27 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "Rush" (1974)



Raczej nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że Rush to najlepsza kanadyjska grupa muzyczna, a nawet jedna z najlepszych na świecie, jeśli chodzi o rock progresywny. Debiutancki longplay zespołu może być niemałym szokiem dla osób znających tylko jego późniejsze dokonania, jak koncepcyjny album "2112" czy przebojowy "Moving Pictures". "Rush" to album stricte hardrockowy, wyraźnie inspirowany twórczością takich grup, jak Led Zeppelin czy Cream. Z drugiej strony, już tutaj pojawia się wiele elementów cechujących całą twórczość Rush. Przede wszystkim charakterystyczny, bardzo wysoki śpiew Geddy'ego Lee (tutaj jeszcze częściej ocierający się o krzyk). Również muzycznie zespół podłożył podwaliny pod swój późniejszy styl. Chodzi o idealne współbrzmienie instrumentów - wszystkie są tak samo ważne, gitara wybija się na pierwszy plan tylko podczas solówek, w pozostałych fragmentach pozostawia dużo miejsca dla basu i perkusji.

Większość albumu to melodyjny, chwytliwy hard rock ("Finding My Way", "Need Some Love", "Take a Friend", "In the Mood", "Before And After"), choć zdarza się, że zespół gra ciężej, z heavy metalową mocą ("What You're Doing", "Working Man"). Kilka utworów ma bardziej swobodną, wręcz jamową strukturę - zwłaszcza rozbudowany "Working Man", a także "Here Again". Ten ostatni to najbardziej wyróżniający się utwór na płycie - bluesowa ballada z zaostrzeniami i bardzo długą solówką Alexa Lifesona. To utwór wyjątkowy nie tylko na tym albumie, ale i w całej dyskografii Rush - muzycy już nigdy nie nagrali niczego podobnego. Najspokojniejszym - i najładniejszym - fragmentem longplaya jest jednak trwający trochę ponad dwie minuty wstęp "Before And After". To lekka zapowiedź kierunku, w którym muzycy zaczęli zmierzać na swoich kolejnych dziełach.

Album "Rush" może i nie wniósł nic do muzyki, a grupa ogranicza się tutaj do kopiowania swoich mistrzów, ale trzeba przyznać, że robi to na zawodowym poziomie. Przyjemnie się tego słucha, zatem i ocena wysoka. Dla wielbicieli klasycznego hard rocka - pozycja obowiązkowa.

Ocena: 8/10



Rush - "Rush" (1974)

1. Finding My Way; 2. Need Some Love; 3. Take a Friend; 4. Here Again; 5. What You're Doing; 6. In the Mood; 7. Before And After; 8. Working Man

Skład: Geddy Lee - wokal i bass; Alex Lifeson - gitara; John Rutsey - perkusja
Producent: Rush


11 komentarzy:

  1. Bardzo lubię ten pierwszy hard rockowy etap kariery Rush i bardzo lubie ten album. Pamiętam jak wiele lat tenu ten zespół w ogóle do mnie nie trafiał (ale byłem wtedy głupi;)). Nie ma chyba drugiej takiej grupy jak Rush, która by tak doskonale łączyła hard rocka z rockiem progresywnym. Chyba że Paweł coś tam z archiwum wygrzebał;). A jeśli chodzi o ten album to moimi faworytami są Here Again i Finding My Way.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest trochę zespołów, które łączyły hard i prog rock, z lepszym lub gorszym skutkiem. Tak na szybko, świetnie wychodziło to grupie T2 (album "It'll All Work Out in Boomland"), a wręcz genialnie zespołowi Gentle Giant (na pierwszych siedmiu longplayach).

      Usuń
  2. No tak tylko czytając recenzje Gentle Giants wyraźnie widać że ich muzyka jest bardzo trudna dla klasycznego rockowego ucha. Rush od razu wciąga i jedynie wokal może odrzucać. To jest właśnie fenomen tej grupy że nawet rozbudowane i progresywne utwory są przebojowe i melodyjne. Muzycy nie kombinują za wszelką cenę i nie przeciągają kompozycji w nieskończoność. Za to ich uwielbiam. A na dodatek ostro łoją czego brakuje mi u wielu grup progresywnych. Wracając do Gentle Giants to od jakiej płyty polecasz poznawanie ich muzyki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak tak czytam ten Twój opis Rush, to doskonale pasuje on do Gentle Giant ;) Choć faktycznie może to być trudniejsza w odbiorze muzyka. Bo Rush to w gruncie rzeczy hardrockowa kapela, która kombinowała trochę więcej z metrum i tego typu sprawami, niż standardowy zespół hardrockowy. A Gentle Giant to zabawa przeróżnymi konwencjami, czerpanie inspiracji z muzyki dawnej, jazzu, folku, ale wciąż jest to zdecydowanie rockowe (a czasem hardrockowe) granie. Na początek najlepiej poznać debiutancki "Gentle Giant", bo jak na ten zespół jest dość konwencjonalny. A potem słuchać po kolei wszystkich albumów do "Free Hand", a nawet "Interview" włącznie. I nie zniechęcać się, jak coś od razu nie podejdzie, tylko za jakiś czas dać kolejną szansę ;)

      Usuń
  3. Muszę spróbować. Ale z wieloma grupami prog rockowymi mam problem bo ewidentnie za bardzo kombinują i nie czuję w tym spójności Np. ELP we większości do mnie nie przemawia z wyjątkiem debiutu i płyty z Cozy Powellem. Niektóre utwory są tak przekombinowane że dla mnie jest to zupełnie niestrawne a nawet powiem że niepotrzebne. Bo słuchając tych utworów widzę w nich potencjał na dobre rockowe kompozycje, które po odrzuceniu tych wszystkich udziwnień na pewno by zyskały. Obecnie "męczę" płyty Genesis i coraz bardziej mi sie podobają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz jestem już pewien, że to zespół dla Ciebie ;) Muzycy Gentle Giant zawsze potrafili mierzyć siły na zamiary. Tak samo jak Rush czy Pink Floyd. Chociaż Floydom zdarzało się przeszarżować i przecenić swoje umiejętności ("Atom Heart Mother", studyjna "Ummagumma"), podobnie muzykom Rush (nie bardzo rozumiem sens tych wszystkich długich "suit", będących de facto kilkoma krótkimi utworami, zazwyczaj zupełnie nie powiązanymi ze sobą pod względem instrumentalnym). Olbrzymowi nie zdarzyło się to nigdy ;) Członkowie tego zespołu to fenomenalni kompozytorzy i instrumentaliści. Chociaż nie wszyscy, bo gitarzysta żadnym wirtuozem nie jest. Ale za to doskonale zna swoje ograniczenia i nie próbuje kombinować, tylko gra proste, rockowe riffy i solówki. Zupełnie inne podejście, niż u Keitha Emersona czy Ricka Wakemana, którzy uważali się za nie wiadomo kogo i przez ich popisy utwory ELP i Yes często są tak bardzo żałosne i patetyczne. W dodatku grając je, byli śmiertelnie poważni. Podczas gdy Gentle Giant prezentował bardzo luźne, zabawowe podejście do grania. Utwory zespołu są krótkie (nigdy nie trwają powyżej 10 minut, zazwyczaj nawet nie 5), ale bardzo treściwe i bez zbędnego kombinowania - wszystko jest tam na właściwym miejscu, nie ma żadnych niepotrzebnych dźwięków, żadnych dłużyzn ani smęcenia. Trudność ich muzyki polega natomiast na tym, że bardzo chętnie stosowali kontrapunkt - prowadzenie kilku melodii jednocześnie. Przy wielu utworach można odnieść wrażenie, że każdy instrument gra co innego, a wokalista śpiewa jeszcze inną melodię. Przy pierwszym, drugim, a nawet trzecim przesłuchaniu może to sprawiać wrażenie chaosu. Ale tak naprawdę wszystko tam się doskonale ze sobą zazębia. Dlatego trzeba wielu przesłuchań, nie przywiązywać się do swojego pierwszego wrażenia.

      Jak już ogarniesz jakieś albumy, to chętnie przeczytam Twoje opinie pod właściwymi recenzjami ;)

      Usuń
    2. Ach, zapomniałem dodać, że muzycy Gentle Giant byli także fenomenalnymi aranżerami. To słychać np. w partiach instrumentów smyczkowych, które dość często się pojawiają na ich albumach. Są zaaranżowane naprawdę pomysłowo i ze smakiem, niemalże jak w muzyce klasycznej i w ogóle nie brzmią kiczowato, jak u większości rockowych wykonawców, gdy zdecydują się dodać smyczki.

      Usuń
    3. Zapomniałem dodać że zaintrygowałeś mnie tym T2. Postaram się dotrzeć również do tej grupy. Raz jeszcze dzięki.

      Usuń
  4. No to mnie teraz nakręciłeś:-) Na pewno sięgnę szybko po Gentle Giants i dam znać. Wielkie dzięki za wyczerpujący komentarz. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Paweł, co sądzisz po latach o głosie Geddy'ego - kiedyś był tu chyba nieźle krytykowany, a jak jest teraz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie toleruję zniewieściałych głosów i to się nie zmieni. Facet powinien brzmieć jak mężczyzna, a nie baba. Głos Geddy'ego nie jest aż tak irytujący, jak np. głosy Jona Andersona z Yes, albo tego gościa z Radiohead, jednak w jakimś stopniu odbiera mi przyjemność ze słuchania Rush.

      Usuń