31 marca 2013

[Recenzja] Black Widow - "Sacrifice" (1970)



Black Widow często jest błędnie porównywany z Black Sabbath. Jednak poza osobą producenta Patricka Meehana (menadżera Sabbath do 1975 roku) i okultystycznej tematyki tekstów, oba zespoły nie mają ze sobą nic wspólnego. Zresztą nawet ich teksty są swoim przeciwieństwem - o ile muzycy Black Sabbath pod okultystycznymi metaforami ukrywali pozytywne przesłanie, tak twórczość Black Widow jest jawnie satanistyczna. Pod względem muzycznym Czarna Wdowa nie ma nic wspólnego z hard czy nawet blues rockiem - to rock progresywny, o zdecydowanie folkowym zabarwieniu, z dużą rolą takich instrumentów, jak gitara akustyczna, flet, saksofon czy organy. Porównanie z np. Jethro Tull będzie o wiele bardziej adekwatne.

Okładka "Return to the Sabbat".
Właśnie dźwięki organów otwierają pierwszy utwór z debiutanckiego albumu zespołu, zatytułowany "In Ancient Days". Dalej wchodzi radosny gitarowy motyw i przepiękny temat grany na saksofonie. "Way to Power" ma bardziej piosenkową strukturę i chwytliwy refren, pojawia się też solówka na elektrycznej gitarze. Najbardziej znany fragment longplaya, czyli "Come to the Sabbat" ma mroczny klimat (tworzony za pomocą fletu i bębnów) niczym z czarnej mszy, przerywany jednak wesołymi folkowymi wstawkami. Pod względem wokalnym jest to jednak najsłabszy fragment albumu. Zresztą Kip Trevor ogólnie nie jest dobrym wokalistą, na czym traci cała twórczość Black Widow.

Wiele utworów na "Sacrifice" może zupełnie nie przypaść do gustu rockowym słuchaczom. Poza wspomnianym "Come to the Sabbat", należy do nich także rzewny "Seduction". Mnie akurat się podoba, ale jego folkowo-balladowa delikatność może zniechęcić do grupy wszystkich, którzy spodziewają się znaleźć tu drugi Black Sabbath. Chociaż szybszy "Attack of the Demon" ma zdecydowanie rockową dynamikę, to oparty jest głównie na brzmieniu organów; gitara pojawia się dopiero pod koniec utworu. Podobnie jest w finałowym, 11-minutowym "Sacrifice", którego końcówka jest najbardziej rockowym fragmentem longplaya.

W 1999 roku ukazał się album "Return to the Sabbat", zawierający pierwotną wersję albumu "Sacrifice", nagraną w 1969 roku, jeszcze z udziałem dodatkowej wokalistki Kay Garrett (która najbardziej zaznaczyła swoją obecność w "Come to the Sabbat" i "Seduction", w których śpiewa główny wokal, oraz w "Sacrifice", w którym śpiewa w duecie z Trevorem). Te dawne nagrania - mimo bardziej surowego brzmienia - czasem są znacznie ciekawsze od ostatecznych (np. "In Ancient Days" rozbudowany o długą solówkę na saksofonie).

Ocena: 6/10



Black Widow - "Sacrifice" (1970)

1. In Ancient Days; 2. Way to Power; 3. Come to the Sabbat; 4. Conjuration; 5. Seduction; 6. Attack of the Demon; 7. Sacrifice

Skład: Kip Trevor - wokal, gitara; Jim Gannon - gitara; Zoot Taylor - instr. klawiszowe; Clive Jones - saksofon, flet, klarnet; Bob Bond - bass; Clive Box - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Patrick Meehan


30 marca 2013

[Recenzja] Nazareth - "Hair of the Dog" (1975)



"Hair of the Dog" - szósty album w dyskografii Nazareth - powszechnie uznawany jest za największe osiągnięcie grupy. Nie mogę tego ani potwierdzić, ani zaprzeczyć, bo po prostu nie znam innych ich płyt. W każdym razie longplay nie do końca mnie przekonuje. Utwór tytułowy to energetyczne hard rockowe granie, trochę w stylu AC/DC (który jednak na świecie zadebiutował dopiero rok później), z irytującym powtarzaniem w refrenie słów son of a bitch (nie ze względu na znaczenie, ale sposób w jaki jest to śpiewane). Czyli otwieracz albumu raczej średni. Zaraz po nim pojawia się jednak rewelacyjny "Miss Misery", oparty na czysto metalowym riffowaniu, z fajnie wykrzyczanym przez Dana McCaffety'ego tekstem. Zaraz jednak następuje największe rozczarowanie - mdła ballada "Guilty". Amerykańskie wydanie zawierało w tym miejscy innych utwór, "Love Hurts". Też balladowy, ale żywszy, z zaostrzeniami. Utwór, chociaż jest tylko coverem The Everly Brothers, stał się największym hitem Nazareth.

"Changin' Times" to kolejny udany riffowiec, jednak nie aż tak świetny, jak "Miss Misery". Trochę wolniejszy "Beggars Day" (kolejna przeróbka, tym razem mało znanej grupy Grin), z chwytliwym refrenem, też robi dobre wrażenie. Utwór płynnie przechodzi w instrumentalny, wzbogacony syntezatorami "Rose in the Heather" (na reedycjach CD oba kawałki były przeważnie umieszczane na jednej ścieżce). "Whiskey Drinkin' Woman" jest - jak można się domyślić po tytule - utrzymany w bluesowym klimacie. Ciekawe urozmaicenie płyty, a pod względem wokalnym - zdecydowanie jeden z lepszych jej fragmentów. Album kończy najbardziej złożony utwór, prawie 10-minutowy "Please Don't Judas Me". Utwór wyróżnia się niesamowitym, orientalnym klimatem. Genialne zakończenie albumu. Który jednak jako całość pozostawia mieszane odczucia.

Ocena: 7/10



Nazareth - "Hair of the Dog" (1975)

1. Hair of the Dog; 2. Miss Misery; 3. Guilty; 4. Changin' Times; 5. Beggars Day; 6. Rose in the Heather; 7. Whiskey Drinkin' Woman; 8. Please Don't Judas Me

Skład: Dan McCafferty - wokal, talkbox; Manny Charlton - gitara, syntezator; Pete Agnew - bass; Darrell Sweet - perkusja
Gościnnie: Max Middleton - pianino (3); Simon Phillips - tabla (8)
Producent: Manny Charlton


29 marca 2013

[Recenzja] Judas Priest - "Sad Wings of Destiny" (1976)



Debiutancki album Judas Priest, "Rocka Rolla", wykazywał pewne niedoskonałości, zarówno pod względem brzmieniowym, jak i kompozytorsko-wykonawczym. "Sad Wings of Destiny" ukazał się zaledwie dwa lata później, jednak muzycy poczynili przez ten czas ogromny postęp. Grupa wykorzystała tutaj w pełni wszystkie swoje atuty - rozpoznawalnego wokalistę, dysponującego czterooktawowym głosem, dwóch uzdolnionych gitarzystów (wzorem Wishbone Ash dzielących się solówkami), oraz sprawną sekcję rytmiczną. Od czasu debiutu muzycy rozwinęli się jako kompozytorzy. Na tyle, żeby stworzyć zróżnicowany, ale spójny album, zawierający kilka perełek, które na stałe weszły do klasyki ciężkiego grania. Styl zespołu nie uległ jednak większym zmianom od czasu debiutu - wciąż jest to hard rock z wyraźnymi wpływami rocka progresywnego.

Album rozpoczyna się od dwuminutowego wprowadzenia, "Prelude"*, w którym dominującą rolę odgrywa pianino, wsparte delikatnymi dźwiękami gitary. Pierwszy właściwy utwór to "Tyrant", napędzany bardzo fajnym riffem. Dalej pojawiają się równie fajne harmonie, zarówno wokalne, jak i gitarowe. Kolejny plus za brzmienie - mocne, ale bardzo selektywne (wyraźnie słyszalna gitara basowa). W podobnym stylu utrzymany jest "Genocide", za to "Epitaph" to zwrot o 180 stopni. Jeśli ktoś kojarzy Judas Priest tylko z albumów wydanych w latach 80., będzie w niemałym szoku po usłyszeniu tego kawałka. Żadnych gitar, perkusji czy basu. Tylko pianino i harmonie wokalne ewidentnie inspirowane twórczością Queen. Wszystko wraca do normy w "Island of Domination" - przynajmniej jeśli chodzi o brzmienie, bo struktura utworu nie jest zbyt oczywista. Bardzo dużo tutaj zmian tempa i motywów.

Wszystkie wymienione dotąd utwory bladną jednak przy "Victim of Changes". To kolejna kompozycja, którą napędza świetny riff, ale tym razem o bardziej progresywnej strukturze, z długimi solówkami i ciekawym balladowym zwolnieniem, ale także z chwytliwą melodią, nie tylko w refrenie. Nic dziwnego, że utwór do dziś jest stałym punktem koncertów grupy. Równie długo w setliście utrzymuje się kolejny utwór, "The Ripper". To chyba najbardziej heavy metalowy fragment całości - zapowiedź kierunku, w którym grupa będzie zmierzać na kolejnych albumach. "Dreamer Deceiver" to z kolei typowa ballada, z początku bardzo łagodna (trochę w klimacie sabbathowego "Planet Caravan"), ale z czasem nabierająca większej dynamiki. Pojawiają się tutaj piękne gitarowe solówki, a w końcówce znów słychać pianino. Płynną kontynuacją tego utworu jest finałowy "Deceiver", już stricte hardrockowy, choć pod koniec powraca balladowy motyw.

"Sad Wings of Destiny" to jeden z najlepszych hardrockowych albumów z drugiej połowy lat 70. i ścisła czołówka najlepszych longplayów Judas Priest. Zespół pokazał tutaj swoją wszechstronność i talent do tworzenia interesujących kompozycji.

Ocena: 8/10

* Tak przynajmniej wynika z okładki wydań winylowych, na których najpierw wymienione są utwory od "Prelude" do "Island of Domination", a następnie - od "Victim of Changes" do "Deceiver". Jednak na płycie strona  z tymi pierwszymi podpisana jest jako "B", a z drugimi - jako "A". I taką właśnie kolejność przyjęto na kompaktowych wznowieniach, rozpoczynających się od "Victim of Changes". Jednak tytuł "Prelude" ewidentnie wskazuje na to, że to on miał rozpoczynać album.



Judas Priest - "Sad Wings of Destiny" (1976)

1. Prelude; 2. Tyrant; 3. Genocide; 4. Epitaph; 5. Island of Domination; 6. Victim of Changes; 7. The Ripper; 8. Dreamer Deceiver; 9. Deceiver

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara, instr. klawiszowe; Ian Hill - bass, gitara; Alan Moore - perkusja
Producent: Jeffery Calvert, Max West i Judas Priest


[Recenzja] Judas Priest - "Rocka Rolla" (1974)



Zanim Judas Priest położył fundamenty stylu zwanego heavy metalem (takimi utworami, jak "Victim of Changes" czy "Dissident Aggressor", nagranymi jeszcze w latach 70.) i stał jednym z jego czołowych reprezentantów (to już w latach 80., za sprawą albumów "British Steel" i "Screaming for Vengeance"), był po prostu jednym z wielu niewyróżniających się zespołów, grających mało oryginalną muzykę na pograniczu hard rocka i rocka progresywnego. Taki album, jak "Rocka Rolla", mógł na początku lat 70. nagrać dowolny trzecio- lub czwartoligowy zespół rockowy. Muzycy Judas Priest nie mieli wtedy ani własnego stylu, ani brzmienia. I chyba nawet nie próbowali nagrać czegoś wyjątkowego, wyróżniającego się na tle twórczości innych wykonawców. Dużo tutaj blues rocka, nieodległego od twórczości Free ("One for the Road"), czasem pojawia się jakiś cięższy riff w stylu Black Sabbath ("Winter") lub gitarowe unisona najprawdopodobniej podpatrzone od Wishbone Ash ("Never Satisfied", "Caviar and Meths").

Okładka reedycji.
Wadą albumu na pewno jest jego cienkie brzmienie. A przecież za produkcje odpowiada Rodger Bain, który tą samą rolę pełnił na trzech pierwszych albumach Black Sabbath, które mogą służyć za wzór brzmienia z tamtych czasów. Bain nie popisał się tutaj także w innej kwestii: nie zgodził się na nagranie utworów "Whiskey Woman" (który później przerodził się w "Victim of Changes"), "The Ripper", "Tyrant" i "Epitaph". Wszystkie zostały nagrane dopiero na następny album, "Sad Wings of Destiny", a dwa pierwsze na stałe weszły do koncertowego repertuaru grupy. Tymczasem utwory, które według Baina miały większy potencjał komercyjny i trafiły na "Rocka Rolla", okazały się kompletną klapą. Z dziesięciu zawartych tutaj utworów (a właściwie ośmiu, bo "Winter", Deep Freeze" i "Winter Retreat" to tak naprawdę jedna kompozycja) tylko "Never Satisfied" i tytułowy były grane na żywo po 1976 roku i to sporadycznie.

Niestety, mimo braku faktycznych przebojów, słychać tutaj, że głównym kryterium doboru repertuaru był właśnie potencjał komercyjny. Spora część albumu to banalne piosenki, raz bliższe bluesa ("One for the Road", "Never Satisfied"), raz muzyki boogie ("Rocka Rolla", "Cheater" - oba z harmonijką). W pozostałych utworach muzycy próbowali pokazać się od bardziej ambitnej strony, ale wyszło rożnie. Weźmy suitę "Winter" - pierwsza część opiera się na ciężkim riffowaniu, w instrumentalnej "Deep Freeze" słychać tylko wycie gitary, a finałowa "Winter Retreat" to delikatna ballada z akustycznym podkładem. Nie klei się to w spójną całość i brzmi po prostu kiepsko - typowy przerost ambicji nad umiejętnościami (kompozytorskimi i wykonawczymi). Śmieszyć może także ciężka ballada "Dying to Meet You" z przesadzonym śpiewem Roba Halforda. Ale już druga (a właściwie pierwsza) ballada, bardziej rozbudowana "Run of the Mill", pokazuje, że zespół już wtedy miał spory potencjał. Jest tu i zgrabna melodia, i ciekawe budowanie napięcia, i w końcu kilka naprawdę niezłych motywów. To jeden z lepszych utworów w całej dyskografii Judas Priest, niestety bardzo niedoceniany. Bardzo dobre wrażenie sprawia także "Caviar and Meths" - bardzo ładna instrumentalna miniaturka, która nie ma absolutnie nic wspólnego z resztą twórczości zespołu, ale ciężko oprzeć się jej urokowi.

Mimo najlepszych chęci, ciężko uznać "Rocka Rolla" za udany debiut. Z perspektywy czasu jest to tylko ciekawostka dla fanów grupy, chcących wiedzieć jaką muzykę zespół wykonywał przed nagraniem swojego właściwego debiutu, za który można uznać album "Sad Wings of Destiny".

Ocena: 6/10



Judas Priest - "Rocka Rolla" (1974)

1. One for the Road; 2. Rocka Rolla; 3. Winter; 4. Deep Freeze; 5. Winter Retreat; 6. Cheater; 7. Never Satisfied; 8. Run of the Mill; 9. Dying to Meet You; 10. Caviar and Meths

Skład: Rob Halford - wokal, harmonijka (2,6); K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara, syntezator (2,8); Ian Hill - bass; John Hinch - perkusja
Producent: Rodger Bain


28 marca 2013

[Recenzja] Horse - "Horse" (1970)



Istniejący w latach 1968-71 brytyjski Horse, to kolejny zespół, który zdążył wydać tylko jeden album. Zawarta tutaj muzyka to mieszanka hard i blues rocka z psychodelicznym klimatem. Początek nie jest zbyt udany - "The Sacrifice" odpycha wykrzyczaną partią wokalną. Ale już "See the People Creeping Round" to bardzo przyjemny, chwytliwy utwór, ale o rozbudowanej, niepiosenkowej strukturze. Łagodniejszy "And I Have Loved You" opiera się na pięknych partiach gitary akustycznej, momentami brzmiących bardzo w klimacie półwyspu iberyjskiego. Kolejnym wartym odnotowania utworem jest otwierający drugą stronę longplaya "To Greet the Sun", oparty na mocnym riffie, ale z kilkoma spokojniejszymi fragmentami, pokazującymi zespół od bardziej progresywnej strony. 

Wyróżnia się także "The Journey" - przeróbka tradycyjnej pieśni, śpiewana wyjątkowo przez gitarzystę grupy, Roda Roacha. We wstępie słychać organy, ale dalej dominują typowe dla grupy sfuzzowane gitary. W "Heat of the Summer" pojawiają się znowu brzmienia akustyczne, ale sam utwór nie zachwyca. W "Gypsy Queen" są ślady kolejnej przebojowej melodii, ale ogólnie kawałek jest nieco zbyt przekombinowany. Za to do finałowego "Step Out of Line" już nie można się przyczepić. Nastrojowe zwrotki są przerywane ciężkim, metalowym riffem, natomiast podniosły refren idealnie pasuje na zakończenie albumu.

Po rozpadzie Horse, Rod Roach i wokalista Adrian Hawkins założyli psychodeliczno-progresywny zespół Saturnalia. Jedyny album grupy, "Magical Love" z 1973 roku, był pierwszą w historii płytą typu picture disc z trójwymiarową grafiką. Perkusista Ric Parnell w 1971 roku dołączył do Atomic Rooster, następnie do włoskiego, jazz rockowego Nova, aż w końcu pojawił się w składzie częściowo fikcyjnego Spinal Tap. Z każdym z tych zespołów nagrał po dwa albumy studyjne.

Ocena: 6/10



Horse - "Horse" (1970)

1. The Sacrifice; 2. See the People Creeping Round; 3. And I Have Loved You; 4. Freedom Rider; 5. Lost Control; 6. To Greet the Sun; 7. The Journey; 8. Heat of the Summer; 9. Gypsy Queen; 10. Step Out of Line

Skład: Adrian Hawkins - wokal; Rod Roach - gitara, wokal (7); Colin Standring - bass; Ric Parnell - perkusja
Producent: Rod Roach


27 marca 2013

[Recenzja] Valhalla - "Valhalla" (1969)



Kolejna recenzja z serii "odgrzebywanie staroci". Tym razem na warsztat poszła amerykańska grupa heavy psychodeliczna Valhalla, istniejąca na przełomie lat 60. i 70. Takie uściślenie jest konieczne, gdyż według portalu Last.fm, istnieje lub istniało przynajmniej dwadzieścia jeden zespołów noszących taką nazwę (głównie metalowych). Żaden z nich nie zdobył popularności, zaś niniejsza Valhalla była prawdopodobnie pierwsza. Pozostawiła po sobie zaledwie jeden album, zatytułowany po prostu "Valhalla". Zawarta na nim muzyka nie jest ani specjalnie oryginalna, ani nie wykracza poza ówczesną (wysoką) średnią, ale jeżeli ktoś lubi psychodeliczne klimaty i brzmienie wczesnego hard rocka, to powinien być oczarowany tym longplayem.

Na początek dynamiczny, bardzo energetyczny "Hard Times". Ciężki gitarowy riff uzupełniany brzmieniami organów Hammonda automatycznie wywołuje skojarzenia z Deep Purple Mark I. Pojawia się tu też ciekawe perkusyjne przejście. Dalej jest jednak łagodniej. Co prawda w "Conceit" pojawia się ostrzejsze gitarowe solo, ale już w "Ladies in Waiting" to organy spełniają pierwszoplanową rolę. Mocniejszy "I'm Not Askin'", z długimi partiami solowymi, to znowu purplowanie (w końcu zespół Ritchiego Blackmore'a i Jona Lorda był w tamtym czasie niezwykle popularny w Stanach). Nieco dziwnie brzmi natomiast "Deacon" - skoczna melodia pianina i orkiestrowe tło czynią go najbardziej komercyjnym fragmentem albumu.

Początek "Heads Are Free" przypomina nieco "Little Wings" Jimiego Hendrixa, dalej jednak bliżej mu do... The Doors. Ostra solówka gitarzysty to znowu wpływ Hendrixa, a organowa - Jona Lorda. Prawdopodobnie właśnie brak własnego stylu zadecydował o niepowodzeniu albumu, a w rezultacie - rozpad zespołu. Słuchamy jednak dalej płyty. "Roof Top Man" to niemal tradycyjny blues (z wyjątkiem środkowej części instrumentalnej). Przy okazji znalazł się tu jeden z najbardziej chwytliwych refrenów zespołu. Dalej pojawia się kolejny łagodniejszy fragment - chyba najlepszy z nich - "JBT". W ostatnich dwóch utworach znowu słychać orkiestracje. O ile jednak "Conversation" ma bardziej komercyjny charakter, to "Overseas Symphony" jest bardziej złożony, progresywny. Sprawia jednak wrażenie trochę chaotycznego - są tu i fragmenty niemal metalowe, jak i musicalowe.

W sumie jest to jednak całkiem udany longplay. Polecam go przede wszystkim wielbicielom wspomnianych w tekście wykonawców - do słuchania w czasie, kiedy tamci chwilowo się znudzą.

Ocena: 6/10



Valhalla - "Valhalla" (1969)

1. Hard Times; 2. Conceit; 3. Ladies in Waiting ; 4. I'm Not Askin'; 4. Deacon; 5. Heads Are Free; 6. Roof Top Man; 7. JBT; 8. Conversation; 9. Overseas Symphony

Skład: Bob Hulling - wokal; Don Krantz - gitara; Mark Mangold - instr. klawiszowe; Rick Ambrose - bass; Eddie Livingston - perkusja
Producent: Al Levine i Jim Foley


26 marca 2013

[Recenzja] Steel Mill - "Green Eyed God" (1972)



Brytyjski Steel Mill to jeden z najbardziej tajemniczych zespołów progrockowych. Tworzący go (w latach 1969-72) muzycy pojawili się znikąd, nagrali jeden niesamowity album i słuch o nich całkiem zaginął (jedynie basista Jeff Watts przez krótki czas współpracował z równie mało znaną grupą Design). Album "Green Eyed God" to niezwykłe połączenie rocka progresywnego z jazzem, bluesem, folkiem, a także hard rockiem, czy nawet heavy metalem. Longplay nie został jednak należycie doceniony - początkowo ukazał się wyłącznie w Niemczech, natomiast brytyjski wydawca grupy zdecydował się opublikować go dopiero w 1975 roku, już po rozpadzie Steel Mill. Prawdopodobnie ze względu na słabą sprzedaż dwóch singli z 1971 roku ("Green Eyed God" / "Zangwill" i "Summer's Child" / "Get on the Line").

Okładka wydania brytyjskiego.
"Blood Runs Deep" to żywiołowe granie, z mocnym śpiewem. Ale nie jest to typowy utwór hardrockowy. Zamiast gitary solowej mamy tu wiodące partie saksofonu, a pod względem strukturalnym też się dużo dzieje - nagłe zmiany tempa, nastroju. "Summers Child" to przepiękna, delikatna ballada, wzbogacona brzmieniem fletu, które w połączeniu ze smutnymi partiami gitary daje niesamowity klimat. "Mijo And the Laying of the Witch" także rozpoczyna się jazzującymi brzmieniami saksofonu, ale w drugiej minucie wchodzi główny riff gitary, którego nie powstydziłyby się ówczesne zespoły metalowe. Utwór posiada jednak bardzo wyrazistą melodię, cały czas obecne są też świetne partie saksofonu. "Treadmill" rozpoczyna się partią wokalną a capella, ale zaraz nabiera metalowego ciężaru. To jednak najmniej interesujący fragment albumu, pozbawiony tego niesamowitego klimatu, charakteryzującego pozostałe utwory. 

Do najbardziej niezwykłych utworów należy tytułowy "Green Eyed God" - w ciągu tych 9 minut dzieje się tyle, że ciężko wszystko opisać. Mroczny klimat tworzony za pomocą fletu, ostrzejsze rozwinięcie o bluesrockowym charakterze, wycieczki w stronę jazz rocka, długie partie solowe - jest tutaj wszystko, za co można pokochać ten zespół (lub znienawidzić, choć trudno mi to sobie wyobrazić). Dla odmiany w opartym na akompaniamencie pianina "Turn the Page Over" jest bardziej pogodnie i piosenkowo, ale nie brak progresywnych partii gitar. "Black Jewel of the Forest" to znowu mroczna odmiana folku, z intensywną grą sekcji rytmicznej. Pojawia się tu też motyw (grany najpierw na basie, a potem podchwycony przez gitarzystę) podobny do "No Place to Go" bluesmana Howlin' Wolfa (wykorzystany także przez Led Zeppelin w "How Many More Times"). Album kończy urocza, 44-sekundowa miniaturka "Har Fleur".

Ocena: 8/10



Steel Mill - "Green Eyed God" (1972)

1. Blood Runs Deep; 2. Summers Child; 3. Mijo And the Laying of the Witch; 4. Treadmill; 5. Green Eyed God; 6. Turn the Page Over; 7. Black Jewel of the Forest; 8. Har Fleur

Skład: Dave Morris - wokal i instr. klawiszowe; John Challenger - saksofon - flet; Terry Williams - gitara; Jeff Watts - bass; Chris Martin - perkusja
Producent: John Schroeder


25 marca 2013

[Recenzja] Atomic Rooster - "In Hearing of Atomic Rooster" (1971)



Na "In Hearing of Atomic Rooster" obowiązki wokalisty przejął Pete French (który dla tej fuchy porzucił grupę Leaf Hound) - pod względem wokalnym nie ma jednak wielkiej różnicy, w porównaniu z "Death Walks Behind You". Muzycznie, niestety, już tak. Nie znajdziemy tu niesamowitego klimatu, jaki miał utwór tytułowy z poprzedniego longplaya, ani też czadu na miarę "Sleeping for Years". W otwierającym trzeci album grupy utworze "Breakthrough" słychać wpływy jazz rockowe. Niemal nieobecna jest gitara Du Canna, pierwszoplanową rolę odgrywają klawisze Crane'a i mocne brzmienie perkusji Hammonda. Gitarzysta mocniej zaznacza swoją obecność w "Break the Ice", którego zresztą jest autorem. Utwór opiera się na fajnym, hard rockowym riffie, ale struktura jest bardziej prog rockowa. To jeden z najciekawszych fragmentów albumu. Bardzo dobre wrażenie robi też delikatny, urzekający swoim pięknem "Decision / Indecision".

W instrumentalnym "A Spoonful of Bromide Helps the Pulse Rate Go Down" - kolejnym popisie technicznych umiejętności członków grupy - trochę wieje nudą. Podobnie jest w innym kawałku bez słów, "The Rock", w którym na dodatek drażnią brzmienia dęciaków. Grupa lepiej wypada jednak w utworach wokalnych. Nastrojowy "Black Snake", śpiewany wyjątkowo przez Crane'a, wciąga klimatem. Drugi utwór Du Canna, "Head in the Sky", to kolejny gitarowy czad, równie udany, co "Break the Ice". Szkoda, że w "The Price" dominującym instrumentem znowu są klawisze. Utwór wyróżnia się najbardziej krzykliwą partią wokalną na tym albumie. Amerykańskie wydanie "In Hearing of..." zawierało dodatkowo singlowy "Devil's Answer", w wersji z nałożonym wokalem Pete'a Frencha na oryginalną partię Du Canna.

Ocena: 7/10



Atomic Rooster - "In Hearing of Atomic Rooster" (1971)

1. Breakthrough; 2. Break the Ice; 3. Decision / Indecision; 4. A Spoonful of Bromide Helps the Pulse Rate Go Down; 4. Black Snake; 5. Head in the Sky; 6. The Rock; 7. The Price

Skład: Pete French - wokal; Vincent Crane - instr. klawiszowe, wokal (4); John Du Cann - gitara i bass; Paul Hammond - perkusja
Producent: Atomic Rooster


24 marca 2013

[Recenzja] Atomic Rooster - "Death Walks Behind You" (1970)



Brytyjski Atomic Rooster został założony w 1969 przez członków The Crazy World of Arthur Brown - klawiszowca Vincenta Crane'a i perkusistę Carla Parmera. Swój debiutancki album, "Atomic Roooster" (1970), nagrali wraz z wokalistą i multiinstrumentalistą Nickiem Grahamem. Chociaż drugi album grupy został wydany jeszcze w tym samym roku, to w międzyczasie zmieniły się 2/3 składu: Graham odszedł do Skin Alley, a Palmer wraz z Keithem Emersonem i Gregiem Lakem stworzył supergrupę ELP (czyli Emerson, Lake and Palmer). Ich następcami zostali John Du Cann (znany wcześniej z zespołu Andromeda) i Paul Hammond. Skład ten zarejestrował jeden z najciekawszych albumów lat 70. - "Death Walks Behind You".

Utwór tytułowy rozpoczyna mroczny wstęp, który z powodzeniem mógłby trafić na ścieżkę dźwiękową jakiegoś horroru. Minorowa melodia grana na pianinie i pojedyncze uderzenia w struny gitary, tworzą niesamowity nastrój. Cały utwór utrzymany jest w takim ponurym klimacie, chociaż już po chwili robi się bardziej intensywny, za sprawą niemal heavy metalowych riffów Du Canna. A jednak "Death Walks Behind You" przykuwa uwagę także za sprawą wyrazistej melodii. Instrumentalny "Vug" - kojarzący się z Deep Purple za sprawą dynamicznego brzmienia organów Hammonda - to z kolei przede wszystkim popis umiejętności Crane'a, choć pozostali muzycy też mają okazję się wykazać. "Tomorrow Night", oparty na chwytliwym klawiszowym motywie, to jeden z dwóch singlowych hitów zespołu (11. miejsce w brytyjskim notowaniu). W porównaniu z pozostałymi utworami, jest nieco prostszy, ale wstydu grupie nie przynosi.

"7 Streets" rozpoczyna piękny motyw organu, do którego dołącza równie piękna gitarowa partia Du Canna. Dalej utwór nabiera mocy, znowu niemal metalowej. Wyjątkowo nieciekawie wypadła partia wokalna, ale utwór broni się za sprawą długich fragmentów instrumentalnych. Co ciekawe, kawałek (znany także pod tytułem "7 Lonely Streets") pochodzi z repertuaru Andromedy, ale nie był wcześniej wydany na żadnej płycie sygnowanej tamtą nazwą (a, przypomnę, ukazały się dwie: album długogrający i singiel). Jeszcze bardziej czadowy jest "Sleeping for Years". Tutaj wszystko jest genialne: zadziorny gitarowy riff i solówki, organowe tło, mocna partia wokalna, oraz melodyjny, spokojniejszy refren. Dziwne, że nie był to kolejny singlowy hit, choć z drugiej strony mógł być za ciężki nawet dla ówczesnych stacji radiowych.

Za to spokojniejszy, chwytliwy "I Can't Take No More" spokojne mógłby hulać po eterze. Jak się okazuje, muzycy Atomic Rooster mieli nie tylko wielkie umiejętności techniczne, ale i świetny zmysł melodii. "Nobody Else" także to potwierdza - z początku i pod koniec jest to spokojna ballada, oparta na akompaniamencie pianina, ale w środku następuje nagły zryw z ostrym gitarowym solem. Finał albumu w postaci 8-minutowego "Gershatzer", to kolejny instrumentalny popis wszystkich muzyków. Mają dużo czasu by się wykazać, gdyż jest to najdłuższy fragment płyty (chociaż utwór tytułowy jest tylko pół minuty krótszy). "Gershatzer" jest jednak dużo bardziej zakręcony, zaś mniej melodyjny, od "Vug". Pojawia się w nim nawet długie perkusyjne solo.

Ocena: 9/10



Atomic Rooster - "Death Walks Behind You" (1970)

1. Death Walks Behind You; 2. Vug; 3. Tomorrow Night; 4. 7 Streets; 5. Sleeping for Years; 6. I Can't Take No More; 7. Nobody Else; 8. Gershatzer

Skład: John Du Cann - wokal, gitara i bass; Vincent Crane - instr. klawiszowe; Paul Hammond - perkusja
Producent: Atomic Rooster


[Recenzja] Atomic Rooster - "Atomic Roooster" (1970)



Pod koniec lat 60. istniał sobie taki psychodeliczny zespół, The Crazy World of Arthur Brown. Dowodzony przez charyzmatycznego wokalistę Arthura Browna (który wywarł ogromny wpływ na sposób śpiewania chociażby Iana Gillana czy Bruce'a Dickinsona), zyskał pewną popularność w rodzimej Wielkiej Brytanii. Singiel "Fire" okazał się naprawdę wielkim przebojem, także w kilku innych europejskich krajach. Grupa postanowiła więc zainteresować swoją twórczością także słuchaczy po drugiej stronie Atlantyku. Niestety, amerykańska trasa okazała się kompletną porażką, co wpłynęło na decyzję o rozwiązaniu kapeli. Jej członkowie szybko znaleźli sobie nowe zajęcia. Najciekawszym z nich okazał się projekt klawiszowca Vincenta Crane'a i perkusisty Carla Palmera, którzy powołali do życia zespół Atomic Rooster.

Składu początkowo miał dopełnić Brian Jones z The Rolling Stones, jako śpiewający gitarzysta. Muzycy odbyli wstępną rozmowę, ale do kolejnej już nie doszło - 3 lipca 1969 roku znaleziono zwłoki Jonesa w jego własnym basenie. Crane i Palmer szybko jednak znaleźli kolejnego kandydata - śpiewającego basistę Nicka Grahama. Przy okazji stwierdzili, że mogą się obejść bez gitarzysty - tym bardziej, że w poprzednim zespole też nie było gitarzysty i jakoś sobie radzili. Pod koniec sierpnia zespół dał swój pierwszy koncert (z grupą Deep Purple w roli supportu!), a w grudniu rozpoczął pracę nad debiutanckim albumem. Longplay, zatytułowany "Atomic Roooster" (sic), do sklepów trafił w lutym następnego roku.

Jego zawartość bywa klasyfikowana jako rock progresywny, co niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Tak naprawdę zespół gra tutaj hard rocka, tylko w dość specyficzny sposób, bo bez gitary. Posłuchajcie tylko takich energetycznych kawałków, jak "Friday the 13th", ''S.L.Y.", "Before Tomorrow" i przede wszystkim instrumentalnego "Decline and Fall", z klasycznym brzmieniem organów Hammonda i napędzającą je, dynamiczną grą sekcji rytmicznej. Znalazło się tu też miejsce na klasyczną bluesrockową balladę, "Broken Wings", pochodzącą zresztą z repertuaru ojca brytyjskiego bluesa, Johna Mayalla. Jakieś echa progresywnego grania można odnaleźć w najdłuższej kompozycji, "Winter", bardzo ładnie ozdobionej partią fletu. Byłby to naprawdę dobry utwór, gdyby nie irytująca partia wokalna Grahama, śpiewającego falsetem. Jego wokal jest zresztą najsłabszym ogniwem tego albumu. Innym utworem, który kompletnie położył, jest "Banstead" - zbolały śpiew sam w sobie jest nieznośny, ale w połączeniu z podniosłą muzyką, nabiera żałosnego patosu. W pozostałych utworach nie ma tragedii pod względem wokalnym, ale i tak jest co najwyżej przeciętnie.

Niedługo po brytyjskiej premierze albumu, Crane postanowił dodać do składu gitarzystę Johna Du Canna (do tamtej pory występującego w zespole Andromeda). Zespół krótko pozostał kwartetem, gdyż wkrótce potem zdecydował się odejść Graham. Obowiązki wokalisty przejął Du Cann, natomiast za niskie tony od tamtej pory odpowiadał Crane (grając je na klawiszach, podobnie jak Ray Manzarek z The Doors). Warto dodać, że na potrzeby amerykańskiego wydania "Atomic Roooster" Du Cann dograł partie gitary do trzech utworów - "Friday the 13th", "Before Tomorrow" i "S.L.Y." - a także nowy wokal do pierwszego z nich. Dzięki temu tamtejsze wydanie jest jeszcze ciekawsze, choć szkoda, że zabrakło czasu na poprawienie wszystkich utworów.

"Atomic Roooster" to w sumie całkiem dobry debiut, udowadniający, że gitara elektryczna wcale nie jest niezbędnym instrumentem w zespole hardrockowym. Ale dopiero na kolejnym albumie muzycy pokazali, na jak wiele naprawdę ich stać...

Ocena: 7/10



Atomic Rooster - "Atomic Roooster" (1970)

1. Friday the 13th; 2. And So to Bed; 3. Winter; 4. Decline and Fall; 5. Banstead; 6. S.L.Y.; 7. Broken Wings; 8. Before Tomorrow

Skład: Nick Graham - wokal, bass, flet; Vincent Crane - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Atomic Rooster i Tony Colton


23 marca 2013

[Recenzja] Gillan - "Glory Road" (1980)



Pod koniec 1978 roku, Ian Gillan odmówił dołączenia do grupy Rainbow, w której grało dwóch innych byłych członków Deep Purple, Ritchie Blackmore i Roger Glover. Czas pokazał, że był to słuszny wybór. Chociaż na swój sukces musiał dłużej popracować: "Mr. Universe" na liście w Wlk. Brytanii był notowany niżej od wydanego w tym samym roku "Down to Earth" Rainbow (na którym ostatecznie zaśpiewał  Graham Bonnet), który doszedł do miejsca szóstego. Jednak już kolejna płyta grupy Gillan, "Glory Road", doszła aż do miejsca trzeciego (czyli nawet wyżej niż ostatni album Purpli z Gillanem, "Who Do We Think We Are"). Jednak to nie sukces komercyjny jest najważniejszy. "Down to Earth", a także późniejsze albumy grupy Blackmore'a, są postrzegane jako niewłaściwy krok w stronę radiowego pop rocka. Tymczasem "Glory Road" to rasowy hard rock / heavy metal, w duchu klasycznych dokonań Deep Purple. Ponadto idealnie wpasował się w popularny wówczas nurt Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu.

Tym razem zespół nie bawi się w żadne klimatyczne introdukcje - od razu rusza czadowy "Unchain Your Brain". Utwór należy do najostrzejszych, a zarazem najbardziej chwytliwych w dorobku grupy, chociaż trochę niepotrzebnie wzbogacono go klawiszami. Równie szybko, ciężko i przebojowo jest w "Are You Sure?", ale już "Time and Again" to przykład łagodniejszego oblicza Gillan. I jeden ze słabszych fragmentów "Glory Road". Drugim słabszym jest następujący tuż po nim "No Easy Way", rozpoczęty zgrzytami gitary, ale później dość banalny. Zaraz potem otrzymujemy jednak świetny "Sleeping on the Job" (w innej wersji, niż na japońskim wydaniu "Mr. Universe"). "On the Rocks" mógłby być kolejnym rewelacyjnym utworem, gdyby nie pierwszoplanowa rola klawiszy. Blues "If You Believe Me" niestety wypada słabo. Czadowy "Running, White Face, City Boy" to taki średniak. Ale album kończy genialny "Nervous", oparty na wolnym rytmie, z rewelacyjną partią wokalną Iana i udanymi popisami Tormé'a. Ogólnie jednak album sprawia nieco słabsze wrażenie od "Mr. Universe".

Pierwsze brytyjskie wydanie zawierało drugi dysk, zatytułowany "For Gillan Fans Only". I rzeczywiście większość zamieszczonej tu muzyki nadaje się tylko dla najwierniejszych fanów zespołu - chociaż i dla nich może być zbyt ciężki do wysłuchania w całości. To głównie kawałki o żartobliwym charakterze (najjaskrawszym przykładem jest śpiewany przez Colina Townsa "Egg Timer" - przeróbka utworu "Vice Versa" Samson, zagrana w klimacie staroświeckich ballad), często poprzedzone bezsensownymi zapowiedziami. Pomiędzy nimi pojawia się kilka utworów bardziej na serio, ale i one przeważnie sprawiają wrażenie odrzutów ("Higher And Higher", nowa wersja "Abbey of Thelema" z albumu "Gillan"). Jest tu jednak jeden wyjątek, prawdziwa perła wśród tandety, a mianowicie chwytliwy "Your Mother Was Right" (który w amerykańskim wydaniu zastąpił "Sleeping on the Job").

Ocena: 6/10

PS. Grupa Gillan wydała jeszcze trzy albumy. "Future Shock" (1981) był zdecydowanym zwrotem ku mniej ciekawej, a bardziej komercyjnej muzyce (mniej gitar, więcej syntezatorów). Zaowocowało to 2. miejscem w brytyjskim notowaniu. Podczas trasy promującej album, z zespołu został wyrzucony Bernie Tormé - gitarzysta odmówił udziału w występie z playbacku w programie Top of the Pops. Jego następcą został Janick Gers (znany przede wszystkim jako członek Iron Maiden, w którym gra od 1990 roku). Nagrane z nim albumy "Double Trouble" (1981) i "Magic" (1982) były kontynuacją bardziej syntetycznego brzmienia. Co prawda na drugim z nich znalazł się mój ulubiony utwór grupy, skomponowany przez Gersa "Bluesy Blue Sea" - ciężki, ze świetną partią wokalną i bez klawiszy. Pozostałe utwory z tej płyty nie nadają się jednak do słuchania, dlatego nie poświęcam jej osobnej recenzji. Grupa Gillan przestała istnieć w 1982 roku, kiedy Ian Gillan dołączył do Black Sabbath.



Gillan - "Glory Road" (1980)

1. Unchain Your Brain; 2. Are You Sure?; 3. Time And Again; 4. No Easy Way; 5. Sleeping on the Job; 6. On the Rocks; 7. If You Believe Me; 8. Running, White Face, City Boy; 9. Nervous

Skład: Ian Gillan - wokal, harmonijka; Colin Towns - instr. klawiszowe; Bernie Tormé - gitara; John McCoy - bass; Mick Underwood - perkusja
Producent: John McCoy i Paul Watkins


22 marca 2013

[Recenzja] Gillan - "Mr. Universe" (1979)



Po wyrzuceniu z Deep Purple w 1973 roku, Ian Gillan postanowił skończyć z muzyką. Przypadek jednak sprawił, że w październiku 1974 w ostatniej chwili został poproszony o zastąpienie Ronniego Jamesa Dio podczas wystawiania rock opery "Butterfly Ball" Rogera Glovera (także byłego muzyka Deep Purple). Postanowił wówczas na stałe wrócić na scenę (i do studiów nagraniowych), a w tym celu powołał do życia Ian Gillan Band. Chociaż na debiutanckim albumie grupy, "Child in Time" (1976), Gillan postanowił odświeżyć jeden z najważniejszych utworów swojej dawnej grupy (zgadnijcie który), to stylistycznie udał się w zupełnie inne rejony - jazz rock fusion. Pod szyldem Ian Gillan Band ukazały się jeszcze dwa studyjne albumy: "Clear Air Turbulence" (na którym zadebiutował Colin Towns, główny współpracownik Gillana przez kolejne lata) i "Scarabus", a także koncertowy "Live at the Budokan".

Ian zatęsknił jednak za hard rockiem i heavy metalem. Skrócił nazwę grupy do Gillan, wymienił wszystkich muzyków poza Townsem i nagrał z nimi album zatytułowany po prostu "Gillan", który ukazał się w 1978 roku - wyłącznie w Japonii, Australii i Nowej Zelandii. Część utworów została jednak powtórzona - w nowych wersjach - na ogólnoświatowym debiucie Gillan, "Mr. Universe". Longplay rozpoczyna się od podniosłego, klawiszowego wstępu "Second Sight". To jedyny utwór, który pojawia się w tej samej wersji, co na albumie "Gillan". W przypadku pozostałych czterech powtórek nagranie ich na nowo było koniecznie, gdyż w międzyczasie zdążył się zmienić skład. Oryginalne partie gitarzysty Steve'a Byrda i perkusisty Liama Genockeya zostały zastąpione dogranymi przez Berniego Tormé'a i Micka Underwooda.

Nie da się jednak ukryć, że najlepsze fragmenty "Mr. Universe" to właśnie owe powtórki. Są wśród nich rozpędzone czady "Secret of the Dance" i "Message In a Bottle" (niestety, w trochę wygładzonych wersjach, jeśli porównać z oryginalnymi), wolniejszy, bardzo chwytliwy "Dead of Night", a także niesamowita ballada "Fightning Man", przypominająca o jazzrockowych korzeniach grupy. To także jeden z najpiękniejszych popisów wokalnych Gillana, w całej jego karierze. Szkoda jednak, że grupa nie przypomniała tutaj pozostałych utworów z tzw. "The Japanese Album" (brakuje zwłaszcza riffowego "I'm Your Man"). Bo jeśli chodzi o nowe utwory, to ich poziom jest różny. Najlepiej wypada chyba "She Tears Me Down", ale brzmi jakby był poskładany z kilku różnych utworów: zwrotki to poruszająca ballada, ostrzejszy refren to chwytliwy hard rock, a na dokładkę pojawia się tu jazzrockowa solówka Townsa. Można było z niego zrobić przynajmniej dwa świetne utwory.

Jednak na tle pozostałych utworów i tak wypada nieźle. "Roller" to mało oryginalny, podmetalizowany rock and roll (daleki jednak od takich klasycznych kompozycji, jak "Rock and Roll" Led Zeppelin, czy "Long Live Rock'n'Roll" Rainbow). W tytułowym "Mr. Universe" klawiszowe tło kiepsko współgra z krzykliwym śpiewem Gillana i ostrymi gitarami, ale chociaż chwytliwy refren jest bardzo udany. Klawisze nie pasują też do "Vengeance", chociaż i bez nich kawałek byłby banalny. Ciekawszy jest "Puget Sound" z świetnym wokalem, ale i niezbyt pasującymi do gitarowych riffów dźwiękami harmonijki i pianina. Pomimo tych kilku kontrowersyjnych fragmentów, album "Mr. Universe" okazał się sukcesem, dochodząc do 11. miejsca w brytyjskich notowaniach, przebijając tym samym popularnością wszystkie longplaye wydane pod szyldem Ian Gillan Band, które w ogóle nie znalazły się w notowaniach (pomijając 36. miejsce "Child in Time" w... Szwecji).

Ocena: 7/10



Gillan - "Mr. Universe" (1979)

1. Second Sight; 2. Secret of the Dance; 3. She Tears Me Down; 4. Roller; 5. Mr. Universe; 6. Vengeance; 7. Puget Sound; 8. Dead of Night; 9. Message In a Bottle; 10. Fighting Man

Skład: Ian Gillan - wokal, harmonijka; Colin Towns - instr. klawiszowe, flet; Bernie Tormé - gitara; John McCoy - bass; Mick Underwood - perkusja
Producent: Paul Watkins, Ian Gillan, Colin Towns i John McCoy


21 marca 2013

[Recenzja] Head Machine - "Orgasm" (1970)



Początków Head Machine (nie mylić z grającym nowoczesny metal Machine Head) należy szukać w grupie The Gods. Ten założony w 1965 roku zespół jak mało który zasługuje na miano tzw. "supergrupy", czyli grupy złożonej z popularnych muzyków, którzy już wcześniej zdobyli sławę. Słowem kluczem jest tu "wcześniej" - otóż muzycy The Gods stali się sławni dopiero dzięki swojej późniejszej karierze. W pierwszym składzie znaleźli się gitarzysta Mick Taylor (później w John Mayall's Bluesbreakers i The Rolling Stones), perkusista Brian Glascock (m.in. Captain Beyond), basista John Glascock (Jethro Tull), klawiszowiec/gitarzysta Ken Hensley (Uriah Heep) oraz gitarzysta/wokalista Joe Konas (który jako jedyny nie grał później w żadnym sławnym zespole). Przez zespół przewinęli się także tacy muzycy, jak basista Greg Lake (King Crimson, ELP) czy perkusista Lee Kerslake (Uriah Heep, zespół Ozzy'ego Osbourne'a). The Gods wydali dwa długogrające albumy: "Genesis" (1968) i "To Samuel a Son" (1969).

Alternatywna wersja okładki.
W 1969 roku producent obu tych płyt, David Paramor, postanowił założyć własną grupę - właśnie Head Machine. Zaprosił do niej muzyków The Gods - Kena Hensleya, braci Johna i Briana Glascocków, oraz Lee Kerslake'a - którzy mieli jednak wystąpić pod przybranymi nazwiskami, wziętymi od nazw sprzętu na którym grali (patrz opis). Składu dopełnił grający na perkusjonaliach Mike Road. Nagrany przez nich album, zatytułowany "Orgasm", ukazał się w 1970 roku. Zawarta na nim muzyka mieści się w stylu określanym "heavy psych". "Climax - You Tried to Take It All" to sfuzzowany gitarowy riff, mocno brzmiąca, wyraźna gitara basowa i długie, acid rockowe solówki. Paramor jako wokalista nie wyróżnia się niczym szczególnym, nie dysponuje ani charakterystyczną barwą głosu, ani wielkimi umiejętnościami. Kolejny utwór prezentuje zupełnie inną stylistykę: "Make the Feeling Last" to łagodna ballada z bluesowymi solówkami. W podobnym klimacie utrzymany jest jeszcze "The Girl Who Loved".

"You Must Come With Me" opiera się na ciężkim riffie, wokalnie także jest ostrzejszy, ale chwytliwy. Najlepszym fragmentem albumu jest jednak tytułowy "Orgasm" - prawie 10 minut naprawdę ciężkiego grania (jak na czas powstania płyty), przesiąkniętego psychodeliczną atmosferą, ale też będącego pierwowzorem stoner rocka. To tutaj wszyscy muzycy - włącznie z Paramorem - wspinają się na szczyt swoich umiejętności. W "The First Time" gitarowy riff łagodzony jest przez organy, nadające nieco podniosły nastrój. Pojawia się tu też zgrabne gitarowe solo. Natomiast "Scattering Seeds" rozpoczyna się niemal metalowym riffem, ale dalej podąża w bardziej rockowe rejony. Świetny jest fragment, kiedy milknie większość instrumentów i słychać tylko basowy motyw, na którego tle rozbrzmiewają delikatne gitarowe dźwięki - do czasu aż ponownie włączą się pozostali muzycy.

Wszystko to składa się na całkiem udany album, który jednak nie jest żadnym wielkim arcydziełem - zupełnie nie dziwi dlaczego nie zdobył popularności. Rok 1970 należał do Black Sabbath, Deep Purple i Led Zeppelin, a ciekawsze płyty niż "Orgasm" wydali wtedy także Jethro Tull, Uriah Heep, Atomic Rooster, Ten Years After czy Wishbone Ash. Być może z powodu braku sukcesu, Head Machine okazał się jednorazowym projektem. David Paramor wrócił do produkcji płyt; natomiast Ken Hensley wraz z Lee Kerslakem, Joe Konasem (tym razem występującym w roli basisty) i wokalistą Cliffem Bennettem, powołał do życia zespół Toe Fat. Jeszcze przed nagraniem debiutanckiego albumu, "Toe Fat" (1970), Konasa zastąpił John Glascock; natomiast przed nagraniem drugiego, "Toe Fat Two" (1971), Kerslake i Hensley, którzy później spotkali się w Uriah Heep, zostali zastąpieni przez Briana Glascocka i gitarzystę Alana Kendalla.

Ocena: 6/10



Head Machine - "Orgasm" (1970)

1. Climax - You Tried to Take It All; 2. Make the Feeling Last; 3. You Must Come With Me; 4. The Girl Who Loved; 5. Orgasm; 6. The First Time; 7. Scattering Seeds

Skład: David Paramor - wokal; Ken Leslie - gitara, instr. klawiszowe, wokal; John Leadhen - bass, wokal; Brian Poole - perkusja; Lee Poole - perkusja; Mike Road - instr. perkusyjne
Producent: David Paramor


[Recenzja] Iron Maiden - "Maiden England '88" (2013)



Kolejna koncertówka Żelaznej Dziewicy ukazuje się niemal równo rok po premierze poprzedniej, "En Vivo!". Przeciwnicy zespołu będą mieli co krytykować - grupa do tej pory wydała co najmniej 10 albumów koncertowych, a na każdym z nich przynajmniej połowa utworów to "obowiązkowe standardy". Cóż, przyznaję, że niektóre z nich nie były potrzebne ("Live at Donington", "Flight 666"), ale "Maiden England '88" nie zamierzam krytykować. Fani zespołu czekali na to wydawnictwo od wielu lat.

Okładka pierwszego wydania CD
"Maiden England" (1994)
"Maiden England", czyli zapis koncertów z 27 i 28 listopada 1988 w National Exhibition Centre w Birmingham, pierwotnie ukazał w 1989 roku, wyłącznie na kasecie VHS. Pięć lat później ukazała się reedycja, zawierająca dodatkową płytę CD (na której pominięto dwa utwory obecne na kasecie: "Can I Play with Madness" i "Hallowed Be Thy Name"). Było to jednak wydawnictwo limitowane. Tegoroczny "Maiden England '88" będzie zatem pierwszym ogólnodostępnym wydaniem tego materiału w wersji audio. Ponadto album (dostępny na CD i w wersji winylowej) został rozszerzony do dwóch dysków - dodano nie tylko oba utwory pominięte we wcześniejszym wydaniu, ale także trzy wcześniej nieopublikowane kawałki, grane podczas bisów ("Run to the Hills", "Running Free" i "Sanctuary").

Jest to niezwykle interesujący materiał. Zarejestrowany jeszcze przez ten sam skład, co kultowy "Live After Death" z 1985 roku (niedługo później skład opuścił gitarzysta Adrian Smith). Od tamtego czasu studyjna dyskografia grupy poszerzyła się o dwa albumy studyjne, "Somewhere in Time" i "Seventh Son of a Seventh Son". Pierwszy z nich reprezentowany jest tutaj ledwie dwoma utworami ("Wasted Years" i "Heaven Can Wait"), za to drugi - aż sześcioma ("Moonchild", "The Evil That Man Do", "Can I Play with Madness", "The Clairvoyant", "Seventh Son of a Seventh Son" oraz niegranym na żadnej późniejszej trasie "Infinite Dreams"). Nie bez znaczenia jest fakt, że tylko sześć utworów powtarza się ze wspomnianym "Live After Death" ("Die with Your Boots On", "The Number of the Beast", "Hallowed Be Thy Name", "Iron Maiden", "Run to the Hills" i "Running Free"). Jak na standardy zespołu jest to rzecz niebywała. Jednak podczas koncertów w Birmingham Ironi postawili na repertuar złożony z mniej znanych kompozycji, jak "The Prisoner", "Still Life", czy "Killers", zamiast przebojów w rodzaju "The Trooper" lub "2 Minutes to Midnight". Wykonawczo jest oczywiście bez zarzutu, ale i bez większych niespodzianek - zespół nigdy nie pozwalał sobie na improwizacje podczas występów. Wszystkie utwory są więc wierne studyjnym pierwowzorom, chociaż zagrane bardziej żywiołowo.

Mimo wszystko, raczej nie warto zawracać sobie głowy wydaniem CD lub winylowym, bo równoległe ukaże się dwupłytowy zestaw DVD. Dysk pierwszy to zawartość kasety "Maiden England", wydłużona o te same trzy utwory, co wersja audio. Natomiast dysk drugi zawiera trzecią cześć dokumentu "The History of Iron Maiden" (część pierwsza ukazała się w 2004 roku na DVD "The Early Days", druga cztery lata później na "Live After Death"); dokument "12 Wasted Years", pochodzący z niedostępnego od lat VHS o tym samym tytule (wyd. w 1987); oraz pięć wideoklipów: "Wasted Years", "Stranger in a Strange Land", "Can I Play with Madness", "The Evil That Man Do" i "The Clairvoyant". Całkiem logicznie pominięto teledysk "Infinite Dreams", który jest po prostu fragmentem filmu "Maiden England".

Ocena: 8/10



Iron Maiden - "Maiden England '88" (2013)

CD1: 1. Moonchild; 2. The Evil That Man Do; 3. The Prisoner; 4. Still Life; 5. Die with Your Boots On; 6. Infinite Dreams; 7. Killers; 8. Can I Play with Madness; 9. Heaven Can Wait; 10. Wasted Years
CD2: 1. The Clairvoyant; 2. Seventh Son of a Seventh Son; 3. The Number of the Beast; 4. Hallowed Be Thy Name; 5. Iron Maiden; 6. Run to the Hills; 7. Running Free; 8. Sanctuary

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Steve Harris - bass; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara; Nicko McBrain - perkusja
Gościnnie: Michael Kenney - instr. klawiszowe
Producent: Martin Birch (CD1, CD2: 1-5); Kevin Shirley (CD2: 6-8)


20 marca 2013

[Recenzja] Depeche Mode - "Delta Machine" (2013)



Poprzednie trzy albumy Depeche Mode broniły się dzięki kilku przebojowym singlom, ale jako całość pokazywały zmęczenie zespołu dotychczasową formułą. Na "Delta Machine" muzycy postanowili odświeżyć swój styl. To bardzo eksperymentalny album, pełen dziwnej elektroniki, nieprzypominającej niczego, co grupa wcześniej stworzyła. Przy pierwszym przesłuchaniu odpychający równie mocno, co jego okładka. Na poprzednich płytach było po kilka utworów, które od razu zapadały w pamięć. Tutaj takich nie ma, każdy wymaga wielu przesłuchań, żeby się do niego przekonać. Jeżeli już słychać jakieś podobieństwo "Delta Machine" do poprzednich longplayów grupy, to najbardziej do kompilacji z serii "Remixes". Takie skojarzenia wywołują przede wszystkim dwa utwory: "Soft Touch / Raw Nerve" bazuje na motywie podobnym do "A Question of Time", a "Soothe My Soul" na rytmie z "Personal Jesus", zaś w refrenie przypomina "John the Revelator". To jedne z niewielu fragmentów, w których zespół puszcza oko do fanów.

Dopiero po czterech czy pięciu przesłuchaniach byłem w stanie odkryć piękno albumu. A przynajmniej jego fragmentów. Pierwszym z nich jest "Welcome to My World", początkowo dość minimalistyczny, ale z czasem nabierający intensywności. Wspaniale brzmi głos Dave'a Gahana, który z wiekiem tylko zyskuje. Być może dlatego jest głównym wokalistą w dwunastu z trzynastu zamieszczonych tu utworów (Martin Gore zaśpiewał tylko w "The Child Inside"). Kilka kolejnych utworów też robi dobre wrażenie. "Angel" łączy fragmenty z dziwną, ciężką elektroniką, w którą idealnie wtopiono gitary, z przepięknym, łagodnym refrenem. Ten utwór jako pierwszy został przez grupę ujawniony i był dobrą zapowiedzią tego, czego można się spodziewać po całości. W przeciwieństwie do oficjalnego singla, "Heaven", który akurat jest najbardziej wyróżniającym się tutaj utworem. Opiera się na bardziej naturalnym, organicznym brzmieniu: akompaniament stanowią głównie pianino i prosty, ale efektowny gitarowy riff. Początkowo drażnił mnie sztuczny beat, nie pasujący do reszty utworu, ale dzięki niemu "Heaven" ma jakiś wspólny punkt z resztą płyty. Poza tym posiada naprawdę piękną melodię.

Bardzo się zdziwię, jeśli jednym z kolejnymi singlami nie zostaną dynamiczny "Secrets to the End" i łagodniejszy "Broken". Początkowo w obu denerwowały mnie nachalne elektroniczne brzmienia, ale kiedy już się do nich przyzwyczaiłem - doszedłem do wniosku, że członkowie zespołu jednak nie zapomnieli jak tworzyć dobre piosenki. Wolny - jak mówi sam tytuł - "Slow" zaskakuje westernową zagrywką na gitarze.  "Should Be Higher" intryguje niezwykłym klimatem - to jeden z najdziwniejszych utworów grupy, z nietypowym, niesamowitym śpiewem Gahana w refrenie. Ostatnim utworem z tych, do których udało mi się przekonać, jest "Alone", który przypomina nieco brzmieniowe poszukiwania z początków działalności, ale podobnie jak reszta nowego longplaya - nie przypomina nic, co zespół wcześniej nagrał. Za każdym kolejnym przesłuchaniem albumu utwierdzam się w przekonaniu, że to właśnie "Alone" jest jego punktem kulminacyjnym, najwspanialszym, najbardziej emocjonalnym utworem, jaki tu się znalazł.

Teraz o gorszych fragmentach. Przede wszystkim jest nim "My Little Universe", według mnie najgorszy utwór w całej dyskografii grupy. Tandetny, bardzo minimalistyczny podkład instrumentalny brzmi, jakby został zrobiony w jakimś tanim programie do tworzenia techno. "The Child Inside" to utwór najbliższy wcześniejszym dokonaniom Depeche Mode - praktycznie niczym się nie różni od śpiewanych przez Gore'a fragmentów kilku poprzednich płyt. Ale to też jego minus - niczym nie zaskakuje, trochę nawet nudzi. Zupełnie nie przekonuje mnie także "Goodbye", jeden z tych bardziej "gitarowych" utworów na płycie, ale też z denerwującą, tandetną elektroniką. Poza tym wspomniane "Soft Touch / Raw Nerve" i "Soothe My Soul" - zespół po raz pierwszy tak bardzo zbliżył się do autoplagiatu. Ten ostatni utwór został kilka dni temu wydany na singlu. Według mnie nie jest to słuszny wybór, ale utwór pewnie zostanie hitem. Na pewno bardziej przypadnie do gustu większości ortodoksyjnych wielbicieli zespołu, którzy narzekali na (częściowo) naturalne brzmienie "Heaven".

Podobnie jak na dwóch poprzednich albumach, Gahan jest współautorem trzech utworów  ("Secret to the End", "Broken", "Should Be Higher"). Stworzył je wspólnie z szerzej nieznanym Kurtem Uenala. Dwa inne utwory ich autorstwa - "Happens All the Time" i "All That's Mine" - trafiły na rozszerzoną edycję "Delta Machine". Zaskakująco dobrze wypada drugi z nich, stylistycznie nawiązujący do czasów albumu "Violator". Pozostałe dwa bonusy - napisany wspólnie przez Gore'a i Gahana "Long Time Lies" oraz skomponowany (i zaśpiewany) przez pierwszego z nich "Always" - raczej niczym specjalnie nie ekscytują.

Martin Gore w jednym z wywiadów stwierdził, że "Delta Machine" ma klimat albumów "Violator" i "Songs of Faith and Devotion". Nie ma w tym ani odrobiny prawdy - to już zupełnie inne brzmienie, inny styl, po prostu inny zespół. "Delta Machine" jest jednak równie przełomowa co tamte płyty, otwiera nowy etap w karierze Depeche Mode. To najbardziej ambitny, eksperymentalny i najtrudniejszy w odbiorze album, jaki kiedykolwiek nagrali. Co nie znaczy, że najlepszy - stąd dość zachowawcza ocena.

Ocena: 7/10



Depeche Mode - "Delta Machine" (2013)

1. Welcome to My World; 2. Angel; 3. Heaven; 4 Secret to the End; 5. My Little Universe; 6. Slow; 7. Broken; 8. The Child Inside; 9. Soft Touch / Raw Nerve; 10. Should Be Higher; 11. Alone; 12. Soothe My Soul; 13. Goodbye

Skład: Dave Gahan - wokal; Martin Gore - instr. klawiszowe, wokal (8), gitara; Andy Fletcher - instr. klawiszowe
Producent: Ben Hillier


[Recenzja] Anthrax -"Anthems" EP (2013)



W ciągu ostatniej dekady powszechną praktyką stało się wydawanie rozszerzonej reedycji albumu ledwie parę miesięcy, a najwyżej koło roku, po premierze podstawowej edycji. Tym samym wyciąga się dodatkową kasę od najwierniejszych fanów wykonawcy, którzy kupili album w dniu wydania, a potem ponownie, dla kilku dodatkowych utworów. Istnieje jednak obawa, że fani wcale nie będą chcieli zakupić ponownie tego samego tytułu. I prawdopodobnie dlatego grupa Anthrax równolegle z reedycją ostatniego albumu, "Worship Music", wydaje EPkę "Anthems", na której umieszczono wszystkie bonusy. Zastanawia mnie jednak jaki w takim razie jest sens wznawiania albumu sprzed półtora roku, który prawdopodobnie wciąż jest dostępny w sklepach. Jedyny powód zakupu - dodatkowe utwory - znika wraz z wydaniem ich na osobnym wydawnictwie. Inne, choć podobne, pytanie nasuwa się po zapoznaniu z "Anthems": czy w ogóle jest jakiś sens w wydaniu tego materiału? 

EPka jest zbiorem przeróbek wykonawców z lat 70., a ich wybór nie jest oczywisty. Po takim zespole jak Anthrax można by się spodziewać coverów wykonawców heavy metalowych (z Black Sabbath, Judas Priest i całym nurtem NWOBHM na czele) i hardcore punkowych - takie zresztą przeróbki pojawiały się w roli bonusów na poprzednich płytach grupy. Tymczasem zawartość "Anthems" to hard rock. Nie tylko ten ostrzejszy ("Jailbreak" Thin Lizzy, "T.N.T." AC/DC), ale też bardziej wyrafinowana odmiana stylu ("Anthem" Rush), czy nawet komercyjna, AOR-owa ("Smokin'" Boston, "Big Eyes" Cheap Trick, "Keep on Runnin'" Journey). Wybór jest nie tylko zaskakujący, ale wręcz intrygujący; skłania do przemyśleń jak te utwory zabrzmią w wykonaniu Anthrax. Nabiorą thrashowego ciężaru i agresji? Cóż, tutaj właśnie przechodzę do sedna.

Otóż nie, w tych przeróbkach nie ma nic ze stylu Anthrax. Grupa robi wszystko, żeby ich wersje zabrzmiały tak samo jak oryginały. Aranżacje są identyczne - w "Smokin'" jest nawet klawiszowa solówka! Szacunek dla Joeya Belladonny, że potrafi podrobić wysoki wokal Geddy'ego Lee z Rush i Bona Scotta z AC/DC, a nawet zaśpiewać z manierą Phila Lynotta z Thin Lizzy, ale wolałbym tu usłyszeć jego własny, także charakterystyczny, sposób śpiewania. Jeżeli zaś chodzi o trzy ostatnie przeróbki - są równie kiczowate, jak oryginalne wersje. Pod względem muzycznym jest oczywiście ostrzej, nowocześniej, ale wciąż jest to brzmienie hard rockowe - a przecież Anthrax nigdy nie grał w tym stylu. Całości dopełnia zaś autorski utwór "Crawl", w dwóch wersjach: albumowej (z "Worship Music") i zremiksowanej ("Orc mix", znany już z japońskiego wydania ostatniego albumu). Nie jest to reprezentatywny utwór dla grupy (jak już pisałem w recenzji "WM" - bliżej mu do twórczości Soundgarden), a chociaż udany, to kompletnie nie rozumiem dlaczego trafił na EPkę z coverami.

Mogły być dwie przyczyny wydania "Anthems". Ta bardziej oczywista, czyli kasa, odpada - zespół jeszcze przed premierą umieścił w sieci wszystkie zawarte tu utwory. Prawdopodobna jest za to druga - chęć złożenia hołdu ulubionym wykonawcom. Nie jest to jednak potrzebny hołd. Skoro można posłuchać oryginalnych, ponadczasowych wersji, to po co zawracać sobie głowę podróbkami, nie wnoszącymi do tych utworów nic nowego, poza uwspółcześnionym brzmieniem? Pytanie retoryczne.

Ocena: 4/10



Anthrax -"Anthems" (2013)

1. Anthem; 2. Jailbreak; 3. T.N.T.; 4. Smokin'; 5. Big Eyes; 6. Keep On Runnin'; 7. Crawl; 8. Crawl (Orc mix)

Skład: Joey Belladonna - wokal; Scott Ian - gitara; Rob Caggiano - gitara; Frank Bello - bass; Charlie Benante - perkusja
Gościnnie: Fred Mandel - instr. klawiszowe (4)
Producent: Anthrax, Jay Ruston i Rob Caggiano


19 marca 2013

[Recenzja] Stray - "Suicide" (1971)



Drugi album Stray pokazuje rozwój grupy. Pojawiają się tutaj bogatsze aranżacje - instrumentarium obejmuje m.in. melotron i organy, na których zagrał Del Bromham, a które pojawiają się chociażby w otwierającym całość, rozbudowanym "Son of a Father", czy rzewnej balladzie "Dearest Eloise". Styl grupy wciąż jednak najłatwiej określić terminem "heavy psych". "Nature's Way" to kolejny czadowy kawałek, raz po raz przerywany perkusyjnymi przejściami. Jego przeciwieństwem jest nastrojowa, przepiękna ballada "Where Do Our Children Belong", ale zaraz potem zespół proponuje dwa kolejne czady: naprawdę ciężki  ale chwytliwy "Jericho", oraz trochę mniej ciekawy "Run Mister Run", który można uznać za jedyny wypełniacz z tego longplya. "Do You Miss Me" to beatlesowskie melodie w partiach wokalnych, ale też długie instrumentalne fragmenty z psychodelicznym odjazdem w solówkach Bromhama. Zamykający album utwór to 9-minutowy "Suicide", w którym grupa zaprezentowała swoją wersję blues rocka. Słabo wypada tu jednak partia wokalna, która miała być pewnie agresywna, ale wyszła dość komicznie. Mimo wszystko, "Suicide" to kolejny udany album Stray.

Niestety, nie mogę powiedzieć tego samego o wydanym kilka miesięcy później "Saturday Morning Pictures", na którym zespół postanowił złagodzić swoją muzykę i wzbogacić ją m.in. o żeńskie partie wokalne. Rozczarowany tym longplayem, kolejnych już nie miałem ochoty słuchać. Doceniam jednak muzyków grupy za to, że nigdy się nie poddali i mimo braku komercyjnego sukcesu, konsekwentnie nagrywali kolejne albumy. Sześć pierwszych powstało praktycznie w tym samym składzie, chociaż w 1974 roku poszerzonym o drugiego gitarzystę, Petera Dyera. Jednak podczas nagrywania "Stand Up and Be Counted" (1975) skład opuścił Gadd, a jego obowiązki przejęli Bromham i Dyer. W 1976 ukazały się kolejne dwa albumy - "Houdini" i "Hearts of Fire" - po czym działalność Stray została zakończona. 

Grupa powróciła na początku lat 80., ale jej działalność ograniczała się wówczas tylko do grania koncertów. Takie podejście zaowocowało pierwszą w dyskografii koncertówką, "Live at the Marquee" (1984). Dalszą działalność Stray przerwała współpraca Bromhama z zespołem Nightwing, rozpoczęta w 1987 roku. Zespół powrócił w 1993 roku na krótką trasę koncertową. Były to ostatnie występy z Gilesem, Colem i Dyerem. Wydany w 1996 roku album "New Dawn" został nagrany przez Dela Bromhama z basistą Dusty Millerem i perkusistą Philem McKee. Od tamtego czasu dyskografia Stray wzbogaciła się o dwa kolejne albumy, "10" (2002) i "Valhalla" (2008). Grupa jest aktywna do dzisiaj, a w jej obecnym składzie Bromhamowi towarzyszą basista Stuart Uren oraz perkusista Karl Randall.

Ocena: 6/10



Stray - "Suicide" (1971)

1. Son of the Father; 2. Nature's Way; 3. Where Do Our Children Belong; 4. Jericho; 5. Run Mister Run; 6. Dearest Eloise; 7. Do You Miss Me; 8. Suicide

Skład: Steve Gadd - wokal; Del Bromham - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Gary Giles - bass; Richard Cole - perkusja
Producent: Hugh Murphy


[Recenzja] Stray - "Stray" (1970)



Brytyjski zespół Stray powstał w 1966 roku, a cztery lata później podpisał kontrakt z wytwórnią Transatlantic Records, dla której jeszcze w tym samym roku przygotował debiutancki album, "Stray". Zawarta na nim muzyka to ciężka odmiana psychodelicznego rocka (tzw. "heavy psych"), momentami jest tu wręcz hard rockowo. Grupa była inspiracją dla wielu późniejszych zespołów grających ostrzejsze odmiany rocka, chociażby dla Iron Maiden - zespół Steve'a Harrisa w 1990 roku nagrał własną wersję sztandarowego utworu Stray, "All in Your Mind". Ich wersja bazowała jednak na singlowym miksie kawałka. Na longplayu utwór jest ponad dwukrotnie dłuższy - to ponad 9-minutowy psychodeliczny odlot, z zadziornymi gitarami i chwytliwymi harmoniami wokalnymi, nie tak odległymi od The Beatles.

Równie ciekawe są pozostałe utwory. "Taken All the Good Things" opiera się na kontrastach - spokojne (ale nie balladowe) fragmenty, oparte na bujających gitarach i przyjemnie bulgoczącym basie, zestawiono z hard rockowym riffowaniem i krzykliwym śpiewem. "Around the World in Eighty Days" to rzecz łagodniejsza, taka psychodeliczna piosenka, w typowym dla późnych lat 60. klimacie. "Time Machine" to niemal metalowe riffy i gitary akustyczne, tworzące folkowy nastrój, do tego długa, orientalnie brzmiąca solówka. Najbardziej czadowym utworem jest jednak "Only What You Make It", charakteryzujący się także bardzo chwytliwą melodią - chociaż to akurat wyznacznik większości utworów z tej płyty.

"Yesterday's Promises", kolejny z łagodniejszych fragmentów longplaya, oparty na świetnym, gitarowo-basowym motywie, czaruje beatlesowskimi melodiami w partii wokalnej i psychodelicznymi odjazdami w partiach solowych. "Move On" i rozbudowany do dziewięciu minut "In Reverse / Some Say" to Stray w bardziej jamowej, improwizacyjnej odsłonie. Duże zróżnicowanie materiału nie wyklucza spójności. Debiutancki longplay grupy to bardzo udana całość. A także jej szczytowe osiągnięcie (choć może na równi z kolejnym albumem, "Suicide"). Niestety, zespół nigdy nie osiągnął zasłużonej popularności, pomimo sporej aktywności zarówno koncertowej, jak i wydawniczej (w latach 1970-76 wydali aż osiem albumów studyjnych).

Ocena: 7/10



Stray - "Stray" (1970)

1. All in Your Mind; 2. Taken All the Good Things; 3. Around the World in Eighty Days; 4. Time Machine; 5. Only What You Make It; 6. Yesterday's Promises; 7. Move on; 8. In Reverse / Some Say

Skład: Steve Gadd - wokal; Del Bromham - gitara; Gary Giles - bass; Richard Cole - perkusja
Producent: Hugh Murphy


18 marca 2013

[Recenzja] Cressida - "Asylum" (1971)



Drugi album grupy Cressida został zarejestrowany z nowym gitarzystą, Johnem Culleyem, który zastąpił Johna Heywortha. "Asylum" wyraźnie pokazuje rozwój zespołu. W otwierającym go utworze tytułowym wciąż ważną rolę odgrywają gitary akustyczne i organy, ale nie dominują one już tak, jak na debiucie. Utwór brzmi bardzo dynamicznie i energetycznie, za sprawą gitarowych solówek (tak, w liczbie mnogiej) i mocnej grze basisty Kevina McCarthy'ego. "Munich" to już rzecz bardziej rozbudowana - podniosły, 9-minutowy utwór, wzbogacony o brzmienia orkiestrowe. Zachowujący jednak rockowy charakter, dzięki mocnej grze sekcji rytmicznej i zadziornym partiom Culleya w środkowej, instrumentalnej części. Ale i klawiszowiec Peter Jennings gra mocniej, być może inspirując się grą Jona Lorda z wydanego rok wcześniej albumu "In Rock" Deep Purple.

Za sprawą mocniejszego brzmienia - zwłaszcza sekcji rytmicznej - cała płyta brzmi bardziej ponadczasowo od debiutu - nawet w utworach zdominowanych przez brzmienia akustyczne ("Goodbye Post Office Tower Goodbye", "Survivor"). Pozbawiony tekstu "Reprieved", w którym głos pojawia się jako kolejny instrument, to utwór czysto jazzowy, ale o ciężkim, rockowym brzmieniu. "Lisa" to kolejny podniosły utwór, wzbogacony orkiestracją i solem na flecie, pełen progrockowych zmian nastroju. "Summer Weekend of a Lifetime" to - pomijając solówki Culleya i Jenningsa - najłagodniejszy utwór na płycie. Z kolei najbardziej progresywnym jest finałowy, niemal 12-minutowy "Let Them Come When They Will". Z początku jest to akustyczna piosenka wzbogacona delikatną orkiestracją, ale zaraz przechodzi w jazzrockowe instrumentalne popisy, które stają się coraz bardziej zadziorne. W środku następuje nagłe, klimatyczne uspokojenie, jednak pod koniec nabiera zaskakującej szybkości i ostrości - oczywiście w porównaniu z innymi utworami tej grupy.

"Asylum" mógł być początkiem wielkiej kariery zespołu. Niestety, zespół przestał istnieć jeszcze przed jego wydaniem. John Culley dołączył do Black Widow, a Iain Clark do Uriah Heep. O pozostałych muzykach słuch zaginął - aż do reaktywacji na kilka występów w 2011 roku, w składzie: Angus Cullen, Iain Clark, Kevin McCarthy i Peter Jennings (oryginalny gitarzysta, John Heyworth, zmarł w styczniu 2010). W tym samym czasie o zespole przypomniały sobie wytwórnie płytowe, wydając nie tylko reedycje obu płyt, ale też zbiór niepublikowanych nagrań "Trapped in Time: The Lost Tapes" (głównie alternatywne wersje nagrań z debiutu, a dodatkowo zaskakująco ostry, hardrockowy utwór "Mental State") oraz kompilację "The Vertigo Years Anthology 1969-1971" (zawierającą "Mental State" i wszystkie utwory z obu albumów - niektóre w dwóch wersjach).

Ocena: 7/10



Cressida - "Asylum" (1971)

1. Asylum; 2. Munich; 3. Goodbye Post Office Tower Goodbye; 4. Survivor; 5. Reprieved; 6. Lisa; 7. Summer Weekend of a Lifetime; 8. Let Them Come When They Will

Skład: Angus Cullen - wokal, gitara; John Culley - gitara; Peter Jennings - instr. klawiszowe; Kevin McCarthy - bass;  Iain Clark - perkusja
Gościnnie: Paul Layton - gitara; Harold McNair - flet
Producent: Ossie Byrne


[Recenzja] Cressida - "Cressida" (1970)



13 lutego 1970 to data wydania jednego z najbardziej przełomowych i szokujących albumów w historii muzyki - "Black Sabbath" Black Sabbath. Tego samego dnia wytwórnia Vertigo wydała jednak także dwa inne debiuty. "An Old Raincoat Won't Ever Let You Down" Roda Stewarta (byłego wokalisty The Jeff Beck Group), oraz będący przedmiotem tej recenzji longplay "Cressida" tak samo nazwanej grupy. Grupa - istniejąca w latach 1968-70 - nie odniosła sukcesu, bo prezentowała stylistykę już wtedy odchodzącą do lamusa - mieszankę rocka psychodelicznego i folku, opartą na brzmieniu organów i gitar akustycznych. Urocze melodie z delikatnym brzmieniem nie były tym, co cieszyło się największą popularnością w tamtym okresie.

A jednak warto poświęcić czas na poznanie tego albumu. Zespół miał wokalistę o ciekawej barwie głosu, jak również dobrego gitarzystę, który jednak niechętnie prezentował swoje umiejętności - a może był tłumiony przez pozostałych muzyków. Krótka gitarowa solówka pojawia się "Winter Is Coming Again", nieco dłuższa i ostrzejsza w "One of a Group", jednak najlepszym popisem Johna Heywortha są długie, zadziorne sola w "Tomorrow Is a Whole New Day" i "Depression". Ten ostatni utwór to zresztą opus magnum albumu. Rozbudowana, pełna zmian nastroju, prawdziwie prog rockowa kompozycja - mimo, że trwa niewiele ponad 5 minut. Dość krótkie utwory to zresztą wyznacznik tej grupy, która mimo przynależności do tzw. Sceny Canterbury, unikała niekończących się improwizacji. Przede wszystkim tworzyła zgrabne, melodyjne utwory - do najbardziej chwytliwych należą dynamiczne "Cressida", "One of a Group" oraz "The Only Earthman In Town". Nastrojowy "Down Down" to kolejny powód, żeby zapoznać się z tym albumem.

Ocena: 6/10



Cressida - "Cressida" (1970)

1. To Play Your Little Game; 2. Winter Is Coming Again; 3. Time for Bed; 4. Cressida; 5. Home And Where I Long to Be; 6. Depression; 7. One of a Group; 8. Lights In My Mind; 9. The Only Earthman In Town; 10. Spring '69; 11. Down Down; 12. Tomorrow Is a Whole New Day

Skład: Angus Cullen - wokal; John Heyworth - gitara, wokal; Peter Jennings - instr. klawiszowe; Kevin McCarthy - bass; Iain Clark - perkusja
Producent: Ossie Byrne


17 marca 2013

[Recenzja] Anthrax - "Worship Music" (2011)



Album "Worship Music" był już ukończony i gotowy do wydania już w 2009 roku. Plany te zepsuło rozstanie - w nie najlepszej atmosferze - z ówczesnym wokalistą, Danem Nelsonem. Zespół postanowił odnowić współprace z Johnem Bushem. Jednocześnie powzięto decyzję, aby wszystkie teksty i linie melodyczne zostały stworzone od nowa, żeby na płycie nie pozostało nic wymyślonego przez Nelsona. Zanim jednak praca została skończona, do składu powrócił sam Joey Belladonna. Tym samym cały materiał stworzony przez Busha poszedł do kosza, a Belladonna rozpoczął pisanie od postaw. W rezultacie album ukazał się dopiero w 2011 roku. 

Po elektronicznie brzmiącym wstępie ("Worship") rozpoczyna się czysto thrash metalowy wymiatacz "Earth on Hell", zdominowany przez szaleńczą grę Charliego Benante na perkusji. Belladonna śpiewa nieco niżej, niż w latach 80., ale wciąż dysponuje potężnym głosem, zaś w tym utworze śpiewa bardzo agresywnie. "The Devil You Know" jest równie ciężki, ale bardziej oszczędny w dźwięki, a także o wiele bardziej chwytliwy - zwłaszcza w refrenie. Oba utwory robią spory apetyt na resztę albumu. Niestety, dalej poziom jest różny. Pierwszym mniej przekonującym utworem jest "Fight 'Em 'Til You Can't". To nowocześniejsze brzmienie, partia wokalna przypominająca niegdysiejsze eksperymenty zespołu z rap metalem, a do tego okropny, komercyjny refren. 

Im dalej, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że zespół tworzył ten album raczej z chęcią zaistnienia na listach przebojów, niż podarowania fanom albumu, na jaki czekali od 21 lat - od czasu "Persistence of Time". Świadczą o tym melodyjne do bólu refreny kolejnych utworów ("I'm Alive", "In the End", "The Giant"), a "Crawl" to utwór przystępny od początku do końca. Z tym, że to akurat jeden z bardziej ciekawych fragmentów albumu, chociaż bliższy np. Soundgarden, niż Anthrax. Skoro już mowa o skojarzeniach z innymi wykonawcami, to nietrudno zgadnąć dla jakiego zespołu hołdem jest utwór "Judas Priest". Z kolei "In the End" jest dedykowany pamięci Ronniego Jamesa Dio i Dimebaga Darrella.

Całkiem nieźle wypada "The Constant" - tutaj akurat chwytliwa melodia dobrze pasuje do wolniejszej muzyki, w nieco stonerowym klimacie. Fajnym dodatkiem są brzmienia akustyczne w tle. Natomiast przebojowy refren "Revolution Screams" kompletnie rozwala ten utwór, który mógł być całkiem niezłym zakończeniem. Chociaż tak naprawdę zakończeniem albumu jest "ukryta" przeróbka "New Noise" z repertuaru Refused. Dość agresywna, stanowi równowagę dla tych zbyt komercyjnych fragmentów longplaya. Całości dopełniają jeszcze dwa niepotrzebne przerywniki - "Hymn 1" grany na wiolonczeli i perkusyjny "Hymn 2".

Długo oczekiwany powrót Joeya Belladonny do Anthrax przyniósł zatem głównie rozczarowanie. Owszem, "Worship Music" przynosi więcej udanej muzyki od albumów nagranych z Johnem Bushem, ale do klasycznych płyt grupy mu bardzo daleko.

Ocena: 5/10



Anthrax - "Worship Music" (2011)

1. Worship; 2. Earth on Hell; 3. The Devil You Know; 4. Fight 'Em 'Til You Can't; 5. I'm Alive; 6. Hymn 1; 7. In the End; 8. The Giant; 9. Hymn 2; 10. Judas Priest; 11. Crawl; 12. The Constant; 13. Revolution Screams

Skład: Joey Belladonna - wokal; Scott Ian - gitara; Rob Caggiano - gitara; Frank Bello - bass; Charlie Benante - perkusja
Gościnnie: Alison Chesley - wiolonczela (6)
Producent: Anthrax, Scrap 60 i Jay Ruston


16 marca 2013

[Recenzja] Anthrax - "We've Come For You All" (2003)



Poprzedni album Anthrax, "Volume 8: The Threat Is Real" jest najsłabszym w dyskografii i szkoda mi poświęcać czas na jego opisywanie. Zespół zaprezentował na nim mieszankę ciężkiego grania w stylu Pantery, nu metalu i komercyjnego rocka. "We've Come For You All" - pierwszy longplay z gitarzystą Robem Caggiano - jest właściwie kontynuacją poprzedniej płyty. Album brzmi bardzo nowocześnie, niemal bez wspólnych punktów z klasycznymi albumami grupy. W pierwszych trzech utworach, pomijając intro (a więc w "What Doesn't Die", "Superhero" i "Refuse to Be Denied"), słychać wyraźne wpływy nu metalu. Dalej jednak robi się ciekawiej. Świetny "Safe Home" to, obok "Only", najbardziej przebojowy utwór śpiewany przez Busha. Chwytliwa melodia nie wyklucza ostrzejszych riffów i długiej solówki, chociaż istotną rolę pełnią tu brzmienia akustyczne i... elektroniczne dzięki w tle.

Równie udany jest "Any Place But Here", który po mylącym, akustycznym wstępie, nabiera dynamiki. Refren jest tu jeszcze bardziej chwytliwy (zresztą okrzyk "c'mon, c'mon" zawsze brzmi przebojowo), a jednocześnie bardziej zadziorny. "Nobody Knows Anything" to znowu nowocześniejsze granie, na granicy nu metalu - czyli słabe. Bardziej klasyczne brzmienie ma "Strap it On". Zarówno w tym utworze, jak i w melodyjnym "Cadillac Rock Box", za solówki odpowiada Dimebag Darrell, który stał się stałym gościem na płytach Anthrax (pojawił się także na dwóch poprzednich albumach). Niestety, na tej pojawił się po raz ostatni - zaledwie półtora roku później został zastrzelony podczas koncertu przez szalonego fana.

"Black Dahlia" zaczyna się świetnie, ale psują go agresywne wstawki między zwrotkami. Najbardziej zaskakującym utworem jest "Taking the Music Back", w którym wokalnie udziela się Roger Daltrey z The Who. Utwór jest jednak przeciętny, muzycznie nie wyróżnia się na tle pozostałych. Ostatnie trzy utwory to właściwie czysty nu metal, mocno podrasowany elektroniką, ze skandowanymi partiami wokalnymi, bliskimi rapu. Ich pominięcie wyszłoby z korzyścią dla albumu - przynajmniej byłby trochę krótszy. "We've Come For You All" ukazał się także w wersji rozszerzonej o dwa utwory: akustyczną wersję "Safe Home" - nudną, bo pozbawioną dynamiki oryginału - oraz brzmiącą komicznie (co jednak mogło być zamierzone) przeróbkę "We're a Happy Family" The Ramones.

Chociaż longplay spotkał się z uznaniem krytyki, to rok później Anthrax sam sobie wbił gwóźdź do trumny, wydając album "The Greater of Two Evils", zawierający najlepsze utwory zespołu z lat 80., nagrane w nowym składzie. Wybór kawałków jest naprawdę mocny: "Madhouse", "I Am the Law", "Be All, End All" - to tylko nieliczne przykłady. Wyszło jednak okropnie - wokal Busha i unowocześnienie aranżacji pozbawiło te utwory wszystkiego, czym ekscytowały oryginały.

Ocena: 5/10



Anthrax - "We've Come For You All" (2003)

1. Contact (intro); 2. What Doesn't Die; 3. Superhero; 4. Refuse to Be Denied; 5. Safe Home; 6. Any Place But Here; 7. Nobody Knows Anything; 8. Strap it On; 9. Black Dahlia; 10. Cadillac Rock Box; 11. Taking the Music Back; 12. Crash; 13. Think About an End; 14. W.C.F.Y.A.

Skład: John Bush - wokal; Scott Ian - gitara; Rob Caggiano - gitara; Frank Bello - bass; Charlie Benante - perkusja
Gościnnie: Dimebag Darrell - gitara (8,10); Roger Daltrey - wokal (11)
Producent: Anthrax i Scrap 60