17 stycznia 2013

[Recenzja] Riverside - "Shrine of New Generation Slaves" (2013)



"Shrine of New Generation Slaves" to już piąty studyjny album warszawskiego Riverside. Do tej pory postrzegałem ich raczej jako podróbkę Porcupine Tree, bardziej niż zespół, któremu warto poświęcić więcej uwagi. Ogromnie zaskoczył mnie promujący ten longplay singiel zatytułowany "Celebrity Touch", brzmiący jak... Deep Purple. Jest w nim sporo z klimatu nagrań tej grupy z lat 70., zwłaszcza w stricte hard rockowym gitarowym riffie, zdublowanym Hammondem. W drugiej połowie utworu jest bardziej progresywnie, ale zaskoczenie - bardzo pozytywne - pozostaje. Zachęcony tym utworem postanowiłem przesłuchać cały album.

Purplowo robi się jeszcze w jednym momencie - w klawiszowej solówce rozpoczynającej się w piątej minucie "Escalator Shrine", brzmiącej jak żywcem wyjęta z "In Rock". Ten 12-minutowy utwór to prawdziwe opus magnum longplaya. Po wspomnianej solówce rozpoczyna się riffowy fragment nieco w stylu Black Sabbath, po którym z kolei rozbrzmiewają delikatne dźwięki gitary, przypominające Pink Floyd. Balladowy początek utworu i mocniejsza końcówka brzmią jednak bardzo typowo dla Riverside.

Muzycy nie zapominają jednak o swojej fascynacji Porcupine Tree. Słychać ją w dwóch pierwszych utworach, "New Generation Slave" i "The Depth of Self-Delusion", łączących w sobie nowoczesne metalowe riffowanie z delikatniejszymi, prog rockowymi fragmentami. Ten drugi utwór to najbardziej chwytliwy fragment albumu, obok "Celebrity Touch". Inspirację zespołem Stevena Wilsona słychać jeszcze w progresywnej balladzie "Deprived (Irretrievably Lost Imagination)", zakończonej saksofonowym solem, a zwłaszcza w przepięknej, akustycznej miniaturce "Coda".

Albumu dopełniają: delikatny "We Got Used to Us", oparty głównie na brzmieniach pianina oraz najmniej przekonujący "Feel Like Falling", momentami korzący się z popowym wcieleniem Genesis, chociaż z ciekawymi instrumentalnymi fragmentami. W wersji rozszerzonej (oraz winylowej) album zawiera dwa dodatkowe utwory, ponad 10-minutowe studyjne jamy: "Night Session (Part One)" i "Night Session (Part Two)". Ciekawiej wypada drugi, wzbogacony saksofonem.

Zaskakująco udany album. Poważny kandydat do płyty roku.

Ocena: 8/10

14 lutego 2018:

W momencie, kiedy ten album się ukazał, wymieszanie klimatu nagrań Porcupine Tree i późnego Pink Floyd z klasycznie hardrockowym riffowaniem, było dla mnie wystarczającym powodem, by wystawić wysoką ocenę, nie zważając na to, że kompozytorsko i wykonawczo jest to nieporównywalnie słabsze od pierwowzorów. Po głębszym zapoznaniu się z klasyką rocka progresywnego, stało się dla mnie jasne, jak marnym naśladowcą jest Riverside, powielając wszystkie błędy neo-progresu: na siłę wydłużane kompozycje (poprzez wprowadzanie bez żadnej logiki kolejnych motywów), smętno-melancholijny klimat i brak dobrych melodii. Tutaj dochodzą do tego jeszcze toporne, niezapamiętywalne riffy. Ok, zdarzają się tu nawet niezłe, jak na ten styl, momenty: "The Depth of Self-Delusion" ma zalążki niezgorszej melodii, a "Celebrity Touch" brzmi prawie jak Deep Purple z lat 80. To spory postęp w stosunku do wcześniejszych wydawnictw grupy. Na każdy z nich przypadają jednak kompletne mielizny kompozytorskie, jak "New Generation Slave" czy "Deprived". Często też wieje banałem, jak w "We Got Used to Us", "Feel Like Falling" i "Coda". Natomiast chwalony w recenzji "Escalator Shrine" jest chaotycznym zlepkiem różnych pomysłów, które połączono bez żadnego sensu.

Wstyd mi jak diabli za te wszystkie bzdury, które tu nawypisywałem pięć lat temu. Na usprawiedliwienie dodam, że po opublikowaniu tej recenzji, słuchałem tego albumu może jeszcze ze dwa razy, w dużych odstępach czasowych. Nawet wtedy wolałem zamiast niego włączyć któreś z wydawnictw Pink Floyd lub Deep Purple.

Ocena: 4/10



Riverside  - "Shrine of New Generation Slaves" (2013)

1. New Generation Slave; 2. The Depth of Self-Delusion; 3. Celebrity Touch; 4. We Got Used to Us; 5. Feel Like Falling; 6. Deprived (Irretrievably Lost Imagination); 7. Escalator Shrine; 8. Coda

Skład: Mariusz Duda - wokal, bass i gitara akustyczna; Piotr Grudziński - gitara; Michał Łapaj - instr. klawiszowe; Piotr Kozieradzki - perkusja
Gościnnie: Marcin Odyniec - saksofon (6)
Producent: Riverside, Magda i Robert Srzedniccy


22 komentarze:

  1. "Celebrity Touch", choć purpurowy, brzmi raczej jak (jednak) nieudolna kopia "Shallow" PTree. Nie słuchałem całej płyty, ale wg mnie Duda jest wielkim fanem Wilsona, choć się do tego nie przyznaje. Tyle w jego muzyce nawiązań do stylistyki PTree, że aż trudno nie skojarzyć. reszty płyty nie znam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "choć się do tego nie przyznaje"? Wiesz, warto czasami dowiedzieć się więcej na temat kogoś lub czegoś zanim zacznie się gadać takie durnoty. To na prawdę nie jest trudne, wystarczy wejść na stronę zespołu i troszeczkę poczytać. A poza tym co tu do "przyznawania się"? Czy to jakiś wstyd? To że on jest fanem Wilsona to nie jest żadna tajemnica, lecz wiedza powszechna wśród słuchaczy Riverside, nie mówiąc o tym że jest to też napisane na ich stronie.

      A tak przy okazji, to nie tylko Duda piszę muzyke, tylko cały zespół, i wydaję mi się że na ich stronie każdy jeden "przyznaje się" do lubienia Porcupine Tree. A gdybyś miał/miała uch do muzyki, to oczywiste były by też nawiązania do innych zespołow, i ta mieszanka powoduje niepowtarzane brzmienie, i ja nie znam żadnego zespołu który do czegoś nie nawiązuje.

      To tak jak ja bym powiedział "Nie słuchałem całej płyty, ale wg mnie Wilson jest wielkim fanem Gilmour'a, choć się do tego nie przyznaje.

      Usuń
  2. Więcej tam nawiązań do Marillion, Flojdów czy po prostu klasycznego rocka z lat 70. Purple, Sabbath, wszystko się zgadza. Oprócz oceny ;) Niemniej album porządny, cieszy że nie stoją w miejscu (patrz Dream Theater, Wilson i cała ta progowa hałastra).
    Nar.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak dla mnie bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10 Nagrania są krótsze, mniej rozbudowane, poza numerem siódmym nie są tak wielowątkowe jak na "ADHD" czy "MIMH". Zamiast tego mamy zestaw kawałków bardzo przemyślanych i różniących się pomiędzy sobą. Jest i spokojnie, balladowo, są rockowe riffy i młócenie, jest ambientowo, jak i klimatycznie w stylu Pink Floyd.

    OdpowiedzUsuń
  4. Co się stało z poprzednimi recenzjami Riverside? Ponadto, u ciebie na RYM pierwsze płyty mają niskie oceny, a kiedyś były ocenione naprawdę wysoko. Aż tak zmienił się ich odbiór?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przesadziłem z tymi wysokimi ocenami dla tak wtórnej i w znacznym stopniu nudnej muzyki.

      Usuń
    2. Czyli dopiero teraz zrozumiałeś że to wtórna muzyka? No i co z tego? Jeśli jest to naprawde dobre granie ktore wzbudza emocje to nie widze w tym nic złego. Czy dla Ciebie liczą się jedynie ci wykonawcy, którzy wyznaczyli jakiś styl czy też nurt? Riverside grają piękną i wartościową muzykę inspirowaną najlepszymi z lat 70, która w żadnym wypadku nie jest nudna. Nudne to są półgodzinne suity z lat 70 w których popisy solowe niektórych muzyków przypominają masturbację nad dzwiękami własnych instrumentów.

      Usuń
    3. Kurde, pisałem to już ze sto razy, ale napiszę po raz sto pierwszy: Sama oryginalność nie zastąpi dobrych kompozycji i wykonania, a wtórność nie wyklucza porywających kompozycji i wykonania. Chociażby uwielbiany przeze mnie Rory Gallagher grał muzykę wtórną stylistycznie, ale jednocześnie był bardzo zdolnym muzykiem i kompozytorem. To jednak rzadko idzie w parze. Zazwyczaj ci, którzy mają na siebie jakiś oryginalny pomysł, są bardziej uzdolnieni muzycznie od tych, którzy postanowili kopiować innych. To w sumie jasno wynika jedno z drugiego. Bo czasem coś oryginalnego wcale nie jest dobre, gdyż po prostu muzycy nie mieli talentu żeby dobrze zrealizować swój pomysł.

      Znasz Pentagram? To taki zespół, który chciał być jak Black Sabbath. Tyle, że zdaniem jego muzyków, Black Sabbath to tylko riffy Iommiego i na tym oparli całą swoją twórczość. Oczywiście nie potrafią tworzyć tak dobrych riffów, jak Iommi, a ponieważ w ich utworach nie ma żadnych innych pomysłów, to cała ich twórczość jest cholernie nudna. Bo Black Sabbath to przecież nie tylko te riffy, ale także ich interakcja z pomysłową grą sekcji rytmicznej, bluesowo-jazzowe korzenie, otwartość na różne eksperymenty, itd. Pentagram wzięli z bogatej muzyki grupy tylko jeden element (bardzo ważny, ale będący tylko częścią czegoś większego) i dlatego są marną kopią, na której słuchanie szkoda czasu.

      I tak samo jest z neoprogowcami, a więc także z Riverside. Oni kompletnie nie rozumieją czym jest klasyczny rock progresywny. Dla nich to smęcenie i rozciąganie prostych piosenek do rozmiarów suit, żeby wydawały się ambitne. W klasycznym progu niczego takiego nie ma. Jest masa świetnych pomysłów aranżacyjnych i kompozytorskich, jest także mnóstwo dobrych melodii, czego u nowych grup brakuje. Jasne, że nie brakowało różnych Wakemanów, Emersonów czy Hammillów zanadto przeświadczonych o swoich umiejętnościach i często przesadzających w ich eksponowaniu, jednak są to tylko jedne z wielu elementów kompozycji, które poza tym zachwycają bogactwem pomysłów kompozytorskich, aranżacyjnych, melodycznych. Te klasyczne zespoły miały mnóstwo do zaoferowania. Nowe tylko kopiują jakąś niewielką część ich pomysłów i budują na nich całą swoją twórczość, nie dodając do niej nic własnego. Dlatego jest to tak rozwodnione i mdłe. Zapominają też o tym, co najbardziej elementarne, czyli o dobrych melodiach. Klasycy od tego zaczynali - najpierw melodia, potem reszta. Dla neoprogowców liczy się natomiast przede wszystkim to, by grać w pewnej, konkretnej konwencji (co jest zaprzeczeniem idei rocka progresywnego) i od tego zaczynają tworzenie.

      Usuń
    4. Dziękuję za wyczerpującą odpowiedź. Jednakże nie zgadzamy się w jedej zasadniczej sprawie: dla Ciebie muzyka Riverside jest po prostu kiepskim odtwarzaniem starego progowego grania a dla mnie są to emocje i przyjemnosć słuchania dobrej muzy. Na nic nie zdaje się rozbieranie tej muzyki na czynniki pierwsze i analizowanie w jaki sposób muzycy tej grupy komponują swoje utwory. Kogo to obchodzi? Mnie na pewno nie. Jeśli mi się to podoba to tego słucham i tyle. Tobie ta muza teraz nie odpowiada i w tej kwestii się nie dogadamy.

      Usuń
    5. Problem w tym, że podejście zespołu do tworzenia ma decydujący wpływ na finalny efekt. To tak jak z tymi wszystkimi retro-rockowymi grupami, dla których priorytetem jest, żeby w XXI wieku brzmieć, jakby nagrywali w latach 70. Na tym się głównie skupiają, zamiast na ciekawych kompozycjach i dobrych melodiach. Efekt jest taki, że brzmią np. jak Led Zeppelin w 1969 roku, czyli niby fajnie, ale jakoś po jednym przesłuchaniu nie chce się do tego wracać, bo lepiej wrócić do Led Zeppelin, który ma znacznie więcej do zaoferowania, niż fajne brzmienie.

      Usuń
    6. A poza tym dziś brakuje utalentowanych muzyków i prawdziwych muzycznych osobowości jak to było np. w latach 70. Dlatego też takie grupy jak Riverside dają nadzieję że rock jeszcze nie umrze.

      Usuń
    7. Z pierwszym zdaniem nie sposób się nie zgodzić. Ale jeśli porównywać Riverside do jakiejś grupy z lat 70., to co najwyżej do Kansas.

      Usuń
    8. Nie porównuję Riverside do nikogo z lat 70 a jedynie stwierdzam że ta grupa w mojej ocenie grająca świetną muzykę jest moją nadzeją na to że dobry rock jeszcze się jakoś trzyma. Ogólnie nie jestem zwolennikiem porównań typu: ten jest epigonem Genesis a tamten zrzyna z Deep Purple. Nigdy nie podchodze do muzyki w ten sposób.

      Usuń
    9. Powyżej odniosłem się do Twojej wypowiedzi, z której wynika, że Riverside to "utalentowani muzycy i prawdziwe muzyczne osobowości jak te z lat 70.", z czym zupełnie się nie zgadzam. Uważam, że jeśli jakiś muzyk kopiuje innego muzyka, albo cały zespół naśladuje inny zespół, nie dodając nic ciekawego od siebie, to po prostu jest to pozbawiony talentu i własnej osobowości odtwórca. Nie byłoby to problemem, gdyby muzyka tych odtwórców była równie dobra, jak ta grana przez oryginały. Ale jeszcze się nie spotkałem z sytuacją, a przesłuchałem tysiące płyt, żeby odtwórca miał lepsze kompozycje i wykonanie niż oryginał.

      Myślę, że są dwa podstawowe rodzaje słuchaczy. Jedni lubią słuchać tego, co przypomina im coś, co już znają. Drudzy wolą różnorodność i dlatego nie potrzebują kilkudziesięciu identycznie grających wykonawców - wystarczy im kilka najlepszych przedstawicieli danego stylu.

      Szczerze, to nawet gdy Riverside miał tu wyższe oceny, słuchanie ich nie sprawiało mi przyjemności. Nie pamiętam, żebym choć raz włączył jakiś ich album w innym celu, niż przesłuchanie do recenzji.

      Problem z Riverside polega też na tym, że oni nie są kopią jakiejś nowatorskiej grupy z lat 70. Oni są kopią Porcupine Tree, który na potęgę zrzynał od Pink Floyd i, w mniejszym stopniu, innych klasyków proga. A więc Riverside jest wtórny do kwadratu, dlatego te progowe wpływy są u nich tak bardzo rozwodnione.

      A skąd porównanie do Kansas? Otóż to jest prekursor tych wszystkich neoprogowców. Zespół zupełnie nienowatorski, grający proste, banalne melodycznie piosenki, którym nadaje rozbuchane, pompatyczne aranżacje, które mają sprawiać wrażenie obcowania z czymś megaambitnym.

      Usuń
    10. Z tym porównaniem Riverside do utslentowanych muzyków z lat 70 tp Twoja błędna interpretacja ale być może źle sformułowałem tą wypowiedź. Natomiat widze że oprócz muzyki nieźle radzisz sobie z matmą piszą że Riverside jest wtórny do kwadratu;) Chociaaż mi wyszło że do sześcianu bo dorzuciłbym jeszcze Deep Purple ;) bo jest tam hammond. Co do Kansas to się nie zgadzam ale dyskusja na ten temat jest w innym miejscu.

      Usuń
    11. Wpływ Deep Purple jest słyszalny tylko w dwóch utworach z tego albumu i nigdzie więcej. I akurat "Celebrity Touch" całkiem nieźle im wyszedł, lepiej niż jakikolwiek utwór Purpli z XXI wieku ;)

      Usuń
  5. Kurczę, ciężko mi to zrozumieć. W sumie wiele ocen z RYM się tu nie zgadza (Nirvana, Scorpions czy Metallica) - doskonale rozumiem, że trudno wszystko ogarnąć, aktualizować recenzje itp. ale w takim razie na jakiej ocenie się opierać? Boję się, że niedługo pierwsze płyty Rushu czy Zeppelinów będą miały niskie oceny (oczywiście mówię pół żartem, pół serio) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oceny z RYMu są tymi aktualnymi. Mam nadzieję, że uda mi się to wszystko z czasem ogarnąć ;)

      Usuń
  6. Spiritus Omnipraesens19 marca 2018 19:29

    A najnowszy album słyszałeś? Tak pro forma chociaż....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz na myśli "Love, Fear and the Time Machine", czy tę kompilację instrumentalnych utworów?

      Usuń
  7. Łał, ostała się recenzja! :D
    Pamiętam, że akurat ADHD i Shrine of.. słuchałem z prawdziwą przyjemnością (pierwsze trzy płyty były naprawdę nudne). Ale było to 3-4 lata temu. Boję się zweryfikować, czy moje obecne wysokie oceny wciąż są aktualne. ;) Z drugiej strony, tamte płyty trochę naprowadziły mnie na słuchanie "klasyków" prog rocka (choć wciąż dużej części nie słyszałem). Szkoda jednak tych słuchaczy, którzy takowych nie poznają, a zamkną się w tym współczesnym progu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te wszystkie nowoprogowe kapele to prawdziwe szkodniki. Niby mają bardzo dobre inspiracje, czasem wychodzi z nich nawet coś niezłego (choć i tak słabszego od pierwowzoru), ale nie potrafią zachęcić większości słuchaczy do sięgnięcia po klasykę, a jedynie po inne podobne do nich kapele, które wszystkie grają tak samo. Przy okazji stwarzając błędny obraz rocka progresywnego, sugerując, że jego podstawowe cechy to: melancholia, patos, instrumentalny onanizm i najlepiej jak najdłuższe utwory.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.