowany przez brzmienia klawiszowe, niestety nie robiący najlepszego wrażenia. W najlepszym wypadku można uznać go za wypełniacz.

Druga strona longplaya zawiera tylko jeden utwór, wspomniany już "Judgement Day". Ta 16-minutowa kompozycja łączy w sobie zadziorne fragmenty hard rockowe, z delikatniejszymi, opartymi na brzmieniach akustycznych lub klawiszowych. Zaś długie gitarowe solówki, grane na akompaniamencie wyraźnego pulsu gitary basowej, zdradzają inspirację grupą Wishbone Ash. Ale już sola klawiszowe pokazują oryginalność Faithful Breath. Najbardziej wyjątkowo wypada jednak fragment pod koniec utworu, w którym partii wokalnej towarzyszy jedynie symfoniczny podkład melotronu. Piękne zakończenie albumu. Chociaż warto dodać, że kompaktowa reedycja longplaya zawiera jeszcze jeden utwór, singlowy "Die Mörderbiene". Dodany zupełnie niepotrzebnie, bo tylko obniża wartość longplaya. Nie dość, że pod względem muzycznym jest banalny, to jeszcze irytuje niemieckojęzyczną partią wokalną.

Wkrótce po wydaniu "Back on my Hill" zespół zakończył działalność. Heinz Mikus i Horst Stabenow, wraz z perkusistą Uwe Otto, założyli grupę Hurricane, która wkrótce zmieniła nazwę na... Faithful Breath. W latach 1981-85 wydali cztery albumy studyjne, nie mające wiele wspólnego z ich wcześniejszą działalnością. Wypełnił je sztampowy heavy/power metal, w odmianie równie kiczowatej, co nowy image zespołu - muzycy występowali na scenie przebrani za wikingów. To wcielenie grupy istniało do 1987 roku, kiedy ponownie zmieniła się nazwa, tym razem na Risk.

Ocena: 7/10



Faithful Breath - "Back on my Hill" (1980)

1. Back on My Hill; 2. Keep Me Away; 3. This Is My Love Song; 4. Stick In Your Eyes; 5. Judgement Day

Skład: Jürgen Renfordt - wokal; Heinz Mikus - gitara; Manfred von Buttlar - instr. klawiszowe; Horst Stabenow - bass; Jürgen Weritz - perkusja
Producent: Boggie Kopec


28 kwietnia 2013

[Recenzja] Tony Iommi & Glenn Hughes - "Fused" (2005)



Album "Fused" jest zaliczany do solowej dyskografii Tony'ego Iommi, ale na okładce widnieje także nazwisko Glenna Hughesa, który pełni tu rolę nie tylko wokalisty i basisty, ale także współautora wszystkich kompozycji. To już ich trzecie wspólne wydawnictwo (po "Seventh Star" z 1986 roku i "The 1996 DEP Sessions", zarejestrowanym w 1995, ale wydanym w 2004). Pod względem brzmienia bliżej jest jednak albumu "Iommi", niż tamtych wydawnictw. Jest więc ciężko i nowocześnie (na szczęście już bez elektroniki), ze sporą dawką chwytliwych melodii ("Dopamine", "Wasted Agian"). Czasem jest łagodniej i bardziej komercyjnie ("Deep Inside a Shell"). W kilku utworach pojawiają się charakterystyczne, sabbathowe riffy ("Wasted Again", "Resolution Song", "Grace", "The Spell"), ale nie przywołują one mrocznego klimatu tej grupy. 

Całość jest oczywiście o wiele bardziej spójna od albumu "Iommi" - w końcu wszystkie utwory zostały zarejestrowane w tym samym składzie. Z drugiej strony, jest przez to zbyt monotonnie. Tym bardziej, że większość kawałków jest utrzymana w średnim tempie - muzycy przyśpieszają jedynie w "What You're Living For". Na tle pozostałych utworów wyróżnia się jeszcze 9-minutowy, progresywnie rozbudowany "I Go Insane". Ogólnie nie jest to zła płyta, ale momentami nużąca i niestety nie zawierająca utworów wybijających się ponad średnią. Raczej ciekawostka dla wielbicieli grających tu muzyków, niż album mogący zainteresować nowych słuchaczy.

Ocena: 6/10



Tony Iommi & Glenn Hughes - "Fused" (2005)

1. Dopamine; 2. Wasted Again; 3. Saviour of the Real; 4. Resolution Song; 5. Grace; 6. Deep Inside a Shell; 7. What You're Living For; 8. Face Your Fear; 9. The Spell; 10. I Go Insane

Skład: Tony Iommi - gitara; Glenn Hughes - wokal i bass; Bob Marlette - instr. klawiszowe i bass; Kenny Aronoff - perkusja
Producent: Tony Iommi i Bob Marlette


[Recenzja] Tony Iommi - "Iommi" (2000)



Coraz bliżej do premiery nowego albumu Black Sabbath - w prawie oryginalnym składzie, bez perkusisty Billa Warda. W międzyczasie warto przyjrzeć się solowym dokonaniom członków zespołu. Największą karierę zrobił oczywiście Ozzy Osbourne, ale większość jego płyt już omówiłem. Z instrumentalistów najciekawiej prezentuje się solowa działalność gitarzysty Tony'ego Iommi. W jego przypadku sprawdziło się powiedzenie do trzech razy sztuka. Pierwszy solowy album, "Seventh Star", nagrał w 1985 roku, ale wydawca postanowił opublikować ją pod szyldem Black Sabbath. Równo dekadę później gitarzysta zarejestrował kilka utworów z wokalistą i basistą Glennem Hughesem (z którym współpracował już na "Seventh Star"), jednak zostały one opublikowane dopiero w 2004 roku, na albumie "The 1996 DEP Sessions".

Mniej więcej w tym samym czasie, Iommi nawiązał współpracę z producentem Bobem Marlettem, który przedstawił gitarzyście pomysł nagrania wspólnej płyty z Robem Halfordem z Judas Priest (Marlette występował z nim w zespole 2wo; zaś Halford w 1992 roku wsparł Black Sabbath podczas dwóch występów). Muzykom nie udało się jednak dogadać i projekt upadł. Niedługo narodził się jednak nowy - Iommi postanowił wydać płytę, na której każdy utwór będzie nagrany z innymi muzykami - głównie z młodszego pokolenia, takimi, którzy sami zgłaszali się do Tony'ego, żeby wystąpił na ich płytach. Prace nad albumem trwały długo, ponad cztery lata. Wydany został dopiero w 2000 roku, pod tytułem "Iommi". Warto wspomnieć, ze autorem każdego utworu są Iommi, Marlette, oraz wokalista który w nim śpiewa (z wyjątkiem "Black Oblivion", który powstał bez udziału producenta).

Fanów Black Sabbath najbardziej powinien zainteresować utwór "Who's Fooling Who", w którym wystąpili Ozzy Osbourne i Bill Ward - zabrakło więc tylko Geezera Butlera, ale grający tutaj na basie Laurence Cottle również przewinął się przez skład słynnej grupy. Co jednak najważniejsze, utwór przywołuje klimat klasycznych kompozycji zespołu - nawet bardziej niż dwie kompozycje, które zespół zarejestrował w 1998 roku, na album "Reunion" (także z Marlettem jako producentem). Pozostałe utwory z albumu "Iommi" mogą jednak wywoływać mieszane emocje u wielbicieli Czarnego Sabatu. W otwierający całość "Laughing Man (In The Devil Mask)" Tony gra zupełnie nie w swoim stylu, zaś skandowanie Henry'ego Rollinsa (z punkowego Black Flag) też ma się nijak do dawnej twórczości gitarzysty. Dalej jest jeszcze dziwniej, w kilku utworach pojawiają się nawet elektroniczne wstawki ("Goodbye Lament", "Patterns", "Flame On", "Just Say No to Love").

Największym niewypałem jest utwór "Meat". Iommi gra tutaj prawdziwie sabbathowe riffy, ale zupełnie nie pasują one do okropnego śpiewu wokalistki Skunk Anaise, Deborah "Skin" Dyer. Zaskakująco słaby okazuje się także "Time is Mine", brzmiący jak jakiś odrzut grupy Down, której wokalista, Phil Anselmo (znany przede wszystkim z Pantery), tutaj się udziela. Poziom wzrasta dopiero przy najdłuższym na płycie "Black Oblivion". Wokalnie też nie jest najlepiej (śpiewa Billy Corgan z The Smashing Pumpkins), ale w końcu pojawia się bardziej energetyczny riff i długie fragmenty instrumentalne. Jeszcze lepszy okazuje się "Flame On", z doorsowym śpiewem Iana Astbury (The Cult), chwytliwym refrenem i świetną solówką Briana Maya (Queen). Drażni tylko industrialny fragment w środku utworu. Broni się jeszcze utrzymany w podobnym klimacie "Into the Night", w którym zaśpiewał Billy Idol.

"Iommi" - podobnie jak inne albumy nagrywane w różnych składach, z różnymi wokalistami - jest płytą bardzo niespójną i nie wiadomo właściwie do kogo adresowaną. Fanów Black Sabbath mogą odrzucić elektroniczne ozdobniki i niektóre partie wokalne. Natomiast wielbicielom udzielających się tutaj wokalistów niekoniecznie musi przypaść do gusty styl gry i charakterystyczne brzmienie Tony'ego. Szkoda, że gitarzysta nie zaprosił tu więcej muzyków, z którymi już grał w przeszłości, np. Ronniego Jamesa Dio czy Iana Gillana. Na szczęście nadrobi to niedopatrzenie w przyszłości, w projektach Heaven & Hell i WhoCares.

Ocena: 6/10



Tony Iommi - "Iommi" (2000)

1. Laughing Man (In The Devil Mask); 2. Meat; 3. Goodbye Lament; 4. Time is Mine; 5. Patterns; 6. Black Oblivion; 7. Flame On; 8. Just Say No to Love; 9. Who's Fooling Who; 10. Into the Night

Skład: Tony Iommi - gitara; Bob Marlette - instr. klawiszowe, bass (2)
Gościnnie: Henry Rollins - wokal (1); Terry Phillips - bass (1); Jimmy Copley - perkusja (1,5); Deborah "Skin" Dyer - wokal (2); Martin Kent - gitara (2); John Tempesta - perkusja (2); Brian May - gitara (3,7); Laurence Cottle - bass (3-5, 7-9); Dave Grohl - wokal i perkusja (3); Phil Anselmo - wokal (4); Matt Cameron - perkusja (4,7,8,10); Serj Tankian - wokal (5); Billy Corgan - wokal, bass i gitara (6); Kenny Aronoff - perkusja (6); Ian Astbury - wokal (7); Peter Steele - wokal i bass (8); Ozzy Osbourne - wokal (9); Bill Ward - perkusja (9); Billy Idol - wokal (10); Ben Shepherd - bass (10)
Producent: Tony Iommi i Bob Marlette


27 kwietnia 2013

[Recenzja] Testament - "The New Order" (1988)



"The New Order" był dla Testament tym, czym "Ride the Lightning" dla Metalliki. Przełomowym albumem, prezentującym bardziej dojrzałe oblicze grupy, ale niepozbawione jeszcze agresji debiutu. Brakuje tu tylko tak genialnych utworów, jak "For Whom the Bell Tolls" czy "Creeping Death", nie wspominając już o  "Fade to Black". Nie mniej jednak album nie jest pozbawiony solidnych metalowych czadów. Opus magnum stanowi zdecydowanie "Disciples of the Watch" - nośny riff, świetnie wykrzyczany refren, genialna solówka na basie, po której następuje gitarowy popis Alexa Skolnicka. Niewiele gorzej wypadają "The New Order", "Into the Pit", "The Preacher" i "A Day of Reckoning". Chociaż Testament prezentuje bardziej techniczne podejście do grania, niż Wielka Czwórka, a pod względem agresji niewiele grup thrashowych mu dorównuje, to każdy z tych utworów charakteryzuje się także wyrazistą melodią.

Niepotrzebne wydaje się za to rozpoczynanie aż trzech utworów ("Eerie Inhabitants", "Trial by Fire", "Disciples of the Watch") spokojnym wstępem - wszystkie są do siebie bardzo podobne. Jest to tym bardziej niezrozumiałe, że na albumie znalazły się także dwa instrumentalne utwory, utrzymane w tym samym klimacie - niepotrzebna miniaturka "Hypnosis", oraz bardzo udany "Musical Death (A Dirge)", z pięknymi partiami solowymi, a nawet z brzmieniami akustycznymi. Repertuaru longplaya dopełnia przeróbka "Nobody's Fault" Aerosmith - cięższa od oryginału, za to pod względem wokalnym bardziej... przystępna.

Niestety, podobnie jak debiutancki "The Legacy", "The New Order" rozczarowuje w kwestii brzmienia, które jest bardzo surowe, niedopracowane, co przeszkadza zwłaszcza w tych łagodniejszych utworach ("Eerie Inhabitants", "Musical Death (A Dirge)"). Pod każdym innym względem, jest to jeden z najlepszych albumów thrash metalowych, jakie kiedykolwiek powstały.

Ocena: 7/10



Testament - "The New Order" (1988)

1. Eerie Inhabitants; 2. The New Order; 3. Trial by Fire; 4. Into the Pit; 5. Hypnosis; 6. Disciples of the Watch; 7. The Preacher; 8. Nobody's Fault; 9. A Day of Reckoning; 10. Musical Death (A Dirge)

Skład: Chuck Billy - wokal; Alex Skolnick - gitara; Eric Peterson - gitara; Greg Christian - bass; Louie Clemente - perkusja
Producent: Alex Perialas


[Recenzja] Judas Priest - "Stained Class" (1978)



"Stained Class" został wydany zaledwie dziesięć miesięcy po poprzednim albumie, "Sin After Sin", a stanowi kolejny wielki krok w rozwoju grupy. Krok zdecydowanie w kierunku szybszego, mocniejszego grania. To zresztą prawdopodobnie pierwszy album w historii, na którym zdecydowana większość utworów to stricte heavy metalowe granie. Mamy tutaj do czynienia głównie z rozpędzonymi, ostrymi kawałkami, którym jednak nie sposób odmówić melodyjności ("Exciter", "White Heat, Red Hot", "Stained Class", "Invader", "Saints in Hell", "Savage"). Muzycy nie rezygnują tu jednak całkiem z różnorodności, która cechowała ich poprzednie wydawnictwa. Na tle całości wyróżniają się trzy kompozycje. Pierwsza z nich to "Better By You, Better Than Me" - kolejny po "Diamonds and Rust" cover na płycie Judasów, tym razem z repertuaru mało znanej grupy hard rockowej Spooky Tooth. Podobnie jak poprzednio cięższy od oryginału, ale zachowujący chwytliwą melodię. Rezultat jest naprawdę powalający, a refren to prawdziwe mistrzostwo.

Największym arcydziełem na "Stained Class" jest jednak "Beyond the Realms of Death". Zaczyna się balladowo, z gitarą akustyczną i piękną linią wokalną Halforda, jednak już po minucie następuje ciężkie, riffowe przełamanie. Przez cały utwór łagodne fragmenty przeplatają się z mocniejszym graniem. Pomijając wspaniałą melodię, kompozycja wyróżnia się także dwiema długimi, przepięknymi solówkami gitarowymi. Genialny utwór, prawdopodobnie mój ulubiony z całej dyskografii Judas Priest. Warto zwrócić uwagę jeszcze na finałowy "Heroes End". To najcięższy i najwolniejszy fragment longplaya, charakteryzujący się wieloma zmianami motywów - to jedyna pozostałość po prog rockowych naleciałościach poprzednich albumów grupy.

Chociaż ciężko wskazać na "Stained Class" jakieś słabsze momenty, całość nie robi na mnie tak dobrego wrażenia, jak "Sad Wings of Destiny" i "Sin After Sin". Zbyt wielka przepaść dzieli np. "Beyond the Realms of Death", a kawałki w rodzaju "Exciter" czy "Invader". Co nie zmienia faktu, że jest to solidna porcja ciężkiego grania, zasługująca na wysoką ocenę.

Ocena: 7/10



Judas Priest - "Stained Class" (1978)

1. Exciter; 2. White Heat, Red Hot; 3. Better By You, Better Than Me; 4. Stained Class; 5. Invader; 6. Saints in Hell; 7. Savage; 8. Beyond the Realms of Death; 9. Heroes End

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara; Ian Hill - bass; Les Binks - perkusja
Producent: Dennis Mackay i Judas Priest; James Guthrie (3)


26 kwietnia 2013

[Recenzja] Deep Purple - "Now What?!" (2013)



Deep Purple to zespół legendarny. Ich albumy z początku lat 70. to ścisła czołówka największych dzieł ciężkiego rocka. Nawet dekadę później, kiedy po kilku latach przerwy zebrał się najsłynniejszy skład grupy, udało im się nagrać kanoniczny longplay "Perfect Strangers". Problem z grupą polegał zawsze na tym, że obok albumów genialnych, nagrywali także po prostu słabe. Natomiast od kilkunastu lat - w składzie zubożałym o dwóch kluczowych muzyków, gitarzystę Ritchiego Blackmore'a i klawiszowca Jona Lorda - odcinali kupony od zdobytej dawno temu sławy, grając na żywo głównie przeboje sprzed kilkudziesięciu lat. Regularnie, co kilka miesięcy, w sklepach pojawiają się kolejne płyty koncertowe, przeważnie zarejestrowane w czasach największej popularności. Natomiast przerwy między studyjnymi albumami są coraz dłuższe - na właśnie wydany "Now What?!" trzeba było czekać aż osiem lat. Czy muzycy Deep Purple wciąż mają coś ciekawego do zaoferowania? Cóż, okazuje się, że tak - przynajmniej momentami.

Po udostępnieniu przez zespół pierwszego singla promującego album, można było mieć jednak obawy o jakość nowego materiału. "All the Time in the World" to łagodna, pop rockowa (z naciskiem na to pierwsze słowo) piosenka, o bardzo przyjemnej melodii... Tak banalny, do bólu komercyjny utwór, nigdy nie powinien być nagrany przez zespół, który przyczynił się do powstania heavy metalu. Wydany na tym samym singlu "Hell to Pay", chociaż bardziej zadziorny i energetyczny, również brzmiał zbyt radiowo, przyjaźnie dla przeciętnego słuchacza. Dziwne okazało się też samo brzmienie, za które odpowiada Bob Ezrin (znany z współpracy z Pink Floyd, Kiss i Alicem Cooperem) - bardzo sterylne, mało rockowe. Na szczęście, po przesłuchaniu całego albumu, okazuje się, że zespół nie wybrał do promocji najlepszych jego fragmentów. Zresztą oba singlowe kawałki na longplayu wypadają lepiej. Co prawda, lekkie zaostrzenie "All the Time in the World" niewiele zmieniło, ale już "Hell to Pay" wzbogacony o hammondową solówkę prezentuje się znacznie ciekawiej.

Bardzo dobre otwarcie albumu stanowi "A Simple Song". Delikatny wstęp, przypominający nieco "Child in Time", z krótkim, bluesowym solem. Po dwóch minutach następuje zaostrzenie, a gitarowo-hammondowe riffy to klasyczne Deep Purple, na poziomie jakiego grupa dawno nie osiągnęła. Utwór wyróżnia także chwytliwa, ale niebanalna melodia, jak również świetne popisy solowe muzyków. Szkoda jedynie, że kawałek kończy się po niespełna czterech minutach - mógłby trwać dwa razy tyle. Kolejnym świetnym fragmentem albumu jest "Out of Hand". Po kiczowatym, smyczkowym wstępie, rozpoczyna się naprawdę ciężkie riffowanie, a największym zaskoczeniem jest wokal Iana Gillana, który już dawno nie śpiewał tak dobrze. Zresztą odchodzi tutaj od swojego stylu i proponuje bardziej nowoczesną partią wokalną (na szczęście nie rapowaną, czego też próbował jakiś czas temu). Znowu wspaniale wypada część instrumentalna, której melodia przypomina zresztą słynny motyw "Perfect Strangers".

"Now What?!" nie jest jednak jedynie sentymentalną podróżą dla fanów - momentami muzycy eksplorują zupełnie nowe rejony, jak w lekko jazzującym "Blood from a Stone". Tutaj niestety nie najlepiej wypada partia wokalna, za to popisy Dona Aireya są z najwyższej półki (inna sprawa, że przypominają jego solówkę z utworu "Air Dance" Black Sabbath). Kolejnym zaskoczeniem jest najdłuższy na płycie, 7-minutowy "Uncommon Man", którego początek brzmi jak... Pink Floyd z albumu "A Momentary Lapse of Reason" (którego producentem był Ezrin, co wyklucza przypadek). Kiedy jednak w połowie wchodzi śpiew Gillana i organy Hammonda - od razu robi się stuprocentowo purplowo. Pod koniec pojawia się jednak elektroniczny motyw, który znowu nie przypomina niczego, co grupa wcześniej nagrała. Tuż po nim następuje gitarowa solówka, należąca do najlepszych popisów Steve'a Morse'a.

"Après Vous" to znowu klasyczne Deep Purple - ale tylko do połowy, kiedy pojawia się zaskakujące, elektroniczne przejście. Brzmi to niesamowicie. Pewnie nie spodoba się ortodoksyjnym fanom grupy, ale dobrze, że grupa wciąż próbuje czegoś nowego. Najbardziej niesamowity utwór pojawia się jednak na koniec. "Vincent Price" rozpoczyna organowa introdukcja i partia chóru, tworzące nastrój znany z filmów grozy. Po chwili wchodzi ostry gitarowy riff, któremu towarzyszy nawiedzone brzmienie syntezatora. Szkoda tylko, że podczas gitarowego sola znika ten mroczny klimat, ale wynagradza to końcówka z dzikim krzykiem Gillana - wrzeszczy jak za najlepszych lat! I znowu szkoda, że tylko w tym jednym fragmencie. Jednak to i tak dużo, biorąc pod uwagę, jak ostatnimi laty się oszczędza (czego efektem było wyrzucenie z koncertowej setlisty utworu "Child in Time").

Oczywiście, są na tym albumie też słabsze fragmenty, nie tylko w postaci wspomnianych kawałków singlowych. Bezbarwne "Weirdistan" i "Body Line" spełniają rolę wypełniaczy. Gorsze wrażenie robi "Above & Beyond" - to hołd dla zmarłego w zeszłym roku Jona Lorda, ale pod względem muzycznym wypada banalnie. Liczyłem raczej na coś bardziej poruszającego, w stylu "When a Blind Man Cries". Mimo wszystko, jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym albumem. Nie jest to oczywiście płyta na miarę wspomnianego "Perfect Strangers", jak zapowiadali członkowie zespołu - ale też od początku było wiadomo, że to tylko chwyt reklamowy. Natomiast jest to zdecydowanie najlepszy longplay Deep Purple od czasu, kiedy Steve Morse zajął miejsce Ritchiego Blackmore'a.

Ocena: 6/10



Deep Purple - "Now What?!" (2013)

1. A Simple Song; 2. Weirdistan; 3. Out of Hand; 4. Hell to Pay; 5. Body Line; 6. Above & Beyond; 7. Blood from a Stone; 8. Uncommon Man; 9. Après Vous; 10. All the Time in the World; 11. Vincent Price

Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Roger Glover - bass; Don Airey - instr. klawiszowe; Ian Paice - perkusja
Gościnnie: David Hamilton - instr. klawiszowe (2,6,8); Eric Darken - instr. perkusyjne (5,10); Mike Johnson - gitara hawajska (10,11); Jason Roller - gitara akustyczna (10)
Producent: Bob Ezrin


23 kwietnia 2013

Wywiad z Mariuszem Dudą (Riverside)

Wywiad z Mariuszem Dudą - wokalistą, basistą, autorem tekstów, głównym kompozytorem i liderem grupy Riverside - miałem przeprowadzić już na początku tego roku, tuż po ukazaniu się albumu "Shrine of New Generation Slaves". Początkowo w formie mailowej, która nie jest wg mnie zbyt ciekawa - wywiad powinien być rozmową, a nie zwykłą sondą. Najwidoczniej tak samo uważa Duda, który na wysłane pytania dotąd nie odpowiedział... Kilka dni temu dostałem jednak propozycję przeprowadzenia tego wywiadu w cztery oczy, przed występem Riverside w Gdańsku. Zgodziłem się bez wahania, chociaż nigdy wcześniej nie przeprowadzałem żadnego poważnego wywiadu. Miałem też obawy, czy Mariusz Duda będzie trudnym rozmówcą - można było tego oczekiwać po człowieku, który stoi na czele jednego z najważniejszych współczesnych zespołów progresywnych, nie tylko w Polsce, ale całej Europie. Okazał się jednak bardzo sympatycznym gościem, a rozmowa przebiegła bez większych przeszkód (pomijając konieczność zmiany miejsca z powodu hałasu).

Mariusz Duda podczas koncertu w Gdańsku (fot. http://riversideband.pl)

W marcu graliście w Europie, teraz kończycie trasę po Polsce, a 30 kwietnia rozpoczynacie koncerty w Stanach. Czy za granicą wasze koncerty spotykają się z takim samym przyjęciem, jak w kraju?

Z reguły jest tak, że nie ma dużej różnicy między Polską a zagranicą, ludzie reagują bardzo podobnie. Mamy taką grupę docelową, która sprawdza się chyba w każdym kraju. W Polsce jest trochę więcej ludzi młodszych, natomiast w innych krajach trochę więcej starszych, chociaż jakby tak przejrzeć wszystkie statystyki, to podejrzewam, że tak jak powiedziałem na początku, wszędzie będzie bardzo podobnie. Różnice polegają głównie na spontanicznych reakcjach. Jeżeli jesteśmy w krajach typu Hiszpania, Portugalia,  tam gdzie mają ciepło i cały czas dobre humory, wtedy oczywiście żywiołowo reagują, klaszczą i śpiewają. Natomiast tam, gdzie jest raczej mrocznie i smutno, to troszkę mniej. Aczkolwiek w Londynie też mamy bardzo dobre przyjęcie. Generalnie, kończąc moją przydługą wypowiedź, w każdym mieście i kraju publiczność reaguje bardzo podobnie.


Album "Shrine of New Generation Slaves" osiągnął w Polsce 2. pozycję na liście sprzedaży, wysoko notowany był także na listach w Niemczech, Belgii, a nawet Finlandii. Czy to efekt wypracowanej przez lata pozycji na rynku, czy może lekkiej zmiany stylu? Akronimem tytułu nowej płyty jest wyraz "songs", czyli "piosenki".

Myślę, że jedno i drugie jest z tym w jakiś sposób związane, ale chyba jednak przede wszystkim z konsekwencją, jaką sobie obraliśmy jakiś czas temu. Zawsze staramy się z płyty na płytę zaskakiwać, grać coś innego, ale też jednocześnie pamiętać o naszym charakterystycznym stylu, więc myślę, że to się też przekłada na to. I oczywiście nowa płyta, jak wskazuje jej tytuł i akronim, może jest trochę bardziej przystępna dla niektórych osób. Na pewno bardziej przystępna niż poprzedni album ["Anno Domini High Definition" z 2009 roku - przyp. autora].


Skąd ta zmiana? 

Chcieliśmy nagrać coś nowego, nie chcieliśmy nagrywać drugiego krążka typu "ADHD", chcieliśmy próbować nowego stylu... Może niekoniecznie stylu, ale nowego wyzwania, w postaci skoncentrowania się bardziej na aranżacji, nie tylko na samej kompozycji. Poza tym zawsze bardzo lubiłem melodie i teraz chciałem, żeby było ich bardzo dużo.


Na albumie pojawiła się inspiracja rockiem z lat 70. Główny riff "Celebrity Touch" i hammondowa solówka "Escalator Shrine" kojarzą się z Deep Purple, w tym drugim utworze jest też fragment w stylu Black Sabbath...

To jest tak, że chciałem, aby była to nastrojowa muzyka, żeby było dużo melodii, ale też żeby pojawił się jakiś nowy element, którego nie było na poprzednich płytach. I tutaj padło na hard rock. Trochę ten hard rock przewinął się na naszej poprzedniej płycie, pod koniec utworu "Left Out". Pomyślałem, że byłoby całkiem interesujące, gdybyśmy zrezygnowali z metalu i zastąpili go hard rockiem. Może nie takim czystym, ale jakimiś elementami. Skojarzenia z Deep Purple czy Led Zeppelin są jak najbardziej trafne, bo Michał [Łapaj  - przyp. autora] używa Hammonda i tych wszystkich starych brzmień, co też z tym się kojarzy.


W jaki sposób tworzycie swoje utwory? Są one wynikiem zespołowych improwizacji, czy może ktoś przynosi gotowy pomysł nad którym potem wspólnie pracujecie?

Jestem głównym kompozytorem w tym zespole i wiele utworów wymyślam od początku do końca. Wiele kawałków wymyślam też na poczekaniu, przy chłopakach, razem z nimi, więc de facto tworzymy je razem, tylko ja jestem kimś w rodzaju reżysera, scenarzysty i montażysty tego wszystkiego. Oczywiście bardzo przykładam uwagę do tego, by każda kompozycja podobała się każdemu z członków zespołu, bo to sprawia, że te utwory nabierają wartości zespołowej. A myślę, że Riverside nie osiągnąłby takiego sukcesu, gdyby nie był kojarzony głównie z zespołem.


Tytuły trzech pierwszych płyt, tworzących trylogię, składały się z trzech słów, tytuł czwartej z czterech, a piątej z pięciu. Czy ciężko było wymyślić taki tytuł, który ponadto musiał być powiązany z treścią utworów?

Nie, nie, absolutnie. Te zabawy w akronimy miałem już jakiś czas temu wymyślone i to była po prostu konsekwencja tego. Przy szóstej płycie również wszystko będzie związane z cyfrą sześć, też już mam na nią jakiś pomysł. Przeważnie wszystko zaczyna się od tytułu, dopiero potem powstają teksty. Gdyby jednak było odwrotnie, wówczas miałbym prawdopodobnie ciężki orzech do zgryzienia. A tak było to dosyć łatwe. 


Tytuł nowego albumu można przetłumaczyć jako "Świątynia niewolników nowej generacji". Możesz wytłumaczyć co się kryje za tym słowami, a także czego dotyczą teksty utworów?

Generalnie zależało mi, żeby na tej płycie przedstawić kilka form współczesnego zniewolenia. Tych sytuacji, kiedy osoba czuje się jak niewolnik, nie może przejąć kontroli nad swoim życiem. Wszystko zaczęło się od mojej wyprawy taksówką i słuchania narzekania pana taksówkarza. Wtedy powstał tekst do "New Generation Slave", który przedstawia taką kwintesencję frustracji, zwłaszcza w naszym kraju. I to był punkt wyjścia, żeby stworzyć taki koncept, album z piosenkami, z których każda będzie się odnosiła do jakieś formy zniewolenia. Więc oprócz frustracji, mamy potrzebę bycia ważnym, przyzwyczajenie w związku, tęsknotę za przeszłością, współczesne świątynie, gdzie ludzie porzucają swoje tożsamości, zmieniają je jak rękawiczki i są od tego uzależnieni. Tego typu sytuacje, po prostu historie, które obserwowałem w ostatnich latach i chciałem zrobić temu wszystkiemu zdjęcia w postaci tekstów.


Album jest spójny nie tylko pod względem tekstowym, ale również muzycznym. Finałowa "Coda" opiera się na tej samej melodii, co "Feel Like Falling"...

Już przy poprzednich płytach były takie sytuacje, kiedy jakieś fragmenty, motywy pojawiające się w jednym utworze, pojawiają się potem w kolejnym utworze. W innej formie, grane wolniej, lżej, itd. Nie wiem czy wiele osób zdaje sobie sprawę, że utwór "Back to the River" [z trzeciego w dyskografii albumu, "Rapid Eye Movement", 2007 - przyp. autora] nawiązuje do "The Same River" [z debiutanckiego "Out of Myself", 2003 - przyp. autora], gdyż jest tam ten sam motyw grany na gitarze, tylko znacznie wolniej. W utworze "Hyperactive" pojawia się motyw grany na klawiszach, który pojawia się potem pod koniec "Egoist Hegonist". Również w "Hybrid Times" jest powtórzony fragment z "Hyperactive" [wszystkie trzy utwory pochodzą z "Anno Domini High Definition" - przyp. autora]. I tym razem zależało mi, żeby zrobić utwór, który będzie nawiązywał do utworu "Feel Like Falling". Czyli będzie to ta sama melodia, tylko w innej aranżacji. Tego typu zabiegi sprawiają, że płyta staje się bardziej spójna, tworzy jedną historię, nie są to piosenki wyrwane z kontekstu. Chciałem to niejako zamknąć w klamrę i ponieważ "Feel Like Falling" opowiada o przekładaniu życia zawodowego nad życie rodzinne, "Coda" przedstawia tą sytuację w negatywie, na odwrót. Czyli pojawia się takie światełko w tunelu na koniec płyty. Dzięki temu nie kończy się ona pesymistycznie, tylko ma raczej pozytywny wydźwięk. Może nie optymistyczny, ale dający nadzieję na przyszłość. Tego typu zabiegi bardzo sobie cenię i lubię, i dlatego taki utwór znalazł się na tej płycie.


Nowy album, podobnie jak poprzedni, jest dość krótki i mógłby zmieścić się na pojedynczym winylu. Dlaczego postanowiliście nagrywać krótsze płyty?

Nowy album trwa ponad 50 minut, więc nie jest aż taki krótki, zwłaszcza, że zauważyłem tendencje nagrywania płyt trwających pół godziny. Poza tym z dodatkowymi utworami mamy już godzinę i 10 minut, więc w sumie nie jest tak źle. Poprzednio nagraliśmy krótki album, który trwał 44 minuty i 44 sekundy, i który się zmieścił na pojedynczym winylu, natomiast wydaje mi się, że nowy album jest już raczej dłuższy [zdarzają się płyty winylowe trwające nawet ponad godzinę - przyp. autora]. Natomiast to jest ten limit czasowy, który wystarcza na przesłuchanie płyty od początku do końca z przyjemnością. Nagrywanie zbyt długich albumów wiąże się z tym, że trzeba ich słuchać na raty, wymagają większego zaangażowania. Nie znaczy to oczywiście, że już nigdy nie nagramy dłuższego albumu, ale na razie chcieliśmy nagrać płytę o przyzwoitej długości, ani za krótką, ani za długą. Taką w sam raz.


22 kwietnia 2013

[Relacja] Riverside, klub Parlament, Gdańsk, 21.04.2013

Riverside to obecnie najlepszy polski zespół. Utwierdził mnie w tym przekonaniu wczorajszy koncert w gdańskim klubie Parlament - ostatni w ramach polskiej części trasy New Generation Tour, promującej najnowszy album grupy, "Shrine of New Generation Slaves". Przed występem miałem możliwość spotkania trzech muzyków zespołu. Z perkusistą Piotrem Kozieradzkim i gitarzystą Piotrem Grudzińskim zdążyłem tylko wymienić uścisk dłoni i kilka zdań, bo już czekał na mnie Mariusz Duda, z którym byłem umówiony na przeprowadzenie wywiadu...

Riverside w Gdańsku: Piotr Grudziński, Mariusz Duda, Piotr Kozieradzki i Michał Łapaj (fot. http://riversideband.pl).

Koncert rozpoczął się z półgodzinnym opóźnieniem, od występu supportu - grupy Maqama. Widziałem ich w tej roli już niecałe dwa lata temu, przed Ozzym Osbournem w Ergo Arenie. Wówczas zupełnie nie przypadli mi do gustu, jedynym fragmentem ich występu godnym uwagi była przeróbka "Whole Lotta Love" Led Zeppelin - oczywiście nieporównywalna do oryginału. Tym razem było już zupełnie inaczej. Może przez ten czas przybyło im dobrych utworów, może zdobyli więcej doświadczenia, a może to prostu kwestia brzmienia - podczas gdy akustyka Ergo Areny w ogóle nie nadaje się do koncertów, tak w klubie Parlament wszystko brzmiało czytelnie. Maqama zagrała koło siedmiu utworów, utrzymanych w stylu, który ciężko jednoznacznie sklasyfikować. Było to ciężkie, nowoczesne granie, z delikatnymi wpływami muzyki orientalnej. Atutem grupy jest bez wątpienia gitarzysta Mateusz Owczarek, który podczas przedstawiania członków zespołu zebrał największe brawa od publiczności, która ogólnie dość chłodno przyjęła grupę.

21 kwietnia 2013

[Recenzja] Testament - "The Legacy" (1987)



Testament ze swoim debiutanckim albumem spóźnił się o cztery lata. Kiedy w 1987 roku ukazał się longplay "The Legacy", ich starsza konkurencja w postaci Metalliki, Slayera, Megadeth i Anthrax, miała już na koncie swoje najważniejsze dzieła, dzięki którym okrzyknięto ich Wielką Czwórką Thrash Metalu. Tymczasem twórczość Testament w niczym im nie ubiega, a nawet często okazywała się lepsza (zwłaszcza w porównaniu z Anthrax). Na pewno "The Legacy" jest płytą bardziej dojrzałą i przemyślaną od debiutów tamtych grup. Przeważają tutaj agresywne, szybkie utwory (np. "Over the Wall", "The Haunting", "First Strike Is Deadly", "Do or Die"), wyjątkiem jest bardziej melodyjny, wręcz chwytliwy "Alone in the Dark", który opiera się raczej na heavy metalowych patentach. Gdzieniegdzie pojawiają się ozdobniki w postaci balladowych wstępów ("Burnt Offerings", "Apocalyptic City"), natomiast w każdym utworze uwagę przykuwają świetne solówki 19-letniego Alexa Skolnicka. Pod względem wokalnym nie ma wielkiego zróżnicowania, dominuje szybkie skandowanie, czasem tylko Chuck Billy stosuje charakterystyczne dla power metalu pianie, a nawet niemal tradycyjny śpiew ("Alone in the Dark"). 

Wszystko to razem składa się na solidny, thrash metalowy album. Niemniej jednak "The Legacy" - podobnie jak kilka kolejnych albumów Testament - pozostawia sporo do życzenia w kwestii brzmienia. Z drugiej strony, takie surowe, niedopracowane brzmienie w sam raz pasuje do tych agresywnych, thrashowych kompozycji.

Ocena: 6/10



Testament - "The Legacy" (1987)

1. Over the Wall; 2. The Haunting; 3. Burnt Offerings; 4. Raging Waters; 5. C.O.T.L.O.D.; 6. First Strike Is Deadly; 7. Do or Die; 8. Alone in the Dark; 9. Apocalyptic City

Skład: Chuck Billy - wokal; Alex Skolnick - gitara; Eric Peterson - gitara; Greg Christian - bass; Louie Clemente - perkusja
Producent: Alex Perialas


20 kwietnia 2013

[Recenzja] Iron Claw - "Iron Claw" (2009)



Jeżeli ktoś chciałby zrobić listę najbardziej pechowych zespołów, to brytyjski Iron Claw powinien zająć jedno z czołowych miejsc. Grupa powstała w 1969 roku, kiedy troje nastolatków - basista Alex Wilson, gitarzysta Jimmy Ronnie i perkusista Ian McDougall - po uczestnictwie w koncercie nieznanej wówczas grupy Black Sabbath, postanowili sami stworzyć zespół grający w tym stylu. Nawet geneza nazwy jest podobna, chociaż nie zaczerpnęli jej z horroru, a z kryminalnego serialu (The Iron Claw z 1941 roku). Wkrótce do składu doszedł wokalista Mike Waller i grupa mogła dokonać swoich pierwszych nagrań demo (obok własnych kawałków zarejestrowali także przeróbkę "War Pigs" Sabbathu). Podobno wysłali ten materiał do swoich idoli, z prośbą o pomoc w umożliwieniu odbycia profesjonalnej sesji, jednak nie otrzymali żadnej odpowiedzi. Być może Iommi i spółka obawiali się konkurencji. Niezrażeni muzycy Iron Claw, mimo zmian składu (raz zmienił się wokalista, dwukrotnie perkusista, a na chwilę dołączył także multiinstrumentalista Billy Lyall, znany z grup Bay City Rollers i Pilot), nagrywali kolejne demówki, aż do 1974 roku, kiedy postanowili zakończyć działalność.

Okładka bootlegu
"Dismorphophobia".
W czasach istnienia, grupa nie dorobiła się żadnego oficjalnego wydawnictwa. Jednak w latach 90. zarejestrowane przez nich nagrania zaczęły wypływać na bootlegach. W 1992 roku ukazał się album "Buried Together", zawierający także nagrania grupy Flying Hat Band (o której niedawno pisałem). Co ciekawe, jego wydawca nie miał pojęcia jak brzmi nazwa wykonawcy utworów Iron Claw, więc... wymyślił własną, Antrobus. Kolejnym bootlegiem był wydany w 1996 roku "Dismorphophobia" - tym razem na okładce znalazła się właściwa nazwa zespołu. Zainteresowanie zespołem wzrastało, a zachęcony tym Alex Wilson postanowił poszukać odpowiedniej wytwórni płytowej, która mogłaby wydać ten materiał, w końcu oficjalnie, według wizji muzyków. Dopiero w 2009 roku udało mu się doprowadzić sprawę do końca, czego rezultatem wydany przez niezależną wytwórnie Rockadrome album "Iron Claw". Znalazła się na nim większość utworów dostępnych na wspomnianych bootlegach (z wyjątkiem "Take Me Back", "Real Mean Rocker" i "Spider's Web"), ale także kilka wcześniej nieznanych ("Mist Eye", "Sabotage", "Crossrocker", "Skullcrusher", "Devils").

Utwory zostały ułożone chronologicznie, dzięki czemu można prześledzić rozwój grupy. Od razu jednak muszę zaznaczyć, że zespół rejestrował swoje nagrania amatorsko, więc trzeba się przygotować na brudne, mocno przesterowane brzmienie - chociaż i tak dużo lepsze niż na wspomnianych wyżej bootlegach. Kilka nagrań jest nieco gorszej jakości (zwłaszcza "Skullcrusher" z zanikającym miejscami dźwiękiem), ale im nowszy materiał, tym lepiej. Pierwszych pięć utworów zostało zarejestrowanych z wokalistą Mikem Wallerem, który jak na 16-latka śpiewa całkiem dobrze. Zresztą instrumentalistom też nie można odmówić talentu. Jimmy Ronnie gra całkiem zgrabne riffy i solówki, Alex Wilson ze swoim basem nie daje się zepchnąć na dalszy plan, natomiast Ian McDougall nie tylko nie wypada z rytmu, ale także proponuje wiele perkusyjnych przejść. Wyróżniać poszczególnych utworów nie ma sensu, bo wszystkie trzymają równy poziom. W większości z nich inspiracja Black Sabbath jeż aż nadto słyszalna ("Clawstrophobia", "Mist Eye", "Crossrocker", "Skullcrusher"), chociaż takiemu "Sabotage" bliżej do Ten Years After.

W "Let It Grow" poznajemy drugiego wokalistę grupy, Wulliego Davidsona. Jednak dopiero następne kawałki pokażą, że grupa na tej zmianie zyskała - ten jest wyjątkowo chaotyczny i znowu nienajlepszy brzmieniowo. Wyjątkowo udzielał się tutaj drugi gitarzysta, Donald McLaughlin, ale zupełnie tego nie słychać. Kolejne osiem utworów zostało zarejestrowane już bez niego, za to z wspomnianym Billym Lyallem, grającym na melotronie, saksofonie i pianinie. Brzmienie w końcu jest zadowalające. Świetnym utworem jest "Rock Band Blues" - mroczny wstęp, później nośny riff i zadziorny śpiew Davidsona. W pozostałych utworach z tego okresu grupa odchodzi trochę od swojego stylu, proponując bardziej melodyjne, chwytliwe utwory - wyróżnia się zwłaszcza "Loving You", pięknie wzbogacony o saksofon i flet. W pamieć zapada także "Pavement Artists". Ale już w podniosłym "All I Really Need" aranżacja jest zbyt rozbudowana. Warto zwrócić za to uwagę na długą gitarową solówkę w "Lightning".

Ostatnie dwa utwory zostały zarejestrowane już bez pomocy Lyalla i z nowym perkusistą, Neilem Cockayenem. Pierwszy z nich, "Winter", to najbardziej reprezentatywny utwór kapeli. Mroczny sabbathowy riff na otwarcie, do którego dołącza świetny motyw solowy. Po jakimś czasie następuje jednak całkowita zmiana klimatu - słychać tylko gitarę akustyczną i flet, a także spokojny wstęp. Utwór jednak z czasem znowu nabiera zadziorności, wraca gitarowy motyw ze wstępu, ale pojawia się też długie solo na flecie. Dobre wrażenie robi także drugi utwór, "Devils". Długi, mroczny wstęp (basowy motyw i efekty ilustracyjne), a potem typowe dla grupy riffowanie. Te dwa utwory, a przynajmniej "Winter", to najlepszy dowód na rozwój grupy, a także na drzemiący w muzykach potencjał. Niestety niedoceniony w latach działalności. Gdyby wówczas mieli możliwość nagrania profesjonalnego longplaya, dzisiaj mogliby być rockową legendą - może nie na poziomie Black Sabbath, ale przynajmniej na tym samym, co np. Uriah Heep lub Wishbone Ash.

Ocena: 7/10



Iron Claw - "Iron Claw" (2009)

1. Clawstrophobia; 2. Mist Eye; 3. Sabotage; 4. Crossrocker; 5. Skullcrusher; 6. Let It Grow; 7. Rock Band Blues; 8. Pavement Artist; 9. Strait Jacket; 10. Gonna Be Free; 11. Loving You; 12. Lightning; 13. All I Really Need; 14. Knock 'Em Dead; 15. Winter; 16. Devils

Skład: Jimmy Ronnie - gitara (1-16); Alex Wilson - bass (1-16); Ian McDougall - perkusja (1-14); Mike Waller - wokal (1-5); Wullie Davidson - wokal (6-16), harmonijka (9), flet (11,15); Donald McLaughlin - gitara (6); Billy Lyall - melotron (8,9,13), saksofon (11,14), pianino (13,14); Neil Cockayene - perkusja (15,16)
Producent: Iron Claw


[Recenzja] Granicus - "Granicus" (1973)



Granicus to krótko istniejący, amerykański zespół, inspirujący się Led Zeppelin. Podczas słuchania ich debiutanckiego albumu "Granicus", skojarzenia biegną raczej w stronę wczesnego Rush - ze względu na bardzo wyskoki wokal Woddy'ego Leffela. Umiejętności nie można mu odmówić, ale w otwierającym całość "You're in America" to własnie krzykliwy, ostry wokal jest najsłabszym ogniwem - ciężko przebrnąć przez te cztery minuty. W "Bad Talk" Leffel śpiewa tylko odrobinę spokojniej, ale od razu jest dużo lepiej. Utwór jest bardziej wyrazisty pod względem muzycznym, za sprawą świetnego riffu. Po takiej dawce ostrego grania potrzebne jest uspokojenie - przynosi je delikatny, instrumentalny "Twilight", w którym słychać tylko gitarę akustyczną i melotron. W podobnym klimacie rozpoczyna się "Prayer", zaskoczeniem jest partia wokalna - okazuje się, ze Leffel potrafi nie tylko krzyczeć, ale również śpiewać. Ten ponad 10-minutowy utwór to jednak prawdziwie epickie arcydzieło, swoista odpowiedź na "Stairway to Heaven" (choć to niezupełnie ten sam poziom).

Otwierający drugą stronę winylowego wydania "Cleveland, Ohio" to kolejny czad, w którym główną rolę odgrywa melodyjna linia basu. Za to w rozbudowanym "Nightmare" znowu pojawiają się balladowe fragmenty - swoją drogą bardzo ładne, z przejmującym śpiewem Leffela - a zestawiono je z ostrzejszymi, w których fajnie pulsuje gitara basowa, równoważąc wysoki wokal, zaś w zestawieniu z solówkami przywodzi na myśl Wishbone Ash. Kolejny na płycie "When You're Movin'" to bardzo intensywny, ostry kawałek, ze śpiewem trochę soulowym (w stylu Glenna Hughesa), ale jednocześnie bardzo agresywnym. "Paradise" rozpoczyna się perkusyjnym wstępem, po którym wchodzi wspaniały riff gitary, uzupełniony solówką drugiego gitarzysty, która zresztą ciągnie się przez pierwsze zwrotki, ale dalej zespół zaczyna kombinować, proponuje coraz to nowe motywy, raz bardziej intensywne, kiedy indziej wolniejsze. Świetne zakończenie płyty.

Granicus rozpadł się wkrótce po wydaniu tego albumu, ale w 2010 roku nastąpiła niespodziewana reaktywacja. Zespół nagrał wówczas album "Thieves, Liars, & Traitors", oparty na niedokończonych kompozycjach z lat 70. (wśród nich był świetny "Hollywood Star", którego wersję z radiowej sesji z 1973 roku można znaleźć na nieoficjalnej reedycji "Granicus" z 2007 roku), natomiast obecnie grupa pracuje nad zupełnie nowym materiałem. Trzeci longplay Granicus ma ukazać się jeszcze w tym roku.

Ocena: 7/10



Granicus - "Granicus" (1973)

1. You're in America; 2. Bad Talk; 3. Twilight; 4. Prayer; 5. Cleveland, Ohio; 6. Nightmare; 7. When You're Movin'; 8. Paradise

Skład: Woody Leffel - wokal i gitara akustyczna; Al Pinell - gitara; Wayne Anderson - gitara; Dale Bedford - bass; Joe Battaglia - perkusja
Gościnnie: Martin Last - melotron (3)
Producent: Martin Last


19 kwietnia 2013

[Recenzja] Judas Priest - "Sin After Sin" (1977)



Producentem "Sin After Sin", trzeciego albumu Judas Priest, został Roger Glover, wówczas przebywający na "wygnaniu" z Deep Purple. Muzyk miał już pewne doświadczenie w pracy studyjnej, gdyż współpracował już w tej roli z takimi wykonawcami, jak np. Elf, Nazareth, czy Rory Gallagher. Potrafił zadbać o naprawdę solidne brzmienie. Ponadto był typem producenta, który dawał muzykom wolną rękę. Nie inaczej było w tym przypadku, bowiem "Sin After Sin" to konsekwentna kontynuacja stylu, jaki Judas Priest wypracowali na poprzednim, wydanym rok wcześniej albumie "Sad Wings of Destiny". Mimo iż w trakcie sesji z zespołu odszedł perkusista Alan Moore - zastąpił go muzyk sesyjny, Simon Phillips - grupie udało się nagrać kolejny świetny longplay.

Album rozpoczyna ciekawie zbudowany "Sinner". Początek utworu sugeruje, że będzie to prosty kawałek w szybkim tempie, zbudowany na zwrotkowo-refrenowym schemacie, ale w trzeciej minucie zespół zaczyna interesująco kombinować ze strukturą - muzycy żonglują różnymi riffami, a nawet pozwalają sobie na intrygujące, nieco psychodeliczne zwolnienie. "Diamonds & Rust", oryginalnie wykonywany przez folkową piosenkarkę Joan Baez, to Judas Priest w bardziej przebojowym wykonaniu. Utwór nabrał oczywiście hard rockowego brzmienia, ale chwytliwa melodia pozostała. Zresztą członkowie zespołu sami też potrafili tworzyć świetne melodie, czego przykładem "Starbreaker". Mój zdecydowany faworyt z tego albumu. Rozpoczęty prostym, ale bardzo efektownym perkusyjnym wstępem (zresztą gra Philipsa napędza całą kompozycję), a następnie zachwycający rewelacyjnymi partiami gitar K.K. Downinga i Glenna Tiptona, oraz fantastyczną linią wokalną Roba Halforda. Pierwszą stronę winylowego wydania kończy stonowana ballada "Last Rose of Summer". Utwór ten odstaje od reszty albumu pod względem stylistycznym i z tego względu ma sporo krytyków. Ja jednak uważam, że dobrze się stało, że trafił na ten album - dzięki niemu widać jak wszechstronnym zespołem był niegdyś Judas Priest. W takim spokojniejszym graniu muzycy też radzili sobie doskonale.

Miniaturka "Let Us Prey", z "orkiestrowym" brzmieniem gitary, to ewidentny hołd dla Briana Maya i Queen. A także wstęp do stricte judasowego, rozpędzonego "Call for the Priest" (aczkolwiek w gitarowych solówkach powraca "orkiestrowe" brzmienie). Wolniejszy "Raw Deal" także wypada dość typowo dla zespołu. Ale już "Here Comes the Tears" to kompozycja dość wyjątkowa w repertuarze grupy. Wyróżniająca się niemal prog rockowym charakterem. Zaczyna się bardzo nastrojowo, balladowo, by stopniowo nabierać dynamiki, a w połowie nagle wybuchnąć z pełną mocą. Pojawia się tu jedna z najwspanialszych solówek w twórczości zespołu. Wydawać by się mogło, że po takim utworze trudno będzie utrzymać poziom. A jednak finałowy "Dissident Aggressor" to kolejna perła tego albumu, chociaż z zupełnie innego powodu. Tak ciężko i agresywnie, jak Judasi w tym utworze, nie grał w tamtym czasie nikt inny. To już nie hard rock, a czysty heavy metal. Inspirujący także grające bardziej ekstremalnie kapele - w 1988 roku został zcoverowany przez grupę Slayer. Jednak tamta wersja nie robi już takiego wrażenia, jak wyprzedzający swój czas oryginał.

To wszystko razem składa się na najlepszy - przynajmniej moim zdaniem - album Judas Priest. Zespół doprowadził tutaj swój ówczesny styl do perfekcji. I zaproponował tutaj - po raz, jak się miało wkrótce okazać, ostatni w karierze - wyjątkowo barwny, różnorodny materiał. Zachwyca tutaj także brzmienie, które do dziś się broni. Roger Glover uniknął tutaj pomyłek, jakie zdarzały się wówczas innym producentom (np. zbyt schowanego w miksie basu - ale w końcu Glover sam jest basistą).

Ocena: 8/10



Judas Priest - "Sin After Sin" (1977)

1. Sinner; 2. Diamonds & Rust; 3. Starbreaker; 4. Last Rose of Summer; 5. Let Us Prey / Call for the Priest; 6. Raw Deal; 7. Here Come the Tears; 8. Dissident Aggressor

Skład: Rob Halford; wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara; Ian Hill - bass
Gościnnie: Simon Phillips - perkusja
Producent: Roger Glover i Judas Priest


18 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Black Gives Way to Blue" (2009)



W 2005 roku, po kilkuletniej przerwie w działalności, spowodowanej śmiercią Layne'a Staleya, pozostali muzycy Alice in Chains postanowili powrócić na scenę, wraz z nowym członkiem, Williamem DuVall. Początkowo ich działalność ograniczała się wyłącznie do koncertów, ale pod koniec 2008 roku weszli do studia by nagrać czwarty studyjny album sygnowany tą nazwą. Wielu fanów odniosło się do tego z niechęcią, według nich zespół nie ma prawa istnieć bez Staleya (chociaż to Cantrell zawsze był autorem prawie całej muzyki, a także niektórych tekstów). Można się zastanawiać czy wydanie albumu "Black Gives Way to Blue" było właściwe pod względem moralnym, nie mniej jednak już od pierwszych sekund albumu, od riffu rozpoczynającego "All Secrets Known", otrzymujemy... stare, dobre Alice in Chains. DuVall idealnie wpasował się w styl poprzednika, a barwę głosu też ma podobną.

Alice in Chains na "Black Gives Way to Blue" przypomina z czego słynęła za najlepszych lat - z jednej strony z ciężkich, metalowych utworów o przygnębiającym nastroju ("All Secrets Known", "Last of My Kind", "Acid Bubble"), a z drugiej - z kawałków wzbogaconych o brzmienia akustyczne ("Your Decision", "When the Sun Rose Again", "Private Hell"). Grupa postanowiła jednak zaproponować tu także coś nowego. Przykładem np. rozbudowany, 7- minutowy "A Looking in View" z miażdżącym riffowaniem, ale też całkiem chwytliwą melodią, zwłaszcza w refrenie. Miejscami DuVall odchodzi od maniery wokalnej Staleya, zbliżając się do sposobu śpiewania... Chrisa Cornella. Chociaż najbardziej wyróżniającym się utworem jest tytułowy "Black Gives Way to Blue". Delikatna ballada, z dźwiękami pianina, na którym zagrał sam Elton John, oraz z tekstem poświęconym zmarłemu wokaliście. Powstał najbardziej przejmujący utwór w całej dyskografii zespołu.

Nie wszystko jednak co proponuje to oblicze grupy, jest równie ciekawe. Momentami za bardzo zbliżają się do nowoczesnego, radiowego rocka. Zwłaszcza w utworach singlowych: "Check My Brain", "Your Decision" i "Lesson Learned". Fakt, że dwa pierwsze z tych utworów są naprawdę rewelacyjne, a i trzeci nie zostaje daleko w tyle za nimi. Ale nie jest to stylistyka właściwa dla Alice in Chains, prawdopodobnie narzucona im przez producenta Nicka Raskulinecza (znanego z współpracy m.in. z Rush, ale też Foo Fighters i Stone Sour). Najbardziej nieudanym przykładem takiego podejścia jest "Take Her Out".

"Black Gives Way to Blue" to najbardziej zróżnicowany album w dotychczasowej dyskografii Alice in Chains. Z jednej strony są tu utwory, które powinny zadowolić dawnych wielbicieli grupy, a z drugiej - takie, które przysporzyły im fanów śród młodszego pokolenia. Jedni i drudzy mogą znaleźć tu powody do narzekań, ale ogólnie nie jest źle.

Ocena: 7/10



Alice in Chains - "Black Gives Way to Blue" (2009)

1. All Secrets Known; 2. Check My Brain; 3. Last of My Kind; 4. Your Decision; 5. A Looking in View; 6. When the Sun Rose Again; 7. Acid Bubble; 8. Lesson Learned; 9. Take Her Out; 10. Private Hell; 11. Black Gives Way to Blue

Skład: Jerry Cantrell - gitara i wokal; William DuVall - wokal i gitara; Mike Inez - bass; Sean Kinney - perkusja
Gościnnie: Stevie Black - instr. smyczkowe (4,10); Chris Armstrong - tabla (6); Elton John - pianino (11); Lisa Coleman - wibrafon (11)
Producent: Nick Raskulinecz i Alice in Chains


17 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Music Bank" (1999)



"Music Bank" powinien być wzorem dla wszystkich kompilacji. Trzy płyty kompaktowe, 48 utworów, prawie cztery godziny muzyki. Największe przeboje, rarytasy - wszystko tu jest. Praktycznie jest to niemal idealny substytut wszystkich poprzednich wydawnictw grupy. Mając go w swojej kolekcji, nie trzeba sobie zawracać głowy kompletowaniem całej dyskografii Alice in Chains. Z najlepszego albumu, czyli "Dirt", znalazły się tutaj wszystkie utwory (chociaż "Junkhead" zamieszczony został w wersji demo; natomiast "Rooster" obecny jest w dwóch - demo i albumowej). Z "Facelift" nie ma tylko czterech - zresztą faktycznie słabszych - utworów, a dwa są w wersji demo ("Sea of Sorrow" i "Bleed the Freak"); natomiast album "Alice in Chains" reprezentowany jest przez siedem utworów, z dwunastu jakie na niego trafiły (chociaż znowu dwa w innych wersjach - "Again" w zremiksowanej, a "Over Now" w koncertowej). Silną reprezentację mają także obie niealbumowe EPki zespołu, "Sap" (są tu wszystkie cztery utwory z niej pochodzące, ale "Brother" w innej wersji, bez głosu Ann Wilson) i "Jar of Flies" (tylko trzy z siedmiu utworów, w tym inna, koncertowa wersja "Nutshell").

Utwory wcześniej wydane to jedno, ale niemal jedna trzecia tego wydawnictwa to wspomniane rarytasy. Sporą cześć pierwszego dysku wypełniają utwory z pierwszego demo grupy, zarejestrowanego w 1988 roku. Poza utworami "Sea of Sorrow" i "Bleed the Freak", a także "Killing Yourself" (późniejsza wersja trafiła na singiel "We Die Young"), są to trzy kawałki wcześniej nieznane: bardzo chwytliwy "I Can't Have You Blues", nieco ostrzejszy, ale też melodyjny "Whatcha Gonna Do", oraz oparty na świetnym riffie "Social Parasite", z nieco funkową linią basu. Znalazł się tu jeszcze jeden utwór z tego okresu, koncertowa wersja "Queen of the Rodeo" - kawałka w stylu... country. Kolejną atrakcją są dwa odrzuty z "Dirt": "Fear the Voices" promował "Music Bank" na singlu, kawałek rzeczywiście ma potencjał komercyjny, ale refren jest irytujący; natomiast "Lying Season" to ciężki, niczym nie wyróżniający się utwór. 

Na trzecim dysku znalazły się dwa, bardzo dobre, utwory z soundtracku "Last Action Hero": "What the Hell Have I" i "A Little Bitter" - oba w wersjach zremiksowanych. Nie są to jednak tak radykalne remiksy, jak w przypadku "Again", który nabrał industrialno-klubowego charakteru. I w końcu trzeba wspomnieć o dwóch utworach nagranych w 1998 roku, po krótkiej przerwie w działalności, rewelacyjnych "Get Born Again" i "Died". Cantrell napisał je z myślą o solowym albumie, ale nie odbiegają od klimatu Alice in Chains - spokojnie mogłyby trafić na "Dirt". Gdyby grupa nagrała wówczas cały album w tym stylu, mogłoby to być jedno z ich największych osiągnięć. Niestety, oba utwory okazały się ostatnimi, w jakich nagraniu brał udział Layne Staley - wokalista zmarł 5 kwietnia 2002 roku, z powodu przedawkowania narkotyków.

Oczywiście "Music Bank" ma też wady. Najpoważniejszą jest umieszczenie "Nutshell" i "Over Now" w wersjach z programu MTV Unplugged. A przecież tym, co robi największe wrażenie w tych utworach, jest idealne zestawienie brzmień akustycznych z elektrycznymi. Wersje bez prądu są po prostu niepełne. Drugim, już nie tak wielkim, minusem jest obszerność tego wydawnictwa. Mimo wszystko, przydałaby się większa selekcja utworów albumowych. Jak dla mnie, mogłoby tu nie być żadnego kawałka z "Alice in Chains", a w niczym by nie zaszkodziło, gdyby reprezentacje "Facelift" i "Dirt" były o jeden lub dwa utwory mniejsze.

Ocena: 8/10



Alice in Chains - "Music Bank" (1999)

CD1: 1. Get Born Again; 2. I Can't Have You Blues (demo); 3. Whatcha Gonna Do (demo); 4. Social Parasite (demo); 5. Queen of the Rodeo (live); 6. Bleed the Freak (demo); 7. Killing Yourself (demo); 8. We Die Young; 9. Man in the Box; 10. Sea of Sorrow (demo); 11. I Can't Remember; 12. Love, Hate, Love; 13. It Ain't Like That; 14. Confusion; 15. Rooster (demo); 16. Right Turn; 17. Got Me Wrong
CD2: 1. Rain When I Die; 2. Fear the Voices; 3. Them Bones; 4. Dam That River; 5. Sickman; 6. Rooster; 7. Junkhead (demo); 8. Dirt; 9. God Smack; 10. Iron Gland; 11. Angry Chair; 12. Lying Season; 13. Would?; 14. Brother; 15. Am I Inside; 16. I Stay Away; 17. No Excuses
CD3: 1. Down in a Hole; 2. Hate to Feel; 3. What the Hell Have I (remix); 4. A Little Bitter (remix); 5. Grind; 6. Again (Tattoo of Pain Mix); 7. Head Creeps; 8. God Am; 9. Frogs; 10. Heaven Beside You; 11. Nutshell (live); 12. The Killer Is Me (live); 13. Over Now (live); 14. Died

Skład: Layne Staley - wokal i gitara; Jerry Cantrell - gitara i wokal; Mike Starr - bass; Mike Inez - bass; Sean Kinney - perkusja
Producent: Alice in Chains, Dave Jerden, Toby Wright, Peter Fletcher


16 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Alice in Chains" (1995)



Muzyka zawarta na trzecim studyjnym albumie Alice in Chains jest równie odpychająca, co okładka. To najcięższe i najbrudniejsze wydawnictwo grupy. Tym samym, mniej tu zapamiętywalnych melodii, a ciekawe rozwiązania aranżacyjne zostały zastąpione przez toporne riffowanie ("Grind", "Sludge Factory", "Head Creeps", "Again", "God Am", "So Close", "Nothin' Song"). Równie mało interesujący pod względem melodycznym okazuje się oparty na brzmieniach akustycznych, piosenkowy "Heaven Beside You". A jeszcze spokojniejszy "Shame in You" jest po prostu rozlazły. W mrocznym "Frogs" wraca klimat znany poprzednich albumów, ale pod względem jakościowym nie ma porównania. Właściwie jedynymi wartymi uwagi utworami są transowe "Brush Away" i "Over Now". Zwłaszcza ten drugi, w którym pojawia się bardziej wyrazista melodia i świetne fragmenty instrumentalne. Co ciekawe, głównym wokalistą w tym utworze (a także w "Grind" i "Heaven Beside You") jest Jerry Cantrell - wielkiej różnicy jednak nie ma. Podsumowując, "Alice in Chains" to najsłabszy album zespołu, z dotychczas wydanych. Nadaje się wyłącznie dla największych wielbicieli grupy, którzy potrafią docenić nawet tak marne utwory jak te, które tu trafiły.

Ocena: 4/10



Alice in Chains - "Alice in Chains" (1995)

1. Grind; 2. Brush Away; 3. Sludge Factory; 4. Heaven Beside You; 5. Head Creeps; 6. Again; 7. Shame in You; 8. God Am; 9. So Close; 10. Nothin' Song; 11. Frogs; 12. Over Now

Skład: Layne Staley - wokal i gitara; Jerry Cantrell - gitara i wokal; Mike Inez - bass; Sean Kinney - perkusja
Producent: Toby Wright i Alice in Chains


15 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Jar of Flies" EP (1994)



"Jar of Flies" to jedna z wielu EPek Alice in Chains, ale będąca jednym z najważniejszych i najbardziej docenianych wydawnictw grupy. Zespół zaprezentował tu swoje łagodniejsze oblicze, oparte głównie na instrumentach akustycznych, ale nie pozbawione mrocznego klimatu albumów "Facelift" i "Dirt". Brudny "Rotten Apple" jest równie przytłaczający, co kawałki z wspomnianych longplayów. Utwór opiera się głównie na akustycznym basie, na którym gra nowy muzyk w składzie, Mike Inez (wcześniej basista w zespole samego Ozzy'ego Osbourne'a), który zastąpił Mike'a Starra. Ładniejszą melodią wyróżnia się "Nutshell", z niemal gospelowymi chórkami i wspaniałymi solówkami Cantrella, wyjątkowo zagranymi na gitarze elektrycznej. To zdecydowanie jeden z najlepszych utworów grupy w całym dorobku.

Trochę ostrzejszych dźwięków pojawia się w refrenie i solówce "I Stay Away", ale zwrotki są łagodzone przez instrumenty smyczkowe. Utwór jest raczej przeciętny. Do lepszych fragmentów należy za to bardziej piosenkowy, pogodny  "No Excuses", ze świetnym perkusyjnym wstępem i jakby beatlesowską melodią. W instrumentalnym "Whale & Wasp" trochę wieje nudą. Za to "Don't Follow" to chyba najbardziej zaskakujący utwór zespołu - ballada w stylu country, z wiodącą rolą harmonijki. Na "Jar of Flies" znalazł się także jeden z najdziwniejszych, najbardziej eksperymentalnych utworów zespołu - "Swing on This", w którym obok inspiracji country, słychać także wpływ starego bluesa.

Ocena: 7/10

PS. "Jar of Flies" ukazał się także w wersji rozszerzonej o utwory z EPki "Sap", wydanej w 1992 roku (kilka miesięcy przed albumem "Dirt"), także zawierającej głównie kawałki oparte na brzmieniach akustycznych ("Brother", "Right Turn", "I Am Inside"), bądź łączące fragmenty akustyczne z czadowymi, elektrycznymi (świetny "Got Me Wrong"). Odnotować trzeba gościnny udział Ann Wilson z zespołu Heart w utworach "Brother" i "I Am Inside", a także Chrisa Cornella z Soundgarden i Marka Arma z Mudhoney w "Right Turn". W porównaniu z "Jar of Flies", "Sap" ma zdecydowanie bardziej radosny charakter.



Alice in Chains - "Jar of Flies" (1994)

1. Rotten Apple; 2. Nutshell; 3. I Stay Away; 4. No Excuses; 5. Whale & Wasp; 6. Don't Follow; 7. Swing on This

Skład: Layne Staley - wokal; Jerry Cantrell - gitara i wokal; Mike Inez - bass i gitara; Sean Kinney - perkusja
Gościnnie: April Acevez - altówka; Rebecca Clemons-Smith i Matthew Weiss - skrzypce; Justine Foy - wiolonczela; David Atkinson - harmonijka; Randy Biro i Darrel Peters - dodatkowy wokal
Producent: Alice in Chains


14 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Dirt" (1992)



Alice in Chains szybko, bo już na drugim longplayu, doprowadzili swój styl do perfekcji. "Dirt" to nie tylko najbardziej udane i najpopularniejsze dzieło grupy, ale album od wielu lat uznawany za klasyczną rockową pozycję. Rozpoczyna się podobnie jak debiut - od krótkiego, czadowego "Them Bones". Od razu słychać rozwój zespołu, kawałek jest bardziej przemyślany od tych z "Facelift", zachwyca gitarową solówką Cantrella. Natomiast brzmienie - wbrew tytułowi - jest bardziej czytelne, choć wciąż trochę przybrudzone. Dalej na płycie słyszymy chwytliwy "Dam That River" i wolniejszy "Rain When I Die". Ten drugi utwór należy do najciekawszych fragmentów longplaya - oparty na mocnej grze basisty, Mike'a Starra, z sabbathowymi riffami Cantrella, oraz ze świetnym wokalem Staleya, zwłaszcza w melodyjnym refrenie. Równie udany jest "Down in the Hole" - bardzo grunge'owa, mocna ballada, wzbogacona brzmieniami akustycznymi.

Mniej ciekawy okazuje się "Sickman" - zgodnie z tytułem, bardzo zwariowany utwór. Niespecjalnie przekonuje mnie również częściowo akustyczny "Rooster", chociaż to jeden z najpopularniejszych kawałków grupy. Wolny "Junkhead", a zwłaszcza orientalizujący, tytułowy "Dirt", robią na mnie większe wrażenie. Chociaż na kolejne naprawdę genialne utwory trzeba jeszcze trochę poczekać. W międzyczasie pojawiają się mocny, ale zanadto udziwniony "God Smack"; nieuwzględniony w opisie, niespełna minutowy żart "Iron Gland", nawiązujący do początku "Iron Man" Black Sabbath, z gościnnym udziałem Toma Araya z Slayera; a także przeciętny "Hate to Feed". Zupełnie inny poziom prezentuje "Angry Chair", oparty na ciekawym motywie, a także z rewelacyjnym, zapadającym w pamięć refrenem. Jednak zdecydowanie najważniejszym utworem jest finałowy "Would?". Kolejny utwór oparty na wyraźnej linii basu, z Staleyem i Cantrellem na przemian śpiewającymi kolejne wersy zwrotek i z melodyjnym, wykrzyczanym już tylko przez pierwszego z nich, refrenem, a także świetną solówką drugiego.

Ocena: 8/10



Alice in Chains - "Dirt" (1992)

1. Them Bones; 2. Dam That River; 3. Rain When I Die; 4. Down in a Hole; 5. Sickman; 6. Rooster; 7. Junkhead; 8. Dirt; 9. God Smack / Iron Glad; 10. Hate to Feel; 11. Angry Chair; 12. Would?

Skład: Layne Staley - woakl i gitara; Jerry Cantrell - gitara i wokal; Mike Starr - bass; Sean Kinney - perkusja
Gościnnie: Tom Araya - wokal (9)
Producent: Dave Jerden i Alice in Chains


[Recenzja] Alice in Chains - "Facelift" (1990)



Dotąd niewiele pisałem o wykonawcach zaliczanych do stylu zwanego grunge, ale w związku ze zbliżającą się premierą piątego studyjnego albumu Alice in Chains, postanowiłem przypomnieć wcześniejsze dzieła grupy. Chociaż trzeba dodać, że sam zespół nie był zachwycony uznaniem ich za przedstawiciela wspomnianego nurtu; muzycy twierdzili, że to co grają, to po prostu metal. Rzeczywiście, w ich twórczości słychać silną inspirację Black Sabbath, Led Zeppelin i innymi grupami z lat 70., ale brudne, nieczytelne brzmienie uzasadnia porównania z takimi grupami, jak Soundgarden, Pearl Jam czy The Melvins (o Nirvanie nie wspominam, bo ich twórczość była bardziej punkowo-noise'owa). Cechą charakterystyczną Alicji w Łańcuchach są uzupełniające się wokale głównego wokalisty Layne'a Staleya i gitarzysty Jerry'ego Cantrella.

Przyznam jednak, że jakoś nie mogę się przekonać do większości wydawnictw zespołu. Debiutancki "Facelift" należy jednak do tych bardziej udanych albumów Alice in Chains, jest tu całkiem sporo świetnych momentów. Czadowy "We Die Young" perfekcyjnie otwiera album, a wolniejszy "Man in the Box" wbija w ziemię ciężarem. "Sea of Sorrow" to z kolei przebojowe oblicze grupy, a jednocześnie jedyny na całym albumie przejaw bogatszej aranżacji - w tle słychać dźwięki pianina. Chwytliwy refren wyróżnia także "Bleed the Freak", chociaż utwór rozpoczyna się spokojniejszym, mrocznym wstępem. Prawdziwym opus magnum albumu jest "Love, Hate, Love", utwór o niesamowitym, niepokojącym klimacie, z nieco orientalnie brzmiącą solówką. Kontrastem dla niego są kolejne utwory, o bardziej przebojowym charakterze ("It Ain't Like That", "Sunshine"). Mroczny klimat wraca w nastrojowym "Confusion", choć rujnuje go melodyjny, czadowy refren. Mimo wszystko utwór byłby świetnym zakończeniem albumu.

Niestety, longplay na nim się nie kończy. Rozbrzmiewają po nim jeszcze dwa kawałki, w tym najsłabszy na płycie, funkowy "I Know Somethin (Bout You)". Lepsze wrażenie robi typowy dla grupy "Real Thing", chociaż niczym się nie wyróżnia. Do wypełniaczy należą także "I Can't Remember", "Sunshine" i "Put You Down". Ogólnie jednak album się broni. Nie jest to oczywiście poziom wydanych rok później "Ten" Pearl Jamu czy "Badmotorfinger" Soundgarden, ale muzycy Alice in Chains już na kolejnym albumie pokażą na co naprawdę ich stać.

Ocena: 7/10



Alice in Chains - "Facelift" (1990)

1. We Die Young; 2. Man in the Box; 3. Sea of Sorrow; 4. Bleed the Freak; 5. I Can't Remember; 6. Love, Hate, Love; 7. It Ain't Like That; 8. Sunshine; 9. Put You Down; 10. Confusion; 11. I Know Somethin (Bout You); 12. Real Thing

Skład: Layne Staley - wokal; Jerry Cantrell - gitara i wokal; Mike Starr - bass; Sean Kinney - perkusja, pianino (3)
Producent: Dave Jerden


13 kwietnia 2013

[Recenzja] Earth / Flying Hat Band - "Coming of the Heavy Lords" (2011)



To (nieoficjalne) wydawnictwo powinien znać każdy wielbiciel klasycznego heavy metalu. Utrudnieniem jest jednak fakt, że "Coming of the Heavy Lords" ukazał się wyłącznie na płycie winylowej, w nakładzie limitowanym do 400 kopi - na szczęście  wszystkie zgromadzone tu utwory już wcześniej wypłynęły na różnych wydawnictwach, a także do internetu. Stronę A wypełniły nagrania demo grupy Earth, plus jeden bonus, natomiast stronę B - zespołu The Flying Hat Band. Dla niezorientowanych wyjaśniam, że Earth to jedna z nazw stosowanych w początkach działalności przez Black Sabbath. Natomiast we Flying Hat Band debiutował Glenn Tipton, czyli późniejszy gitarzysta Judas Priest, a ponadto w składzie znalazł się także perkusista Steve Palmer, brat słynnego Carla Palmera (znanego z grup The Crazy World of Arthur Brown, Atomic Rooster, ELP i Asia).

Pierwsza sesja Earth została zarejestrowana 22 sierpnia 1969 roku, w profesjonalnym studiu, pod okiem producenta Gusa Dugeona i realizatora dźwięku Rodgera Baina (producenta pierwszych trzech albumów Black Sabbath), z gościnnym udziałem klawiszowca Normana Hainesa. Co ciekawe, zaledwie cztery dni później, podczas występu w Workington, grupa poinformowała publiczność, ze od tej pory będą występować pod nazwą Black Sabbath. Z wspomnianej sesji pochodzi otwierający całość utwór "The Rebel". To prosta, łagodna i bardzo melodyjna piosenka, pozbawiona ciężaru cechującego późniejszą twórczość grupy, z bluesowymi solówkami i dużą rolą klawiszy - autorem kawałka jest Haines. Jedynie charakterystyczny wokal Ozzy'ego pozwala uwierzyć, że to naprawdę ten sam zespół, który pół roku później wydał jeden z najmroczniejszych albumów lat 70. 

Więcej wspólnego ze stylem Czarnego Sabatu ma zadziorny "When I Came Down", który jednak nagle urywa się po niespełna dwóch minutach. Słabsza jakość dźwięku sugeruje, że utwór nie został zarejestrowany w tym samym czasie, co "The Rebel". Jeszcze gorszy brzmieniowo jest "Early One Morning", zarejestrowany podczas koncertu. Pod względem muzycznym jest to zwyczajny bluesowy kawałek, nie wyróżniający się niczym szczególnym. Jednak dla prawdziwych fanów Black Sabbath nawet takie nagrania są bezcennym skarbem. Jeżeli zaś chodzi o wspomniany na początku bonus, to jest nim niewiele różniąca się od oryginału przeróbka "Blue Suede Shoes" Elvisa Presleya, zarejestrowana podczas koncertu w Niemczech, 30 maja 1970. Fragment tego koncertu, włącznie z tym utworem, został oficjalnie wydany na DVD obecnym w boksie "Black Box" z 2004 roku.

Demo The Flying Hat Band zostało zarejestrowane w 1972 roku i zaskakuje naprawdę dobrą jakością dźwięku. Rozpoczynający je utwór "Seventh Pain" to czadowe metalowe granie, nie tak odległe od tego, co Tipton miał wkrótce grać z Judas Priest. Gitarzysta okazuje się także zaskakująco dobrym wokalistą - oczywiście jak na muzyka, który nie jest znany z tej roli. Umiejętnościami nie dorównuje Robowi Halfordowi, ale dzięki temu nie stosuje drażniącego, wysokiego piania, którym zazwyczaj posługuje się frontman jego obecnej grupy. O tym, że nieszczególnie przepadam za Judasami właśnie ze względu na wokal, pisałem już w recenzji albumu "Sad Wings of Destiny". Teraz dodam, że prawdopodobnie lubiłbym ich bardziej, gdyby Tipton był tam także wokalistą.

Wracając do demówki Flying Hat Band, kolejny utwór, "Reaching for the Stars", to już granie nieco spokojniejsze, bardziej bluesowe, z wyraźnym basem, ale też ostrymi gitarami, kojarzącymi się jednak raczej z ciężkim rockiem psychodelicznym z końca lat 60., niż z heavy metalem. Zupełnie inne oblicze grupa pokazuje w "Lost Time" - balladzie ze spokojnym śpiewem i akompaniamentem gitar akustycznych, nadających utworowi hiszpański klimat. "Coming of the Lord" to znowu metalowy czad, ale w środku pojawia się długa część instrumentalna, z improwizowanymi solówkami Tiptona, będącymi znakiem czasów, w których powstał ten materiał. Te cztery nagrania pokazują duży potencjał drzemiący w zespole, który niestety wkrótce się rozpadł, nie pozostawiwszy po sobie żadnego albumu.

Ocena: 7/10

PS. Utworów The Flying Hat Band można posłuchać na oficjalnej stronie Glenna Tiptona, www.glenntipton.co.uk, natomiast nagrania demo Earth i rejestracja sabbathowego wykonania "Blue Suede Shoes" są dostępne na YouTube.



Earth / Flying Hat Band - "Coming of the Heavy Lords" (2011)

1. The Rebel; 2. When I Came Down; 3. Early One Morning; 4. Blue Suede Shoes; 5. Seventh Pain; 6. Reaching for the Stars; 7. Lost Time; 8. Coming of the Lord

Skład: Ozzy Osbourne - wokal (1-4); Tony Iommi - gitara (1-4); Geezer Butler - bass (1-4); Bill Ward - perkusja (1-4); Glenn Tipton - wokal i gitara (5-8); Mars Cowling - bass (5-8); Steve Palmer - perkusja (5-8)
Gościnnie: Norman Haines - instr. klawiszowe (1)
Producent: Gus Dugeon (1); Earth/Black Sabbath (2-4); The Flying Hat Band (5-8)


[Recenzja] Limelight - "Limelight" (1980)



Brytyjski Limelight został założony w 1967 roku przez dwójkę nastolatków - grających na gitarach braci Mike'a i Glenna Scrimshawów. Początkowo towarzyszyli im basista John Dakin i perkusista Jimmy Stephenson, ale skład zmieniał się często. Chociaż zespół był kompletnie amatorski, to w 1972 roku profesjonalnie wydał dwa single (muzycznie nie mające nic wspólnego z ich późniejszą działalnością), a nawet wyjechał na trasę po Australii. Wydania pełnowymiarowego albumu doczekał się dopiero w 1980 roku. Ponieważ był to okres ogromnej popularności Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu, grupa z miejsca została zaliczona do tego nurtu i do dzisiaj jest uznawana za jego przedstawiciela. Jest to jednak krzywdzące, gdyż zespół w rzeczywistości niewiele ma wspólnego z metalem (z wyjątkiem dwóch utworów, o czym poniżej). Limelight wykonywał mieszankę hard rocka z rockiem progresywnym - a więc dokładnie to samo, z czego zasłynął zespół Rush. Zresztą na tym podobieństwa się nie kończą. Brytyjczycy, podobnie jak słynna kanadyjska grupa, grali wówczas w trio, w którym basista był także wokalistą i klawiszowcem. Co ciekawe, Rush na wydanym w 1981 roku albumie "Moving Pictures" umieścili utwór o tytule... "Limelight". Ale to już raczej przypadek.

Debiutancki album grupy, zatytułowany po prostu "Limelight", rozpoczyna się od "Going Home" - utworu czadowego, ale znacznie lżejszego od twórczości przedstawicieli NWOBHM; bliższego przebojowego hard rocka z lat 70., z długim fragmentem instrumentalnym. Mocniejszy jest "Knife in Your Back", oparty na kroczącym rytmie, ostrych gitarowych riffach, oraz z rewelacyjnym refrenem. "Mamma (I Don't Wanna Lose Ya)" to kolejny energetyczny i melodyjny kawałek. Pierwszą stronę albumu kończy rozbudowany "Man of Colours" - łagodny utwór, oparty na brzmieniach melotronu i gitary akustycznej, który z czasem nabiera dynamiki, zaś punktem kulminacyjnym jest przepiękna, długa  solówka, w lekko floydowym stylu. Stronę B otwiera najcięższy na longplayu "Metal Man", brzmiący jak... parodia heavy metalu. Prawdopodobnie jednak muzycy chcieli po prostu wpisać się w ówczesną modę na ten gatunek, ale rezultat jest po prostu kiczowaty. Szkoda, obniża to wartość longplaya. Grupa rehabilituje się w "Walk on Water" - bluesowy wstęp, dalej zadziorne riffy i chwytliwa melodia, a w środku trochę progresywnego kombinowania. W takich klimatach grupa sprawdza się idealnie, o czym świadczy także finałowy "Don't Look Back". To kolejna rozbudowana kompozycja, w której przez 8 minut zespół próbuje swoich sił w różnych rockowych stylach - jako całość brzmi jednak zaskakująco spójnie. Solówki tego utworu należą do najlepszych, jakie w tamtym czasie powstały.

Okładka albumu "Ashes to Ashes".
Album został wznowiony w 1983 roku, pod tytułem "Ashes to Ashes", ze zmienioną okładką i kolejnością utworów, a także z dodanym singlowym przebojem "Ashes to Ashes" (wydanym na małej płycie w 1982 roku), będącym odpowiedzią zespołu na zaliczanie ich do NWOBHM. Utwór idealnie wpisuję się w ten styl, chociaż wyraźnie został zainspirowany utworem "Doctor Doctor" UFO. Niestety, obie wersje albumu są dziś ciężko dostępne, z wyjątkiem japońskiego wydania "Ashes to Ashes" (2000) i nieoficjalnych wznowień. Jeżeli zaś chodzi o dalsze losy Limelight, zespół około 1984 roku zarejestrował swój drugi album, zatytułowany "Whitefire", który jednak nigdy nie został wydany (nawet nieoficjalnie). Można dodać, że na szczęście, gdyż jedyny jego znany fragment (utwór tytułowy, obecny na kompilacji "Best of British (a Rock Collection)" z 1985 roku) pokazuje już zupełnie inne oblicze grupy - utrzymany jest w tandetnym, AOR-owym stylu, typowym dla dekady, w której powstał. Mniej więcej w tamtym czasie Limelight przestał istnieć, a reaktywacja w 1997 roku skończyła się na kilku koncertach.

Ocena: 6/10



Limelight - "Limelight" (1980)

1. Going Home; 2. Knife in Your Back; 3. Mamma (I Don't Wanna Lose Ya); 4. Man of Colours; 5. Metal Man; 6. Walk on Water; 7. Don't Look Back

Skład: Mike Scrimshaw - wokal, bass i instr. klawiszowe; Glenn Scrimshaw - gitara; Pat Coleman - perkusja
Producent: David Moffitt