3 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Counterparts" (1993)



Po dwóch albumach nagranych z Rupertem Hinem w roli producenta, muzycy Rush postanowili powrócić do współpracy z Peterem Collinsem, odpowiedzialnym za brzmienie "Power Windows" i "Hold Your Fire". Na szczęście, "Counterparts" nie jest powrotem do tandetnego oblicza grupy, znanego z tamtych płyt. To wręcz najmniej elektroniczny album zespołu, od czasów "Moving Pictures". Już otwierający go "Animate" powala mocnym wejściem bębnów i zabójczo chwytliwą melodią, opartą na mocno brzmiących gitarowych riffach. Klawisze słychać tylko w tle. A następnych utworach nie ma ich wcale - zresztą zupełnie nie pasowałaby do tego niemal metalowego riffowania, na którym oparto cały "Stick It Out" i fragmenty "Cut to the Chase". 

Oparty na brzmieniach akustycznych i orkiestracji "Nobody's Hero" ma bardziej piosenkowy charakter, mimo zdecydowanie smutnego tekstu. Po kilku melodyjnych, ale nie wyróżniających się utworach ("Between Sun & Moon", "Alien Shore", "The Speed of Love"), pojawia się trochę przekombinowany "Double Agent" - gdyby nie fragmenty z recytacją na tle metalowych riffów (swoją drogą przywołują one skojarzenia z... Megadeth), mógłby to być jeden z najbardziej chwytliwych kawałków na płycie. Instrumentalny "Leave That Thing Alone" to najbardziej progresywny utwór na płycie, pełen nieoczywistych podziałów rytmicznych. Wg mnie jest on o wiele ciekawszy od słynnego "YYZ".

"Cold Fire" - poza topornym początkiem - to kolejny zgrabny kawałek, z ładną melodią, ale także z ostrzejszymi brzmieniami. Album kończy wolny "Everyday Glory", z gitarą brzmiąca za bardzo w stylu Edge'a z U2. Trochę nużące to zakończenie i powoduje, ze po przesłuchaniu albumu mam mieszane uczucia. Z jednej strony uważam, że to najbardziej udana płyta Rush od czasu "Grace Under Pressure", a z drugiej pozostaje uczucie niedostatku. Jedyne utwory, do których będę częściej wracać, to "Animate" i "Nobody's Hero". Niestety, "Counterparts" nie należy do albumów, których w całości słucha się z równą przyjemnością.

Ocena: 7/10



Rush - "Counterparts" (1993)

1. Animate; 2. Stick It Out; 3. Cut to the Chase; 4. Nobody's Hero; 5. Between Sun & Moon; 6. Alien Shore; 7. The Speed of Love; 8. Double Agent; 9. Leave That Thing Alone; 10. Cold Fire; 11. Everyday Glory

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezatory; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja
Gościnnie: John Webster - instr. klawiszowe; Michael Kamen - orkiestracja (4)
Producent: Peter Collins i Rush


4 komentarze:

  1. Płyta rewelacyjna 7 zdecydowanie za mało

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię ta płytę i z przyjemnością słucham w całości. Zgadzam się z Pawłem że to najlepszy album od czasów Grace Under Pressure. Nie jest to jednak poziom płyt z lat 70. Do moich faworytów z tego krążka należą same oczywistości: Animate, Nobodys Hero i Leave That Thing Alone, które jest chyba moim ulubionym kawałkiem instrumentalnym Rush. Gitara basowa brzmi tu monumentalnie i jest tu też jedna fenomenalna zagrywka Neila Pearta, która powoduje u mnie ciary :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobra, ponieważ ostatnimi czasy po rocznej blisko przerwie od tego zespołu zgłębiam etap Rush od syntezatorów w górę to w tym długim komentarzu ustosunkuję się do albumu tego jak i do tych których recenzje nie ocalały...

    Power Windows było dla mnie oznaką wyraźnego wypalenia zespołu, momentami odnosiłem wrażenie, że słucham kopii Lady Pank(!!), niemniej jeden kawałek stamtąd nawet się do mnie czepił (Manhattan Project). Hold Your Fire i Presto to coś tak strasznie nijakiego, że sobie grało i grało, a ja nic już nie pamiętam, mimo że było to wczoraj. Roll The Bones to dla mnie najlepsze co stworzyli po Signals - świetne Dreamline i Bravado, potem kawałek tytułowy, który gdyby nie niedorzeczna 'rapowana' (bo to brzmi raczej jak melorecytacja jakiegoś cyborga) urzekłby mnie, głównie swoim niewinnym refrenem, a potem trzy pod rząd - Heresy, Neurotica i Ghost of a Chance (ten najmniej). Counterparts jest dla mnie nieco gorszy od poprzednika. Akcent Geddy'ego Lee i jego angielski zaczęły mnie drażnić, tu nawet nie chodzi o wokal, tylko o to w jaki sposób wyśpiewuje niektóre słowa. Banalny Animate czy Nobody's Hero, który mimo wszystko mnie rozczarował straciły właśnie na tym, podobnie jak Cold Fire. To co mi się na pewno podoba to "The Chase" i ewentualnie "Alien Shore". Plusem jest też nieoczywisty Leave That Thing Alone, który jest dla mnie taki 'niby nie do końca, ale jednak tak' :D
    Oceny licząc od tego co nie opisałeś wyglądały by tak
    Power Windows - 1/10; Hold your Fire - 0/10; Presto 0/10; Roll The Bones 4,5/10, To - 3,5/10. Podejrzewam, że dla Ciebie ta ocenka się też deczko zdezaktualizowała.

    Pod Test For Echo się wypowiem jak posłuchamk, bo nigdy tego albumu nawet we fragmencie nie słyszałem :D
    I co, wróciłeś do "Animate" czy "Nobody's Hero"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pamiętam, ostatnio słuchałem Rush lata temu.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.