5 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Clockwork Angels" (2012)



Album "Clockwork Angels" nie wnosi nic nowego do dyskografii Rush, za to stanowi udaną podróż sentymentalną dla wszystkich wielbicieli grupy. Do jego najlepszych fragmentów należy otwierający go "Caravan" - chwytliwa melodia, podmetalizowane brzmienie znane z albumu "Counterparts", w środku elektroniczna wstawka przywołująca klimat albumów "Signals" i "Grace Under Pressure", a na koniec dużo progresywnego kombinowania w stylu najstarszych płyt grupy. Wszystko to układa się w zadziwiająco spójną całość. Równie świetny okazuje się "BU2B". We zwrotkach znowu pojawiają się metalowe riffy, uzupełnione świetnym śpiewem Lee (który z wiekiem coraz więcej zyskuje), natomiast refren - tak bardzo skomplikowany muzycznie, jak chwytliwy wokalnie - pobrzmiewa czymś orientalnym. Co ciekawe, oba utwory zostały wydane na singlu aż dwa lata przed premierą albumu - w czerwcu 2010 roku.

Po tak genialnym otwarciu można było oczekiwać, że cały album będzie równie udany. Niestety, jakość spada już w trzecim na płycie, tytułowym "Clockwork Angels". Ciekawy, spokojny podkład muzyczny towarzyszący pierwszym wersom, zbyt szybko zostaje przełamany dość nijakim fragmentem czadowym. Chociaż motyw ten powraca kilkakrotnie, to struktura utworu wydaje się zbyt chaotyczna. "The Anarchist" ma nawet fajną melodię, w tle ciekawie ubarwiają go klawisze, ale główny riff jest banalny. W podobnym stylu jest utrzymany zdecydowanie mniej udany "Carnies". "Halo Effect" to pierwszy łagodniejszy utwór na płycie, tym razem wejścia ostrzejszych dźwięków są bardziej przemyślane - pojawiają się dokładnie wtedy, kiedy powinny. Poziom utrzymuje "Seven Cities of Gold", oparty na zakręconym basie i metalowych riffach. Tylko Lee momentami niepotrzebnie wraca do swojego wysokiego śpiewu.

"The Wreckers" to najbardziej radiowy utwór na płycie - nic dziwnego, że został wydany na trzecim singlu, promującym album. Drugim był natomiast "Headlong Flight" - wybór nieoczywisty, bo to ponad 7-minutowe metalowe riffowanie, w warstwie rytmicznej skomplikowane tak bardzo, jak tylko było to możliwe, żeby utwór nie stracił melodii. No właśnie - mimo wszystko jest to bardzo melodyjny utwór, a wersja singlowa została skrócona o dwie minuty, więc może nie był to aż tak bardzo zły wybór. Zaś z pewnością utwór bardzo dobrze reprezentuje cały album. Następnie słuchamy repryzy "BU2B", czyli "BU2B2" - ledwie półtoraminutowej, elektronicznej miniaturki. Linia melodyczna w "Wish Them Well" wypada zbyt popowo - to najsłabszy fragment albumu, obok chaotycznego "Clockwork Angels" i przeciętnego "Carnies". Nie do końca przekonuje też "The Garden" - z jednej strony czarujący wspaniałą melodią, a z drugiej będący zbyt rozwleczony.

Mimo wszystko, "Clockwork Angels" prezentuje się całkiem nieźle. Raczej nie przysporzy grupie wielu nowych fanów, ale dla słuchających jej od lat nie powinien być rozczarowaniem. Nawet jeśli - jak wspomniałem we wstępie - nie wnosi nic nowego do twórczości Rush, to wzbogaca ich repertuar o kilka kolejnych świetnych kompozycji.

Ocena: 7/10



Rush - "Clockwork Angels" (2012)

1. Caravan; 2. BU2B; 3. Clockwork Angels; 4. The Anarchist; 5. Carnies; 6. Halo Effect; 7. Seven Cities of Gold; 7. The Wreckers; 8. Headlong Flight; 9. BU2B2; 10. Wish Them Well; 11.The Garden

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezatory; Alex Lifeson - gitara, instr. klawiszowe; Neil Peart - perkusja
Producent: Nick Raskulinecz i Rush


3 komentarze:

  1. Album kompozycyjnie jest całkiem dobry. Niestety jakość dźwięku jest porażająco beznadziejna, nie da się go wysłuchać do końca. Nie rozumiem jak można przy dzisiejszej technice tak spieprzyć mastering? Szkoda bo płyta zawiera całkiem niezłe utwory, ale wysłuchanie go w całości jest katorgą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, właśnie przy dzisiejszej technice "spieprzenie" masteringu jest niemal standardem. Wychodzi się z założenia, że "im głośniej, tym lepiej" i nie zwraca uwagi na to, że przy okazji pozbawia się albumy dynamiki, a często wręcz zniekształca dźwięk. Dawniej muzyka brzmiała lepiej, oczywiście zdarzały się albumy ze źle zrobionym masteringiem, ale raczej należały one do rzadkości ;)

      Usuń
  2. Moim zdaniem najlepsza płyta Rush od wielu, wielu lat. Niezwykle świeża i pomysłowa.

    Jeśli chodzi o rock progresywny, nie sposób nie wspomnieć o brytyjskiej grupie Camel. To moje najnowsze odkrycie muzyczne i muszę stwierdzić, że płyty naprawdę są godne posłuchania.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.