22 marca 2013

[Recenzja] Gillan - "Mr. Universe" (1979)



Po wyrzuceniu z Deep Purple w 1973 roku, Ian Gillan postanowił skończyć z muzyką. Przypadek jednak sprawił, że w październiku 1974 w ostatniej chwili został poproszony o zastąpienie Ronniego Jamesa Dio podczas wystawiania rock opery "Butterfly Ball" Rogera Glovera (także byłego muzyka Deep Purple). Postanowił wówczas na stałe wrócić na scenę (i do studiów nagraniowych), a w tym celu powołał do życia Ian Gillan Band. Chociaż na debiutanckim albumie grupy, "Child in Time" (1976), Gillan postanowił odświeżyć jeden z najważniejszych utworów swojej dawnej grupy (zgadnijcie który), to stylistycznie udał się w zupełnie inne rejony - jazz rock fusion. Pod szyldem Ian Gillan Band ukazały się jeszcze dwa studyjne albumy: "Clear Air Turbulence" (na którym zadebiutował Colin Towns, główny współpracownik Gillana przez kolejne lata) i "Scarabus", a także koncertowy "Live at the Budokan".

Ian zatęsknił jednak za hard rockiem i heavy metalem. Skrócił nazwę grupy do Gillan, wymienił wszystkich muzyków poza Townsem i nagrał z nimi album zatytułowany po prostu "Gillan", który ukazał się w 1978 roku - wyłącznie w Japonii, Australii i Nowej Zelandii. Część utworów została jednak powtórzona - w nowych wersjach - na ogólnoświatowym debiucie Gillan, "Mr. Universe". Longplay rozpoczyna się od podniosłego, klawiszowego wstępu "Second Sight". To jedyny utwór, który pojawia się w tej samej wersji, co na albumie "Gillan". W przypadku pozostałych czterech powtórek nagranie ich na nowo było koniecznie, gdyż w międzyczasie zdążył się zmienić skład. Oryginalne partie gitarzysty Steve'a Byrda i perkusisty Liama Genockeya zostały zastąpione dogranymi przez Berniego Tormé'a i Micka Underwooda.

Nie da się jednak ukryć, że najlepsze fragmenty "Mr. Universe" to właśnie owe powtórki. Są wśród nich rozpędzone czady "Secret of the Dance" i "Message In a Bottle" (niestety, w trochę wygładzonych wersjach, jeśli porównać z oryginalnymi), wolniejszy, bardzo chwytliwy "Dead of Night", a także niesamowita ballada "Fightning Man", przypominająca o jazzrockowych korzeniach grupy. To także jeden z najpiękniejszych popisów wokalnych Gillana, w całej jego karierze. Szkoda jednak, że grupa nie przypomniała tutaj pozostałych utworów z tzw. "The Japanese Album" (brakuje zwłaszcza riffowego "I'm Your Man"). Bo jeśli chodzi o nowe utwory, to ich poziom jest różny. Najlepiej wypada chyba "She Tears Me Down", ale brzmi jakby był poskładany z kilku różnych utworów: zwrotki to poruszająca ballada, ostrzejszy refren to chwytliwy hard rock, a na dokładkę pojawia się tu jazzrockowa solówka Townsa. Można było z niego zrobić przynajmniej dwa świetne utwory.

Jednak na tle pozostałych utworów i tak wypada nieźle. "Roller" to mało oryginalny, podmetalizowany rock and roll (daleki jednak od takich klasycznych kompozycji, jak "Rock and Roll" Led Zeppelin, czy "Long Live Rock'n'Roll" Rainbow). W tytułowym "Mr. Universe" klawiszowe tło kiepsko współgra z krzykliwym śpiewem Gillana i ostrymi gitarami, ale chociaż chwytliwy refren jest bardzo udany. Klawisze nie pasują też do "Vengeance", chociaż i bez nich kawałek byłby banalny. Ciekawszy jest "Puget Sound" z świetnym wokalem, ale i niezbyt pasującymi do gitarowych riffów dźwiękami harmonijki i pianina. Pomimo tych kilku kontrowersyjnych fragmentów, album "Mr. Universe" okazał się sukcesem, dochodząc do 11. miejsca w brytyjskich notowaniach, przebijając tym samym popularnością wszystkie longplaye wydane pod szyldem Ian Gillan Band, które w ogóle nie znalazły się w notowaniach (pomijając 36. miejsce "Child in Time" w... Szwecji).

Ocena: 7/10



Gillan - "Mr. Universe" (1979)

1. Second Sight; 2. Secret of the Dance; 3. She Tears Me Down; 4. Roller; 5. Mr. Universe; 6. Vengeance; 7. Puget Sound; 8. Dead of Night; 9. Message In a Bottle; 10. Fighting Man

Skład: Ian Gillan - wokal, harmonijka; Colin Towns - instr. klawiszowe, flet; Bernie Tormé - gitara; John McCoy - bass; Mick Underwood - perkusja
Producent: Paul Watkins, Ian Gillan, Colin Towns i John McCoy


Brak komentarzy

Prześlij komentarz