20 marca 2013

[Recenzja] Depeche Mode - "Delta Machine" (2013)



Zapowiadano album w klimacie "Violator" i "Songs of Faith and Devotion". Nic z tych rzeczy! "Delta Machine" to bezpośrednia kontynuacja trzech poprzednich wydawnictw studyjnych Depeche Mode, a zwłaszcza rozwinięcie brzmienia "Sounds of the Universe", opartego głównie na starych, analogowych syntezatorach. Gitara wciąż jest obecna, ale zwykle mocno wtopiona w elektroniczne dźwięki, przez co czasem trudna do wyłapania. Na albumie dominują jednak przede wszystkim przeróżne, często nietypowe brzmienia syntezatorów. Mam jednak wrażenie, że Martin Gore za bardzo skupił się właśnie na brzmieniu, a nie na samych kompozycjach, które w znacznej części w ogóle nie zapadają w pamięć. Co w przypadku muzyki pop, a do niej przecież należy zaliczyć Depeche Mode, jest sporą wadą.

Gore jest autorem dziesięciu z trzynastu utworów, jakie trafiły na podstawowe wydanie albumu. Pozostałe trzy - "Secret to the End", "Broken" i "Should Be Higher" - zostały napisane przez Dave'a Gahana z pomocą szerzej nieznanego Kurta Uenali. Z wymienionych utworów jedynie ten ostatni na dłużej zapada w pamięć, za sprawą ciekawego klimatu i nietypowej partii wokalnej Gahana. Dwa pozostałe kawałki są... po prostu są i nic z tego nie wynika. Podobny problem dotyczy wielu kompozycji Martina, żeby wspomnieć tylko o "Slow" czy śpiewanym przez niego "The Child Inside" (od czasu "Exciter" utwory z jego wokalem są dla mnie kompletnie nierozróżnialne). Najgorzej wypada jednak "My Little Universe", w minimalistycznej warstwie instrumentalnej zupełnie pozbawiony melodii. Nieco ratuje go partia wokalna, choć ogólnie głos Gahana wypada na całym albumie dość słabo.

Dużo tutaj momentów ocierających się o autoplagiat. "Soft Touch / Raw Nerve" i "Soothe My Soul" brzmią wręcz jak remiksy starszych przebojów - pierwszy "A Question of Time", drugi "Personal Jesus" skrzyżowanego z "John the Revelator". Gdyby nie teksty, naprawdę można by je wziąć za kolejne remiksy, jakich pełno na stronach B singli Depeche Mode - takich, w których uwypukla się taneczny charakter utworów, kosztem melodii. Z kolei partia gitary w "Goodbye" brzmi jak sampel z "Dream On". Do albumu "Exciter" nawiązuje również, skądinąd niezły, "Angel" - zbudowany na podobnej zasadzie, co "Dead of Night", z przesterowaną elektroniką w mocniejszych momentach i nagłymi spokojniejszymi zwolnieniami.

Album zawiera także kilka bardziej udanych utworów. Oprócz wspomnianych "Should Be Higher" i "Angel", są to także powoli się rozkręcający otwieracz "Welcome to My World" oraz zgrabny "Alone". Jednak zdecydowanie najlepszym momentem longplaya jest singlowy "Heaven" - bardzo ładna ballada, na tle całości wyróżniająca się bardziej organicznym akompaniamentem, w którym dominują partie pianina i gitary (zupełnie nietrafionym pomysłem było jednak dodanie sztucznego beatu, zamiast prawdziwej perkusji). To jedyny utworów na tym albumie z naprawdę wyrazistą i dobrą melodią. Choć wybór go na pierwszy singiel wydaje się dość kontrowersyjny - utwór jest zupełnie niereprezentatywny dla całości, odstaje od reszty klimatem i brzmieniem. Trudno tu jednak wskazać utwór, który lepiej nadawałby się na singiel.

Rozszerzone wydanie "Delta Machine" zawiera cztery bonusowe utwory. Napisany wspólnie przez Gore'a i Gahana "Long Time Lie" oraz skomponowany i zaśpiewany przez tego pierwszego "Always" mają dokładnie ten sam problem, co większość podstawowego wydania - kompletny brak wyrazistości. Lepiej prezentują się utwory spółki Gahan/Uenala - "Happens All the Time" i zwłaszcza "All That's Mine" (wydany także na stronie B singla "Heaven"), które brzmieniowo nawiązują do twórczości Depeche Mode z końca lat 80. Nie najgorszy melodycznie "Happens All the Time" mógłby być jednym z mocniejszych punktów podstawowego wydania, za to naprawdę mocny pod tym względem "All That's Mine" przewyższa zdecydowaną większość utworów zespołu z XXI wieku. Nie rozumiem, dlaczego tak dobre utwory skończyły jako bonusy do tak słabego albumu.

"Delta Machine" to jeden z najmniej udanych longplayów Depeche Mode. Zespół zbyt mocno wyeksploatował już swoją obecną stylistykę, do czego dochodzą coraz słabsze kompozycje (choć wciąż zdarzają się przebłyski w rodzaju "Heaven" czy "All That's Mine"). Muzycy znaleźli się w tym momencie kariery, w którym nowe albumy są wyłącznie pretekstem do wyruszenia na kolejną trasę koncertową, w trakcie której wszyscy fani i tak będą czekać tylko na stare przeboje, a nie nowości.

Ocena: 5/10



Depeche Mode - "Delta Machine" (2013)

1. Welcome to My World; 2. Angel; 3. Heaven; 4 Secret to the End; 5. My Little Universe; 6. Slow; 7. Broken; 8. The Child Inside; 9. Soft Touch / Raw Nerve; 10. Should Be Higher; 11. Alone; 12. Soothe My Soul; 13. Goodbye

Skład: Dave Gahan - wokal; Martin Gore - instr. klawiszowe, gitara, wokal; Andy Fletcher - instr. klawiszowe
Producent: Ben Hillier


18 marca 2013

[Recenzja] Steel Mill - "Green Eyed God" (1972)



Niewiele wiadomo o tym brytyjskim zespole. Pojawił się znikąd i równie nagle słuch o nim i tworzących go muzykach zaginął. Na początku lat 70. wydał dwa single, które przeszły zupełnie bez echa. Ich los podzielił jedyny studyjny album, "Green Eyed God", początkowo wydany wyłącznie w Niemczech. Brytyjskie wydanie ukazało się dopiero w 1975 roku, gdy grupa już nie istniała, a jej członkowie definitywnie pożegnali się z muzycznym biznesem (z wyjątkiem basisty Jeffa Wattsa, który przez krótki czas współpracował z równie zapomnianą grupą Design). Można powiedzieć, że zespół miał pecha, nagrywając dla wytwórni, która nie zapewniła mu odpowiedniej promocji. Lecz powód, dla którego Steel Mill nie odniósł sukcesu, może też być zupełnie inny.

"Green Eyed God" jest, niestety, albumem spóźnionym o parę lat. Muzycy fajnie mieszają tutaj elementy hard rocka, psychodelii i folku, dodając nawet odrobinę jazzu, ale tego typu granie największą popularnością cieszyło się w drugiej połowie lat 60., gdy działało wiele bardziej wyrazistych kapel. Zespołowi brakuje charyzmatycznego wokalisty i instrumentalistów posiadających ponadprzeciętne umiejętności. Kompozycje też mogłyby być napisanie nieco lepiej. A i brzmienie jest poniżej standardów 1972 roku. Jednak muzycy mieli na siebie pewien pomysł, co pokazują w takich utworach, jak "Summers Child", "Mijo And the Laying of the Witch", "Green Eyed God" i "Black Jewel of the Forest", czy w śpiewanym a cappella wstępie "Treadmill". Wszystkie charakteryzują się intrygującym, tajemniczym klimatem, wywołującym skojarzenia z muzyką starożytnych Celtów, często podkreślanym nastrojowymi partiami fletu. Szkoda tylko, że muzycy uparcie dodają do tego typowo rockowe motywy, czym zepsuto przede wszystkim najbardziej tajemniczy - do czasu wejścia sztampowego hardrockowego riffu - "Black Jewel of the Forest". Na albumie nie brakuje też bardziej zwyczajnych utworów, czego przykładem "Blood Runs Deep", a zwłaszcza mocno beatlesowski "Turn the Page Over", który kompletnie nie pasuje do całości.

Może gdyby muzycy Steel Mill dostali się w producenckie ręce jakiegoś fachowca, potrafiłby on wydobyć z zespołu to, co najlepsze i uchronić przed nietrafionymi pomysłami. Na "Green Eyed God" słuchać pewien potencjał, a przede wszystkim słucha się go bardzo przyjemnie, ale z poczuciem, że mogło być znacznie lepiej.

Ocena: 7/10



Steel Mill - "Green Eyed God" (1972)

1. Blood Runs Deep; 2. Summers Child; 3. Mijo And the Laying of the Witch; 4. Treadmill; 5. Green Eyed God; 6. Turn the Page Over; 7. Black Jewel of the Forest; 8. Har Fleur

Skład: Dave Morris - wokal i instr. klawiszowe; John Challenger - saksofon, flet; Terry Williams - gitara; Jeff Watts - bass; Chris Martin - perkusja
Producent: John Schroeder


Po prawej: okładka wydania brytyjskiego.


13 marca 2013

[Artykuł] Rock in Peace: Clive Burr (1957-2013)

Kolejna smutna wiadomość. Clive Burr, perkusista znany z grup Samson i Iron Maiden, przegrał wieloletnią walkę ze stwardnieniem rozsianym. Miał 56 lat.

Clive Burr w czasach Iron Maiden.

Muzyk urodził się 8 marca 1957 roku. Karierę zaczynał w grupie Samson, do której dołączył niedługo po jej powstaniu, w 1977 roku. Zanim jednak zespół przystąpił do nagrania swojego debiutanckiego albumu, Burr zdążył już odejść do Iron Maiden. To właśnie w tej grupie zdobył największą sławę, grając na trzech klasycznych albumach: "Iron Maiden" (1980), "Killers" ('81) i "The Number of the Beast" ('82). Jest współautorem dwóch z mniej znanych kompozycji zespołu, "Gangland" i "Total Eclipse". Chociaż grupa odnosiła coraz większe sukcesy, zmęczony coraz dłuższymi trasami Clive postanowił opuścić Iron Maiden. Zamienił się miejscami z Nicko McBrainem, perkusistą francuskiej grupy hard rockowej Trust. Wziął udział w nagrywaniu albumów "Trust IV" (1983) i "Man's Trap" ('84). Następnie zasilił skład amerykańskiego Alcatrazz, a także brytyjskiej supergrupy Gogmagog, w skład której wszedł także były wokalista Ironów, Paul Di'Anno, oraz ich przyszły gitarzysta Janick Gers. Gogmagog pozostawił po sobie tylko 3-utworową EPkę "I Will Be There".

Clive Burr powołał do życia także własny zespół, Escape, przemianowany wkrótce na Stratus. Składu dopełnili byli muzycy zespołu Praying Mantis. Stratus zarejestrował jeden album ("Throwing Shapes", 1985), po czym został rozwiązany. Burr dołączył do Desperado - założonego przez Dee Snidera z Twisted Sister - i brał udział w nagrywaniu albumu "Bloodied, But Unbowed", który ukazał się dopiero osiem lat później, w 1996 roku. W latach 90. Clive występował z zespołami Elixir i Praying Mantis, aczkolwiek nie był ich oficjalnym członkiem.

Clive Burr, już po zdiagnozowaniu
choroby.
Na przełomie wieków u Burra zdiagnozowano stwardnienie rozsiane. Pozostali członkowie Iron Maiden założyli wówczas fundację Clive Burr MS Trust Fund, zbierającą pieniądze na pomoc dla byłego perkusisty, ale także w innych celach, m.in. na prowadzenie badań nad tą chorobą. Co jakiś czas muzycy odbywali charytatywne koncerty pod hasłem Live For Clive, na których pojawiał się były perkusista - wyłącznie w charakterze gościa, gdyż choroba nie pozwalała już zagrać razem z zespołem. Swój perkusyjny zestaw z trasy The Beast on the Road podarował galerii pamiątek londyńskiego Hard Rock Cafe w listopadzie 2005 roku.

Muzyk zmarł we śnie 12 marca 2013 roku, z powodu postępującej choroby. To strasznie smutna wiadomość - napisał Steve Harris, basista i założyciel Iron Maiden. Clive był dla nas wszystkich starym, dobrym przyjacielem. Był wspaniałą osobą i niesamowitym perkusistą, który miał cenny wkład w Ironów w czasach, gdy dopiero zaczynaliśmy. Wokalista Bruce Dickinson dodaje: Poznałem Clive'a, gdy odchodził z Samson i dołączał do Iron Maiden. Był świetnym facetem i człowiekiem, który żył pełnią życia. Nawet w najczarniejszych dniach zmagania się ze stwardnieniem rozsianym Clive nigdy nie stracił swojego poczucia humoru i szacunku do bliźnich.


11 marca 2013

[Recenzja] Andromeda - "Andromeda" (1969)



Zanim John Du Cann dołączył do Atomic Rooster, prowadził swój własny zespół, nazwany Andromeda. Składu założonej w 1966 roku grupy dopełnili basista Mick Hawksworth i perkusista Jack McCulloch, którego wkrótce zastąpił Ian McLane. W trakcie swojej działalności trio wydało tylko jeden album studyjny i jeden singiel (z niezawartymi na albumie utworami "Go Your Way" i "Keep Out 'Cos I'm Dying"). Po latach ukazały się jeszcze liczne wydawnictwa z archiwalnym materiałem, z czego najbardziej interesującym jest dwupłytowy zestaw "Definitive Collection" (2000), zawierający praktycznie wszystkie nagrania zespołu, włącznie z materiałem z albumu i singla. W tej recenzji chciałbym jednak skupić się na eponimicznym longplayu z 1969 roku.

Zawartość albumu to typowe dla tamtych czasów granie na pograniczu rocka psychodelicznego i hard rocka, momentami mogące budzić skojarzenia z Cream (szczególnie riffowy "The Reason"). Andromeda nie wytrzymuje jednak porównania ze słynniejszym trio - pod względem kompozytorskim, wykonawczym, a nawet brzmieniowym pozostaje daleko w tyle. Nie jest to jednak kompletna amatorszczyzna, bo słychać, że muzycy coś tam potrafią i starali się stworzyć zróżnicowany materiał. Są tu nawet próby stworzenia czegoś bardziej złożonego, w postaci dwóch kilkuczęściowych utworów: "Turn to Dust" i "When to Stop" (ich instrumentalne fragmenty to nawet przyjemne jamowanie). Mniej udanym urozmaiceniem są ballady, które wypadły dość smętnie ("And Now the Sun Shines", "I Can Stop the Sun"). Największym przebłyskiem jest natomiast "Return to Sanity" - rozpoczęty i zakończony cytatem z "Mars, the Bringer of War" Gustava Holsta, zagranym tak ciężko i posępnie, że wywołującym skojarzenia z twórczością Black Sabbath, który zadebiutował dopiero kilka miesięcy później. Łagodniejsza część w środku też wypada nieźle, zwraca uwagę przyjemnie pulsującym basem Hawkswortha i gitarowymi zagrywkami Du Canna. Szkoda, że reszta albumu nie jest równie interesująca.

"Andromeda" to bardzo typowe, niezbyt wyróżniające się wydawnictwo z tamtego okresu. Takich albumów powstały wówczas setki, w tym dziesiątki lepszych. Nie przypadkiem zespół jest dziś znany głównie kolekcjonerom. A skoro o tym mowa - za oryginalne wydanie albumu trzeba dziś zapłacić od kilkuset do nawet kilku tysięcy złotych, w zależności od stanu (co wielokrotnie przewyższa wartość samej muzyki).  Dostępne są jednak liczne reedycje, z których najbardziej warte polecenia są: wspomniany "Definitive Collection" i winylowe wydanie Black Widow Records (2011), zawierające dodatkowo 7-calowy singiel "Go Your Way". Inna sprawa, że w samym 1969 roku ukazało się ponad sto lepszych albumów, więc można lepiej zainwestować pieniądze.

Ocena: 6/10



Andromeda - "Andromeda" (1969)

1. Too Old; 2. Day of the Change; 3. And Now the Sun Shines; 4. Turn to Dust; 5. Return to Sanity; 6. The Reason; 7. I Can Stop the Sun; 8. When to Stop

Skład: John Cann - gitara, wokal; Mick Hawksworth - bass, wokal; Ian McLane - perkusja
Producent: Andromeda


10 marca 2013

[Recenzja] Atomic Rooster - "In Hearing of Atomic Rooster" (1971)



Wydany w czerwcu 1971 roku singiel "The Devil's Answer" okazał się największym przebojem Atomic Rooster, dochodząc do 4. miejsca UK Singles Chart. Było to zarazem ostatnie nagranie, jakiego dokonał skład z "Death Walks Behind You". W sierpniu, gdy zespół wszedł do studia z zamiarem nagrania kolejnego albumu, trio rozrosło się do kwartetu. Nowym muzykiem został wokalista Pete French (wcześniej w Leaf Hound, później w Cactus). Niezadowoleni z tego faktu John Du Cann i Paul Hammond wkrótce po tej sesji opuścili skład. Jednak już na "In Hearing of Atomic Rooster", jak zatytułowano trzeci album, rola Du Canna znacznie się zmniejszyła. Nie tylko ze względu na całkowity brak jego partii wokalnych, ale też mniejszą rolę gitary - zwykle słychać ją na dalszym planie, pełniącą funkcję rytmiczną (a w "Decision / Indecision" nie słychać jej wcale). Zdecydowanie na pierwszy plan wysunięte zostały klawisze Vincenta Crane'a, które nadają muzyce bardziej progresywnego (ale nie w znaczeniu nowatorstwa, lecz nawiązania do pewnej konwencji), a czasem nawet lekko jazzrockowego charakteru.

French bez wątpienia radził sobie najlepiej z dotychczasowych wokalistów Atomic Rooster, co potwierdza przede wszystkim zgrabna ballada "Decision / Indecision", choć świetnie radzi sobie także w żywszych utworach, jak np. energetyczne, prawie hardrockowe "Break the Ice" czy "Breakthrough". W tym kontekście może dziwić, że w lekko soulującej, zanurzonej w psychodelicznym brzmieniu organów balladzie "Black Snake" za warstwę wokalną odpowiada mniej pod tym względem utalentowany Crane. Pod względem muzycznym niewiele tutaj mrocznego klimatu znanego z "Death Walks Behind You", brzmienie jest natomiast dużo lżejsze. Najbliższe poprzedniego albumu są "Head in the Sky" - najbardziej hardrockowy kawałek, z najbardziej uwypukloną gitarą, kojarzący się nieco z Deep Purple - i "Break the Ice". To akurat kompozycje Du Canna (pod resztą materiału podpisany jest Crane, czasem w towarzystwie niejakiego Pata Darnella). Na amerykańskim wydaniu albumu doszła jeszcze jedna kompozycja gitarzysty - wspomniany "The Devil's Answer", ale w wersji z partią wokalną Frencha zamiast oryginalnej Du Canna. To jednak tylko banalna piosenka, niezbyt pasująca do całości.

"In Hearing of Atomic Rooster" to w sumie udany album z niezłymi kompozycjami. Może podobać się zarówno słuchaczom hard rocka, jak i bardziej przystępnych odmian rocka progresywnego. Przede wszystkim powinien jednak zainteresować wszystkich wielbicieli elektrycznych organów, które są tutaj dominującym instrumentem.

Ocena: 7/10



Atomic Rooster - "In Hearing of Atomic Rooster" (1971)

1. Breakthrough; 2. Break the Ice; 3. Decision / Indecision; 4. A Spoonful of Bromide Helps the Pulse Rate Go Down; 5. Black Snake; 6. Head in the Sky; 7. The Rock; 8. The Price

Skład: Pete French - wokal; Vincent Crane - instr. klawiszowe, wokal (5,8); John Du Cann - gitara (oprócz 3); Paul Hammond - perkusja
Producent: Atomic Rooster


9 marca 2013

[Recenzja] Atomic Rooster - "Death Walks Behind You" (1970)



"Death Walks Behind You", drugi album Atomic Rooster, zwraca uwagę już samą okładką, z reprodukcją obrazu "Nabuchodonozor" Williama Blake'a. Jednak sama muzyka również prezentuje większą dojrzałość zespołu. Trzeba jednak pamiętać, że ze składu uczestniczącego w nagraniu debiutanckiego "Atomic Rooster" pozostał tylko klawiszowiec Vincent Crane. Nick Graham odszedł do Skin Alley, a Carl Palmer wspólnie z Keithem Emersonem i Gregiem Lake'em założył supergrupę Emerson, Lake & Palmer. Ich miejsca zajęli odpowiednio John Du Cann i Paul Hammond. W sierpniu 1970 roku trio zarejestrowało materiał na longplay, który okazał się jego największym sukcesem komercyjnym, dochodząc do 12. miejsca na UK Albums Chart i lokując się pod koniec pierwszej setki listy amerykańskiego Billboardu. Spory sukces odniósł także promujący go na singlu "Tomorrow Night" (11. miejsce w brytyjskim notowaniu).

Longplay zawiera solidną porcję hard rocka, często dość rozbudowanych za sprawą jakby jamowych popisów muzyków. Utwory w rodzaju "Sleeping for Years", "Streets" czy instrumentalnych "Vug" i "Gershatzer" mają sporo luzu typowego raczej dla nagrań koncertowych. Zwraca uwagę dobra interakcja muzyków i długie, udane popisy, przede wszystkim Crane'a i Du Canna, choć w ostatnim z tych utworów ma też okazję wykazać się Hammond. "Sleeping for Years" i "Vug" są przy okazji jednymi z najbardziej zapadających w pamięć fragmentów albumu. Ale akurat pod tym względem bezkonkurencyjny jest tytułowy "Death Walks Behind You" z świetnym klawiszowym wstępem o klimacie niczym z horroru i ponurym klimatem utrzymującym się także we właściwej, hardrockowej części utworu, co nie wyklucza jednak całkiem chwytliwego refrenu. Ale album ma też słabsze momenty. Wspomniany "Tomorrow Night" to tylko skoczna piosenka o znikomej, jeśli jakiejkolwiek, wartości artystycznej. Podobnie sprawa wygląda z nieco ostrzejszym, ale także dość banalnym "I Can't Take No More". Nie do końca przekonującym utworem jest także balladowy "Nobody Else", w którym najlepiej wypada instrumentalne przyśpieszenie z drugiej połowy.

"Death Walks Behind You" to album prawie na poziomie najlepszych dokonań wielkiej trójki hard rocka. Jednak "prawie" robi tu dość dużą różnicę. Pomimo dobrej gry instrumentalistów i w większości udanych kompozycji, czegoś tu jednak brakuje. Może bardziej charyzmatycznego wokalisty, a może wystarczyłby bardziej wyrównany poziom poszczególnych utworów. Tak czy inaczej, jest to album warty poznania. Na pewno najbardziej z całej dyskografii Atomic Rooster, który już nigdy nie zbliżył się do tego poziomu. Warto dodać, że wszyscy nagrywający go muzycy już przekonali się o prawdziwości tytułu: zmagający się od lat z depresją Vincent Crane odebrał sobie życie w walentynki 1989 roku, Paul Hammond przedawkował narkotyki trzy lata później, a John Du Cann zmarł na zawał serca w 2011 roku.

Ocena: 8/10



Atomic Rooster - "Death Walks Behind You" (1970)

1. Death Walks Behind You; 2. Vug; 3. Tomorrow Night; 4. 7 Streets; 5. Sleeping for Years; 6. I Can't Take No More; 7. Nobody Else; 8. Gershatzer

Skład: John Du Cann - wokal, gitara i bass; Vincent Crane - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Paul Hammond - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Atomic Rooster


8 marca 2013

[Recenzja] Atomic Rooster - "Atomic Roooster" (1970)



Początków Atomic Rooster należy szukać w istniejącej w drugiej połowie lat 60. psychodelicznej grupie The Crazy World of Arthur Brown. Dowodzona przez charyzmatycznego wokalistę Arthura Browna (który wywarł ogromny wpływ na sposób śpiewania chociażby Iana Gillana czy Bruce'a Dickinsona), zyskała pewną popularność w rodzimej Wielkiej Brytanii. Singiel "Fire" okazał się naprawdę sporym przebojem (także w kilku innych europejskich krajach). Muzycy postanowili więc zainteresować swoją twórczością także słuchaczy po drugiej stronie Atlantyku. Niestety, amerykańska trasa okazała się kompletną porażką, co wpłynęło na decyzję o rozwiązaniu kapeli. Jej członkowie szybko znaleźli sobie nowe zajęcia. Najciekawszym z nich okazał się projekt klawiszowca Vincenta Crane'a i perkusisty Carla Palmera, którzy powołali do życia właśnie Atomic Rooster.

W składzie początkowo miał się znaleźć także Brian Jones z The Rolling Stones, któremu przypadłaby rola śpiewającego gitarzysty. Muzycy odbyli wstępną rozmowę, ale do kolejnej już nie doszło - 3 lipca 1969 roku znaleziono zwłoki Jonesa w jego własnym basenie. Crane i Palmer szybko jednak znaleźli kolejnego kandydata - śpiewającego basistę Nicka Grahama. Przy okazji stwierdzili, że mogą się obejść bez gitarzysty - tym bardziej, że w poprzednim zespole też go nie było i jakoś sobie radzili. Pod koniec sierpnia zespół dał swój pierwszy koncert (na którym był supportowany przez wówczas niezbyt popularny Deep Purple), a w grudniu rozpoczął pracę nad debiutanckim albumem. Longplay, zatytułowany "Atomic Roooster" (sic), do sklepów trafił w lutym następnego roku.

Jego zawartość bywa klasyfikowana jako rock progresywny, co niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Tak naprawdę zespół gra tutaj hard rocka, tylko w dość specyficzny sposób, bo bez gitary. Wystarczy tylko posłuchać tylko takich kawałków, jak "Friday the 13th" (zdecydowanie najbardziej wyrazisty fragment longplaya), "And So to Bed", ''S.L.Y." i instrumentalnego "Decline and Fall" - wszystkich z klasycznym brzmieniem organów Hammonda i napędzającą je dynamiczną grą sekcji rytmicznej. Znalazło się tu też miejsce na klasyczną bluesrockową balladę, "Broken Wings", pochodzącą zresztą z repertuaru ojca brytyjskiego bluesa, Johna Mayalla. Jakieś echa progresywnego grania można odnaleźć w najdłuższej kompozycji, "Winter", z partiami pianina i fletu. Byłby to naprawdę ciekawy utwór, gdyby nie irytująca partia wokalna Grahama, śpiewającego falsetem. Jego wokal jest zresztą najsłabszym ogniwem tego albumu. Innym utworem, który kompletnie położył, jest "Banstead" - zbolały śpiew sam w sobie jest nieznośny, ale w połączeniu z podniosłą muzyką, nabiera żałosnego patosu. W pozostałych utworach nie ma tragedii pod względem wokalnym, jest za to bardzo przeciętnie.

Niedługo po brytyjskiej premierze albumu, Crane postanowił dodać do składu gitarzystę Johna Du Canna (do tamtej pory występującego w zespole Andromeda). Zespół krótko pozostał kwartetem, gdyż wkrótce potem zdecydował się odejść Graham. Obowiązki wokalisty przejął Du Cann, natomiast za niskie tony od tamtej pory odpowiadał Crane (grając je na klawiszach, podobnie jak Ray Manzarek z The Doors). Warto dodać, że na potrzeby planowanego amerykańskiego wydania "Atomic Roooster" Du Cann dograł partie gitary do trzech utworów - "Friday the 13th", "Before Tomorrow" i "S.L.Y." - a także nowy wokal do pierwszego z nich. Co prawda, album ostatecznie nigdy nie ukazał się w Stanach, ale owe trzy poprawione utwory zajęły miejsce oryginalnych wersji na kolejnym brytyjskim wydaniu, a obecnie są dodawane jako bonusy na kompaktowych reedycjach.

"Atomic Roooster" to w sumie całkiem udany debiut, udowadniający, że gitara elektryczna wcale nie jest niezbędnym instrumentem w zespole hardrockowym. Gra muzyków jest bez zarzutu (w przeciwieństwie do warstwy wokalnej), ale same kompozycje są w zdecydowanej większości kompletnie niezapamiętywalne. Gdyby nie nietypowe, jak na ten styl, instrumentarium, album nie wyróżniałby się spośród wielu podobnych wydawnictw z tego okresu.

Ocena: 6/10



Atomic Rooster - "Atomic Roooster" (1970)

1. Friday the 13th; 2. And So to Bed; 3. Broken Wings; 4. Before Tomorrow; 5. Banstead; 6. S.L.Y.; 7. Winter; 8. Decline and Fall

Skład: Nick Graham - wokal, bass, flet; Vincent Crane - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Atomic Rooster i Tony Colton


7 marca 2013

[Artykuł] Rock in Peace: Alvin Lee (1944-2013)

Alvin Lee - gitarzysta i wokalista, znany przede wszystkim z blues rockowego zespołu Ten Years After - zmarł wczoraj, z powodu niespodziewanych powikłań, związanych z rutynowym zabiegiem chirurgicznym. Muzyk miał 68 lat.


Lee urodził się 19 grudnia 1944 roku w Nottingham w Wlk. Brytanii. Na gitarze grał od 13 roku życia. W 1966, wraz z basistą Leo Lyonsem powołał do życia grupę Ten Years After, która początkowo wykonywała mieszankę bluesa, jazzu i rock and rolla. Zespół zadebiutował w 1967 roku albumem "Ten Years After", ale głośno zrobiło się o nim dopiero dwa lata później, kiedy wystąpił na słynnym festiwalu Woodstock. Lee został wówczas okrzyknięty "najszybszym gitarzystą świata". Sukcesem okazały się albumy "Ssssh"(1969), "Cricklewood Green" (1970) i "A Space in Time" (1971). Popularność przyniosły także takie przeboje, jak "Love Like a Man" czy "I'd Love to Change the World".

W 1973 Lee nagrał wspólny album z amerykańskim wokalistą Mylonem LeFevre, zatytułowany "On the Road to Freedom", utrzymany w stylu folk rockowym. Rok później ukazał się ostatni na długie lata album jego macierzystej formacji, "Positive Vibrations". Nasilające się kłótnie pomiędzy muzykami doprowadziły do rozwiązania Ten Years After. Lee z powodzeniem zajął się karierą solową. Jego pierwszym zupełnie samodzielnym albumem, była koncertówka "In Flight" (1974). W sumie pod własnym nazwiskiem (lub nazwą The Alvin Lee Band) wydał 13 płyt - ostatnia, "Still on the Road to Freedom", ukazała się w zeszłym roku.

Ten Years After powrócił na krótko w 1983 roku, natomiast na dobre powrócił w 1988 roku, rok później wydając album "About Time". W kolejnych latach grupa była aktywna wyłącznie koncertowo - Alvin Lee poświęcał się głównie karierze solowej. W pierwszej połowie lat 90. wydał albumy "Zoom" ('92) i "Nineteen Ninety-Four" ('94), na których gościnnie wystąpił George Harrison. Dopiero po oficjalnym odejściu Lee z Ten Years After, w 2003 roku, zespół nagrał i wydał kolejne dwa albumy studyjne.


[Recenzja] Rush - "Clockwork Angels" (2012)



Pierwsza zapowiedź tego albumu ukazała się już w czerwcu 2010 roku. Singiel z utworami "Caravan" i "BU2B" zaostrzył apetyt na więcej, bo trio już dawno nie nagrało tak dobrych kawałków (co najmniej od czasu "Test for Echo" z 1996 roku). Oba zwracają uwagę całkiem chwytliwymi melodiami, nie do końca oczywistymi strukturami, świetną pracą sekcji rytmicznej oraz może nie tak finezyjną, jak dawniej, ale solidną grą Alexa Lifesona. Jednak na pełen album przyszło jeszcze trochę poczekać. "Clockwork Angels" ukazał się równo dwa lata i tydzień później. Premierę poprzedził jeszcze jeden singiel, wydany w kwietniu "Headlong Flight". To była już zdecydowanie mniej udana zapowiedź. Za dużo tutaj topornego riffowania i prawie metalowego ciężaru, melodycznie jest niezbyt ciekawie, jedynie gra sekcji rytmicznej trzyma wysoki poziom. W wersji albumowej "Headlong Flight" jest nieco dłuższy, ale przez to bardziej męczący.

Niestety, album jako całość nie zachwyca. Nic dziwnego, że muzycy tak długo go nagrywali, bo wyraźnie nie udało im się wyjść z kompozytorskiego kryzysu, który dopadł ich jeszcze w latach 80. "Caravan" i "BU2B" to najwyraźniej przypadkowy przebłysk weny. Do ich poziomu zbliża się tylko energetyczny, chwytliwy "The Anarchist", który przywołuję odrobinę starego Rush z okresu, powiedzmy, "Pernament Waves". "Headlong Flight" od biedy można zaliczyć do bardziej udanych momentów longplaya - zresztą dałoby się uratować ten kawałek, gdyby Lifeson dał sobie spokój z metalowym napieprzaniem i wrócił do swojego charakterystycznego brzmienia z przełomu lat 70./80. A poza tym, jest tu bardzo nijako. Kolejne toporne, podmetalizowane kawałki ("Carnies", "Seven Cities of Gold") przeplatają się z miałkimi, poprockowymi piosenkami ("Halo Effect", "The Wreckers", "Wish Them Well"). Do tego dochodzą takie dziwactwa, jak chaotyczny, zmierzający donikąd utwór tytułowy, niepotrzebny przerywnik "BU2B2" i wyjątkowo smętna ballada "The Garden".

"Clockwork Angels" irytuje przede wszystkim zmarnowanym potencjałem. Longplay naprawdę posiada przebłyski, które czynią go najlepszym, obok "Test for Echo", albumem Rush po 1984 roku. Ale jednocześnie powtarza wiele błędów i wad innych wydawnictw grupy z tego okresu, jak np. za długi czas trwania (ponad godzina), niepasujące do tego zespołu metalowe naleciałości, czy nijakie, taśmowe kompozycje. Może czas pomyśleć w końcu o emeryturze?

Ocena: 5/10



Rush - "Clockwork Angels" (2012)

1. Caravan; 2. BU2B; 3. Clockwork Angels; 4. The Anarchist; 5. Carnies; 6. Halo Effect; 7. Seven Cities of Gold; 7. The Wreckers; 8. Headlong Flight; 9. BU2B2; 10. Wish Them Well; 11.The Garden

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezatory; Alex Lifeson - gitara, instr. klawiszowe; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jason Sniderman - pianino (11); David Campbell - aranżacja instr. smyczkowych
Producent: Nick Raskulinecz i Rush


6 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Snakes & Arrows" (2007)



Po pięciu latach od premiery "Vapor Trails" ukazał się jego następca "Snakes & Arrows". Tym razem brzmienie nie zostało aż tak bardzo spieprzone, choć wciąż jest zbyt głośno i za mało dynamicznie. To jednak bez znaczenia, bo album jest tak cholernie nudny, że nawet najlepsze brzmienie by go nie uratowało. Muzycy już dawno zapomnieli jak pisać dobre utwory. Za to napisali ich dużo - na albumie znalazło się aż trzynaście, o łącznym czasie trwania przekraczającym godzinę. Materiał jest tym bardziej męczący, że niewiele się tu dzieje. To zbiór przydługich piosenek, w których wyraźnie czuć brak pomysłu na cokolwiek, co by je wyróżniało - choćby na melodie, zapamiętywalne zagrywki, porywające solówki. Kolejne utwory sprawiają wrażenie snujących się bez sensu i mijają, nie pozostawiając po sobie śladu w pamięci. Sekcja rytmiczna czasem przypomina o swoim talencie ("Far Cry", "Malignant Narcissism"), ale partie Alexa Lifesona, miotające się pomiędzy mainstreamowym rockiem i nowoczesnym metalem, są rutynowe i nieinteresujące.

"Snakes & Arrows" może robić za definicję longplaya nagranego przez wypalonych artystycznie rockmanów, którzy nie mają już niczego do zaproponowania, ale wciąż wydają nową muzykę, bo tego się od nich oczekuje, a przydałby się też jakiś pretekst do kolejnej trasy koncertowej, na której publiczność i tak będzie czekać wyłącznie na przeboje sprzed kilkudziesięciu lat. Zawarta tutaj muzyka jest wymuszona, schematyczna, bezbarwna i nudna, a bardzo współczesne, przytłaczające brzmienie czyni ją jeszcze bardziej męczącą i odpychającą. Przynajmniej wciąż słychać, że muzycy potrafią grać (choć mam wątpliwości w przypadku Lifesona), w przeciwieństwie do tej całej post-grunge'owej miernoty, którą zdają się tu inspirować. Taki zespół jak Rush, który wypracował sobie kiedyś własny styl, nie powinien jednak w ogóle inspirować się czymś takim. 

Ocena: 3/10



Rush - "Snakes & Arrows" (2007)

1. Far Cry; 2. Armor and Sword; 3. Workin' Them Angels; 4. The Larger Bowl; 5. Spindrift; 6. The Main Monkey Business; 7. The Way the Wind Blows; 8. Hope; 9. Faithless; 10. Bravest Face; 11. Good News First; 12. Malignant Narcissism; 13. We Hold On

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, melotron; Alex Lifeson - gitara, mandolina; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Nick Raskulinecz i Rush


5 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Feedback" (2004)



W 2004 roku Rush świętował trzydziestolecie swojej działalności. Co prawda, zespół powstał już pod koniec lat 60., ale to w 1974 roku, wraz z wydaniem debiutanckiego albumu, przeszedł na profesjonalny poziom. W tym samym roku do grupy dołączył Neil Peart, a tym samym wykrystalizował się jej ostateczny skład. Obchodom trzydziestolecia towarzyszyła specjalna trasa koncertowa, nazwana R30, a także premiera EPki "Feedback", będącej hołdem dla wykonawców, którzy byli dla muzyków Rush największą inspiracją w początkowym etapie działalności.

Wydawnictwo składa się z ośmiu przeróbek. Zespół sięgnął do repertuaru The Yardbirds ("Heart Full of Soul", "Shapes of Things"), Buffalo Springfield ("For What It's Worth", "Mr. Soul"), The Who ("The Seeker") i Love ("Seven and Seven Is"), ale również Eddiego Cochrana ("Summertime Blues", tutaj inspirowany wersjami The Who i Blue Cheer) i Roberta Johnsona ("Crossroads", tutaj oparty na słynnej wersji Cream). Czyli mamy tu całkiem niezły przekrój przez muzykę hippisowskiej ery. Niestety, muzycy postanowili trzymać się jak najwierniej wersji oryginalnych (lub wcześniejszych coverów). Różnice sprowadzają się do bardziej nowoczesnego brzmienia (zabijającego klimat pierwowzorów) i nie zawsze pasującej barwy głosu Geddy'ego Lee. O ile całkiem fajnie wypadają "Summertime Blues", "The Seeker", "Mr. Soul" i "Crossroads", tak zespół niespecjalnie odnajduje się w repertuarze The Yardbirds, a zwłaszcza w "For What It's Worth" i "Seven and Seven Is", które tutaj wypadają strasznie banalnie.

W sumie przyjemne wydawnictwo, ale raczej tylko jako ciekawostka dla fanów Rush. Dla osób znających (a wstyd ich nie znać) i lubiących oryginały, będzie to raczej rozczarowanie. Muzycy mogli nieco pokombinować z aranżacjami i strukturami, zaprezentować te kawałki od nieznanej strony. Bo odgrywając je nuta w nutę, z góry skazali się na niepowodzenie. Wersje z lat 60. brzmią po prostu lepiej i współcześnie trudno odtworzyć ich klimat (udało się to co najwyżej w "Crossroads"). Ale i tak słucha się tego nieporównywalnie lepiej, niż premierowego materiału Rush z kilkunastu lat poprzedzających to wydawnictwo. Tutaj przynajmniej są dobre, wyraziste kompozycje.

Ocena: 6/10



Rush - "Feedback" (2004)

1. Summertime Blues; 2. Heart Full of Soul; 3. For What It's Worth; 4. The Seeker; 5. Mr. Soul; 6. Seven and Seven Is; 7. Shapes of Things; 8. Crossroads

Skład: Geddy Lee - wokal, bass; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: David Leonard i Rush


4 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Vapor Trails" (2002)



Poprawiając i pisząc od nowa stare recenzje, wykorzystuję nabytą później wiedzę i umiejętności, ale staram się zachować odpowiednią perspektywę, pomijając wydarzenia po dacie publikacji posta. W tym wypadku muszę jednak złamać tę zasadę, ze względu na opublikowaną 30 września 2013 roku reedycję "Vapor Trails", na której naprawiono największy, jak się przynajmniej zdawało, problem tego albumu - brzmienie. Oryginalne wydanie padło ofiarą tzw. wojny głośności (loudness war). W praktyce chodzi o to, że płyty nagrywane są przesadnie głośno, ze stratą dla dynamiki i przestrzeni, a nierzadko powodując nieprzyjemne zniekształcenia dźwięku. Amerykańscy naukowcy odkryli, że im muzyka jest głośniejsza, tym bardziej się podoba. Nie mam pojęcia, gdzie przeprowadzali swoje badania - wśród niedosłyszących emerytów czy gówniarzy nie chcących słuchać muzyki, a łomotu do machania głową - ale nie spotkałem się jeszcze nigdy z pozytywną opinią na temat tak nagrywanych płyt. Mnie, przyzwyczajonego do brzmienia z lat 60. i 70., słuchanie albumów z tak wysokim i jednostajnym natężeniem dźwięku męczy już po kilku minutach. Dlatego w przypadku tej recenzji wspomogę się wspomnianą reedycją, na której poprawiono to męczące brzmienie, nie pozwalające się skupić na samych kompozycjach i ich wykonaniu.

Brzmienie zremiksowanej wersji albumu faktycznie jest lepsze. Materiał nabrał większej dynamiki,  poszczególne instrumenty są bardziej odseparowane i nie zlewają się w jedną masę, a ponadto nie występują już żadne niezamierzone zniekształcenia (jest tylko metalowo przesterowana gitara). Po prostu brzmi bardziej klasycznie (choć raczej w stylu lat 90., niż wcześniejszych dekad). Jednak tym samym wyraźnie zostają obnażone wszystkie pozostałe wady "Vapor Trails". Album jest przede wszystkim bardzo długi (trwa niemal 70 minut), a zarazem strasznie jednostajny. Nawet na monotonnym "Counterparts" poszczególne utwory aż tak się ze sobą nie zlewały. Brakuje im czegoś wyróżniającego, choćby wyrazistych melodii. Zapewne zawiniła metoda tworzenia tego materiału - muzycy jamowali w studiu przy włączonych mikrofonach, a potem komputerowo cieli te nagrania i łączyli w utwory. A ponieważ nigdy nie był to zespół dobry w improwizowaniu (o czym świadczy maksymalnie wierne odgrywanie utworów na koncertach), efekt takiego podejścia był praktycznie skazany na porażkę. Może nie jest to longplay tak tragicznie słaby, jak kilka innych w dyskografii kanadyjskiego tria, bo zdarzają się tutaj fajne momenty (szczególnie w warstwie rytmicznej), ale poza otwierającym całość, całkiem przebojowym "One Little Victory" i może "Earthshine" (choć ten drugi przydałoby się skrócić), kawałki są zupełnie niezapamiętywane i zbyt do siebie podobne.

Warto natomiast zwrócić uwagę na warstwę tekstową, która jest bardziej niż zwykle osobista. To efekt tragedii, jakie pod koniec poprzedniego wieku przeżył Neil Peart - w krótkim odstępie czasu umarły jego córka i żona. Tradycyjnie jednak nie analizuję tekstów i nie mają one wpływu na poniższą ocenę. Ma na nią wpływ muzyka, która jest po prostu męcząca - zwłaszcza w oryginalnym miksie, gdzie do monotonii i przesadnej długości dochodzi fatalne brzmienie. Sama poprawa brzmienie nie ratuje, niestety, tego materiału.

Ocena: 4/10



Rush - "Vapor Trails" (2002)

1. One Little Victory; 2. Ceiling Unlimited; 3. Ghost Rider; 4. Peaceable Kingdom; 5. The Stars Look Down; 6. How It Is; 7. Vapor Trail; 8. Secret Touch; 9. Earthshine; 10. Sweet Miracle; 11. Nocturne; 12. Freeze; 13. Out of the Cradle

Skład: Geddy Lee - wokal, bass; Alex Lifeson - gitara, mandola; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rush i Paul Northfield


Po prawej: okładka zremiksowanej wersji albumu z 2013 roku.


3 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Test for Echo" (1996)



Początek albumu jest całkiem obiecujący. Tytułowy "Test for Echo" i "Driven" łączą ciężkie brzmienie "Counterparts" z przebojowością albumów zespołu z pierwszej połowy lat 80., a przy tym są najbardziej złożonymi kompozycjami Rush od czasu "Moving Pictures". Czyżby zespół w końcu wrócił do formy? Niestety, kolejne kawałki rozwiewają wszelką nadzieję. Już w następnym na trackliście "Half the World" robi się bardziej piosenkowo i zwyczajnie banalnie. Wielce mówiący jest natomiast fakt, że te trzy pierwsze utwory - i tylko one - zostały wydane na singlach. Później po prostu nie dzieje się już praktycznie nic godnego uwagi.

Kolejne kawałki sprawiają wrażenie taśmowych produkcji, zrobionych z tych samych elementów, co poprzednie. Z czasem wszystko coraz bardziej się ze sobą zlewa, brakuje jakichkolwiek urozmaiceń. W dodatku początek był kompletną zmyłką, bo później zdecydowanie dominują prostsze, miałkie  melodycznie kawałki (np. "The Color of Right", "Totem", "Virtuality" czy ballada "Resist"). A jeśli już zdarza się coś bardziej złożonego, to okazuje się niezbyt udane (fajnie urozmaicony w warstwie rytmicznej "Time and Motion" odpycha topornym metalowym riffowaniem, kiczowatym brzmieniem syntezatora i mdłą melodią, natomiast "Limbo" traci przez nieco syntetyczne brzmienie, głupawe wstawki wokalne i brak interesującego rozwinięcia). Jednym z najbardziej kuriozalnych momentów jest z kolei "Dog Years", który po prawdziwie punkowym otwarciu drastycznie traci impet i okazuje kolejną banalną piosenką z rozwodnioną melodią.

Do zalet "Test for Echo" zaliczyć można solidne brzmienie i grę sekcji rytmicznej, która nawet w tych najbardziej piosenkowych fragmentach nie ogranicza się do prostego akompaniamentu, a stara się jak najlepiej zaznaczyć swoją obecność. Wadami są natomiast metalowe zapędy Alexa Lifesona, nienajlepsze, zwykle po prostu banalne kompozycje, a także stylistyczne niezdecydowanie. Całość brzmi, jakby muzycy nie byli pewni, co chcą robić - grać mainstreamowego rocka, coś cięższego, czy może wrócić do bardziej skomplikowanego grania. Wymieszali więc to wszystko z zupełnie nieprzekonującym - poza dwoma pierwszymi kawałkami - efektem. A i tak jest to najlepszy album zespołu od czasu wydanego dwanaście lat wcześniej "Grace Under Pressure".

Ocena: 5/10



Rush - "Test for Echo" (1996)

1. Test for Echo; 2. Driven; 3. Half the World; 4. The Color of Right; 5. Time and Motion; 6. Totem; 7. Dog Years; 8. Virtuality; 9. Resist; 10. Limbo; 11. Carve Away the Stone

Skład: Geddy Lee - wokal, bass,  syntezator; Alex Lifeson - gitara, mandola; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Peter Collins i Rush


2 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Counterparts" (1993)



Muzycy w końcu zrezygnowali z wygładzonej produkcji, niemal całkowicie odstawili syntezatory (czasem słychać je daleko w tle) i postawili na gitarowy ciężar. "Counterparts" to najbardziej hardrockowy album Rush od czasu "Moving Pictures". Można go traktować jako swego rodzaju odpowiedź na ówczesną popularność grunge'u. Jednak poprawa brzmienia to jedno, a same kompozycje to zupełnie inna sprawa. Niestety, muzykom wciąż nie udało się wyjść z kompozytorskiego kryzysu, jaki dopadł ich po wydaniu "Grace Under Pressure". Kawałki są proste, schematyczne i melodycznie zupełnie bezbarwne (np. "Stick It Out", "Alien Shore", "The Speed of Love") lub banalne ("Animate", "Between Sun & Moon", "Everyday Glory"). Jest też spora dawka nudziarstwa połączonego z pretensjonalnością w "Nobody's Hero". Odrobina dawnego kombinowania pojawia się w chaotycznym "Double Agent" i w sumie nie najgorszym, funkującym instrumentalu "Leave That Thing Alone". Tytuł tego ostatniego mówi wszystko: zostawcie go samego, a resztę albumu wyrzućcie. "Counterparts" jest cholernie nudnym, jednostajnym wydawnictwem, którego jedynymi atutami są brzmienie i cztery minuty instrumentalnego grania nieco lepszego od pozostałych pięćdziesięciu minut.

Ocena: 4/10



Rush - "Counterparts" (1993)

1. Animate; 2. Stick It Out; 3. Cut to the Chase; 4. Nobody's Hero; 5. Between Sun & Moon; 6. Alien Shore; 7. The Speed of Love; 8. Double Agent; 9. Leave That Thing Alone; 10. Cold Fire; 11. Everyday Glory

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezatory; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: John Webster - instr. klawiszowe; Michael Kamen - orkiestracja (4)
Producent: Peter Collins i Rush


1 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Roll the Bones" (1991)



"Roll the Bones" to bezpośrednia kontynuacja "Presto". Ze wszystkimi wadami tamtego albumu. Rush wciąż gra prostą, banalną muzykę, tworzoną dla nie wiadomo kogo. Zbyt wypolerowaną brzmieniowo i ogólnie ugrzecznioną, by uznać ją za dobry rock. I zbyt nijaką melodycznie, by mogła robić za dobry pop. Oczywiście nie ma tu też nic z dawnego, bardziej złożonego grania. No dobrze, nie jest to album aż tak bezpłciowy, jak jego poprzednik. Takie "Dreamline" i "Ghost of a Chance" mogłyby być naprawdę fajne, gdyby dać im bardziej surowe brzmienie, trochę skomplikować rytmikę i odjąć nieco melodycznego lukru (a w tym drugim najlepiej w ogóle zrezygnować z łagodnych zwolnień). Natomiast w  funkującym instrumentalu "Where's My Thing?" w sumie wystarczyłoby poprawić brzmienie i już by było naprawdę dobrze. Jednak nie brakuje tu naprawdę koszmarnych momentów, jak prostackie, zalatujące glamem lub AORem "Face Up", "The Big Wheel" i "You Bet Your Life", albo popowo smętne "Heresy" i "Neurotica". Jest jeszcze kontrowersyjny utwór tytułowy, z okropnie kiczowatymi syntezatorami, strasznie banalnym refrenem i niby rapowaną wstawką w drugiej połowie. Ogólnie jest więc znów kiepsko. Może i brzmienie jest bardziej gitarowe, niż na albumach z lat 80., ale całość jest właściwie tak samo tandetna, jak trzy poprzednie studyjne wydawnictwa Rush.

Ocena: 3/10



Rush - "Roll the Bones" (1991)

1. Dreamline; 2. Bravado; 3. Roll the Bones; 4. Face Up; 5. Where's My Thing?; 6. The Big Wheel; 7. Heresy; 8. Ghost of a Chance; 9. Neurotica; 10. You Bet Your Life

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezator; Alex Lifeson - gitara, dodatkowy wokal; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Rupert Hine - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Joe Berndt - efekty dźwiękowe
Producent: Rush i Rupert Hine