28 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "Presto" (1989)



Muzycy Rush ugięli się pod krytyką swoich stricte popowych albumów "Power Windows" i "Hold Your Fire", a w rezultacie postanowili wrócić do bardziej rockowego grania. Na "Presto" syntezatory wciąż są obecne (szczególnie w "War Paint", "Red Tide"), ale zdecydowanie ustępują miejsca gitarom. Na tym jednak dobre wiadomości się kończą. Bo pod względem kompozytorskim jest niestety strasznie nijako i bezpłciowo. Longplay zdominowany jest przez proste, banalne melodycznie kawałki. Czasem naprawdę żenujące (na czele z "Anagram", "Red Tide"). W dodatku zespół wyraźnie nie był pewny, czy postawić na faktycznie rockowy czad i ciężar, czy zachować radiową przystępność i gładkość - zdecydowanie przeważa to drugie podejście, choć zdarzają się też iście hardrockowe, czy też raczej glammetalowe momenty (np. riff "Superconductor"). Nieco ciekawiej robi się w warstwie rytmicznej "Scars", z fajnym pulsem basu i inspirowaną muzyką afrykańską perkusją, ale mdła, rozwleczona melodia i tandetne syntezatory skutecznie obrzydzają ten kawałek. Ogólnie powstał strasznie nudny, trywialny i żałosny album. W sumie nie bardzo wiadomo dla kogo przeznaczony, bo jak na muzykę rockową, jest to zbyt wygładzone granie, a jak na pop - zbyt kiepskie melodycznie.

Ocena: 2/10



Rush - "Presto" (1989)

1. Show Don't Tell; 2. Chain Lightning; 3. The Pass; 4. War Paint; 5. Scars; 6. Presto;7. Superconductor; 8. Anagram (For Mongo); 9. Red Tide; 10. Hand Over Fist; 11. Available Light

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezator; Alex Lifeson - gitara, dodatkowy wokal; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Rupert Hine - instr. klawiszowe; Jason Sniderman - instr. klawiszowe
Producent: Rush i Rupert Hine


27 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "A Show of Hands" (1989)



Muzycy utrzymali swój wydawniczy cykl. Po czterech albumach studyjnych przyszedł czas na podsumowującą ten okres koncertówkę. "A Show of Hands", zarejestrowany podczas różnych występów w trakcie tras promujących "Hold Your Fire" i "Power Windows", zawiera - niestety - głównie kawałki z tych dwóch albumów (najsłabszych w dotychczasowej dyskografii Rush). "Signals" reprezentowany jest tylko przez "Subdivisions", a "Grace Under Pressure" - przez "Distant Early Warning" i "Red Sector A". Jakimś pocieszeniem jest obecność starszych "Witch Hunt" i "Closer to the Heart", choć ten drugi był już przecież obecny na "Exit... Stage Left", więc tutaj można było dać coś innego (np. "Limelight" albo "Afterimage"). Wykonania tradycyjnie nie różnią się szczególnie od wersji studyjnych, lecz niektóre kawałki odrobinę zyskują dzięki mniej wygładzonemu brzmieniu (np. "Turn the Page", "Mystic Rhythms"). Inne są jednak tak przerażająco banalne, że nie uratowałoby ich nawet całkowite zrezygnowanie z syntezatorów ("Manhattan Project", "Mission"). Swego rodzaju nowością jest "The Rhythm Method", czyli perkusyjny popis Neila Pearta - całkiem ciekawy, jak na rockowego bębniarza. Ogólnie nie jest to zbyt dobre wydawnictwo, choć zdarzają się na nim pewne przebłyski.

Ocena: 5/10



Rush - "A Show of Hands" (1989)

1. Intro; 2. The Big Money; 3. Subdivisions; 4. Marathon; 5. Turn the Page; 6. Manhattan Project; 7. Mission; 8. Distant Early Warning; 9. Mystic Rhythms; 10. Witch Hunt; 11. The Rhythm Method; 12. Force Ten; 13. Time Stand Still; 14. Red Sector A; 15. Closer to the Heart

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezatory; Alex Lifeson - gitara, syntezatory; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rush


26 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "Hold Your Fire" (1987)



"Hold Your Fire" kontynuuje popowy kierunek "Power Windows". Ale efekt jakby nieco lepszy. Złagodzenie i uproszczenie kompozycji tym razem idzie w parze z autentyczną przebojowością. Czego najlepszym przykładem singlowy przebój "Time Stand Still" - dość ckliwy (za sprawą syntezatorów i chórków Aimee Mann, wokalistki zespołu 'Til Tuesday), banalny, ale przynajmniej wyrazisty melodycznie, w przeciwieństwie do bezpłciowych kawałków z poprzedniego albumu (choć i tutaj takie się zdarzają, np. "Second Nature", "Mission", "Tai Shan"). Co ciekawe, "Time Stand Still" został zilustrowany zabawnym, strasznie kiczowatym teledyskiem autorstwa Polaka - Zbigniewa Rybczyńskiego.

Warto zwrócić uwagę na brzmienie albumu, które jest nieco mniej zdominowane przez syntezatory - a w każdym razie większą rolę odgrywa gitara Alexa Lifesona (np. "Force Ten", "Open Secrets", "Prime Mover"). Co jednak wcale nie dodaje całości bardziej rockowego charakteru. To wciąż stricte popowe granie, pozbawione jakichkolwiek ambicji, z wyjątkiem tych komercyjnych. No, może z jednym wyjątkiem - partia basu i gitarowa solówka z "Turn the Page" przywołują odrobinę starego Rush, jednak maksymalnie wygładzone brzmienie i banalna melodia przypominają, że czasy "Moving Pictures" czy nawet "Grace Under Pressure" bezpowrotnie minęły.

"Hold Your Fire" jest zatem albumem odrobinę mniej bezbarwnym od swojego poprzednika, ale to wciąż okropnie kiczowate banalne i prostackie granie, które nie przystoi tak utalentowanym muzykom.

Ocena: 4/10



Rush - "Hold Your Fire" (1987)

1. Force Ten; 2. Time Stand Still; 3. Open Secrets; 4. Second Nature; 5. Prime Mover; 6. Lock and Key; 7. Mission; 8. Turn the Page; 9. Tai Shan; 10. High Water

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezatory; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Aimee Mann - dodatkowy wokal (2); Andy Richards - instr. klawiszowe; The William Faery Engineering Brass Band - instr. dęte
Producent: Rush i Peter Collins


25 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "Power Windows" (1985)



Coś poszło bardzo nie tak. "Power Windows" to bezpośrednia kontynuacja "Grace Under Pressure", z tą różnicą, że pod każdym względem gorsza. Brzmienie, mimo wciąż słyszalnej gitary, stało się dużo bardziej plastikowe. Kompozycje zostały jeszcze mocniej uproszczone, strywializowane, ale nie idzie za tym większa przebojowość. Wręcz przeciwnie - kawałki są zupełnie bezbarwne melodycznie. Utwory w ogóle nie angażują, to taka typowa muzyka do hipermarketu i przysłowiowych wind (za granicą mówią na to elevator music, lecz u nas nigdy nie spotkałem się z windą, w której byłaby odtwarzana muzyka) lub dla stacji radiowych grających bezpłciową muzykę dla osób nie chcących słuchać muzyki, tylko tła dla mechanicznie wykonywanych codziennych czynności. "Power Windows" przypomina produkt, tworzony według określonych norm, w celach czysto użytkowych. Być może w tym tkwią wielkie pieniądze, o których Geddy Lee śpiewa w pierwszym utworze. Ale nie ma w tym produkcie niczego wartościowego pod względem artystycznym. Niczego, co by rozwijało słuchacza lub chociaż zapewniało głębsze przeżycia estetyczne.

Ocena: 3/10

FAQ:

To czemu 3, a nie 1?

Ponieważ, mimo wszystko, jakiś poziom to trzyma. Mizerny, to fakt, ale przynajmniej nie jest to amatorszczyzna w stylu Ramones ani żaden sztampowy metal.



Rush - "Power Windows" (1985)

1. The Big Money; 2. Grand Designs; 3. Manhattan Project; 4. Marathon; 5. Territories; 6. Middletown Dreams; 7. Emotion Detector; 8. Mystic Rhythms

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezator; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Andy Richards - instr. klawiszowe; Jim Burgess - syntezator
Producent: Peter Collins i Rush


24 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "Grace Under Pressure" (1984)



Na "Grace Under Pressure" zespół nie zmienia kierunku, ale wciąż się rozwija. Tym razem przede wszystkim pod względem brzmieniowym. Muzycy postanowili zatrudnić nowego producenta, Petera Hendersona (na miejsce Terry'ego Browna, z którym współpracowali od czasu "Fly by Night"), oraz wzbogacić instrumentarium o cyfrowe syntezatory i elektroniczną perkusję. Ich brzmienie równoważą jednak tradycyjne instrumenty - gitara basowa Geddy'ego Lee wciąż jest mocno uwypuklona w miksie, Neil Peart gra głównie na akustycznym zestawie bębnów, a gitary Alexa Lifesona jest tu nawet więcej, niż na poprzednim albumie (zwykle stapia się z syntezatorami, ale czasem wychodzi na pierwszy plan, głównie podczas solówek). Muzykom i Hendersonowi udało się  w ten sposób uzyskać naprawdę solidne brzmienie, dalekie od typowego dla lat 80. plastiku.

Same kompozycje również wypadają ciekawie. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że to obok "Moving Pictures" najlepszy zestaw utworów, jaki trio stworzyło. Zaczyna się jednak dość niepozornie, bo "Distant Early Warning" z początku brzmi trochę jak wolniejsza i mniej udana wersja "Subdivisions". Z czasem jednak bardzo fajnie się rozkręca, a uwagę zwracają partie Lifesona, przebojowa, niebanalna melodia oraz śpiew Lee, którzy brzmi niżej i znacznie bardziej melodyjnie, niż dekadę wcześniej. Jeszcze lepsze pod względem melodycznym są "Afterimage" (z fantastycznie dopełniającymi się brzmieniami syntezatorów i gitary, a solówka Alexa należy do jego najpiękniejszych) i "Red Sector A" (w którym na pierwszy plan wybija się elektronika). Bardzo dynamiczny "The Enemy Within" świetnie - i spójnie - łączy reggae'owe zwrotki, rockowe przejście i ładny, elektroniczny refren, a końcówka doskonale łączy wszystkie te style. Niemniej ciekawie i przebojowo wypada druga strona winylowego wydania. W mocno elektronicznych, nieco funkowych w warstwie rytmicznej "The Body Electric" i "Red Lenses", a także w bardziej gitarowym "Kid Gloves", silnie uwydatniają się wpływy newwave'owe. Album zamyka energetyczny i, mimo dużego udziału syntezatorów, mocno rockowy "Between the Wheels".

Na "Grace Under Pressure" zespół znów znalazł odpowiednie proporcje pomiędzy przebojowością i artystycznymi ambicjami, a także pomiędzy elektronicznymi brzmieniami i tradycyjnym instrumentarium. Kompozycje może i ustępują tym z "Moving Pictures", ale za to całość jest równiejsza i pozbawiona dłużyzn.

Ocena: 8/10



Rush - "Grace Under Pressure" (1984)

1. Distant Early Warning; 2. Afterimage; 3. Red Sector A; 4. The Enemy Within; 5. The Body Electric; 6. Kid Gloves; 7. Red Lenses; 8. Between the Wheels

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezatory; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rush i Peter Henderson


23 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "Signals" (1982)



Właściwie można było spodziewać się takiego albumu. Kanadyjskie trio już od dłuższego czasu zmierzało w coraz bardziej piosenkowe i elektroniczne rejony. O ile jednak na "Moving Pictures" udało się znaleźć złoty środek pomiędzy przebojowością, a artystycznymi ambicjami, tak na "Signals" doszło do niepokojącego uproszczenia kompozycji. Muzycy mniej kombinują tutaj w warstwie rytmicznej. Mniej tutaj też gitarowych solówek - ogólnie gitara została zepchnięta na dalszy plan przez syntezatory, które stały się głównym elementem brzmienia. Dla wielu słuchaczy jest to z pewnością wadą. Jednak taka stylistyka zdaje się służyć zespołowi.

"Signals" nie jest kopalnią przebojów na miarę "Moving Pictures". Ale kilka świetnych kompozycji się tu znalazło. Choćby singlowy przebój "Subdivisions" - bardzo dobry melodycznie, mocno zatopiony w brzmieniu analogowego syntezatora, spod którego uparcie próbuje się przebić gitara, do tego z wyrazistą i niebanalną grą sekcji rytmicznej. Właśnie dzięki tej kompozycji, usłyszanej przypadkiem w radiu, zainteresowałem się twórczością Rush. Wysoki poziom prezentują także mniej elektroniczne "The Analog Kid" i "Digital Man", w których rewelacyjnie wypadają basowe popisy Geddy'ego Lee (pierwszy z nich dodatkowo wyróżnia się ładnym zwolnieniem w refrenie). Do mocnych punktów całości zaliczyć trzeba również "The Weapon" - najbardziej złożona kompozycja w zestawie, a tym samym najbliższa wcześniejszej twórczości. Całkiem ciekawe są także dwa bardziej elektroniczne utwory, zamykające album: ballada "Losing It" i "Countdown". Niczym ciekawym nie wyróżnia się natomiast "Chemistry", zaś zdradzający inspirację reggae "New World Man" jest zwyczajnie nudny.

"Signals" z pewnością odświeżył twórczość zespołu i przyniósł kilka naprawdę niezłych utworów, ale jako całość nie przekonuje tak bardzo, jak kilka poprzednich albumów. Rush najlepsze efekty osiągał wtedy, gdy przebojowość szła w parze z technicznym skomplikowaniem. 

Ocena: 7/10



Rush - "Signals" (1982)

1. Subdivisions; 2. The Analog Kid; 3. Chemistry; 4. Digital Man; 5. The Weapon; 6. New World Man; 7. Losing It; 8. Countdown

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, instr. klawiszowe; Alex Lifeson - gitara, instr. klawiszowe; Neil Peart - perkusja
Gościnnie: Ben Mink - skrzypce (7)
Producent: Rush i Terry Brown


22 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "Exit...Stage Left" (1981)



"Exit...Stage Left", drugi album koncertowy Rush, podobnie jak poprzedni "All the World's a Stage", stanowi swego rodzaju zakończenie i podsumowanie pewnego etapu. Repertuar obejmuje głównie utwory z albumów "A Farewell to Kings", "Hemispheres", "Pernament Waves" i "Moving Pictures", na których zespół wypracował swój własny, dojrzały styl, będący połączeniem rocka progresywnego, hard rocka i new wave. Oprócz największych przebojów z tego okresu ("The Spirit of Radio", "Closer to the Heart", "Freewill", "Tom Sawyer"), znalazły się tutaj także nieco bardziej rozbudowane formy ("Jacob's Ladder", "Xanadu", "La Villa Stangniato"). Do pełni szczęścia zabrakło w sumie tylko "Limelight" (co ciekawe, jest obecny na zatytułowanym tak samo, jak ten album, wideo). Znalazły się tu za to dwa starsze kawałki, sprzed 1977 roku - "Beneath, Between & Behind" i - co szczególnie cieszy - "A Passage to Bangkok" (jeśli jednak ktoś posiada pierwsze wydanie CD, to tego utworu tam nie znajdzie).

Nagrania pochodzą głównie z występu w Montrealu, 27 marca 1981 roku. Wyjątek stanowią cztery utwory z drugiej strony winylowego wydania ("A Passage to Bangkok", "Closer to the Heart", "Beneath, Between & Behind", "Jacob's Ladder"), które zarejestrowano w dniach 10-11 czerwca 1980 roku w Glasgow. Wykonania, niestety, nie odbiegają znacząco od studyjnych pierwowzorów. Zespół wciąż stara się jak najwierniej odtworzyć oryginały. Choć zdarzają się pewne urozmaicenia, jak całkiem udana perkusyjna solówka Neila Pearta w "YYZ", czy klasycyzujący popis Alexa Lifesona na gitarze akustycznej ("Broon's Bane"), będący wstępem do "The Trees". Warto też zwrócić uwagę na brzmienie "Red Barchetta", które w tej wersji jest jeszcze bardziej newwave'owe. Poza tym, różnice są raczej minimalne. W przeciwieństwie do "All the World's a Stage" nie mam jednak wrażenia, że zespół na żywo wypada gorzej.

"Exit...Stage Left" to raczej album skierowany do najwierniejszych fanów Rush, którzy muszą mieć wszystko, co zespół wydał. Jest także świetnym wyborem dla osób, które koniecznie chciałyby posiadać tylko jedno wydawnictwo grupy. Dla wszystkich pozostałych będzie tylko ciekawostką, której nie trzeba znać. Jednak wykonanie i repertuar są na tyle dobre, że ocena musi być wysoka.

Ocena: 8/10



Rush - "Exit...Stage Left" (1981)

LP1: 1. The Spirit of Radio; 2. Red Barchetta; 3. YYZ; 4. A Passage to Bangkok; 5. Closer to the Heart; 6. Beneath, Between & Behind; 7. Jacob's Ladder
LP2: 1. Broon's Bane; 2. The Trees; 3. Xanadu; 4. Freewill; 5. Tom Sawyer; 6. La Villa Strangiato

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezatory; Alex Lifeson - gitara, syntezatory; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Terry Brown


21 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "Moving Pictures" (1981)



"Moving Pictures" (czyli "przenoszenie obrazów" lub "poruszające obrazy" - na okładce widać jedno i drugie) to rushowe opus magnum. Zespół doprowadził do perfekcji styl, który dojrzewał od czasu "A Farewell to Kings". Utwory z jednej strony zachwycają poziomem skomplikowania, szczególnie w warstwie rytmicznej, zaś z drugiej - niesamowicie chwytliwymi, niebanalnymi melodiami. Doskonałe jest też brzmienie, z wyraźnie słyszalnym każdym instrumentem, łączące hardrockowy ciężar z brzmieniem analogowych syntezatorów, które pełnią tu równie istotną rolę, co gitara, bas i perkusja.

Muzycy w końcu postawili zdecydowanie na krótkie, zwarte i treściwe utwory. Większość z nich nie przekracza długości pięciu minut. Zespołowi udało się stworzyć naprawdę dobry zestaw kompozycji. Zachwycają już od pierwszych dźwięków otwierającego album "Tom Sawyer", w którym każdy instrument zdaje się walczyć o uwagę słuchacza, co daje bardzo intrygujący efekt. Jednocześnie utwór nie traci przez to na melodyjności. Nieco dłuższy, bo lekko przekraczający sześć minut, "Red Barchetta" pokazuje odrobinę łagodniejsze i jeszcze bardziej melodyjne oblicze grupy. Utwór brzmi bardzo nowofalowo, pomimo hardrockowych riffów. Najcięższy na albumie, instrumentalny "XYZ" to z kolei fantastyczny popis technicznych umiejętności muzyków, maksymalnie komplikujących warstwę rytmiczną. "Limelight" stanowi powrót do bardziej piosenkowego, ale niebanalnego grania. Zachwyca świetną melodią, basowym pulsem i rewelacyjną solówką Alexa Lifesona.

Drugą stronę winylowego wydania otwiera najdłuższy utwór, jedenastominutowy "The Camera Eye". To ostatnia tak długa kompozycja w dyskografii zespołu i, niestety, nieco słabszy fragment longplaya. Jak już wspominałem we wcześniejszych recenzjach, zespół najlepsze efekty osiągał w zwartych utworach. Te dłuższe są albo przeładowane pomysłami i niespójne, ale zbytnio rozwleczone, co ma miejsce w tym przypadku. Zwraca ciekawe brzmienie syntezatorów, ale to wszystko. Dobrze, że muzycy nie zostawili tego utworu na koniec albumu, bo nie mieliby już okazji się zrehabilitować. Co rewelacyjnie udaje się w dwóch kolejnych kawałkach: łączącym świetną melodię z intrygującym, nieco podniosłym klimatem "Witch Hunt" oraz kompletnie zwariowanym "Vital Signs", w którym lekko dyskotekowe partie syntezatora spotykają się z reggae'ową gitarą w zwrotkach i hardrockowym riffem, na którym zbudowano refren - wszystkie te elementy tworzą jednak zaskakująco spójną całość, a muzycy zadbali o kolejną dobrą melodię.

"Moving Pictures", wraz z wydanym w tym samym roku "Discipline" King Crimson i opublikowanym rok wcześniej "Remain in Light" Talking Heads, dał doskonały przykład, jak powinna brzmieć muzyka rockowa w latach 80. Niestety, niewiele rockowych albumów z tej dekady zbliżyło się do ich poziomu.

Ocena: 9/10



Rush - "Moving Pictures" (1981)

1. Tom Sawyer; 2. Red Barchetta; 3. YYZ; 4. Limelight; 5. The Camera Eye; 6. Witch Hunt; 7. Vital Signs

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezatory; Alex Lifeson - gitara, syntezatory; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Hugh Syme - syntezator (6)
Producent: Rush i Terry Brown


20 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "Permanent Waves" (1980)



"Permament Waves" to kolejny zwrot w dyskografii Rush. Zespół zaczął tutaj odchodzić od rozbudowanych, inspirowanych rockiem progresywnym form na rzecz bardziej przebojowego grania, w którym gitarowe brzmienia zaczęły coraz bardziej ustępować miejsca syntezatorom. Efekt jest zaskakująco udany. Po prostu w takim graniu trio czuło się najlepiej. A najciekawsze efekty osiągało łącząc skomplikowaną warstwę rytmiczną z autentycznie chwytliwymi, ale niebanalnymi melodiami i wzbogaconym o syntezatory brzmieniem. Doskonałymi przykładami takiego podejścia są singlowe "The Spirit of Radio" (jeden z największych przebojów zespołu) i "Freewill". Ale już w takim "Entre Nous", także wydanym na małej płycie, robi się zbyt prosto, a tym samym nieco banalnie.

Bardzo udanie wypada natomiast zgrabna ballada "Different Strings", w której Geddy Lee śpiewa w bardziej stonowany sposób, niższym głosem, co daje świetny efekt. Zresztą na całym albumie muzyk unika charakterystycznego dla wcześniejszych albumów wrzasku, co zdecydowanie działa na korzyść tego wydawnictwa. Na albumie znalazły się także dwie bardziej rozbudowane, ale nieprzesadnie długie kompozycje. Siedmiominutowy "Jacob's Ladder" to najlepsze tutaj świadectwo dojrzałości zespołu - choć w utworze dzieje się wiele, całość jest bardzo zwarta. Wyeksponowane dźwięki syntezatora doskonale uzupełniają się z ciężkim brzmieniem gitary i gęstą grą sekcji rytmicznej. Instrumentaliści wspinają się tutaj na swoje techniczne wyżyny, ale nie wyklucza to dobrej, wyrazistej melodii. Nieco mniej przekonuje dziewięciominutowy "Natural Science", składający się z trzech zróżnicowanych części, przez co zdecydowanie mniej zwarty, wręcz nieco niespójny i przeładowany pomysłami. Muzycy znów pokazują niemałe umiejętności, ale całość się nie klei.

"Permanent Waves" okazał się największym komercyjnym sukcesem Rush do tamtej pory (m.in. miejsca w pierwszej piątce notowań w Wielkiej Brytanii i w Stanach). Całkiem zasłużenie, bo to nie tylko materiał bardziej przebojowy od poprzednich, ale i bardziej dojrzały, pokazujący coraz większą indywidualność Rush, który na tym etapie kariery posiadał już swój zupełnie oryginalny styl. Jednak longplay ma też pewne mankamenty (za daleko idący w piosenkowym kierunku "Entre Nous" i powielający problem wielu wcześniejszych utworów grupy "Natural Science"). Zespół wciąż był przed stworzeniem swojego opus magnum.

Ocena: 8/10



Rush - "Permanent Waves" (1980)

1. The Spirit of Radio; 2. Freewill; 3. Jacob's Ladder; 4. Entre Nous; 5. Different Strings; 6. Natural Science

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezatory; Alex Lifeson - gitara, syntezatory; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Erwig Chuapchuaduah - instr. perkusyjne (1); Hugh Syme - pianino (5)
Producent: Rush i Terry Brown


19 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "Hemispheres" (1978)



"Hemispheres" to album, na którym Rush najbardziej zbliżył się do typowego proga. Jednak raczej na podobnej zasadzie, co grupy neo-progresywne, a więc imitując pewne rozwiązania prawdziwie progresywnych grup, a nie poprzez wprowadzanie faktycznie nowej jakości (może poza brzmieniem, które rzeczywiście nieco wyróżnia ten zespół). Wystarczy spojrzeć na samą okładkę (tradycyjnie zaprojektowaną przez Hugha Syme'a), która chyba nie przypadkiem kojarzy się z pracami firmy Hipgnosis dla Pink Floyd czy Yes. Inspirację klasycznym rockiem progresywnym zdradza też sama struktura albumu - pierwszą stronę wypełnia jedna długa suita, zaś na drugiej zamieszczono kilka krótszych kompozycji.

"Cygnus X-1 Book II: Hemispheres" - kontynuacja zamykającego poprzedni album "Cygnus X-1 Book I: The Voyage" - to osiemnastominutowy kolos, z progresywnymi zmianami tempa i nastroju. Choć składa się z kilku części, tworzą one znacznie bardziej spójną całość, niż poprzednie eksperymenty zespołu z tak długimi formami ("The Fountain of Lamneth", "2112"). Sporo tutaj ciekawych riffów, rytmicznych łamańców i coraz odważniejszego wykorzystywania syntezatorów, czyniących brzmienie zespołu ciekawszym. Jednak utwór mógłby być odrobinę krótszy, bo niektóre motywy ciągną się odrobinę zbyt długo, a akustyczne zakończenie jest w sumie niepotrzebnym dodatkiem.

Za to druga, bardziej piosenkowa część albumu, wypada niemalże doskonale. Rozpoczyna się od bardzo zwięzłego, energetycznego "Circumstances", łączącego hardrockowe brzmienie z dość złożoną warstwą rytmiczną i syntezatorową wstawką. Niewiele dłuższy "The Trees" to małe arcydzieło. Utwór składa się z trzech odrębnych, zróżnicowanych nastrojem i charakterem (do tego każda z nich oparta jest na innym metrum), ale tworzących spójną całość części. Muzykom udało się tutaj fantastycznie połączyć przebojową przystępność z progresywnymi ambicjami. Jest to zdecydowanie jeden z najlepszych utworów w całym dorobku zespołu. Równie porywającym utworem jest prawie dziesięciominutowy instrumental "La Villa Strangiato", który pomimo niezliczonej ilości motywów, długich solówek i złożonej gry sekcji rytmicznej, zdaje się tworzyć potężny monolit. Muzykom w końcu udało się w pełni zaprezentować swoje niemałe umiejętności, unikając chaosu i nie powodując wrażenia, że zmierzają donikąd.

Na "Hemispheres" zespołowi w końcu udało się dokonać to, do czego przymierzał się od dawna - nagranie albumu, który śmiało można postawić nie w przegródce z napisem hard rock, a tej podpisanej rock progresywny. Nawet jeśli ta progresywność jest dość umowna i oznacza granie w pewnej konwencji, a nie prawdziwe nowatorstwo, to "Hemispheres" jest naprawdę udanym albumem, niewiele ustępującym największym dziełom Pink Floyd, Yes czy Genesis.

Ocena: 8/10



Rush - "Hemispheres" (1978)

1. Cygnus X-1 Book II: Hemispheres; 2. Circumstances; 3. The Trees; 4. La Villa Strangiato (An Exercise in Self-Indulgence)

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezatory; Alex Lifeson - gitara, syntezatory; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rush i Terry Brown


18 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "A Farewell to Kings" (1977)



Pożegnanie z królami? Raczej z drugorzędnym zespołem hardrockowym, który nie potrafił właściwie wykorzystać swoich ponadprzeciętnych - jak na ten styl - umiejętności. Na tym albumie Kanadyjczycy zaproponowali zupełnie nową jakość. No dobrze, trochę tego hard rocka jeszcze tu jest. Przede wszystkim w singlowym "Closer to the Heart" (pierwszym prawdziwym przeboju Rush poza ojczyzną). Z początku łagodna, przebojowa piosenka w pewnym momencie nabiera hardrockowego czadu, jakiego nie powstydziłyby się grupy w rodzaju UFO czy Thin Lizzy. To wyjątkowo krótki i prosty kawałek. Ale już w tytułowym "A Farewell to Kings" i "Cinderella Man" trio umiejętnie łączy czad z bardziej wyrafinowaną i skomplikowaną grą. Zwraca uwagę ciekawe, jakby nieco nowofalowe, ale odpowiednio ciężkie brzmienie. Z krótszych utworów jest tu jeszcze urokliwa, balladowa miniaturka "Madrigal".

A reszta albumu to już bardziej rozbudowane kompozycje. "Xanadu" i "Cygnus X-1 Book I: The Voyage", choć przekraczają długość dziesięciu minut, są o wiele bardziej zwarte od wcześniejszych eksperymentów zespołu z bardziej złożonymi formami. Przede wszystkim nie mamy tu do czynienia z kilkoma krótszymi kawałkami udającymi całość - obie kompozycje stanowią bardziej monolityczną całość, co osiągnięto tak prostym sposobem, jak... powtarzanie pewnych motywów w różnych fragmentach utworów. Choć wciąż można zarzucić, że tych motywów i rytmicznych łamańców jest po prostu zbyt wiele, jak na jeden utwór. Szczególnie w "The Voyage" może od tego rozboleć głowa (a jeśli nie od tego, to od drażniących pisków Geddy'ego Lee). Mimo wszystko słychać, że zespół zmierzał w dobrym kierunku, ucząc się na błędach. Warto zwrócić uwagę, że w obu tych utworach brzmienie zostało wzbogacone o syntezatory, które wcześniej były na albumach grupy praktycznie nieobecne (nie licząc wstępu "2112"). Za to wraz z kolejnymi longplayami ich rola ciągle rosła.

"A Farewell to Kings" to udane rozpoczęcie dojrzałego okresu Rush. Wraz z tym albumem, zespół na dobre opuścił drugą ligę hard rocka i w końcu znalazł swój własny styl, czerpiący zarówno z wspomnianego stylu, jak i z niektórych elementów rocka progresywnego, dodając do tego pewne nowocześniejsze rozwiązania.

Ocena: 8/10



Rush - "A Farewell to Kings" (1977)

1. A Farewell to Kings; 2. Xanadu; 3. Closer to the Heart; 4. Cinderella Man; 5. Madrigal; 6. Cygnus X-1 Book I: The Voyage

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, gitara akustyczna, syntezatory; Alex Lifeson - gitara, syntezatory; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Terry Brown - głos (6)
Producent: Rush i Terry Brown


17 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "All the World's a Stage" (1976)



Po wielkim sukcesie "2112" postanowiono pójść za ciosem i jeszcze w tym samym roku opublikować album koncertowy.  "All the World's a Stage" stanowi podsumowanie pierwszego, hardrockowego okresu działalności Rush. Znalazły się tutaj prawie wszystkie najlepsze utwory z pierwszych czterech albumów (niestety, z wyjątkiem tego najlepszego - "A Passage to Bangkok", jeśli nie liczyć krótkiego cytatu podczas perkusyjnej solówki Neila Pearta). Niestety, wykonania nie odbiegają od wersji studyjnych. Jeśli już, to muzycy częściej skracają utwory, łącząc je ze sobą ("Fly by Night" i "In the Mood", "Working Man" i "Finding My Way") lub pomijając ich fragmenty (w "2112" zrezygnowano z części "Discovery" i "Oracle: The Dream", co akurat wyszło na dobre, zapewniając większą zwartość), niż je rozbudowują (co ma miejsce tylko w "By-Tor & the Snow Dog").

Od zespołu z tak uzdolnionymi instrumentalistami należy oczekiwać czegoś więcej - wciągających improwizacji, całkowicie zmieniających charakter kompozycji. Tym bardziej, że przy tak dokładnym odwzorowaniu wersji studyjnych, wyraźniej słyszalne są  wszelkie niedociągnięcia, jak choćby zbyt wysilone partie wokalne Geddy'ego Lee w "Bastille Day" czy "Working Man". Zdecydowana większość utworów wypada przynajmniej minimalnie słabiej od swojego pierwowzoru, może z wyjątkiem wspomnianego "By-Tor & the Snow Dog". Tym większa szkoda, że w repertuarze nie znalazło się nic spoza zawartości regularnych longplayów. "All the World's a Stage" jest zatem wydawnictwem wyłącznie dla największych fanów Rush, którzy z przyjemnością wysłuchają nawet takiego nic nie wnoszącego materiału. 

Ocena: 5/10



Rush - "All the World's a Stage" (1976)

LP1: 1. Bastille Day; 2. Anthem; 3. Fly by Night / In the Mood; 4. Something for Nothing; 5. Lakeside Park; 6. 2112 (Overture / The Temples of Syrinx / Presentation / Soliloquy / Grand Finale)
LP2: 1. By-Tor & the Snow Dog; 2. In the End; 3. Working Man / Finding My Way; 4. What You're Doing

Skład: Geddy Lee - wokal i bass; Alex Lifeson - gitara, dodatkowy wokal; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rush i Terry Brown


16 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "2112" (1976)



Po komercyjnej klapie "Caress of Steel" zespół tonął w długach i był na skraju rozpadu. Muzycy postanowili jednak zaryzykować nagranie jeszcze jednego albumu. Albumu, który miał zwieńczyć ich dyskografię lub przynieść od dawna wyczekiwany sukces. Wbrew sugestii przedstawicieli wytwórni, muzycy nie zdecydowali się na nagranie czegoś bardziej przystępnego, obliczonego na sukces komercyjny. Wręcz przeciwnie, "2112" to bezpośrednia kontynuacja poprzedniego albumu. Efekt jest jednak nieco bardziej udany. Longplay okazał się zresztą niespodziewanym sukcesem, który ocalił zespół przed zakończeniem kariery.

Całą pierwszą stronę winylowego wydania wypełnia tytułowe "2112". Wbrew temu, co zwykle można przeczytać, nie jest to żadna rockowa suita. Podobnie, jak "The Fountain of Lamneth" z "Caress of Steel", jest to cykl kilku osobnych kawałków o spójnej warstwie tekstowej (futurystycznej opowieści o świecie, w którym zakazana została muzyka), ale pod względem instrumentalnym stanowiących odrębne utwory, pomiędzy którymi pojawiają się nawet przerwy. Udany jest początek w postaci połączonych "Overture" / "The Temples of Syrinx". Syntezatorowe intro (to pierwszy album Rush, na którym pojawiają się brzmienia klawiszowe) przechodzi w złożony popis instrumentalistów, z którym kontrastuje druga część - prostsza, o zdecydowanie hardrockowym charakterze, z krzykliwą partią wokalną Geddy'ego Lee. W sumie niepełna siedem minut, które trzyma się kupy. Ale po krótkiej przerwie rozpoczyna się kolejna część ("Discovery"), oparta na smętnym pobrzękiwaniu, nie mającym żadnego muzycznego związku z wcześniejszymi. I tak jest już do końca - zespół bez umiaru wprowadza kolejne motywy, przez co całość staje się coraz bardziej bezsensowna. A żadna z kolejnych części (pomijając dwie pierwsze) nie jest sama w sobie zbyt interesująca, nie bronią się jako osobne utwory.

Ciekawiej prezentuje się druga strona winylowego wydania, którą wypełnia pięć bardziej konwencjonalnych utworów. Naprawdę świetny jest "A Passage to Bangkok" oparty na zadziornym riffowaniu i chwytliwej melodii, z powtarzającym się kilkakrotnie orientalnym motywem i z fantastyczną gitarową solówką Alexa Lifesona. To bez wątpienia najlepszy utwór, jaki zespół do tamtej pory stworzył. Wydany na pierwszym singlu "The Twilight Zone" mimo krótkiego czasu trwania, przynosi parę ciekawych zmian nastroju, zachowując spójność (w przeciwieństwie do tytułowego cyklu). Zdecydowanie słabszym momentem jest banalnie radosna pioseneczka "Lessons". Nie pomaga dobra gra sekcji rytmicznej. Zaś wyjątkowo wkurzająca jest partia wokalna. Od lepszej strony Lee pokazuje się w nastrojowej balladzie "Tears", w której śpiewa w zaskakująco subtelny sposób. To bardzo ładny utwór, oparty głównie na brzmieniu gitary akustycznej i melotronu (warto wspomnieć, że na klawiszach gra Hugh Syme - nadworny grafik Rush od czasu "Caress of Steel"). Bardzo udany jest także finał w postaci "Something for Nothing". Spokojny początek to tylko zmyłka - to jeden z najbardziej czadowych momentów albumu. A zarazem najbardziej chwytliwych. Tym razem wysoki głos Lee zupełnie nie przeszkadza, doskonale tutaj pasuje.

"2112" to kolejne potwierdzenie, że zespół w tamtym czasie zdecydowanie lepiej wypadał w krótszych formach, niż mierząc się z bardziej rozbudowanymi (które tak naprawdę były kilkoma krótszymi, nietworzącymi spójnej całości). Album broni się pojedynczymi utworami, wśród których zdarzają się prawdziwe perełki, ale jako całość zdecydowanie nie zasługuje na te wszystkie zachwyty, z którymi zwykle się spotyka.

Ocena: 7/10



Rush - "2112" (1976)

1. 2112 (Overture / The Temples of Syrinx / Discovery / Presentation / Oracle: The Dream / Soliloquy / Grand Finale); 2. A Passage to Bangkok; 3. The Twilight Zone; 4. Lessons; 5. Tears; 6. Something for Nothing

Skład: Geddy Lee - wokal i bass; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Hugh Syme - syntezator (1), melotron (5)
Producent: Rush i Terry Brown


15 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "Caress of Steel" (1975)



Jeszcze w tym samym roku, gdy ukazał się drugi album Rush, "Fly by Night", muzycy zdążyli nagrać i wydać swoje kolejne dzieło. "Caress of Steel" stanowi kolejny wyraźny krok w stronę ambitniejszego grania i dłuższych, bardziej złożonych form muzycznych. Zarazem uświadamia jednak, że zespół jeszcze nie był gotowy całkowicie zerwać ze swoimi hardrockowymi korzeniami. Energetyczny otwieracz "Bastille Day", z agresywnie wykrzyczanym przez Geddy'ego Lee tekstem, pokazuje jak silny był wciąż wpływ na Kanadyjczyków zespołów pokroju Led Zeppelin. To jednak jeden z lepszych kawałków w ich wczesnym dorobku. Zdecydowanie nie mogę tego powiedzieć o do bólu sztampowym "I Think I'm Going Bald", zainspirowanym twórczością... Kiss (sam tytuł jest nawiązaniem do ich kawałka "Goin' Blind", zresztą dużo lepszego). "Lakeside Park" to powrót do zeppelinowania - kawałek brzmi jak skrzyżowanie "The Lemon Song" i "Ramble On", ale efekt jest dość przeciętny.

O ile żaden z tych trzech pierwszych utworów nie przekracza długości pięciu minut, tak dwa pozostałe są już znacznie dłuższe. Dwunastominutowy "The Necromancer" i dwudziestominutowy "The Fountain of Lamneth" składają się jednak z kilku wyraźnie odrębnych części (odpowiednio trzech i sześciu), które spokojnie można by wziąć za odrębne kawałki, gdyby nie warstwa tekstowa. Muzycznie nie mają ze sobą wiele wspólnego. Z jednym wyjątkiem - "In the Valley" i "The Fountain", czyli pierwsza i ostatnia część "The Fountain of Lamneth", stanowią swoje lustrzane odbicie, tzn. składają się z tych samych motywów, granych w odwrotnej kolejności. W obu suitach pojawiają się ciekawe momenty (szczególnie te instrumentalne, w których muzycy mogą pokazać swój talent i umiejętność zespołowej interakcji), ale brakuje im spójności. Brzmią tak, jakby zespół na siłę powrzucał jak najwięcej motywów i solówek, nie potrafiąc stworzyć stopniowo i logicznie rozwijających się kompozycji. A szkoda, bo w ten sposób zmarnowało się parę fajnych pomysłów, które można było zaprezentować w mniej pretensjonalnej i chaotycznej formie. Najgorsze, że takie podejście zostało później podchwycone przez różne okropne zespoły w rodzaju Dream Theater, a nieznający się na muzyce dziennikarze muzyczni wmówili słuchaczom, że na tym właśnie polega rock progresywny. W rzeczywistości nie chodziło w nim przecież ani o techniczne popisy, ani o granie długich, przeładowanych tymi popisami utworów, w których nic nie trzyma się kupy. Chodziło o twórcze poszerzenie granic rocka. A tego ani w twórczości Rush, ani tym bardziej jego naśladowców, zwyczajnie brak.

"Caress of Steel" to oznaka zagubienia zespołu, który z jednej strony nie potrafił odciąć się od swoich korzeni, a z drugiej - kompletnie nie miał pojęcia, jak grać bardziej ambitną muzykę. Muzykom nie można odmówić sporych (zwłaszcza jak na zespół hardrockowy) umiejętności technicznych, ale na tym albumie tak bardzo nie potrafią wykorzystać ich we właściwy sposób, że stają się wadą. Tylko pogłębiają ogólny chaos, szczególnie w "The Fountain of Lamneth", gdzie kolejne motywy są wprowadzane z taką intensywnością i kompletnie z dupy, że za cholerę nie mam pojęcia dokąd zespół tu zmierza i co chciał osiągnąć. I, jak podejrzewam, sami muzycy tego nie wiedzieli. Longplay zupełnie zasłużenie okazał się komercyjną klapą. Szkoda tylko "Bastille Day", który jest całkiem fajnym kawałkiem i nie zasłużył sobie na takie towarzystwo.

Ocena: 5/10



Rush - "Caress of Steel" (1975)

1. Bastille Day; 2. I Think I'm Going Bald; 3. Lakeside Park; 4. The Necromancer; 5. The Fountain of Lamneth

Skład: Geddy Lee - wokal i bass; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Terry Brown - recytacja (4)
Producent: Rush i Terry Brown


14 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "Fly by Night" (1975)



Niedługo po wydaniu przez Rush debiutanckiego albumu, John Rutsey postanowił opuścić zespół z powodów zdrowotnych i niechęci do koncertowania. Po raz ostatni wystąpił z grupą 25 lipca 1974 roku. Cztery dni później wybrano, w wyniku kastingu, jego następcę. Został nim Neil Peart - jak się okazało, nie tylko znacznie bardziej uzdolniony perkusista, ale także niezwykle oczytany człowiek, któremu Geddy Lee bez wahania odstąpił rolę głównego tekściarza. W momencie dołączenia Pearta, skład zespołu ostatecznie się ustabilizował i pozostaje niezmienny do tej pory. W sierpniu nowy skład wyruszył na swoją pierwszą amerykańską trasę (jako support Uriah Heep i Manfreda Manna), a ostatnie miesiące roku spędził w studiu na nagraniach drugiego albumu, zatytułowanego "Fly By Night".

Choć longplay ukazał się niespełna rok po (tak, tak - eponimicznym) debiucie i wciąż utrzymany jest w hardrockowej stylistyce, już tutaj słychać, jak wiele do zespołu wniósł Peart. Różnica jest od razu słyszalna. To bardziej dojrzały i lepiej zagrany materiał. Album składa się jakby z dwóch różnych części, odpowiadającym stronom płyty winylowej. Pierwsza połowa to utwory o bardziej czadowym charakterze, cięższe brzmieniowo. "Anthem", "Best I Can" i "Beneath, Between & Behind" to właściwie typowy hard rock. Ale gdzieś znikła ta piosenkowa naiwność poprzedniego albumu. Więcej dzieje się w strukturze utworów, a zwłaszcza w bardzo gęstej warstwie rytmicznej. Nie wyklucza to wyrazistych melodii, które są chwytliwe, lecz nie banalne. O ambicjach muzyków świadczy jednak przede wszystkim ponad ośmiominutowy "By-Tor & the Snow Dog", w którym nie brakuje dłuższych popisów instrumentalistów (jak świetne solo Lifesona z siódmej minuty), ani licznych zmian motywów i klimatu.

Strona B winylowego wydania zawiera materiał bardziej odchodzący od hard rocka, ale niekoniecznie w tę ambitniejszą stronę. To Rush w łagodniejszej, piosenkowej odsłonie. Na początek dwa singlowe kawałki, "Fly by Night" i "Making Memories", oba bardzo chwytliwe, ale niestety dość banalne. O ile utwór tytułowy ma swój urok i zwraca uwagę świetną grą muzyków (kotłująca się perkusja, przyjemnie pulsujący bas i niezłe gitarowe solo), tak drugi, lekko kojarzący się z akustycznym wcieleniem Led Zeppelin, jest zupełnie przeciętny melodycznie i nie ratuje go równie dobra gra instrumentalistów. Kolejny na trackliście "Rivendell" to bardzo nietypowe dla grupy nagranie - ballada z wyjątkowo subtelnym śpiewem Lee i akompaniamentem wyłącznie gitary akustycznej. Naprawdę ładny utwór, ale trochę za długi. Finałowy "In the End" stanowi natomiast próbę pogodzenia łagodniejszego oblicza grupy z tym czadowym, ale efekt jest dość przeciętny.

"Fly by Night" pokazuje rozwój zespołu i ambicje wykraczające poza granie hard rocka, ale efekt nie zawsze jest równie ciekawy. Niepotrzebne wydają się zwłaszcza wycieczki w stronę bardziej komercyjnego grania (choć miały merkantylne znaczenie - kawałek tytułowy był pierwszym przebojem grupy, nawet jeśli tylko w rodzimej Kanadzie). Ale cały album to zdecydowanie krok we właściwym kierunku.

Ocena: 7/10



Rush - "Fly by Night" (1975)

1. Anthem; 2. Best I Can; 3. Beneath, Between & Behind; 4. By-Tor & the Snow Dog; 5. Fly by Night; 6. Making Memories; 7. Rivendell; 8. In the End

Skład: Geddy Lee - wokal i bass, gitara akustyczna; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rush i Terry Brown


13 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "Rush" (1974)



Kanadyjskie trio Rush zostało założone w 1968 roku przez gitarzystę Alexa Lifesona (właść. Aleksandara Živojinovicia, syna serbskich emigrantów), perkusistę Johna Rutseya i śpiewającego basistę Jeffa Jonesa. Miejsce tego ostatniego szybko zajął Geddy Lee (właść. Gary Lee Weinrib, syn żydowskich emigrantów z Polski). Na początku swojej działalności muzycy grali najzwyklejszy hard rock o bluesowym zabarwieniu. Wczesne dokonania zespołu wywołują skojarzenia przede wszystkim z Cream, Led Zeppelin i - głównie ze względu na wysoki, kobiecy wokal Lee - Budgie. Całkowicie w takiej stylistyce utrzymany jest debiutancki, eponimiczny album Rush.

Dominują tu proste, energetyczne i dość banalne, ale mimo wszystko dość przyjemne kawałki w rodzaju "Finding My Way", "Need Some Love", "Take a Friend" i "In the Mood". Nieco ciekawiej robi się w "What You're Doing" za sprawą naprawdę fajnych riffów i bardziej zadziornego brzmienia. W "Before And After" smaczkiem jest długi balladowy wstęp, kontrastujący z bardzo czadową częścią główną. Najlepsze wrażenie robią jednak dwa najdłuższe utwory, kończące każdą ze stron winylowego wydania. "Here Again" to klasyczna bluesrockowa ballada, ze świetnymi solówkami Lifesona. Natomiast "Working Man" to potężny utwór o nieco jamowej strukturze, przypominający bardziej złożone kompozycje Led Zeppelin i koncertowe improwizacje Cream, a nawet mogący kojarzyć się z debiutem Black Sabbath. Zdecydowanie najciekawszy moment we wczesnej dyskografii Rush.

Zaletą pierwszego albumu Kanadyjczyków jest z pewnością jego surowe brzmienie, pozbawione zbędnych nakładek i udziwnień, dzięki czemu ma niemal koncertowy charakter, a każdy z instrumentalistów zdaje się pełnić tak samo istotną rolę. Pod względem stylistycznym jest to, niestety, bardzo wtórne granie i spóźnione o dobre pięć lat względem brytyjskich zespołów. Dopiero na kolejnych wydawnictwach Rush zyska własną tożsamość. A debiut to album przede wszystkim dla miłośników klasycznego hard rocka.

Ocena: 6/10



Rush - "Rush" (1974)

1. Finding My Way; 2. Need Some Love; 3. Take a Friend; 4. Here Again; 5. What You're Doing; 6. In the Mood; 7. Before And After; 8. Working Man

Skład: Geddy Lee - wokal i bass; Alex Lifeson - gitara; John Rutsey - perkusja
Producent: Rush


12 lutego 2013

[Recenzja] Deep Purple - "Live in California 74" (2005)



"Live in California 74" to druga - i niestety ostatnia - część serii "The Deep Purple DVD Archive Collection". Zawiera zapis osławionego występu Deep Purple (w składzie Mark III z Davidem Coverdale'em i Glennem Hughesem) na festiwalu California Jam, który miał miejsce 6 kwietnia 1974 na Ontario Motor Speedway. Festiwal został zorganizowany przez telewizję ABC, która później emitowała jego fragmenty w swoim programie "In Concert". Poza Deep Purple wystąpili m.in. Emerson, Lake & Palmer, Black Sabbath i The Eagles. Było to największe tego typu wydarzenie od czasu wielkich festiwali z końca poprzedniej dekady (Woodstock, Isle of Wight). Zgromadziło się na nim ponad 250 tysięcy widzów. Deep Purple nigdy wcześniej, ani później, nie występował przed tak liczną publicznością. Festiwal został przygotowany bardzo starannie - zbudowano trzy sceny, które za pomocą szyn można było zamieniać miejscami. Dzięki temu, gdy występował jeden wykonawca, na drugiej scenie można było spokojnie rozbierać sprzęt poprzedniego, a na trzeciej ustawiać sprzęt kolejnego. Pomogło to znacząco skrócić przerwy miedzy poszczególnymi występami.

Niestety, stało się również źródłem problemów. Muzykom Deep Purple zaproponowano ostatni występ podczas festiwalu lub przedostatni, tuż po zachodzie słońca. Wybrali tę drugą opcję, pozwalając grupie ELP wyjść później. Jednak w wyniku minimalnych odstępów między występami poprzednich zespołów, zakończyły się one znacznie przed planowanym czasem. Organizatorzy próbowali więc wypchnąć Deep Purple na scenę wcześniej, niż zostało zakontraktowane, grożąc, że w przeciwnym razie w ogóle nie pozwolą zespołowi wystąpić, co oznaczało również brak zapłaty. Po godzinnej kłótni, z krzykami zniecierpliwionej publiczności w tle, zespół zgodził się rozpocząć występ o 19:30, gdy słońce dopiero zaczęło zachodzić. Początkowo wszystko wyglądało normalnie. Muzycy nie dawali po sobie poznać wzburzenia i perfekcyjnie zagrali swoje utwory, skupiając się na materiale z dopiero co wydanego albumu "Burn" (m.in. rozpędzony utwór tytułowy, który z powodzeniem zajął miejsce "Highway Star", oraz rewelacyjny "Mistreated" z pełnym pasji śpiewem Coverdale'a). Ze starszych utworów zabrzmiały tylko "Smoke on the Water" i "Space Truckin'", oraz cytaty z "Lazy" i "The Mule" w rozimprowizowanym "You Fool No One". Koncert zbliżał się ku końcowi, muzycy tradycyjnie grali długą improwizację w "Space Truckin'", gdy nagle oszalały Blackmore zaczął rozwalać jedną z telewizyjnych kamer za pomocą swojej gitary. Wcześniej podobno wielokrotnie zwracał uwagę kamerzyście, że zasłania go widzom. Następnie Ritchie rozwalił dwie kolejne gitary, podpalił kilka wzmacniaczy (wybuch jednego z nich niemal zdmuchnął go ze sceny), a resztki sprzętu zrzucił do fosy pod sceną. Tuż po zakończeniu występu, ewakuował się helikopterem do sąsiedniego stanu, aby uniknąć aresztowania przez policję, wezwaną przez organizatorów. W tej sytuacji publiczność nie mogła liczyć na żadne bisy.

Niestety, DVD nie jest pozbawione kilku technicznych wad. Jakość brzmienia pozostawia sporo do życzenia, chociaż tragedii nie ma, słychać wszystkie dźwięki. Gorzej jest pod względem wizualnym. W porównaniu z wyraźnym obrazem na "Live in Concert 72/73", tutaj pełno jest różnego rodzaju zakłóceń, niczym na starej kasecie VHS. Dziwny jest też montaż - muzycy pokazywani są z daleka, zbliżenia padają właściwie tylko na Coverdale'a. Szczególnie irytuje to podczas finałowego szaleństwa Blackmore'a... Wszystko jednak wynagradza wspaniała muzyka. Utwory z "Burn" bardzo dobrze sprawdzają się na żywo, a improwizacje muzyków są równie interesujące, co na poprzednim DVD - w końcu w zespole wciąż grali Blackmore, Lord i Paice, a Hughes okazuje się lepszym basistą od Glovera. Wokalnie też bez zarzutu, Coverdale był wtedy w szczytowej formie, a Hughes bardzo się starał, żeby zabrzmieć przynajmniej tak samo dobrze, jak główny wokalista. Na "Live in California 74" znalazł się także bonus, w postaci utworów "Burn" i "Might Just Take Your Life" w wersji z tego samego koncertu, ale z innym montażem (zupełnie bezsensowny dodatek), a także reklama "Live in Concert 72/73", w postaci pochodzącego z niego utworu "Highway Star". Szkoda, że zamiast tego nie zamieszczono tutaj jakiś dodatkowych rejestracji innych koncertów Mark III, choćby ich fragmentów.

"Live in California 74" udowadnia, że niedoceniany skład Mark III był co najmniej tak samo dobry, jak słynny Mark II. A zaprezentowany tu występ przeszedł do historii rocka. Dlatego wstyd go nie znać.

Ocena: 9/10



Deep Purple - "Live in California 74" (2005)

California Jam 1974: 1. Arrival at airport; 2. Burn; 3. Might Just Take Your Life; 4. Lay Down, Stay Down; 5. Mistreated; 6. Smoke on the Water; 7. You Fool No One; 8. Space Truckin'; Bonus: 9. Burn; 10. Might Just Take Your Life; 11. Highway Star ("Live in Concert 72/73" preview)

Skład: David Coverdale - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Glenn Hughes - bass i wokal; Ian Paice - perkusja
Producent: Drew Thomson i Tony Edwards


11 lutego 2013

[Recenzja] Deep Purple - "Live in Concert 72/73" (2005)



W 2005 roku dyskografia Deep Purple poszerzyła się o dwa bardzo interesujące wydawnictwa DVD, opublikowane w ramach serii "The Deep Purple DVD Archive Collection". Wartość tego materiału jest ogromna - to jedne z niewielu audiowizualnych materiałów Deep Purple z czasów szczytowej popularności i formy grupy, które się zachowały. Większość filmowych materiałów przedstawiających zespół niestety przepadła przez ówczesną politykę stacji telewizyjnych, które po wyemitowaniu zarejestrowanych przez siebie koncertów, nie przechowywały ich, lecz przeznaczały taśmy do ponownego użytku. Na szczęście nie wszystkie kraje trzymały się tej zasady. Np. w archiwach duńskiej telewizji przetrwała jedyna kompletna filmowa rejestracja występu Mark II z lat 70., będąca zapisem koncertu z 1 marca 1972 roku w Kopenhadze. I to właśnie ten materiał jest główną atrakcją pierwszej odsłony wspomnianej serii, zatytułowanej "Live in Concert 72/73".

Chociaż koncert odbył się jeszcze w ramach trasy promującej album "Fireball", muzycy zagrali tylko dwa pochodzące z niego utwory: "The Mule" (tradycyjnie poszerzony o perkusyjne solo Iana Paice'a) i "Fireball". No dobrze, jest jeszcze "Strange Kind of Woman" (jak zwykle z wokalno-gitarowym pojedynkiem Iana Gillana i Ritchiego Blackmore'a), z amerykańskiego wydania albumu (w Europie ukazał się wyłącznie na singlu). Pozostałe utwory wypadły z setlisty, bo - zdaniem muzyków - nie sprawdzały się dobrze na żywo. Co jednak ciekawe, zespół nie wrócił do starszego materiału (są tylko obowiązkowe "Child in Time" i "Black Night"), a zaprezentował trzy utwory z wówczas jeszcze niewydanego albumu "Machine Head": "Highway Star", "Lazy" i "Space Truckin'". Całości dopełnił cover "Lucille" Little Richarda. Repertuar dość mocno przypomina więc późniejsze występy z Japonii, udokumentowane słynną koncertówką "Made in Japan". Zasadniczą różnicą jest brak "Smoke on the Water" (został włączony do setlisty później, ponieważ muzykom dość długo zajęło odkrycie jego komercyjnego potencjału), a także obecności "Fireball", który podczas japońskich występów został zastąpiony utworem "Speed King".

O wykonaniach nie muszę chyba dużo pisać - w tamtym czasie niewiele rockowych wykonawców mogło się równać na scenie z Deep Purple. Muzycy byli w szczytowej formie, co słychać w rewelacyjnych improwizacjach, obecnych we wszystkich utworach z podstawowego setu (podczas bisów dla odmiany grali bardziej zwarte utwory). Brzmieniowo jest zaskakująco dobrze - nawet lepiej, niż na "Made in Japan" (tutaj wyraźniej słychać basowe partie Rogera Glovera). Słabiej jest niestety pod względem wizualnym. I nawet nie chodzi o to, że koncert został sfilmowany na czarno-białej taśmie. Gorzej, że zrobiono to za pomocą najwyżej dwóch kamer, przez co ujęcia są bardzo długie i statyczne. A co gorsze, kamerzyści skupili się głównie na środku sceny, gdzie znajdowali się Gillan, Glover i Paice. Stojącego po lewej stronie sceny Jona Lorda widać rzadziej i zawsze albo od tyłu, albo w tle innych muzyków. Natomiast przebywającego po prawej stronie Ritchiego Blackmore'a widać z jeszcze mniejszą częstotliwością - czasami nie pojawia się na ekranie przez kilkanaście minut! Kamerzysta poświęca mu więcej uwagi właściwie tylko podczas obowiązkowej dewastacji gitary w finale "Space Truckin'".

DVD zawiera także fragment występu z 29 maja 1973 roku w Nowym Jorku. Cały koncert został zarejestrowany przez stację telewizyjną ABC, a następnie jego 20-minutowy fragment (nieco poprzycinane wersje "Strange Kind of Woman", "Smoke on the Water" i "Space Truckin'") wyemitowano w programie "In Concert". Niestety, pełna rejestracja koncertu została skasowana, w archiwum zachował się jedynie ten wyemitowany fragment. To ogromna strata, ponieważ ocalała część rejestracji prezentuje się naprawdę wspaniale: posiada dobre brzmienie, rewelacyjną jakość obrazu (tym razem w kolorze) i bardzo dynamiczny - jak na tamte czasy - montaż, w którym każdemu muzykowi poświęcono wystarczająco dużo miejsca. Ta rejestracja ma też wartość historyczną, gdyż występ odbył się równo miesiąc przed ostatnim koncertem tego składu (w latach 70., bo jedenaście lat później doszło do jego reaktywacji). Konflikt na linii Gillan-Blackmore osiągnął w tamtym czasie punkt krytyczny, muzycy spotykali się wyłącznie na scenie, a wokalista już postanowił, że po tej trasie odejdzie... A jednak podczas tradycyjnego "pojedynku" w "Strange Kind of Woman" obaj się do się siebie uśmiechają, jakby nigdy nic. Bezcenny widok, nawet jeśli było to wymuszone... Ponadto na DVD znalazła się zapowiedź kolejnej części "The Deep Purple DVD Archive Collection", "Live in California 74", w postaci utworu "Burn".

"Live in Concert 72/73" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich wielbicieli rocka, bo niewiele było zespołów, które tak rewelacyjnie prezentowały się na scenie.

Ocena: 9/10



Deep Purple - "Live in Concert 72/73" (2005)

Denmark 1972: 1. Highway Star; 2. Strange Kind of Woman; 3. Child in Time; 4. The Mule; 5. Lazy; 6. Space Truckin'; 7. Fireball; 8. Lucille; 9. Black Night; New York 1973: 10. Strange Kind of Woman; 11. Smoke on the Water; 12. Space Truckin'; Bonus: 13. Burn ("Live in California 74" preview)

Skład: Ian Gillan - wokal, instr. perkusyjne, harmonijka; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja
Producent: Drew Thomson i Tony Edwards


10 lutego 2013

[Recenzja] Mark Blake - "Prędzej świnie zaczną latać: Prawdziwa historia Pink Floyd" (2012)

"Prędzej świnie zaczną latać: Prawdziwa historia Pink Floyd" Marka Blake'a - wydana w Polsce pięć lat po premierze oryginału - jest reklamowana jako pierwsza pełna biografia grupy. Trudno powiedzieć, czy poprzednie publikacje tego typu rzeczywiście nie były kompletne - bo z żadną z nich nie miałem do czynienia. Faktem jest, że biografia autorstwa Blake'a, obejmująca ponad 500 stron, jest niezwykle dokładna i szczegółowa.

Akcja książki rozpoczyna się od występu grupy na Live 8, 2 lipca 2005 roku. Był to pierwszy wspólny pobyt na scenie najbardziej znanego składu Pink Floyd (Roger Waters, David Gilmour, Rick Wright i Nick Mason) od dokładnie ćwierćwiecza i - jak się później okazało - ostatni w ogóle. Opisany został tak dokładnie, że niemal można poczuć się jak uczestnik tamtych wydarzeń. W kolejnych rozdziałach cofamy się do samych początków. Do dzieciństwa i dorastania muzyków zespołu, z naciskiem na trzy najważniejsze postaci - Watersa, Gilmoura, a także pierwszego lidera zespołu, Syda Barretta. Sporo tu wypowiedzi ludzi z ówczesnego otoczenia Floydów, w większości mało istotnych, nie dotyczących muzyki, a często nawet nie mających nic wspólnego z członkami grupy. W tle pojawiają się informacje o pierwszych zespołach bohaterów książki, o częstych zmianach składu i nazwy ich właściwej grupy, ale więcej miejsca poświęcono tu narkotykowym eksperymentom Barretta i jego znajomych.

Ciekawiej robi się kiedy już dojdziemy do pierwszej profesjonalnej sesji muzyków, czyli do nagrywania debiutanckiego albumu, "The Piper at the Gates of Dawn". Od tego miejsca zdecydowana większość cytatów to wypowiedzi członków zespołu, a autor skupia się na opisywaniu kolejnych pobytów w studiu i tras koncertowych. Na szczęście o życiu prywatnym muzyków nie pisze zbyt wiele - pojawiają się tylko informacje o kolejnych rozwodach i ślubach. Po wyrzuceniu Barretta z zespołu, nie znika on z kartek książki. Można się dowiedzieć jak przebiegała jego krótka kariera solowa, a także czym zajmował się po zakończeniu przygody z muzyką. Równie dużo miejsca poświęcone zostało solowym działaniom pozostałych muzyków, chociaż - jak przyznaje autor - poza grupą nie udało im się odnieść wielkich sukcesów (wyjątek stanowi jedynie album "On an Island" Gilmoura).

Książka przynosi wiele ciekawostek, ale żadnych wielkich odkryć, które mogłyby zaskoczyć fanów grypy, jako tako orientujących się w jej historii. Może tylko pozwala lepiej poznać charakter wszystkich osób związanych z zespołem. Autor doprowadził swoją opowieść do 10 maja 2007, kiedy to odbył się koncert poświęcony zmarłemu rok wcześniej Sydowi Barrettowi, na którym wystąpili Gilmour, Wright i Mason, a także - osobno - Waters. O późniejszych wydarzeniach, przede wszystkim o śmierci Wrighta w 2008 roku, dowiedzieć można się z posłowia, napisanego przez Piotra Metza, dziennikarza radiowej Trójki. Skoro już mowa o polskim wydaniu, zastrzeżenia można mieć do tłumaczenia. Słowo "slide", odnoszące się do techniki gry na gitarze i niemające polskiego odpowiednika, wielokrotnie zostało przetłumaczone jako "slajd" (lepiej pasowałoby np. "ślizg").

Jeśli pominąć drugi i trzeci rozdział, książkę czyta się szybko i przyjemnie. Śmiało mogę ją polecić nie tylko największym wielbicielom Pink Floyd, ale każdemu, kto choć trochę interesuje się muzyką rockową. Dodatkową atrakcją są dwie wkładki ze zdjęciami - tylko część z nich, te przestawiające zespół, są powszechnie znane; pozostałe mają bardziej prywatny charakter. Największe emocję wzbudzić mogą fotografie bardzo młodego Syda Barretta, jak i te przedstawiające go już po odejściu z zespołu. Dzięki innym dowiedzieć się można także jak wyglądali Storm Thorgerson (autor większości okładek grupy) czy Steve O'Rourke (nieżyjący już menadżer zespołu).



Mark Blake - "Prędzej świnie zaczną latać: Prawdziwa historia Pink Floyd" (2012)

Tytuł oryginału: "Pigs Might Fly: The Inside Story of Pink Floyd"
Rok wydania oryginału: 2007
Tłumaczenie: Jakub Michalski


9 lutego 2013

[Recenzja] Wishbone Ash - "First Light" (2007)



"First Light" to materiał demo zarejestrowany przez Wishbone Ash w pierwszej połowie 1970 roku. Nagrania miały pomóc znaleźć wydawcę, a gdy już zespół podpisał kontrakt - zapomniano o nich, aż w 2006 roku oryginalny acetat został kupiony na aukcji przez pewnego miłośnika zespołu ze Stanów. Nie zatrzymał go dla siebie, lecz doprowadził do oficjalnego, autoryzowanego przez zespół, wydania.

Większość tego materiału została przez zespół ponownie nagrana w bardziej profesjonalnych warunkach. Pięć utworów trafiło na eponimiczny debiut (gdzie uzupełniła je napisana później kompozycja "Phoenix"). Pomijając kwestię brzmienia, w "Blind Eye", "Queen of Torture" i "Handy" różnice są praktycznie niewyczuwalne, podobnie w "Errors of My Way", pomijając słabszą warstwę wokalną, ale już taki "Lady Whiskey" jest o połowę krótszy. Znalazła się tu także kompozycja "Alone", którą zespół nagrał później na swój drugi album, "Pilgrimage". Tam jednak trafiła w wersji instrumentalnej, podczas gdy tutejsza posiada całkiem przyjemną partię wokalną. Profesjonalnie zarejestrowanych wersji nie doczekały się natomiast "Roads of Day to Day" i "Joshua", które dopiero dzięki "First Light" ujrzały światło dzienne. Pierwszy z nich to kolejna przyjemna, ale nieszczególnie się wyróżniająca piosenka, natomiast drugi - krótki instrumental z fajnymi partiami gitar, lecz zmierzający donikąd.

"First Light" to w sumie niezłe uzupełnienie podstawowej dyskografii Wishbone Ash (zdecydowanie lepsze od studyjnych albumów nagranych po "No Smoke Without Fire"), ale tak naprawdę nie wnoszące do niej wiele nowego. Sześć z ośmiu utworów zostało później zarejestrowane na lepszym sprzęcie. Z tutejszych wykonań jedynie "Alone" przewyższa późniejszą wersję, dzięki obecności partii wokalnej. Dwa unikalne dla tego wydawnictwa utwory są natomiast niewarte zachodu, jaki wiąże się z jego zdobyciem. Dlatego mogę je polecić z czystym sumieniem jedynie wielbicielom zespołu.  

Ocena: 6/10



Wishbone Ash - "First Light" (2007)

1. Lady Whiskey; 2. Roads of Day to Day; 3. Blind Eye; 4. Joshua; 5. Queen of Torture; 6. Alone; 7. Handy; 8. Errors of My Way

Skład: Martin Turner - wokal i bass; Andy Powell - wokal i gitara; Ted Turner - wokal i gitara; Steve Upton - perkusja
Producent: Phil Dunne, Eddie Offord i Wishbone Ash


6 lutego 2013

[Recenzja] Wishbone Ash - "No Smoke Without Fire" (1978)



Po serii naprawdę kiepskich albumów, zespół - parafrazując jeden z jego tekstów - powstał jak feniks z popiołów. "No Smoke Without Fire" to najlepsze wydawnictwo Wishbone Ash od czasu "There's the Rub", a zarazem najlepszy ze wszystkich wydanych później (jednak biorąc pod uwagę ich poziom, nie jest to szczególny wyczyn). Muzycy odzyskali dawną energię i nagrali jeden ze swoich najbardziej żywiołowych, najbardziej hardrockowych albumów. Niestety, wciąż nie umieli pisać zbyt dobrych utworów, co doskwiera przez większość longplaya.

Dynamiczny "You See Red" to najlepszy otwieracz w historii zespołu, oparty na świetnym, wyrazistym riffie, z dobrą, chwytliwą melodią i naprawdę dobrymi solówkami. Z kolei dwuczęściowy "The Way of the World" to jeden z najlepszych zamykaczy. Szczególnie udanie wypada jego druga, żywsza część, w której muzycy mogą popisać się swoimi umiejętnościami. Wszystko pomiędzy wypada jednak wyraźnie słabiej. "Baby the Angels Are Here" i "Stand and Deliver" bronią się dzięki partiom gitarzystów, ale melodycznie nie są zbyt dobre (razi zwłaszcza banalny refren tego drugiego). Mdła ballada "Ships in the Sky", trywialny "Anger in Harmony" i nużący "Like a Child" (wyróżniający się lekko hiszpańską melodią) to już niestety kawałki, w których nie potrafię znaleźć żadnych pozytywów.

Na "No Smoke Without Fire" słyszalny jest duży postęp w porównaniu z trzema poprzednimi albumami, na których wyraźnie słychać, że muzykom już nie zależy, że nagrywają z przymusu. Tutaj wróciła energia, ale przy braku dobrych pomysłów na utwory (z wyjątkiem pierwszego i ostatniego) nie na wiele się to zdało. "No Smoke Without Fire" to album przede wszystkim dla hardrockowych słuchaczy, którzy ciężkie brzmienie i efektowne solówki cenią bardziej niż melodie lub oryginalność.

Ocena: 6/10



Wishbone Ash - "No Smoke Without Fire" (1978)

1. You See Red; 2. Baby the Angels Are Here; 3. Ships in the Sky; 4. Stand and Deliver; 5. Anger in Harmony; 6. Like a Child; 7. The Way of the World (Part 1); 8. The Way of the World (Part 2)

Skład: Martin Turner - wokal i bass; Andy Powell - gitara i wokal; Laurie Wisefield - gitara i wokal; Steve Upton - perkusja
Producent: Derek Lawrence


5 lutego 2013

[Recenzja] Wishbone Ash - "There's the Rub" (1974)



Po nagraniu czterech albumów, ze składu Wishbone Ash odszedł Ted Turner. Zespół znalazł jednak godnego następcę w osobie Lauriego Wisefielda, wcześniej członka grupy Home (która dziś byłaby kompletnie zapomniana, gdyby jej innym byłym członkiem nie był Cliff Williams, późniejszy basista AC/DC). Niestety, Wisefield okazał się kolejnym świetnym gitarzystą bez specjalnego talentu kompozytorskiego. Albumy drugiego składu Wishbone Ash w większości są zupełnie nijakie i niewarte uwagi. Z jednym wyjątkiem - najwcześniejszy z nich "There's the Rub" jest wydawnictwem całkiem udanym. I to pomimo bardziej amerykańskiego brzmienia, za które odpowiada producent Bill Szymczyk, znany przede wszystkim ze współpracy z The Eagles.

To właśnie tutaj znalazł się jeden z najbardziej znanych i najlepszych utworów zespołu - "Persephone". Wyróżnia się naprawdę dobrą melodią, pastoralnym nastrojem i świetnymi popisami instrumentalistów (w tym solówką na mandolinie). W takim graniu zespół zawsze był dobry. Na tym albumie znalazł się jeszcze jeden utwór tego typu - prawie tak samo udany "Lady Jay". A co poza tym? Chociażby "Silver Shoes" ze świetną częścią instrumentalną, w trakcie której można podziwiać doskonałą współpracę całego składu, ale też nużącym początkiem ocierającym się o country (zapewne wpływ Szymczyka), przez co utwór słabo sprawdza się jako otwieracz. Do tej roli o wiele lepiej nadawałby się stricte hardrockowy "Don't Come Back", oparty na wyjątkowo wyrazistym - jak na Wishbone Ash - riffie. Kawałek sam w sobie jest jednak dość przeciętny. Podobnie, jak inny żywszy fragment longplaya, "Hometown", zanadto zbliżający się do amerykańskiego mainstreamu. Ale znalazł się tu jeszcze dziewięciominutowy instrumental "F.U.B.B.", w którym niczym nieskrępowani muzycy pokazują swoje umiejętności. Początek może nie porywa, ale potem utwór fantastycznie się rozkręca.

"There's the Rub", pomimo swoich wad, jest jednym z najbardziej udanych wydawnictw w (za) długiej karierze Wishbone Ash, a takie utwory, jak "Persephone", "Lady Jay" i "F.U.B.B", powinny na stałe zapisać się w kanonie rocka. Aż trudno uwierzyć, że zespół tuż potem nagrał okropnie bezbarwny i nijaki "Locked In", a potem nieznacznie lepszy, ale wciąż boleśnie przeciętny "New England" i znów słabszy "Front Page News". Później było nieco lepiej (przez pewien czas), ale zespołowi już nigdy nie udało się przeskoczyć poziomu "There's the Rub".

Ocena: 7/10



Wishbone Ash - "There's the Rub" (1974)

1. Silver Shoes; 2. Don't Come Back; 3. Persephone; 4. Hometown; 5. Lady Jay; 6. F.U.B.B.

Skład: Martin Turner - wokal i bass; Andy Powell - gitara, wokal, mandolina; Laurie Wisefield - gitara, bandżo, wokal; Steve Upton - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Albhy Galuten - instr. klawiszowe (3); Nelson Flaco Padron - instr. perkusyjne (6)
Producent: Bill Szymczyk


4 lutego 2013

[Recenzja] Wishbone Ash - "Wishbone Four" (1973)



Po sukcesie albumu "Argus" oczekiwania wobec Wishbone Ash były spore. Byliśmy pod ogromną presją - przyznawał perkusista Steve Upton. Ludzie chcieli od nas kolejnego "Argusa". A my bez problemu moglibyśmy im to dać. Tylko że wtedy przestalibyśmy się rozwijać. Nie chcieliśmy robić kopii tej płyty. Nie wolno dopuścić do takiej sytuacji, że to publiczność zaczyna ci dyktować, co powinieneś grać. W efekcie muzycy nagrali album nieco bardziej różnorodny, wzbogacony o nowe rozwiązania. Nie zawsze wychodzi to jednak na dobre.

Początek jest jednak całkiem obiecujący. "So Many Things to Say" to jeden z lepszych otwieraczy w historii zespołu. Energetyczny, z wyjątkowo zadziorną partią wokalną i świetną gitarą slide. Niby nic wybitnego, ale słucha się tego przyjemnie. Kolejny utwór, "Ballad of the Beacon" to jedna z tych typowych dla grupy, uroczych piosenek o folkowym zabarwieniu i pastoralnym nastroju. Nieco naiwna, ale naprawdę zgrabna i ozdobiona ładnymi solówkami gitarzystów, którym tradycyjnie towarzyszy wyrazisty puls basu. Niestety, dalej coś zaczyna się psuć. Wzbogacony sekcją dętą i pianinem "No Easy Road" to nieznośnie banalny rock and roll (co ciekawe, jego bardziej surowa wersja znalazła się wcześniej na stronie B singla "Blowin' Free" - i to było właściwe miejsce dla tego kawałka). Równie trywialnie i beznadziejnie wypada "Doctor". Sytuacji na pewno nie ratują dwa okropnie smętne kawałki: "Sing Out the Song" i zdający się ciągnąć w nieskończoność "Everybody Needs a Friend". Broni się natomiast "Sorrel", przynajmniej w warstwie instrumentalnej - z łkającymi gitarami i świetnie uwypuklonym basem - bo partia wokalna jest dość mdła. Ujdzie też energetyczny "Rock 'n' Roll Widow", w którym sztampowy refren równoważą dobre popisy gitarzystów.

"Wishbone Four" to kolejny album zespołu, na którym niewątpliwie spore umiejętności instrumentalistów marnują się przez brak dobrych kompozycji. Utworom brakuje wyrazistości, często popadają w banał lub są zwyczajnie smętne. Nie pomaga brak rozpoznawalnego i potrafiącego śpiewać wokalisty. Bo choć głosy Martina Turnera, Andy'ego Powella i Teda Turnera czasem mają swój urok (jak w "Ballad of the Beacon"), to przeważnie wypadają mdło i na granicy fałszu. To wszystko nie przeszkodziło jednak temu albumowi w odniesieniu sukcesu - okazał się najwyżej notowanym wydawnictwem zespołu w Stanach (44. miejsce na liście Billboardu) i drugim najlepiej notowanym w Wielkiej Brytanii (12. miejsce na UK Albums Chart). Niewątpliwie są tutaj udane momenty (przede wszystkim dwa pierwsze utwory), ale całość pozostawia sporo do życzenia.

Ocena: 6/10



Wishbone Ash - "Wishbone Four" (1973)

1. So Many Things to Say; 2. Ballad of the Beacon; 3. No Easy Road; 4. Everybody Needs a Friend; 5. Doctor; 6. Sorrel; 7. Sing Out the Song; 8. Rock 'n' Roll Widow

Skład: Martin Turner - wokal i bass; Andy Powell - gitara i wokal; Ted Turner - gitara i wokal; Steve Upton - perkusja i instr.perkusyjne
Gościnnie: Graham Maitland - pianino (3); Phil Kenzie, Dave Coxhill i Bud Parks - instr. dęte (3); George Nash - instr. klawiszowe (4)
Producent: Wishbone Ash


3 lutego 2013

[Recenzja] Wishbone Ash - "Argus" (1972)



"Argus", trzeci album Wishbone Ash, to najsłynniejsze wydawnictwo zespołu. Longplay doszedł aż do trzeciego miejsca brytyjskiego notowania, wyprzedzając o jedno miejsce "Machine Head" Deep Purple, a przegrywając jedynie z mocno mainstreamowymi T.Rex i Simon and Garfunkel. Skąd ta nagła popularność? Być może to zasługa przyciągającej uwagę okładki, zaprojektowanej przez firmę Hipgnosis, znaną przede wszystkim ze współpracy z Pink Floyd. Bo na pewno nie zupełnie bezbarwnego, banalnego (i jak zwykle nienotowanego na listach) singla "Blowin' Free", będącego najsłabszym momentem całości.

Album rozpoczyna się nietypowo, bo od delikatnych, folkowych dźwięków gitar akustycznych i pastoralnej, wielogłosowej partii wokalnej. Po trzech minutach utwór, zatytułowany "Time Was", nabiera jednak rockowej dynamiki. Popisy gitarzystów jak zwykle zachwycają, w tle przyjemnie pulsuje bas, ale nieco razi banalna melodia. Zdecydowanie nie jest to dobry utwór na otwarcie, zarówno ze względu na wspomniany wstęp, jak i prawie dziesięciominutowy czas trwania. Na podobnej zasadzie został zbudowany kolejny utwór, "Sometime World" - najpierw ładna, balladowa część, a potem mocniejsze przyśpieszenie. Tym razem całość jest bardziej zwarta, a gitarowo-basowe popisy należą do najlepszych w dorobki grupy. Gdyby tylko nie te idiotyczne wokalizy Martina Turnera, byłby to naprawdę świetny kawałek.

Po kompletnie nijakim "Blowin' Free" rozbrzmiewa nieco ciekawszy "The King Will Come". Instrumentaliści znów odwalają kawał dobrej roboty, szczególnie fajny jest główny riff, ale melodycznie jest nieco zbyt banalnie i jakoś tak zbyt grzecznie w fragmentach wokalnych, co nie pasuje do ostrych gitar w instrumentalnych częściach. Za to najłagodniejszy w zestawie "Leaf and Stream" ma przynajmniej ciekawy, oniryczny klimat, który prawie skutecznie ukrywa miałkość partii wokalnej. Dobre wrażenie pryska jednak wraz z pierwszymi dźwiękami "Warrior". Kawałek łączy hardrockowy banał z nadętym patosem, co nie mogło się dobrze skończyć. Na zakończenie rozbrzmiewa podniosła ballada "Throw Down the Sword", zakończona kolejnym świetnym gitarowym popisem (tym razem, wyjątkowo, obie ścieżki gitar zostały zagrane przez Andy'ego Powella), ale wcześniej dość nużąca.

Trudno powiedzieć, dlaczego akurat ten album Wishbone Ash cieszy się takim uznaniem. W porównaniu z poprzednimi nastąpił tu wyraźny spadek jakości. Instrumentaliści wciąż grają wspaniale, ale nie na wiele się to zdaje przy tak przeciętnych kompozycjach. A całość dodatkowo pogrążają słabe wokale, które nadają całości bardzo smętnego charakteru. Jest tutaj kilka naprawdę dobrych, wręcz porywających fragmentów instrumentalnych, ale żaden utwór nie jest pozbawiony wad.

Ocena: 6/10



Wishbone Ash - "Argus" (1972)

1. Time Was; 2. Sometime World; 3. Blowin' Free; 4. The King Will Come; 5. Leaf and Stream; 6. Warrior; 7. Throw Down the Sword

Skład: Martin Turner - wokal i bass; Andy Powell - gitara i wokal; Ted Turner - gitara i wokal; Steve Upton - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: John Tout - organy (7)
Producent: Derek Lawrence


2 lutego 2013

[Recenzja] Wishbone Ash - "Pilgrimage" (1971)



Muzycy Wishbone Ash przystąpili do nagrywania swojego drugiego albumu we wrześniu 1971 roku - równo rok po zarejestrowaniu debiutu. W międzyczasie byli jednak zajęci intensywnym koncertowaniem. Tworzeniem nowego materiału zajęli się tuż przed wejściem do studia. W rezultacie album, zatytułowany "Pilgrimage", jest dość dziwną zbieraniną. Znalazł się tu jeden cover, jedno nagranie koncertowe, jeden kawałek napisany jeszcze przed pierwszym albumem i kilka instrumentalnych utworów, do których muzycy być może po prostu nie zdążyli napisać tekstów.

Album rozpoczyna się od przeróbki jazzowej kompozycji Jacka McDuffa, "Vas Dis". Muzycy podkręcili tempo, dodali bardziej rockowej energii i ciężaru, ale zachowali jazzowy charakter, wykazując się sporym kunsztem. Szkoda tylko, że rewelacyjną grę gitarzystów i sekcji rytmicznej przez sporą część utworu zagłusza głupkowata wokaliza Martina Turnera. Nie rozumiem, jak można było tak spieprzyć tak dobrą warstwę instrumentalną. Tytułowy "Pilgrimage" rozpoczyna się łagodnym, folkowym wstępem, który jest jednak nieco zbyt długi i monotonny, a przez to nużący. Pod koniec trzeciej minuty bardzo się jednak rozkręca i zmienia w kolejną porywającą, energetyczną improwizację, z fantastycznie pulsującym, mocnym basem i rewelacyjnymi solówkami obu gitarzystów. Zespół chyba nigdy nie zbliżył się bardziej do rocka progresywnego, niż w tym nagraniu. Co prawda, tutaj także pojawia się bezsensowna wokaliza, ale na szczęście trwa tylko chwilę.

"Jail Bait" to pierwszy utwór z tekstem i normalną partią wokalną. Niestety, pod względem jest aż zbyt zwyczajny - prosty, energetyczny kawałek hardrockowy w rytmie boogie. Następnie rozbrzmiewają dwa urocze instrumentale: "Alone" i "Lullaby" (pierwszy z nich, w dłuższej wersji i z partią wokalną, pochodzi z pierwszego demo grupy, które po latach zostało oficjalnie wydane pod tytułem "First Light"). Także w tych króciutkich utworach muzycy pokazują swój talent, choć obywa się bez większych szaleństw, pokazują tu swoją subtelniejszą stronę, zdradzają folkowe inspiracje. Najpiękniejszym utworem jest jednak "Valediction", który najbardziej, o dziwo, zachwyca warstwą wokalną - harmonicznym śpiewem w stylu Crosby, Stills & Nash. Ale nie brakuje tu też ładnych gitarowych solówek. Folkowy klimat zostaje przełamany zaskakującym zakończeniem w rytmie reggae. Finałowy "Where Were You Tomorrow" to natomiast nagranie koncertowe (zarejestrowane w czerwcu 1971 roku w Leicester). Standardowe boogie, ale rozciągnięte do dziesięciu minut gitarowymi popisami o bluesowym zabarwieniu. Mimo to, miejscami dość nużące

"Pilgrimage" to album wyjątkowo niespójny stylistycznie, na którym kompletnie bez pomysłu wymieszano dwa kawałki boogie, trzy folkowe, jeden jazz-rockowy i jeden progresywny. Poszczególne utwory zwykle jednak się bronią, kilka z nich należy do najlepszych w repertuarze Wishbone Ash, ale do większości z nich mam pewne zastrzeżenia. Warto jednak poznać ten album, dla fantastycznych popisów instrumentalnych w "Vas Dis" i tytułowym "Pilgrimage", oraz pięknych wokali w "Valediction". 

Ocena: 7/10



Wishbone Ash - "Pilgrimage" (1971)

1. Vas Dis; 2. The Pilgrim; 3. Jail Bait; 4. Alone; 5. Lullaby; 6. Valediction; 7. Where Were You Tomorrow (live)

Skład: Martin Turner - bass, wokal; Andy Powell - gitara, wokal; Ted Turner - gitara, wokal; Steve Upton - perkusja
Producent: Derek Lawrence