28 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "2112" (1976)



Mimo trzech albumów na koncie, grupa Rush pozostawała praktycznie nieznana. Muzycy rozważali nawet zakończenie kariery. Na szczęście wcześniej postanowili nagrać jeszcze jeden album. Pomimo nacisku wydawcy, aby zaczęli grać prościej, bardziej przystępnie - na swoim czwartym longplayu zaproponowali muzykę jeszcze bardziej skomplikowaną. Paradoksalnie, to właśnie "2112" przyniósł im długo oczekiwany sukces. Do dzisiaj w samych Stanach pokrył się trzykrotną Platyną.

Całą pierwszą stronę winylowego wydania "2112" zajmuje 20-minutowa suita tytułowa. To kompozycja zbudowana na identycznej zasadzie, co "The Fountain of Lamneth" z "Caress of Steel". A więc składająca z kilku - w tym przypadku siedmiu - części, które są osobnymi utworami same w sobie; pomiędzy niektórymi z nich pojawiają się nawet krótkie przerwy. Łączy je oczywiście warstwa tekstowa - opowiedziana w niej historia dzieje się w 2112 roku, w świecie, w którym zakazana została muzyka... Pierwsza część, "Overture", to głównie instrumentalny popis muzyków. Progrockowo skomplikowany, ale z hardrockowym brzmieniem i czadem. Jeszcze ostrzejszy jest "The Temples of Syrinx" z krzykliwym śpiewem Lee. Uspokojenie przynosi "Discovery", a momentami także "Presentation" (spokojne zwrotki zestawiono tu z ostrym refrenem i solówką). Dalej pojawia się bardzo chwytliwa "Oracle: The Dream", a następnie zaczynająca się delikatnie, ale szybko nabierająca ciężaru "Soliloquy". Na koniec czeka jeszcze jeden instrumentalny popis muzyków, "Grand Finale".

Druga strona longplaya to pięć krótkich, trwających pomiędzy trzema a czterema minutami, kompozycji. Naprawdę świetny jest "A Passage to Bangkok", z orientalnym motywem przewodnim, zwrotkami opartymi na hardrockowym riffowaniu, przebojowym refrenem, oraz rewelacyjną solówką Alexa Lifesona. Na bardzo chwytliwym motywie gitarowym oparty jest także spokojniejszy "The Twilight Zone", który został wybrany na pierwszy singiel promujący album. Trochę banalnie robi się w "Lessons", opartym na brzmieniach akustycznych. W dodatku nie bardzo pasuje tu krzykliwy śpiew Lee. Wokalista rehabilituje się w przepięknie zaśpiewanej delikatnej balladzie "Tears". To jedna z niewielu ballad zespołu. A także pierwszy jego utwór, w którym większą rolę odgrywają instrumenty klawiszowe - a ściślej mówiąc, melotron. Nadaje on utworowi interesującego klimatu, niemal jak z pierwszych albumów King Crimson. Zakończenie albumu to fantastyczny "Something for Nothing" - na początek zmyłka w postaci spokojnego wstępu, a potem rozpędzony hardrockowy czad., z tym razem idealnie pasującą krzykliwą partią wokalną.

"2112" to album bardzo dojrzały, na którym grupa doprowadziła swój styl niemal do perfekcji. Longplay może się podobać zarówno słuchaczom rocka progresywnego, jak i hard rocka. Grupa znalazła "złoty środek" pomiędzy oboma stylami.

Ocena: 9/10



Rush - "2112" (1976)

1. 2112; 2. A Passage to Bangkok; 3. The Twilight Zone; 4. Lessons; 5. Tears; 6. Something for Nothing

Skład: Geddy Lee - wokal, bass i instr. klawiszowe; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja i instr. klawiszowe
Gościnnie: Hugh Syme - syntezator (1), melotron (5)
Producent: Rush i Terry Brown


[Recenzja] Rush - "Caress of Steel" (1975)



"Caress of Steel" to już Rush dojrzały, nie tylko wykorzystujący patenty progrockowe, ale śmiało wpisujący się w ten nurt. Choć słychać to dopiero w drugiej części płyty, gdyż pierwsze trzy utwory nie są wcale odległe od tego, co zespół tworzył na poprzednich albumach. Na początek świetne otwarcie w postaci mocnego, zeppelinowego "Bastille Day", z krzykliwym śpiewem Geddy'ego Lee. Choć z drugiej strony, utwór ma o wiele bardziej wyrafinowaną strukturę, niż kawałki z debiutu. Kolejny hardrockowy kawałek "I Think I'm Going Bald" jest już bardziej melodyjny, ale zarazem mniej interesujący. Nie można powiedzieć tego o "Lakeside Park", w którym hardrockowe zwrotki są łagodzone balladowym refrenem. 

Prawdziwie progrockowym utworem jest jednak dopiero "The Necromancer". To 12-minutowa kompozycja, pełna długich solówek Alexa Lifesona, składająca się z trzech części: balladowej "Into the Darkness"; ciężkiej, niemal sabbathowej "Under the Shadow"; oraz łagodnej, piosenkowej "Return of the Prince", która wycięta z całości została wydana na pierwszym singlu promującym album. Każda część rozpoczyna się od recytacji Terry'ego Browna, wprowadzającej w kolejne "rozdziały" opowieści o tytułowym Czarnoksiężniku (inspirowanej tolkienowskim "Władcą Pierścieni"). 

Jeszcze bardziej rozbudowany jest "The Fountain of Lamneth", zajmujący całą stronę B. Choć tak naprawdę trudno traktować go jako całość, gdyż poszczególne części nie przenikają się nawzajem, słychać między nimi krótkie przerwy. Całość została jednak ładnie spięta częściami "In the Valley" i "The Fountain", będącymi swoimi lustrzanymi odbiciami - tzn. w tej drugiej pojawiają się dokładnie te same motywy, ale grane w odwrotnej kolejności. Pomiędzy nimi pojawiają się jeszcze cztery inne części: "Didacts and Narpets", czyli trwająca minutę perkusyjna solówka Neila Pearta; balladowa "No One at the Bridge" (ze świetną solówką Lifesona); akustyczna "Panacea" (z wyjątkowo ładnym śpiewem Lee); oraz po prostu rockowa, melodyjna "Bacchus Plateau".

"Caress of Steel" potwierdza, że grupa rozwijała się z płyty na płytę, mimo krótkich odstępów czasowych między nimi. I chociaż longplay ten nie dorównuje popularnością kilku innym dziełom Rush, to wcale nie ustępuje im pod względem artystycznym.

Ocena: 8/10



Rush - "Caress of Steel" (1975)

1. Bastille Day; 2. I Think I'm Going Bald; 3. Lakeside Park; 4. The Necromancer; 5. The Fountain of Lamneth

Skład: Geddy Lee - wokal i bass; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja
Gościnnie: Terry Brown - recytacja (4)
Producent: Rush i Terry Brown


27 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "Fly by Night" (1975)



Przed nagraniem tego albumu nastąpiła ostatnia zmiana w składzie Rush - nowym perkusistą został Neil Peart, utalentowany muzyk, a ponadto dobry tekściarz. Muzyka zespołu nie zmieniła się przez to jakoś drastycznie, choć pewien postęp jest słyszalny. Longplay "Fly by Night" wyraźnie dzieli się na dwie części, odpowiadające stronom płyty winylowej. Strona A to przede wszystkim granie hard rockowe. Utwory "Anthem", "Best I Can" i "Beneath, Between & Behind" spokojnie mogłyby się znaleźć na debiucie grupy, pomimo że brzmią nieco dojrzalej (pojawiają się w nich różne smaczki, jak nieprzesterowana gitara w zwrotkach "Anthem"). Czwarty utwór, "By-Tor & the Snow Dog", brzmieniowo nie różni się od poprzednich. To wciąż hard rock, ale o zdecydowanie prog rockowej strukturze - jest to czteroczęściowa, ponad ośmiominutowa kompozycja z wieloma zmianami motywów, metrum i nastroju.

Skoro o nastroju mowa, druga strona longplaya jest zdecydowanie łagodniejsza. Tytułowy "Fly by Night" i "Making Memories" to po prostu melodyjne rockowe piosenki, z mniej krzykliwym śpiewem Geedy'ego Lee i lżejszym brzmieniem gitar (nie licząc solówek). Ten pierwszy ma zresztą naprawdę rewelacyjną, momentalnie zapadającą w pamięć melodię - zupełnie zasłużenie stał się pierwszym przebojem zespołu. "Rivendell" to natomiast utwór oparty wyłącznie na akompaniamencie gitary akustycznej, będący najdelikatniejszą kompozycja w całym dorobku grupy. Finałowy "In the End" to kolejny dowód, że grupa stawała się coraz bardziej prog rockowa. To ponad sześciominutowa kompozycja, zaczynająca się dość spokojnie i bardzo melodyjnie, ale z czasem nabierająca większego ciężaru, by pod koniec znów złagodnieć. Fajne podsumowanie longplaya.

"Fly by Night" (wespół z wydanym jeszcze w tym samym roku "Caress of Steel") to album przejściowy, pomiędzy hard rockowym Rush, a tym progresywnym. I chyba nie będący w stanie w pełni zadowolić ani fanów hard rocka, ani tym bardziej wielbicieli rocka progresywnego. Ale mimo to, zawierający naprawdę solidną muzykę.

Ocena: 8/10



Rush - "Fly by Night" (1975)

1. Anthem; 2. Best I Can; 3. Beneath, Between & Behind; 4. By-Tor & the Snow Dog; 5. Fly by Night; 6. Making Memories; 7. Rivendell; 8. In the End

Skład: Geddy Lee - wokal i bass; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja
Producent: Rush i Terry Brown


[Recenzja] Rush - "Rush" (1974)



Raczej nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że Rush to najlepsza kanadyjska grupa muzyczna, a nawet jedna z najlepszych na świecie, jeśli chodzi o rock progresywny. Debiutancki longplay zespołu może być niemałym szokiem dla osób znających tylko jego późniejsze dokonania, jak koncepcyjny album "2112" czy przebojowy "Moving Pictures". "Rush" to album stricte hardrockowy, wyraźnie inspirowany twórczością takich grup, jak Led Zeppelin czy Cream. Z drugiej strony, już tutaj pojawia się wiele elementów cechujących całą twórczość Rush. Przede wszystkim charakterystyczny, bardzo wysoki śpiew Geddy'ego Lee (tutaj jeszcze częściej ocierający się o krzyk). Również muzycznie zespół podłożył podwaliny pod swój późniejszy styl. Chodzi o idealne współbrzmienie instrumentów - wszystkie są tak samo ważne, gitara wybija się na pierwszy plan tylko podczas solówek, w pozostałych fragmentach pozostawia dużo miejsca dla basu i perkusji.

Większość albumu to melodyjny, chwytliwy hard rock ("Finding My Way", "Need Some Love", "Take a Friend", "In the Mood", "Before And After"), choć zdarza się, że zespół gra ciężej, z heavy metalową mocą ("What You're Doing", "Working Man"). Kilka utworów ma bardziej swobodną, wręcz jamową strukturę - zwłaszcza rozbudowany "Working Man", a także "Here Again". Ten ostatni to najbardziej wyróżniający się utwór na płycie - bluesowa ballada z zaostrzeniami i bardzo długą solówką Alexa Lifesona. To utwór wyjątkowy nie tylko na tym albumie, ale i w całej dyskografii Rush - muzycy już nigdy nie nagrali niczego podobnego. Najspokojniejszym - i najładniejszym - fragmentem longplaya jest jednak trwający trochę ponad dwie minuty wstęp "Before And After". To lekka zapowiedź kierunku, w którym muzycy zaczęli zmierzać na swoich kolejnych dziełach.

Album "Rush" może i nie wniósł nic do muzyki, a grupa ogranicza się tutaj do kopiowania swoich mistrzów, ale trzeba przyznać, że robi to na zawodowym poziomie. Przyjemnie się tego słucha, zatem i ocena wysoka. Dla wielbicieli klasycznego hard rocka - pozycja obowiązkowa.

Ocena: 8/10



Rush - "Rush" (1974)

1. Finding My Way; 2. Need Some Love; 3. Take a Friend; 4. Here Again; 5. What You're Doing; 6. In the Mood; 7. Before And After; 8. Working Man

Skład: Geddy Lee - wokal i bass; Alex Lifeson - gitara; John Rutsey - perkusja
Producent: Rush


26 lutego 2013

[Recenzja] Saxon - "Sacrifice" (2013)



Saxon istnieje już ponad trzy dekady, a "Sacrifice" to ich dwudziesty longplay. Takim wynikiem nie może się pochwalić ani rozpoczynający działalność w tym samym okresie Iron Maiden (oba zespoły wywodzą się z nurtu Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu), ani nawet tacy klasycy, jak Deep Purple czy Black Sabbath, którzy zaczynali działalność dekadę wcześniej. A jednak na tle tych zespołów, Saxon wydaje się zespołem drugoligowym. Być może dlatego, że żadnego z ich dotychczasowych albumów nie można nazwać skończenie doskonałym arcydziełem. Najbliższy temu był ich poprzedni album, "Call to Arms" z 2011 roku, który jednak nie spotkał się z należytym uznaniem.

Ponieważ grupa zawsze miała problem z utrzymaniem poziomu i tuż po bardzo dobrych longplayach wydawała zupełnie nijakie - na nowy album nie czekałem z niecierpliwością, a do przesłuchania go podchodziłem bez specjalnego entuzjazmu. "Sacrifice" okazał się jednak płytą niespodziewanie udaną. Kontynuując obraną na "Call to Arms" drogę, muzycy starali się, żeby nowy album był jak najbardziej autentyczny i energetyczny. Na tym jednak podobieństwa się kończą - brzmienie bliże jest np. albumu "Metalhead". Jednak "Sacrifice" to o wiele bardziej zróżnicowany materiał - od zaskakująco ciężkiego, niemal thrash metalowego utworu tytułowego, z robiącym wrażenie, ostrym śpiewem Biffa Bruforda, po bardziej typowe dla zespołu heavy metalowe czady, pełne ciekawych rozwiązań aranżacyjnych. Smaczkiem są nie tylko oczywiste w tym gatunku patenty, jak klimatyczne zwolnienia ("Walking the Steel", "Night of the Wolf"), ale przede wszystkim wykorzystanie egzotycznego instrumentarium, nadającego nieco orientalny klimat utworom "Made in Belfast" i  "Guardians of the Tomb". Interesującym pomysłem było, aby początek solówki w "Night of the Wolf" był grany na gitarze akustycznej.

Główna zaletą "Sacrifice" są jednak piekielnie chwytliwe melodie. Najlepiej pod tym względem wypada "Stand Up and Fight", z brzmiącym nieco maidenowo zwolnieniem podczas solówki. Ale pod względem melodyjności niewiele ustępuje mu "Guardians of the Tomb", czy cięższe "Sacrifice" i "Wheels of Terror". Na albumie znalazły się także mniej atrakcyjne utwory. Do nich zaliczam nie wyróżniający się niczym szczególnym "Warriors of the Road", a zwłaszcza banalny, hardrockowy "Standing in a Queue". Szkoda też, że zespół po raz kolejny postanowił rozpocząć album w najmniej oryginalny możliwy sposób, czyli od klimatycznego intro ("Procession"). W porównaniu z "Call to Arms", momentami nieco słabiej wypada śpiew Bruforda. W "Made in Belfast" i mocniejszych fragmentach "Night of the Wolf" wyraźnie się męczy. Ale też z drugiej strony, wciąż śpiewa nieporównywalnie lepiej, niż na albumach "The Inner Sanctum" i "Into the Labyrinth".

"Sacrifice" może utrwalić, ale na pewno nie zmieni pozycji Saxon na scenie metalowej. Udowadnia za to, że zespół nie zamierza jedynie odcinać kuponów od sprawdzonej nazwy, a wciąż stara się rozwijać. Takie podejście zaowocowało naprawdę rewelacyjnym longplayem, z którym powinien zapoznać się każdy wielbiciel tradycyjnego metalu.

Na tych, którzy zakupią album przez iTunes czeka dodatkowy utwór, "Luck of the Draw". Dla wolących zapłacić za album w formie fizycznej, przygotowano specjalną edycję "Sacrifice", zawierającą drugi dysk z nowymi wersjami starych utworów. "Just Let Me Rock" i "Forever Free" zostały po prostu ponownie nagrane, "Crusader" wzbogacono o orkiestracje, natomiast "Requiem" i "Frozen Rainbow" przearanżowano na wersje akustyczne.

Ocena: 7/10



Saxon - "Sacrifice" (2013)

1. Procession; 2. Sacrifice; 3. Made in Belfast; 4. Warriors of the Road; 5. Guardians of the Tomb; 6. Stand Up and Fight; 7. Walking the Steel; 8. Night of the Wolf; 9. Wheels of Terror; 10. Standing in a Queue

Skład: Biff Byford - wokal; Paul Quinn - gitara; Doug Scarratt - gitara; Nibbs Carter - bass; Nigel Glockler - perkusja
Producent: Biff Byford i Andy Sneap


17 lutego 2013

[Recenzja] Saxon - "The Eagle Has Landed" (1982)



Pierwsza koncertówka Saxon ukazała się u szczytu największej popularności zespołu. Już to wiele mówi, czego można się spodziewać. Poza tym wystarczy spojrzeć na tracklistę - niemal idealne "the best of". Świetnie na otwarcie sprawdza się "Motorcycle Man". To utwór wręcz stworzony na koncerty, nic dziwnego, że na płycie studyjnej sprawiał nieco gorsze wrażenie. Dalej zespół podgrzewa atmosferę dwoma przebojami: "747 (Strangers in the Night)" i "Princess of the Night". Świetnie odegranymi, podobnie jak następujące po nich "Strong Arm of the Law" oraz punkt kulminacyjny albumu - "Heavy Metal Thunder". Trochę tylko szkoda, że w miksie, poza przerwami między utworami, zupełnie nie słychać publiczności. Zwłaszcza w tym ostatnim utworze-hymnie brakuje wspólnego śpiewania z tłumem fanów.

Dziwić może wybór utworów, które wypełniły drugą stronę wydania winylowego. Poza "Wheels of Steel" trafiły na nią same mniej popularne kawałki. Jednak wszystkie z nich, podobnie jak "Motorcycle Man", w wersji koncertowej sporo zyskują ("20,000 Ft.", "Never Surrender", oraz "Fire in the Sky" płynnie przechodzący w instrumentalny popis na bazie "Machine Gun"). Największe wrażenie robi  wspomniany "Wheels of Steel", zagrany w znacznie rozbudowanej, ponad 8-minutowej wersji. Podczas perkusyjno-basowego przejścia w końcu dobrze słychać publiczność, która powtarza tytuł utworu, dyrygowana przez Biffa Byforda.

"The Eagle Has Landed" to konkretny, dynamiczny i energetyczny zapis Saxon na żywo, beż żadnych zbędnych momentów. Oczywiście, można narzekać na brak kilku utworów. Dlatego najlepiej nabyć reedycję z 2006 roku (niestety, wydaną tylko na kompakcie), wzbogaconą o sześć utworów. W tym większość z tych, których może brakować na oryginalnym albumie: "And the Bands Played On", "See the Light Shining", "Rainbow Theme"/"Frozen Rainbow" (tutaj oba na jednej ścieżce, pod tytułem "Frozen Rainbow") oraz "Dallas 1 PM". Do pełni szczęścia brakuje tylko "Denim and Leather". Zamiast niego całości dopełniają "Midnight Rider" i "Hungry Years".

Ocena: 8/10



Saxon - "The Eagle Has Landed" (1982)

1. Motorcycle Man; 2. 747 (Strangers in the Night); 3. Princess of the Night; 4. Strong Arm of the Law; 5. Heavy Metal Thunder; 6. 20,000 Ft.; 7. Wheels of Steel; 8. Never Surrender; 9. Fire in the Sky; 10. Machine Gun

Skład: Biff Byford - wokal; Graham Oliver - gitara; Paul Quinn - gitara; Steve Dawson - bass; Nigel Glockler - perkusja
Producent: Saxon


[Recenzja] Saxon - "Denim and Leather" (1981)



Czwarty album Saxon - ostatni nagrany w oryginalnym składzie - nie sprzedawał się tak dobrze, jak dwa poprzednie, przyniósł jednak grupie dwa duże przeboje. Pierwszy z nich to pojawiający się już na samym początku "Princess of the Night". Świetne metalowe riffy połączono tu z bardzo melodyjną linią wokalną. Jeszcze bardziej chwytliwy jest drugi, "And the Bands Played On". W dodatku trwa niespełna trzy minuty - nic dziwnego, że odniósł największy sukces ze wszystkich singli zespołu. Wbrew pozorom, z dzisiejszej perspektywy utwór nie brzmi radiowo - to czysto metalowy czad. Jednak w tamtych czasach stacje radiowe nie obawiały się heavy metalu. W końcu były to złote lata tego gatunku.

Trzeci singiel promujący album, "Never Surrender", już tak nie zapada w pamięć. Refren jest chwytliwy, ale w porównaniu z powyższymi utworami - wrażenia nie robi. Podobnie jest w "Out of Control", "Rough and Ready", "Play It Loud" i "Midnight Rider". Wszystkie są udane, ale brakuje im czegoś, co by je wyróżniało. W "Fire in the Sky" tym czymś mogłaby być rozbudowana solówka, naprawdę udana, ale ten utwór jakoś też nie robi wielkiego wrażenia. Przyczepić się nie można natomiast do tytułowego "Denim and Leather" - hymnu na cześć standardowego ubioru ówczesnych metalowców, czyli jeansów i skóry.

Ocena: 7/10



Saxon - "Denim and Leather" (1981)

1. Princess of the Night; 2. Never Surrender; 3. Out of Control; 4. Rough and Ready; 5. Play It Loud; 6. And the Bands Played On; 7. Midnight Rider; 8. Fire in the Sky; 9. Denim and Leather

Skład: Biff Byford - wokal; Graham Oliver - gitara; Paul Quinn - gitara; Steve Dawson - bass; Pete Gill - perkusja
Producent: Nigel Thomas


16 lutego 2013

[Recenzja] Saxon - "Strong Arm of the Law" (1980)



"Strong Arm of the Law" to duży krok w twórczości Saxon. Lepsze jest nie tylko brzmienie, ale i sami muzycy są coraz lepszymi kompozytorami. W końcu udało im się stworzyć własny styl - czerpiący z dokonań takich grup, jak Motörhead czy AC/DC, ale nie w tak oczywisty sposób, jak na poprzedniej płycie. Na trzecim longplayu grupy znalazły się dwa utwory należące do ścisłej czołówki ich najlepszych kawałków: poprzedzony odgłosami burzy, elektryzujący metalowy hymn "Heavy Metal Thunder"; oraz wolniejszy "Dallas 1 PM", oparty na mocnej linii basu, z długą, bardzo udaną solówką. Do najbardziej znanych fragmentów "Strong Arm of the Law" należy także utwór tytułowy, w którym instrumentaliści przypomnieli o swojej miłości do AC/DC.

Wyróżnia się czadowy "Taking Your Chances", urozmaicony odrobiną łagodniejszych dźwięków w  refrenie. "Hungry Years" rozpoczyna się balladowo, ale to tylko zmyłka - w tamtym czasie muzyków Saxon nie interesowało granie delikatniejszych utworów (późniejsze płyty pokażą, że ballady nigdy specjalnie im nie wychodziły). Z czysto metalowym czadem mamy do czynienia w pozostałych trzech kompozycjach: "To Hell and Back Agian", "20,000 Ft." i "Sixth Form Girl". Udanych, ale najmniej ekscytujących na tym longplayu.

"Strong Arm of the Law" to jedno z największych osiągnięć Saxon. Płyta pokazująca, że jednak - przynajmniej w tamtym czasie - można ich było postawić na równi z Iron Maiden, czy innymi czołowymi przedstawicielami brytyjskiego heavy metalu.

Ocena: 7/10



Saxon - "Strong Arm of the Law" (1980)

1. Heavy Metal Thunder; 2. To Hell and Back Again; 3. Strong Arm of the Law; 4. Taking Your Chances; 5. 20,000 Ft.; 6. Hungry Years; 7. Sixth Form Girls; 8. Dallas 1 PM

Skład: Biff Byford - wokal; Graham Oliver - gitara; Paul Quinn - gitara; Steve Dawson - bass; Pete Gill - perkusja
Producent: Pete Hinton i Saxon


[Recenzja] Saxon - "Wheels of Steel" (1980)



"Wheels of Steel" przyniósł grupie Saxon pierwszy przebój - "747 (Strangers in the Night)", oparty na zapadającym w pamięć riffie i z bardzo melodyjnym refrenem. Chwytliwością dorównuje mu tylko "Suzie Hold On", który gdyby nie ciężkie gitary i ostra solówka, byłby po prostu kawałkiem pop rockowym. To jednak nie zarzut. Właśnie te dwa utwory są najlepszymi fragmentami albumu. Pozostałe kawałki ciężko od siebie odróżnić. Wszystkie są utrzymane w jednakowym stylu i podobnym tempie. Niektórym bliżej do Motörhead ("Motorcycle Man", "Stand Up and Be Counted", "Street Fighting Gang", "Machine Gun"), innym do AC/DC ("Wheels of Steel"), a pozostałe łączą wpływy obu tych grup ("Freeway Mad"). Wyróżnia się bardziej rozbudowany "See the Light Shining", ale momentami także przywodzi na myśl twórczość zespołu braci Young.

Chociaż na "Wheels of Steel" większość utworów jest bardzo do siebie podobna, to całość wypada znacznie lepiej od debiutu. Brakuje tu jednak tak wielkiej kompozycji, jak "Rainbow Theme"/"Frozen Rainbow". Przebój "747 (Strangers in the Night)" tylko częściowo wypełnia tę lukę.

Ocena: 6/10



Saxon - "Wheels of Steel" (1980)

1. Motorcycle Man; 2. Stand Up and Be Counted; 3. 747 (Strangers in the Night); 4. Wheels of Steel; 5. Freeway Mad; 6. See the Light Shining; 7. Street Fighting Gang; 8. Suzie Hold On; 9. Machine Gun

Skład: Biff Byford - wokal; Graham Oliver - gitara; Paul Quinn - gitara; Steve Dawson - bass; Pete Gill - perkusja
Producent: Pete Hinton i Saxon


[Recenzja] Saxon - "Saxon" (1979)



Debiutancki album grupy Saxon to jedna z pierwszych płyt NWOBHM. O kalendarzowy rok wyprzedziła debiuty Iron Maiden, Angel Witch czy Diamond Head. O ile jednak pierwsze longplaye tamtych grup były niezwykle udane, tak słuchając propozycji Saxon można odnieść wrażenie, że zespół pośpieszył się z jego nagraniem, zamiast poczekać aż stworzy więcej udanych utworów. Album warto poznać tylko ze względu na rewelacyjny początek, czyli tworzące całość "Rainbow Theme" i "Frozen Rainbow". Pierwszy z nich to mocna ballada, drugi jest natomiast instrumentalną prezentacją umiejętności muzyków. Przy pierwszym przesłuchaniu albumu może dziwić, że taki utwór wykorzystano jako otwieracz - bardziej pasowałby jako wielki finał. Wszystko staje się jasne podczas słuchania kolejnych utworów - są tak słabe, że mało kto dotarłby do ostatniego utworu, gdyby nie ten obiecujący początek.

"Big Teaser", "Stallions of the Highway" i "Backs to the Wall" brzmią jak parodia heavy metalu. Byle szybko, byle głośno, byle ostro... Żadnych zapadających w pamięć riffów czy melodii. Podobnie jest na początku "Judgement Day", ale ten kawałek dodatkowo wyróżnia się chaotycznością. W jego połowie ni stąd ni zowąd rozpoczyna się zupełnie nie pasujące balladowe przejście, a kończą go nieciekawe popisy gitarzystów. "Still Fit to Boogie" to, zgodnie z tytułem, boogie - oczywiście podmetalizowane, ale także przekombinowane licznymi pseudo-solowymi wstawkami. W "Militia Guard" w końcu jest normalny śpiew, zamiast krzyków, jak w utworach od trzeciego do siódmego, ale pod względem muzycznym jest to najbardziej chaotyczny fragment albumu.

Ocena: 4/10



Saxon - "Saxon" (1979)

1. Rainbow Theme; 2. Frozen Rainbow; 3. Big Teaser; 4. Judgement Day; 5. Stallions of the Highway; 6. Backs to the Wall; 7. Still Fit to Boogie; 8. Militia Guard

Skład: Biff Byford - wokal; Graham Oliver - gitara; Paul Quinn - gitara; Steve Dawson - bass; Pete Gill - perkusja
Producent: John Verity


15 lutego 2013

[Recenzja] Def Leppard - "High 'n' Dry" (1981)



Producentem drugiego albumu Def Leppard został Robert John "Mutt" Lange, znany przede wszystkim z współpracy z AC/DC. I od pierwszych sekund słuchać, że postanowił z Leppardów zrobić nowe EjSi DiSi. Joe Elliott w większości utworów śpiewa w stylu Bona Scotta lub Briana Johnsona, riffy i solówki gitarzystów niemal plagiatują braci Young... Zresztą do plagiatu grupa także się posunęła - otwierający album "Let It Go" brzmi DOKŁADNIE jak "Let There Be Rock". Z repertuaru Australijczyków spokojnie mogłyby pochodzić także "Another Hit and Run", "High 'n' Dry (Saturday Night)", "You Got Me Runnin'", "No No No" i "Lady Strange". W tym ostatnim Elliot śpiewa jednak już po swojemu.

O tym, że zespół nie chciał być tylko kopią słynniejszego zespołu, świadczyć może power ballada "Bringin' On the Heartbreak" - zdecydowanie najlepszy utwór na albumie. Kolejnym przykładem jest mocny instrumental "Switch 652", będący popisem umiejętności Steve'a Clarke'a. Jest jeszcze nawiązujący do poprzedniej płyty - nie tylko tytułem - "On Through the Night". Ponadto na album trafiła kolejna zapowiedź komercyjnych dążeń zespołu, na szczęście nie tak tandetna, jak na debiucie - "Mirror, Mirror (Look into My Eyes)".

Pomimo zbyt wielu nawiązań do AC/DC, "High 'n' Dry" jest odrobinę bardziej udanym albumem od "On Through the Night". O wiele lepsze jest brzmienie, a poza tym nie ma tu tak obrzydliwego kawałka, jak "Hello America". Jest też coś czego brakowało debiutowi - utwór zdecydowanie wybijający się ponad średnią. Mowa oczywiście o "Bringin' On the Heartbreak". Kolejne płyty Def Leppard to już niestety śmiałe przekroczenie granicy między prawdziwym metalem, a jego skomercjalizowaną odmianą, zwaną hair metalem, charakteryzującą się plastikowym brzmieniem i popowymi melodiami.

Ocena: 7/10



Def Leppard - "High 'n' Dry" (1981)

1. Let It Go; 2. Another Hit and Run; 3. High 'n' Dry (Saturday Night); 4. Bringin' On the Heartbreak; 5. Switch 625; 6. You Got Me Runnin'; 7. Lady Strange; 8. On Through the Night; 9. Mirror, Mirror (Look into My Eyes); 10. No No No

Skład: Joe Elliott - wokal; Steve Clark - gitara; Pete Willis - gitara; Rick Savage - bass; Rick Allen - perkusja
Producent: Robert John "Mutt" Lange


[Recenzja] Def Leppard - "On Through the Night" (1980)



Dla mnie przesłuchanie "On Through the Night" jest zawsze ciężkim przeżyciem. Jest to płyta, którą nagraliśmy, gdy byliśmy bardzo, bardzo młodzi, a przy tym bardzo pijani - tak o debiucie Def Leppard wypowiadał się wokalista grupy. Joe Elliott. Jest to jednak longplay, który powinien przesłuchać każdy, kto zastanawia się dlaczego Def Leppard jest zaliczany do Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu, czy w ogóle do jakiejkolwiek odmiany metalu. "On Through the Night" to najmocniejsza płyta grupy, chociaż... Koszmarny, wzbogacony brzmieniem syntezatora "Hello America" jest wyraźną oznaką, że grupa już wtedy marzyła o komercyjnym sukcesie po drugiej stronie Atlantyku. Cały album ma natomiast nieco zbyt wypolerowane brzmienie, co słychać zwłaszcza przy porównaniu tutejszych wersji "Rocks Off" i "Overture" z wcześniejszymi, wydanymi na "The Def Leppard E.P." z 1979 roku.

"On Through the Night" to przede wszystkim typowe dla tamtych czasów, chwytliwe, metalowe czady ("Rock Brigade", "Satellite", "Wasted", "Rocks Off", "It Don't Matter", "Answer to the Master"). Grupa proponuje też bardziej złożone utwory, jak "When the Walls Came Tumbling Down" - rozpoczęty recytacją Dave'a Cousinsa z grupy Strawbs - oraz progresywny "Overture". Jest też miejsce dla ballady - trochę kiczowatej, ale w sumie udanej "Sorrow Is a Woman". Do najsłabszych fragmentów, poza wspomnianym "Hello America", należy także "It Could Be You", niedający się słuchać ze względu na dziwną partię wokalną. W sumie album nie przynosi nic rewelacyjnego, ale wbrew słowom Elliotta, całkiem przyjemnie się go słucha.

Ocena: 6/10



Def Leppard - "On Through the Night" (1980)

1. Rock Brigade; 2. Hello America; 3. Sorrow Is a Woman; 4. It Could Be You; 5. Satellite; 6. When the Walls Came Tumbling Down; 7. Wasted; 8. Rocks Off; 9. It Don't Matter; 10. Answer to the Master; 11. Overture

Skład: Joe Elliott - wokal; Steve Clark - gitara; Pete Willis - gitara; Rick Savage - bass; Rick Allen - perkusja
Gościnnie: Chris M. Hughes - syntezator (2); Dave Cousins - recytacja (6)
Producent: Tom Allom


13 lutego 2013

[Artykuł] Led Zeppelin a kwestia plagiatów

Jak niewiele dzieli inspirację od plagiatu widać najlepiej na przykładzie grupy Led Zeppelin. Zespół wielokrotnie oskarżany był o wykorzystywanie cudzych utworów (w całości lub fragmentach) i podpisywanie ich jako autorskie kompozycje, prawdopodobnie w celu uniknięcia dzielenia się tantiemami. Grupa umieszczała na swoich albumach także regularne covery, podpisane nazwiskami rzeczywistych twórców. Jednak w przypadku wielu innych uznali, że na tyle je odmienili, że mogą uznać za własne dzieła. Poniżej przedstawiam listę tych właśnie utworów.

Led Zeppelin: Jimmy Page, John Paul Jones, Robert Plany i John Bonham.

1. "Babe I'm Gonna Leave You" (z albumu "Led Zeppelin", 1969)

Autorką tego folkowego utworu z lat 50. jest wokalistka Anne Bredon. Członkowie Led Zeppelin poznali go jednak z wykonania Joan Baez (1962). Ponieważ na jej płycie utwór został podpisany jako "tradycyjny", muzycy pomyśleli, że autor jest nieznany i swoją wersje opatrzyli informacją "Traditional, arr. by Jimmy Page".
Brendon o wersji Zeppelina dowiedziała się dopiero w latach 80., kiedy jej syn zapytał ją dlaczego śpiewała utwór tego zespołu. Sprawa trafiła do sądu i od 1990 roku utwór w wersji Led Zeppelin podpisywany jest nazwiskami Brendon, Page'a i Planta.


2. "Dazed and Confused" (z albumu "Led Zeppelin", 1969)

W tym wypadku sprawa jest dość przykra, bo nie wynika z nieporozumienia. Jimmy Page usłyszał ten utwór przed koncertem swojej poprzedniej grupy, The Yardbirds. Wykonał go supportujący ich Jake Holmes, autor tej kompozycji. Spodobała się ona członkom grupy na tyle, że opracowali własną wersję. Po rozpadzie Yardbirds, Page przearanżował go po raz kolejny, z oryginału zostawiając tylko główny riff i linię wokalną. Wtedy uznał, że zmodyfikował go wystarczająco, aby uznać za własne dzieło.
Do dzisiaj utwór jest podpisywany wyłącznie nazwiskiem Page'a, gdyż Holmes nigdy nie zdecydował się walczyć o swoje prawa. Nie chcę żeby Page podpisał mnie samego pod tą piosenką - mówił. Wziął ją i nadał jej kierunek, którego ja nigdy bym nie obrał i skończyło się to dużym sukcesem. Więc dlaczego miałbym narzekać? Ale niech przynajmniej umieści mnie jako współautora.


3. "How Many More Times" (z albumu "Led Zeppelin", 1969)

Utwór powstał z połączenia kilku różnych kompozycji. Tekst i basowy motyw we zwrotkach został zaczerpnięty z utworu "No Place to Go" Howlin' Wolfa, a końcówka z "The Hunter" Alberta Kinga. W środkowej części utworu pojawiają się natomiast podobieństwa do utworów, które Page wykonywał jako muzyk sesyjny z innymi wykonawcami - Alexisem Kornerem ("Rosie" i "Steal Away") i Jeffem Beckiem ("Beck's Bolero", którego zresztą Jimmy jest autorem - przynajmniej oficjalnie). Autorstwo tej kompozycji zostało przypisane wyłącznie instrumentalistom Led Zepps, Page'owi, Jonesowi i Bonhamowi.


4. "Whole Lotta Love" (z albumu "Led Zeppelin II", 1969)

Tekst częściowo opiera się na "You Need Love" Williego Dixona, z kolei linia wokalna nawiązuje do przeróbki tego kawałka w wykonaniu The Small Faces (ze zmodyfikowanym tytułem - "You Need Loving"). Główny riff "Whole Lotta Love" również wydaje się wywodzić z kompozycji Dixona, który w 1985 roku został dopisany do tantiem.


5. "Bring It on Home" (z albumu "Led Zeppelin II", 1969)

Tytuł i fragment tego utworu zostały zaczerpnięte z kolejnego kawałka Dixona (wykonywanego jednak przez Sonny'ego Boya Williamsona). Chociaż wg muzyków Led Zepps był to ich hołd dla oryginału - w opisie albumu przemilczeli kwestię swojej inspiracji. Niemniej jednak i tutaj Dixon doczekał się uznania współautorstwa.


6. "The Lemon Song" (z albumu "Led Zeppelin II", 1969)

Muzycznie utwór opiera się na kompozycji "Killing Floor" Chestera Burnetta, znanego bardziej pod pseudonimem Howlin' Wolf. Natomiast fragment tekstu został podprowadzony z "Travelin' Riverside Blues" Roberta Johnsona. Burnett z czasem został dopisany jako współautor, Johnson - nie. Warto dodać, że Zeppelini wykonali "Travelin' Riverside Blues" podczas jednej z sesji dla BBC.


7. "Tangerine" (z albumu "Led Zeppelin III", 1970)

W tym wypadku oskarżenie o plagiat to spore nadużycie. Fakt, że jest to po prostu utwór "Knowing That I'm Losing You" The Yardbirds opatrzony nowym tekstem, ale przecież autorem oryginału był sam Page. Poza tym utwór "Knowing..." nigdy nie został oficjalnie wydany.


8. "Stairway to Heaven" (z albumu "Led Zeppelin IV", 1971)

W najsłynniejszym utworze grupy niektórzy dopatrują się plagiatu utworu "Taurus" grupy Spirit (z 1968 roku). We wstępie "Stairway to Heaven" słychać pewne podobieństwo do tego kawałka (podobna progresja akordów), ale dzieło Led Zeppelin jest znacznie bardziej rozbudowane i chociażby dlatego wszelkie oskarżenia o plagiat wydają się równie śmieszne, co ukryte, satanistyczne przesłanie utworu, rzekomo słyszane, gdy odtworzy się go wspak.
(Dodano 3 czerwca 2014:) Mimo to, autor utworu "Taurus", gitarzysta Randy California, jeszcze przed swoją śmiercią mówił: Powiedziałbym, że to zdzierstwo. Ci faceci zarobili miliony dolarów na tym kawałku i nigdy nie powiedzieli "Dziękujemy", nigdy nie zapytali "Może zapłacimy za to jakieś pieniądze?". To sprawiło mi spory ból. Może kiedyś ich sumienie spowoduje, że coś z tym zrobią. W maju 2014 roku basista Spirit, Mark Andes, oznajmił, że złoży pozew o plagiat "Taurus" w "Stairway to Heaven". Jimmy Page skomentował to krótko: To absurdalne. Nie mam nic więcej do powiedzenia w tej sprawie.


9. "In My Time of Dying" (z albumu "Physical Graffiti", 1975)

Utwór został podpisany nazwiskami całej czwórki muzyków zespołu, w rzeczywistości jest jednak interpretacją starej pieśni gospel, znanej także pod tytułem "Jesus Make Up My Dying Bed". Jej rzeczywisty autor pozostaje nieznany, natomiast najstarsze znane wykonanie należy do Blind Williego Johnsona (1927). Do najbardziej znanych wykonań należy wersja Boba Dylana z 1962 roku, nosząca tytuł "In My Time of Dyin'".


10. "Nobody's Fault but Mine" (z albumu "Presence", 1976)

Kolejna tradycyjna pieśń gospel nieznanego autorstwa, podpisana jako autorska kompozycja Page'a i Planta. Co ciekawe, ten utwór także był wykonywany w połowie lat 20. przez Blind Williego Johnsona. Jego wersja nosiła tytuł "It's Nobody's Fault but Mine". Przed Led Zeppelin po utwór sięgnęli m.in. Nina Simone i Paul Butterfield, natomiast później swoje wersje nagrali np. Van Morrison, Grateful Dead, Ben Harper, a w ostatnich latach Tom Jones.


POSTSCRIPTUM

Jak widać z powyższej listy, z czasem grupa coraz mniej korzystała z cudzych pomysłów. W 1976 roku posunęli się jednak do... autoplagiatu. Utwór "Tea of One" to niemal cover słynnego "Since I've Been Loving You". Na koniec warto dodać, że Zeppelini także padali ofiarą plagiatowania. Pierwszy z brzegu przykład: "Given to Fly" zespołu Pearl Jam wykorzystuje linię wokalną "Going to California".


6 lutego 2013

[Recenzja] Mark Blake - "Prędzej świnie zaczną latać: Prawdziwa historia Pink Floyd" (2012)

"Prędzej świnie zaczną latać: Prawdziwa historia Pink Floyd" Marka Blake'a - wydana w Polsce pięć lat po premierze oryginału - jest reklamowana jako pierwsza pełna biografia grupy. Trudno powiedzieć, czy poprzednie publikacje tego typu rzeczywiście nie były kompletne - bo z żadną z nich nie miałem do czynienia. Faktem jest, że biografia autorstwa Blake'a, obejmująca ponad 500 stron, jest niezwykle dokładna i szczegółowa.

Akcja książki rozpoczyna się od występu grupy na Live 8, 2 lipca 2005 roku. Był to pierwszy wspólny pobyt na scenie najbardziej znanego składu Pink Floyd (Roger Waters, David Gilmour, Rick Wright i Nick Mason) od dokładnie ćwierćwiecza i - jak się później okazało - ostatni w ogóle. Opisany został tak dokładnie, że niemal można poczuć się jak uczestnik tamtych wydarzeń. W kolejnych rozdziałach cofamy się do samych początków. Do dzieciństwa i dorastania muzyków zespołu, z naciskiem na trzy najważniejsze postaci - Watersa, Gilmoura, a także pierwszego lidera zespołu, Syda Barretta. Sporo tu wypowiedzi ludzi z ówczesnego otoczenia Floydów, w większości mało istotnych, nie dotyczących muzyki, a często nawet nie mających nic wspólnego z członkami grupy. W tle pojawiają się informacje o pierwszych zespołach bohaterów książki, o częstych zmianach składu i nazwy ich właściwej grupy, ale więcej miejsca poświęcono tu narkotykowym eksperymentom Barretta i jego znajomych.

Ciekawiej robi się kiedy już dojdziemy do pierwszej profesjonalnej sesji muzyków, czyli do nagrywania debiutanckiego albumu, "The Piper at the Gates of Dawn". Od tego miejsca zdecydowana większość cytatów to wypowiedzi członków zespołu, a autor skupia się na opisywaniu kolejnych pobytów w studiu i tras koncertowych. Na szczęście o życiu prywatnym muzyków nie pisze zbyt wiele - pojawiają się tylko informacje o kolejnych rozwodach i ślubach. Po wyrzuceniu Barretta z zespołu, nie znika on z kartek książki. Można się dowiedzieć jak przebiegała jego krótka kariera solowa, a także czym zajmował się po zakończeniu przygody z muzyką. Równie dużo miejsca poświęcone zostało solowym działaniom pozostałych muzyków, chociaż - jak przyznaje autor - poza grupą nie udało im się odnieść wielkich sukcesów (wyjątek stanowi jedynie album "On an Island" Gilmoura).

Książka przynosi wiele ciekawostek, ale żadnych wielkich odkryć, które mogłyby zaskoczyć fanów grypy, jako tako orientujących się w jej historii. Może tylko pozwala lepiej poznać charakter wszystkich osób związanych z zespołem. Autor doprowadził swoją opowieść do 10 maja 2007, kiedy to odbył się koncert poświęcony zmarłemu rok wcześniej Sydowi Barrettowi, na którym wystąpili Gilmour, Wright i Mason, a także - osobno - Waters. O późniejszych wydarzeniach, przede wszystkim o śmierci Wrighta w 2008 roku, dowiedzieć można się z posłowia, napisanego przez Piotra Metza, dziennikarza radiowej Trójki. Skoro już mowa o polskim wydaniu, zastrzeżenia można mieć do tłumaczenia. Słowo "slide", odnoszące się do techniki gry na gitarze i niemające polskiego odpowiednika, wielokrotnie zostało przetłumaczone jako "slajd" (lepiej pasowałoby np. "ślizg").

Jeśli pominąć drugi i trzeci rozdział, książkę czyta się szybko i przyjemnie. Śmiało mogę ją polecić nie tylko największym wielbicielom Pink Floyd, ale każdemu, kto choć trochę interesuje się muzyką rockową. Dodatkową atrakcją są dwie wkładki ze zdjęciami - tylko część z nich, te przestawiające zespół, są powszechnie znane; pozostałe mają bardziej prywatny charakter. Największe emocję wzbudzić mogą fotografie bardzo młodego Syda Barretta, jak i te przedstawiające go już po odejściu z zespołu. Dzięki innym dowiedzieć się można także jak wyglądali Storm Thorgerson (autor większości okładek grupy) czy Steve O'Rourke (nieżyjący już menadżer zespołu).



Mark Blake - "Prędzej świnie zaczną latać: Prawdziwa historia Pink Floyd" (2012)

Tytuł oryginału: "Pigs Might Fly: The Inside Story of Pink Floyd"
Rok wydania oryginału: 2007
Tłumaczenie: Jakub Michalski


5 lutego 2013

[Recenzja] Wishbone Ash - "First Light" (2007)



Zawarty tu materiał został zarejestrowany na początku 1970 roku. Kilka miesięcy później zespół podpisał swój pierwszy kontrakt i we wrześniu nagrał ponownie część tego materiału na swój debiutancki album, "Wishbone Ash". Są jednak pewne istotne różnice pomiędzy oficjalnym debiutem, a recenzowanym tu albumem. Przede wszystkim brakuje na nim jednego z najwspanialszych utworów z całego dorobku zespołu, wymyślonego trochę później "Phoenix". Zamiast tego są tu chociażby dwa utwory, które przez niemal czterdzieści lat przeleżały w archiwach, czekając na swoją premierę. Dlaczego tak długo ciężko zrozumieć zwłaszcza w przypadku "Roads of Day to Day" - melodyjnej piosenki z charakterystycznymi dla grupy gitarowymi duetami i pulsującym basem. Drugi kawałek, instrumentalny "Joshua", już tak ciekawy nie jest. W najlepszym wypadku byłby wypełniaczem albumu.

Prawdziwą perłą "First Light" jest natomiast "Alone". Utwór, który w wersji instrumentalnej trafił na drugi album Wishbone Ash, "Pilgrimage". Tutejsza wersja posiada tekst i piękną partię wokalną. Szkoda, że nie w takiej formie trafiła na wspomniany longplay. Pozostałe utwory to już rzeczy dobrze znane z debiutu grupy. Brzmienie jest bardziej surowe, a przez to kawałki brzmią nieco ciężej, ale ogólnie nie ma większej różnicy. Najbardziej od finalnej wersji różni się "Blind Eye", jeszcze niezdominowany przez dźwięki pianina. Warto jeszcze wspomnieć o brzmieniu całości. Utwory od "Lady Whiskey" do "Alone" mają naprawdę świetną jakość, jak profesjonalne nagrania. Niestety, w "Handy" i "Errors of My Way" jakość spada, pojawiają się szumy.

Ocena: 7/10



Wishbone Ash - "First Light" (2007)

1. Lady Whiskey; 2. Roads of Day to Day; 3. Blind Eye; 4. Joshua; 5. Queen of Torture; 6. Alone; 7. Handy; 8. Errors of My Way

Skład: Martin Turner - wokal i bass; Andy Powell - wokal i gitara; Ted Turner - wokal i gitara; Steve Upton - perkusja
Producent: Phil Dunne, Eddie Offord i Wishbone Ash


[Recenzja] Wishbone Ash - "Number the Brave" (1981)



"Number the Brave" to pierwszy album Wishbone Ash nagrany bez współzałożyciela grupy, Martina Turnera. Jego zastępcą został nie byle kto, a sam John Wetton - wcześniej występujący m.in. w King Crimson i Uriah Heep. Za większość zawartych tu kompozycji odpowiadają Powell, Wisefield i Upton, a Wetton podpisany jest tylko pod "That's That". Podobno muzyk zaoferował grupie także kompozycję "Heat of the Moment" - przebój, który nagrał później z supergrupą Asia - ale nie spodobał się pozostałym muzykom. Całości dopełnia przeróbka "Get Ready" z repertuaru The Temptations.

Zgodnie z nieświadomie przyjętą przez zespół zasadą wydawania na zmianę albumów udanych i słabych, "Number the Brave" powinien być przynajmniej dobrym longplayem. Niestety, odejście drugiego Turnera znacznie osłabiło kompozytorski potencjał Wishbone Ash. Bardzo zniechęcający jest sam początek albumu. "Loaded" i "Where Is the Love" są po prostu nudne i banalne. Dostrzegł to także amerykański wydawca, w w rezultacie czego na tamtejszy rynek zmieniona została kolejność utworów. Na początek trafił wspomniany już "Get Ready". Znacznie cięższy od oryginału, za to równie chwytliwy. Z pewnością zachęca do dalszego słuchania albumu.

Problem jednak w tym, że niewiele z pozostałych utworów jest w stanie przykuć uwagę. Na pewno wyróżnia się "Underground" - także bardzo chwytliwy, z nietypową rytmiką i świetnymi solówkami w końcówce, które przypominają z czego grupa dawniej słynęła. Takich momentów niestety nie ma tu zbyt wiele. Ciekawe gitarowe popisy pojawiają się jeszcze tylko w dynamicznych "Rainstorm" i "That's That", a także w bardzo przebojowym "Number the Brave", który za sprawą brzmień klawiszowych i pulsującego basu kojarzyć się może z twórczością Rush. Pozostałe kawałki najlepiej przemilczeć.

Ocena: 5/10



Wishbone Ash - "Number the Brave" (1981)

1. Loaded; 2. Where Is the Love; 3. Underground; 4. Kicks on the Street; 5. Open Road; 6. Get Ready; 7. Rainstorm; 8. That's That; 9. Roller Coaster; 10. Number the Brave

Skład: Andy Powell - wokal i gitara; Laurie Wisefield - wokal i gitara; John Wetton - wokal, bass i instr. klawiszowe; Steve Upton - perkusja
Gościnnie:  Claire Hamill - dodatkowy wokal; Gasper Lawal - instr. perkusyjne
Producent: Nigel Gray


4 lutego 2013

[Recenzja] Wishbone Ash - "Just Testing" (1980)



Jest tu jeden absolutnie wspaniały utwór - finałowy "Lifeline". Wyróżniający się nieoczywistą strukturą, pełen zmian motywów i nastroju, przechodzący od łagodnych fragmentów do hard rockowego czadu. Pojawia się tu także znak firmowy grupy, a więc wspaniałe gitarowe unisona. To bez wątpienia kompozycja na miarę największych arcydzieł Wishbone Ash z początku działalności grupy. Pozostałe utwory z "Just Testing" nie budzą jednak takich emocji. Zresztą to było to przewidzenia. Od początku istnienia grupa miała dziwną tendencje do nagrywania na zmianę albumów udanych i przeciętnych. Poprzedni w dyskografii "No Smoke Without Fire" należał do tych pierwszych, tutaj musiał zatem nastąpić spadek poziomu. Na plus zaliczyć można jeszcze przebojowy "Living Proof", należący do najczęściej wykonywanych przez zespół na żywo, oraz zdradzający inspirację folkiem "Master of Disguise". Mniej atrakcyjne, ale niepozbawione chwytliwych melodii, są "Haunting Me" i "Helpless". O pozostałych kawałkach ciężko jednak napisać cokolwiek dobrego.

Ocena: 6/10



Wishbone Ash - "Just Testing" (1980)

1. Living Proof; 2. Haunting Me; 3. Insomnia; 4. Helpless; 5. Pay the Price; 6. New Rising Star; 7. Master of Disguise; 8. Lifeline

Skład: Martin Turner - wokal i bass; Andy Powell - gitara, dodatkowy wokal; Laurie Wisefield - gitara, dodatkowy wokal; Steve Upton - perkusja
Gościnnie: Claire Hamill - wokal (1,5,7); Ian Kew - organy (7)
Producent: Wishbone Ash i John Sherry


3 lutego 2013

[Recenzja] Wishbone Ash - "No Smoke Without Fire" (1978)



Pomiędzy "There's the Rub" a "No Smoke Without Fire" ukazały się trzy mało ciekawe albumy: nudny, pozbawiony choćby jednej udanej melodii "Locked In" (1975); "New England" (1976) zawierający całkiem fajny, hard rockowy kawek "Runaway", w otoczeniu kilku przeciętnych utworów; oraz "Front Page News" (1977), na którym znalazło się co prawda kilka wpadających w ucho melodii, ale wszystkie utwory były utrzymane w męczącym na dłuższą metę, łagodnym klimacie. "No Smoke Without Fire" to powrót do ostrzejszych brzmień.

Otwierający album "You See Red" to niesamowicie dynamiczny i chwytliwy utwór. Ciężko mi zrozumieć dlaczego - mimo wydania na singlu - nie stał się wielkim, ponadczasowym przebojem. Prawdopodobnie przez słyszalne tutaj ciągoty członków grupy do progresywnego grania. Jednak to dzięki nim kawałek jest jeszcze bardziej rewelacyjny. Reszta albumu nieco blednie w jego cieniu, ale w większości są całkiem udane. Po kolejnym rockowym czadzie, "Baby the Angels Are Here", rozbrzmiewa balladowy "Ships in the Sky", a potem chwytliwy "Stand and Deliver" z charakterystycznymi dla grupy gitarowymi unisonami.

Drugą stronę otwiera dość przeciętny, ale także chwytliwy, "Anger in Harmony". "Like a Child" zaskakuje brzmiącym hiszpańsko przewodnim motywem solowym. Album wieńczy progresywne arcydzieło "The Way of the World", podzielone na dwie części. Pierwsza jest wolniejsza, w sporej części balladowa; druga to już hard rockowe czadowanie, z długimi solówkami. W rezultacie, "No Smoke Without Fire" to najlepszy album od czasu "There's the Rub", a także jeden z najlepszych w ogóle, z dyskografii Wishbone Ash.

Ocena: 7/10

PS. Pierwsze brytyjskie wydanie "No Smoke Without Fire" zawierało dodatkowo 7-calowy singiel z utworami "Come in from the Rain" (z "Front Page News") i "Lorelei" (z "New England", tutaj w wersji koncertowej). Natomiast kompaktowa reedycja zawiera wcześniej nieznane utwory "Firesign" i "Time and Space", jak również koncertowe wersje "Lorelei", "Come in from the Rain" oraz "Bad Weather Blues".



Wishbone Ash - "No Smoke Without Fire" (1978)

1. You See Red; 2. Baby the Angels Are Here; 3. Ships in the Sky; 4. Stand and Deliver; 5. Anger in Harmony; 6. Like a Child; 7. The Way of the World (Part 1); 8. The Way of the World (Part 2)

Skład: Martin Turner - wokal i bass; Andy Powell - gitara i wokal; Laurie Wisefield - gitara i wokal; Steve Upton - perkusja
Producent: Derek Lawrence


[Recenzja] Wishbone Ash - "There's the Rub" (1974)



Przed nagraniem "There's the Rub", grupę opuścił Ted Turner, ale Laurie Wisefield okazał się godnym następcą. Świerza krew pozwoliła na stworzenie kolejnego wspaniałego albumu (jak się miało później okazać - ostatniego tak udanego). Zaskoczeniem może być tylko nieco bardziej amerykańskie brzmienie, ale w końcu album był nagrywany w Stanach, a za produkcję odpowiada Bill Szymczyk, znany przede wszystkim z współpracy z The Eagles (m.in. podczas nagrywania słynnego "Hotel California").

"Silver Shoes" to z początku dość łagodna piosenka z chwytliwym refrenem, po którym wchodzą jednak wspaniałe popisy gitarowego duetu, których tak bardzo brakowało na "Wishbone Four". "Don't Come Back" jest bardziej hardrockowy; tutaj również Powell i Wisefield mają okazję się wykazać. Najmocniejszym punktem albumu są dwie wspaniałe ballady - "Persephone" i "Lady Jay". To w nich natchnione solówki gitarzystów osiągają niemal szczyt geniuszu. A przy tym oba utwory po prostu czarują pięknymi melodiami.

Na tle wyżej opisanych utworów, pomyłką wydaje się banalny "Hometown", oparty na trochę funkowej melodii. Jednak to właśnie ten utwór był pierwszym singlem promującym "There's the Rub" (na drugim wydano "Silver Shoes"). Trzeba jednak zaznaczyć, że sukcesu nie osiągnął, podobnie jak każda inna mała płyta grupy. Album kończy ponad 9-minutowy, instrumentalny "F.U.B.B." (tytuł to akronim słów "Fucked Up Beyond Belief"). Utwór jest zdecydowanie za długi, a partie solowe wyjątkowo mało ciekawe, jak na Wishbone Ash. Jednak jako całość, longplay należy do najbardziej udanych dzieł grupy.

Ocena: 8/10



Wishbone Ash - "There's the Rub" (1974)

1. Silver Shoes; 2. Don't Come Back; 3. Persephone; 4. Hometown; 5. Lady Jay; 6. F.U.B.B.

Skład: Martin Turner - wokal i bass; Andy Powell - gitara, wokal, mandolina; Laurie Wisefield - gitara i wokal; Steve Upton - perkusja
Gościnnie: Albhy Galuten - instr. klawiszowe; Nelson Flaco Padron - instr. perkusyjne
Producent: Bill Szymczyk


2 lutego 2013

[Recenzja] Wishbone Ash - "Wishbone Four" (1973)



Po sukcesie albumu "Argus" (3. miejsce na UK Albums Chart) oczekiwania wobec Wishbone Ash były spore. Byliśmy pod ogromną presją - przyznawał perkusista Steve Upton. Ludzie chcieli od nas kolejnego "Argusa". A my bez problemu moglibyśmy im to dać. Tylko że wtedy przestalibyśmy się rozwijać. Nie chcieliśmy robić kopii tej płyty. Nie wolno dopuścić do takiej sytuacji, że to publiczność zaczyna ci dyktować, co powinieneś grać. Jakby na przekór wszystkim, czwarty album grupy rozpoczyna się zupełnie inaczej od poprzednika. Zamiast powolnego budowania napięcia długim akustycznym początkiem, tym razem muzycy od razu uderzają z pełną mocą. "So Many Things to Say" rozpoczyna się od ostrej gitarowej solówki, zagranej techniką slide, która pełni rolę przewodniego motywu, wspartej galopującą sekcją rytmiczną, do czego po chwili dochodzi wyjątkowo krzykliwa - jak na Wishbone Ash - partia wokalna. Utwór jest jednak na swój sposób chwytliwy i ciekawie się rozwija - pojawiają się w nim akustyczne zwolnienia, a także rozbudowana cześć instrumentalna, z perkusyjno-gitarowym pojedynkiem. Świetna rzecz na otwarcie.

Jednak już w "Ballad of the Beacon" muzycy wracają do stylu zaprezentowanego na poprzednich albumach. Utwór charakteryzuje się balladowym charakterem, przepiękną melodią, uroczym akustycznym brzmieniem oraz znakiem firmowym zespołu - gitarowymi unisonami i harmoniami. Co ciekawe, w pozostałych utworach zespół raczej unika korzystania z tego patentu. Szkoda, bo akurat "Ballad of the Beacon" to prawdziwa perła tego albumu, porównywalna z takimi utworami zespołu, jak "Errors of My Way", "Valediction" czy późniejsza "Persephone". Niestety, w większości pozostałych utworów na "Wishbone Four" zespół zastępuje swoje rozpoznawalne brzmienie różnymi eksperymentami, co nie zawsze wychodzi na dobre. Co słychać już w okropnym "No Easy Road" -nowej wersji strony B singla "Blowin' Free", wzbogaconej o barowe pianino i dęciaki. Taki kawałek mógłby dla żartu nagrać jakikolwiek zespół, nie ma w nim nic oryginalnego. Jednak obawiam się, że wcale nie powstał dla żartu. Kolejny utwór też nie porywa. "Everybody Needs a Friend" to po prostu osiem minut smęcenia przy wtórze gitary akustycznej. Może przez pierwsze kilkadziesiąt sekund ma to swój urok, ale z każdą kolejną minutą monotonia tej kompozycji staje się coraz bardziej irytująca.

Do słabszych fragmentów longplaya zalicza się także banalny "Doctor", w którym również wieje nudą, mimo zdecydowanie większej dynamiki. Później na szczęście poziom wzrasta. "Sorrel" to bardzo zgrabny spokojny utwór, z cudowanie łkającymi gitarami i pięknie pulsującym basem. Znów pobrzmiewa coś z wcześniejszych dokonań grupy. "Sing Out the Song" to kolejny smęt z akustycznym akompaniamentem, ale z o wiele ładniejszą melodią, niż "Everybody Needs a Friend". I niemal o połowę krótszy, a także mniej monotonny, dzięki czemu sprawia o wiele lepsze wrażenie i nie usypia słuchacza. Finałowy "Rock 'n' Roll Widow" pod względem muzycznym nie ma absolutnie nic wspólnego z rock and rollem, jest za to całkiem przyjemnym utworem, o chwytliwej melodii i zróżnicowanej dynamice. Chociaż trochę szkoda, że nie został zagrany nieco ostrzej - jak na wydanej jeszcze w tym samym roku koncertówce "Live Dates" - gdyż na zakończenie tego albumu przydałoby się trochę więcej rockowego czadu. Bo trochę jednak rozczarowuje fakt, że po mocnym pierwszym utworze reszta albumu okazuje się bardzo stonowana. Poprzednie albumy były lepiej wyważone.

Mimo tych wszystkich wad i trzech ewidentnie nieudanych utworów, "Wishbone Four" to całkiem przyjemny longplay. Nie tak udany, jak debiut, "Argus" czy wydany rok później "There's the Rub", ale mimo wszystko należący razem z nimi do tej lepszej części dyskografii Wishbone Ash

Ocena: 7/10



Wishbone Ash - "Wishbone Four" (1973)

1. So Many Things to Say; 2. Ballad of the Beacon; 3. No Easy Road; 4. Everybody Needs a Friend; 5. Doctor; 6. Sorrel; 7. Sing Out the Song; 8. Rock 'n' Roll Widow

Skład: Martin Turner - wokal i bass; Andy Powell - gitara i wokal; Ted Turner - gitara i wokal; Steve Upton - perkusja
Gościnnie: Graham Maitland - pianino (3); Phil Kenzie, Dave Coxhill i Bud Parks - instr. dęte (3); George Nash - instr. klawiszowe (4)
Producent: Wishbone Ash


[Recenzja] Wishbone Ash - "Argus" (1972)



"Argus" to szczytowe osiągniecie Wishbone Ash, zarówno pod względem komercyjnym, jak i - przede wszystkim - artystycznym. Rozpoczyna się od niemal 10-minutowego "Time Flies". Utwór z początku jest bardzo delikatny - tylko wokal i gitara akustyczna - ale w trzeciej minucie nagle dołączają pozostałe instrumenty i robi się bardzo dynamicznie. Chwytliwej melodii towarzyszą długie popisy solowe i wiele zmian motywów. Na podobnej zasadzie został zbudowany "Sometime World" - zdecydowanie będący jednym z największych arcydzieł zespołu. Znalazło się w nim wszystko, co najlepsze w twórczości Wishbone Ash, z niesamowitymi solówkami gitarzystów i wyraźną partią basu na czele.

Najbardziej znanym utworem z albumu jest "Blowin' Free", wg mnie jest jednak także najbardziej nijakim, brzmiącym zbyt AOR-owo. O wiele lepsze wrażenie robi oparty na świetnym riffie "The King Will Come", z kolejnymi genialnymi popisami w partiach solowych. W wolniejszym  "Leaf and Stream" jest łagodniej, ale bynajmniej nie nudno. Ostatnie dwa utwory to tworzące całość pod względem tekstowym, mocny, hardrockowy hymn "Warrior" i łagodniejszy "Throw Down the Sword", zakończony kolejną piękną solówką.

Ocena: 8/10



Wishbone Ash - "Argus" (1972)

1. Time Was; 2. Sometime World; 3. Blowin' Free; 4. The King Will Come; 5. Leaf and Stream; 6. Warrior; 7. Throw Down the Sword

Skład: Martin Turner - wokal i bass; Andy Powell - gitara i wokal; Ted Turner - gitara i wokal; Steve Upton - perkusja
Gościnnie: John Tout - organy (7)
Producent: Derek Lawrence


1 lutego 2013

[Recenzja] Wishbone Ash - "Pilgrimage" (1971)



Drugi album Wishbone Ash zaczyna się dość nietypowo, od jazz rockowego "Vas Dis", zresztą autorstwa jazzmana Jacka McDuffa. Perfekcyjne wykonanie robi wrażenie, irytuje jednak wokaliza Martina Turnera, dublująca dźwięki gitar - zabieg zupełnie niepotrzebny. Dalej jednak rozbrzmiewa cudownie rozwijający się "The Pilgrim", z nagłymi zwrotami akcji. Tutaj również zamiast tekstu pojawia się wokaliza, na szczęście tym razem nie dominująca utworu. Tradycyjna partia wokalna i tekst pojawiają się dopiero w chwytliwym "Jail Bait", kawałku utrzymanym na pograniczu bluesa, boogie i hard rocka. Jednak dwa kolejne utwory - bardziej dynamiczny "Alone" i łagodny "Lullaby" - to znowu granie instrumentalne. Co ciekawe, ten pierwszy powstał jeszcze przed ukazaniem się debiutanckiego albumu zespołu i oryginalnie zawierał tekst. Wersja z wokalem, znacznie lepsza od tutejszej, została wydana dopiero w 2007 roku, na albumie "First Light".

Najpiękniejszym fragmentem "Pilgrimage" jest uroczy "Valediction". Z początku jest to przepiękna ballada z wspaniałymi, trójgłosowymi harmoniami wokalnymi. Nie brak tu jednak jak zwykle wspaniałych gitarowych solówek. A pod koniec następuje zaskakujące przełamanie w rytmie reggae. Dobre wrażenie zaciera jednak ostatni utwór, zarejestrowany podczas koncertu "Where Were You Tomorrow". Jest to stereotypowy blues, z długimi partiami solowymi, które jednak są wyjątkowo rozciągnięte i zamiast zachwycać - po prostu nudzą. Podsumowując, na longplayu trochę brakuje spójności (niemal każdy utwór utrzymany jest w innej stylistyce), a niektóre jego fragmenty sprawiają wrażenie niedopracowanych. Zespół został po prostu zbyt szybko zmuszony do nagrania nowego albumu, kiedy muzycy nie mieli jeszcze wystarczającej ilości nowego materiału.

Ocena: 7/10



Wishbone Ash - "Pilgrimage" (1971)

1. Vas Dis; 2. The Pilgrim; 3. Jail Bait; 4. Alone; 5. Lullaby; 6. Valediction; 7. Where Were You Tomorrow (live)

Skład: Martin Turner - bass, wokal; Andy Powell - gitara, wokal; Ted Turner - gitara, wokal; Steve Upton - perkusja
Producent: Derek Lawrence


[Recenzja] Wishbone Ash - "Wishbone Ash" (1970)



Wishbone Ash zapisał się w historii rocka jako jeden z pierwszych zespołów mających w składzie dwóch gitarzystów solowych. Co prawda już wcześniej podobny patent wprowadził The Allman Brothers Band, jednak tam gitarzyści grali swoje solówki na zmianę. Natomiast gitarzyści Wishbone Ash grali harmonicznie lub unisono. Nie było to z góry zaplanowane, początkowo skład grupy miał być inny. Kiedy basista Martin Turner i perkusista Steve Upton postanowili założyć zespół, poszukiwali do niego tylko jednego gitarzysty oraz klawiszowca. Na przesłuchaniu zjawiło się jednak dwóch fenomenalnych gitarzystów - Ted Turner (zbieżność nazwisk z Martinem przypadkowa) i Andy Powell. Obaj dostali posadę, co zaowocowało stworzeniem unikalnego, wcześniej niespotykanego stylu. Zespół zwrócił na siebie uwagę występując jako support Deep Purple. A dzięki wsparciu Ritchiego Blackmore'a muzycy podpisali swój pierwszy kontrakt. We wrześniu 1970 roku zarejestrowali pierwszy album, pod okiem producenta Dereka Lawrence'a (który pełnił tę samą rolę na trzech pierwszych longplayach Deep Purple) oraz słynnego Martina Bircha, jako inżyniera dźwięku.

Na "Wishbone Ash" styl zespołu jest już w pełni dojrzały. Album rozpoczyna się od bluesrockowego "Blind Eye" i już tutaj pojawiają się firmowe gitarowe popisy duetu Turner-Powell. Dość jeszcze zachowawcze - utwór został jakby "skrojony" dla radia (rzeczywiście został wydany singlu), a więc posiada prostą strukturę, bez długich popisów instrumentalnych, oraz dość komercyjny charakter (złagodzono go knajpianym pianinem). Prawie dwukrotnie dłuższy "Lady Whiskey" to już prawdziwy popis muzyków. Jest świetna współpraca gitarzystów, mocny podkład sekcji rytmicznej, a także dłuższe fragmenty instrumentalne o charakterze zespołowej improwizacji. A ballada "Errors of My Way" to już prawdziwe mistrzostwo, czysty geniusz. Przepiękna melodia, fantastyczne harmonie wokalne, oraz natchnione partie gitarzystów wchodzące w "dialog" nie tylko ze sobą, ale także z genialnymi partiami gitary basowej, która została mocno uwypuklona w miksie. Ciężko mi opisać emocje towarzyszące słuchaniu tej kompozycji - jej piękno zawsze mnie porusza. Zespół nagrał później jeszcze wiele takich natchnionych, wręcz uduchowionych ballad - i przeważnie wychodziły rewelacyjnie - jednak żadna nie robi na mnie aż takiego wrażenia.

Wracając do albumu, pierwszą stronę winylowego wydania kończy dynamiczny, hardrockowy "Queen of Torture". Słychać tutaj, jak wielki wpływ Wishbone Ash miało na twórczość takich zespołów, jak Judas Priest, Iron Maiden i niezliczoną liczbę innych heavy metalowych wykonawców, którzy zaadoptowali patent z dwoma gitarzystami prowadzącymi. Druga strona albumu to tylko dwie kompozycje - obie jednak o czasie trwania przekraczającym dziesięć minut. W większości instrumentalny "Handy" to przede wszystkim popis Martina Turnera, który prezentuje tutaj porywającą improwizację na basie. Oczywiście towarzyszą mu równie niesamowite solówki gitarzystów, znalazło się też miejsce na krótką perkusyjną solówkę Steve'a Uptona. Szkoda tylko, że utwór nie pozostał instrumentalny do końca, bo ostatnie dwie minuty z partią wokalną wypadają dość banalnie i psują ogólne wrażenie. Przyczepić nie można się natomiast do finałowego "Phoenix" - podniosłej i majestatycznej kompozycji, z ładnymi, balladowymi fragmentami ze śpiewem, oraz porywającymi popisami solowymi w długich częściach instrumentalnych. Dlaczego ten utwór nie jest wymieniany jednym tchem z "Stairway to Heaven" i "Child in Time" pozostaje dla mnie tajemnicą.

Debiut Wishbone Ash to naprawdę fantastyczny album, zachwycający wirtuozerią muzyków i ich zmysłem kompozytorskim. Jeżeli już do czegoś trzeba się przyczepić, to będą to partie wokalne. Obowiązkami wokalnymi dzielili obaj Turnerowie i Powell, żaden z nich nie dysponował jednak szczególnie ciekawą barwą głosu ani większymi umiejętnościami. O ile rewelacyjnie wyszły im harmonie w "Errors of My Way", to w pozostałych utworach, gdzie śpiewają oddzielnie, warstwa wokalna wypada mniej przekonująco. Wynagradza to jednak doskonała muzyka.

Ocena: 9/10



Wishbone Ash - "Wishbone Ash" (1970)

1. Blind Eye; 2. Lady Whiskey; 3. Errors of My Way; 4. Queen of Torture; 5. Handy; 6. Phoenix

Skład: Martin Turner - wokal i bass; Andy Powell - gitara i wokal; Ted Turner - gitara i wokal; Steve Upton - perkusja
Producent: Derek Lawrence