29 stycznia 2013

The Beatles - "Let it Be" (1970)



1. Two of Us; 2. Dig a Pony; 3. Across the Universe; 4. I Me Mine; 5. Dig It; 6. Let It Be; 7. Maggie Mae; 8. I've Got a Feeling; 9. One After 909; 10. The Long and Winding Road; 11. For You Blue; 12. Get Back

Skład: John Lennon - wokal, gitara, bass; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, instr. klawiszowe i perkusyjne; George Harrison - wokal, gitara; Ring Starr - perkusja, instr. perkusyjne: dodatkowo: Billy Preston - instr. klawiszowe
Producent: Phil Spector, George Martin


Okładka stworzona z myślą o albumie
"Get Back", nawiązująca do "Please,
Please Me".
John Lennon postanowił opuścić zespół jeszcze przed wydaniem "Abbey Road". Pozostali muzycy zdawali sobie sprawę, że bez niego nie mogą kontynuować swojej kariery. Na pożegnanie postanowili jednak wydać jeszcze jeden album - "Let It Be", zawierający utwory zarejestrowane na niewydany album "Get Back", z poprawkami wprowadzonymi przez producenta Phila Spectora i nagranymi na nowo niektórymi partiami ("I Me Mine" został nagrany zupełnie na nowo, już bez udziału Lennona). Poza nagraniami studyjnymi wykorzystano także rejestracje słynnego koncertu na dachu Apple Studios ("I've Got a Feeling", "One After 909").

Niestety, nie jest to udany album. Część utworów psują wprowadzone przez Spectora poprawki - dodatkowe partie orkiestry i chóru (zwłaszcza w balladowych "Across the Universe" i "The Long and Winding Road"), inne same w sobie są słabe. Do tych najgorszych fragmentów należą: będący żartem "Dig It", brzmiący jak podróbka Rolling Stones "Maggie Mae", poskładany z trzech różnych kompozycji "I've Got a Feeling", rockandrollowy "One After 909" napisany jeszcze na samym początku istnienia zespołu, oraz nieciekawy blues "For You Blue". Na tym tle bronią się folkowo-rockowy "Two of Us" (nie pasujący jednak zupełnie na otwarcie płyty), bluesrockowy "Dig a Pony", walc "I Me Mine" oraz singlowy przebój "Get Back". Wszystkie one są jednak mieszczą się jednak poniżej beatlesowskiej średniej. Jest jednak na tym albumie jeden utwór naprawdę rewelacyjny - tytułowy "Let It Be", oparty głównie na brzmieniu pianina i organów Hammonda, ale również ze świetną solówką Harrisona.

W 2003 roku ukazał się album "Let It Be... Naked", na którym utwory z "Let It Be" (lub ich inne wersje) zostały zremiksowane w taki sposób, żeby były jak najbliższe wersjom oryginalnym - przede wszystkim usunięto wszystkie innowacje wprowadzone przez Spectora, co wyszło zdecydowanie na dobre (zwłaszcza w przypadku "The Long and Winding Road"). Ponadto całkiem zrezygnowano z okropnych "Dig It" i "Maggie Mae", które zastąpił świetny "Don't Let Me Down" (oryginalnie strona B singla "Get Back"); zmieniono też kolejność utworów, na zdecydowanie bardziej sensowną. Rozczarowuje jednak wykorzystanie innej, bardziej wygładzonej, solówki w "Let It Be".

Ocena: 4/10

28 stycznia 2013

The Beatles - "Abbey Road" (1969)



1. Come Together; 2. Something; 3. Maxwell's Silver Hammer; 4. Oh! Darling; 5. Octopus's Garden; 6. I Want You (She's So Heavy); 7. Here Comes the Sun; 8. Because; 9. You Never Give Me Your Money; 10. Sun King; 11. Mean Mr. Mustard; 12. Polythene Pam; 13. She Came In Through the Bathroom Window; 14. Golden Slumbers; 15. Carry That Weight; 16. The End; 17. Her Majesty

Skład: John Lennon - wokal, gitara, instr. klawiszowe i perkusyjne; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, instr. klawiszowe i perkusyjne; George Harrison - wokal, gitara, bass, instr. klawiszowe i perkusyjne; Ringo Starr - wokal, perkusja, instr. perkusyjne, pianino; dodatkowo: George Martin - instrumenty klawiszowe; Billy Preston - organy (2,6)
Producent: George Martin


Dziesiąty (wg dyskografii brytyjskiej) album Beatlesów miał być powrotem do korzeni, co sugerował już sam tytuł - "Get Back". Muzycy nie byli jednak zadowoleni z rezultatów tamtej sesji, w rezultacie  postanowili zacząć pracę od nowa, z innym materiałem (ostatecznie wykorzystali kilka pomysłów z "Get Back", a także pozostałości z sesji "Białego albumu") - tak powstał "Abbey Road", słusznie uznawany powszechnie za jedno z najwybitniejszych dokonań zespołu.

Na otwarcie dwa największe przeboje, pochodzące z tego longplaya: bluesrockowy, chwytliwy "Come Together", oraz balladowy "Something". Nieco słabiej wypada wodewilowy "Maxwell's Silver Hammer", ale jego autor, McCartney, rehabilituje się za sprawą świetnego "Oh! Darling", w klimacie muzyki z lat 50-ych. "Octopus's Garden" nie wyróżnia się szczególnie, ale warto odnotować, ze to drugi utwór napisany przez Starra. Opus magnum stanowi niedoceniany, ponad 7-minutowy "I Want You (She's So Heavy)", początkowo mocno oparty na bluesie, w dalszej części muzycy zafundowali prawdziwy psychodeliczny odlot. Utwór mógł inspirować zarówno zespoły progrockowe, jak i heavy metalowe. Drugą stronę otwiera pogodny, przebojowy "Here Comes the Sun". Dla odmiany, w "Because" robi się nieco mroczniej, ale utwór czaruje wspaniałymi harmoniami wokalnymi Lennona, McCartneya i Harrisona, trzykrotnie na siebie nałożonymi. 

Kolejne utwory tworzą całość, zwaną "The Abbey Road Medley". Później podobny patent był często stosowany w rocku progresywnym. Otwierający suitę, najdłuższy jej fragment, "You Never Give Me Your Money" sam w sobie jest rozbudowany, złożony z kontrastujących części, spokojnej i mocniejszej. Kolejne fragmenty również są zróżnicowane: "Sun King" jest balladowy, "Mean Mr. Mustard" i "Polythene Pam" to rockowy czad, wolniejszy "She Came In Through the Bathroom Window" przechodzi w oparty na brzmieniach pianina i instrumentów smyczkowych "Golden Slumbers", po którym zaczyna się hymnowy "Carry That Weight", zaś finałowy "The End" ociera się o hard rock. Na koniec albumu pojawia się jeszcze ukryty (nie uwzględniony w opisie pierwszych wydań), folkowy "Her Majesty", trwający niespełna pół minuty. Tak kończy się ostatni album nagrany przez najważniejszy rockowy zespół.

Ocena: 9/10

The Beatles - "Yellow Submarine" (1969)



1. Yellow Submarine; 2. Only a Northern Song; 3. All Together Now; 4. Hey Bulldog; 5. It's All Too Much; 6. All You Need Is Love; 7. Pepperland; 8. Sea of Time; 9. Sea of Holes; 10. Sea of Monsters; 11. March of the Meanies; 12. Pepperland Laid Waste; 13. Yellow Submarine in Pepperland

Skład: John Lennon - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, inst. klawiszowe; George Harrison - wokal, gitara; Ringo Starr - wokal, perkusja, instr. perkusyjne
Producent: George Martin


"Yellow Submarine" to czwarty soundtrack w dyskografii zespołu, tym razem do filmu animowanego. Czy warto poświęcać mu uwagę, skoro utwór tytułowy znamy już z "Revolvera", a "All You Need Is Love" z "Magical Mystery Tour"? Kolejnym argumentem przeciw, jest fakt, ze stronę B wypełniają wyłącznie instrumentalne, orkiestrowe kompozycje George'a Martina, w których Beatlesów nie słychać. Natomiast zachętą do poznania tego longplaya mogą być pozostałe cztery utwory zespołu, obecne tylko tutaj. Najlepiej wypadają dwie psychodeliczne kompozycje Harrisona, piosenkowa "Only a Northern Song", oraz "It's All Too Much" z ciekawymi partiami solowymi. Ujdzie lennonowski "Hej Bulldog", z niemal hard rockowym riffem - granym jednak głównie na pianinie. Bardzo słaby jest natomiast "All Together Now" McCartneya. Chociaż "Yellow Submarine" ma status studyjnego albumu, jest raczej kompilacyjną ciekawostką.

Ocena: 4/10

25 stycznia 2013

The Beatles - "The Beatles" (aka "The White Album") (1968)



LP1: 1. Back in the U.S.S.R.; 2. Dear Prudence; 3. Glass Onion; 4. Ob-La-Di, Ob-La-Da; 5. Wild Honey Pie; 6. The Continuing Story of Bungalow Bill; 7. While My Guitar Gently Weeps; 8. Happiness Is a Warm Gun; 9. Martha My Dear; 10. I'm So Tired; 11. Blackbird; 12. Piggies; 13. Rocky Raccoon; 14. Don't Pass Me By; 15. Why Don't We Do It in the Road?; 16. I Will; 17. Julia
LP2: 1. Birthday; 2. Yer Blues; 3. Mother Nature's Son; 4. Everybody's Got Something to Hide Except Me and My Monkey; 5. Sexy Sadie; 6. Helter Skelter; 7. Long, Long, Long; 8. Revolution 1; 9. Honey Pie; 10. Savoy Truffle; 11. Cry Baby Cry; 12. Revolution 9; 13. Good Night

Skład: John Lennon - wokal, gitara, bass, instr. klawiszowe i perkusyjne, saksofon; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, instr. klawiszowe i perkusyjne; George Harrison - wokal, gitara, bass, instr. klawiszowe i perkusyjne; Ringo Starr - wokal, perkusja, instr. perkusyjne i klawiszowe; dodatkowo: George Martin - pianino; Eric Clapton - gitara (LP1:7); Jack Fallon - skrzypce (LP1:14); Mal Evans - trąbka (LP2:6); oraz kilkanaście muzyków sesyjnych
Producent: George Martin


30 utworów na dwóch płytach - to najbardziej obszerny album The Beatles. A także najbardziej zróżnicowany i prekursorski. Śmiało można powiedzieć, że zespół zapoczątkował tutaj niemal wszystkie współczesne odmiany rocka. Przykładem niech będą trzy najlepsze utwory pochodzące właśnie z tego longplaya. Na początek blue rockowy "While My Guitar Gently Weeps" George'a Harrisona, z długimi, ostrymi solówkami Erica Claptona. Następnie wielowątkowy "Happiness Is a Warm Gun" Johna Lennona - w niespełna trzech minutach zawarta została niemal cała istota rocka progresywnego (poza długimi partiami solowymi). I w końcu ciężki, agresywny "Helter Skelter" Paula McCartneya, uznawany za pierwszy utwór heavy metalowy. Chociaż warto tu wspomnieć także o ciężkim bluesie "Yer Blues" Lennona - nie tak odległym od tego, co rok później miał zaprezentować na swoim debiucie Led Zeppelin.

Wspominałem jednak o zróżnicowaniu. Znalazł się tu niemal tradycyjny rock'n'roll ("Back in the U.S.S.R.") i rhythm and blues ("Why Don't We Do It in the Road?"), bardziej współczesny rock ("Dear Prudence", "Glass Onion", "Revolution 1", "Cry Baby Cry"), wczesny hard rock ("Birthday", "Everybody's Got Something..."), utwory pastiszowo-kabaretowe ("Ob-La-Di, Ob-La-Da", "Wild Honey Pie", "Martha My Dear", "Sexy Sadie", "Honey Pie"), trochę folku ("The Continuing Story of Bungalow Bill", "Rocky Raccoon", "Mother Nature's Son") i country ("Don't Pass Me By", zresztą pierwszy utwór autorstwa Starra), a nawet trochę pseudo-baroku ("Piggies", "Good Night"). Są też utwory niedające się łatwo sklasyfikować ("Long, Long, Long", "Savoy Truffle"). Za to najbardziej beatlesowsko brzmią ballady ("I'm So Tired", "Blackbird", "I Will", "Julia").

Nie wszystkie utwory prezentują wysoki poziom. Na pewno na dobre by wyszło ominięcie "Revolution 9", 8-minutowego, eksperymentalnego kolażu dźwięków. Do słabszych fragmentów należą także zbyt dziwaczne "Wild Honey Pie" i "Honey Pie", oraz nieciekawie wykrzyczane przez McCartneya "Why Don't We Do It in the Road?" i "Birthday". Prawdopodobnie można było skrócić ten album do jednej - genialnej - płyty. Ale i w takiej, rozbudowanej, formie jest jednym z największych dzieł grupy.

Co ciekawe, muzycy nie wykorzystali na albumie wszystkich swoich ówczesnych pomysłów. Wśród tych pominiętych, znalazł się singlowy przebój "Hej Jude" (który pasowałby na płytę o wiele bardziej niż "Revolution 9"), a także utwory wykorzystane przez Beatlesów na kolejnych albumach zespołu, lub swoich solowych longplayach (np. "Not Guilty" Harrisona, "Jubilee" McCartneya - późniejszy "Junk", oraz "Child of Nature" Lennona, który wyewoluował w popularny "Jealous Guy").

Ocena: 8/10

[Recenzja] The Beatles - "Magical Mystery Tour" (1967)



Po zakończeniu pracy nad albumem "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band", muzycy The Beatles wzięli udział w nakręceniu swojego trzeciego filmu, "Magical Mystery Tour". Film okazał się klapą, lecz pozostało po nim trochę dobrej muzyki, opublikowanej na tak samo zatytułowanym wydawnictwie. W Wielkiej Brytanii, kilku innych europejskich krajach, Brazylii, Australii i Japonii, ukazało się ono w formie podwójnej EPki - dwóch siedmiocalowych płyt, z trzema utworami na każdej, opakowanych w 28-stronicową książkę w twardej oprawie. W Stanach, zamiast tego, "Magical Mystery Tour" wydano w formie standardowego albumu na dwunastocalowej płycie, zawierającej sześć filmowych utworów na stronie A, a także pięć dodatkowych, niezwiązanych z filmem kompozycji, pochodzących z trzech singli zespołu z 1967 roku, na stronie B. Od czasu wznowienia dyskografii The Beatles na płytach kompaktowych pod koniec lat 80., wszystkie kolejne reedycje "Magical Mystery Tour", na całym świecie, opierają się na 11-utworowej trackliście oryginalnego wydania amerykańskiego. 

"Magical Mystery Tour" to kontynuacja psychodelicznych eksperymentów i bogatych aranżacji w stylu "Sierżanta Pieprza", często z udziałem sekcji dętej lub smyczkowej. Wśród filmowych utworów największe wrażenie robią "I Am the Walrus" - jeden z najbardziej surrealistycznych rockowych kawałków lat 60. -  oniryczno-orientalny "Blue Jay Way", oraz bardzo ładna melodycznie ballada "The Fool on the Hill". Całkiem przyjemnie wypadają także radosny, zdominowany przez dęciaki utwór tytułowy, oraz wodewilowy "Your Mother Should Know". Jedynie "Flying" trudno traktować jako coś więcej, niż instrumentalny (nie licząc głupawych wokaliz) przerywnik. Jeszcze ciekawsza jest część niealbumowa. Przede wszystkim mamy tu "Strawberry Fields Forever" i "Penny Lane" - dwa utwory z sesji "Sierżanta", których pominięcie na tym albumie George Martin uważa za największą pomyłkę w swojej karierze. Faktycznie, oba mogłyby znacząco podnieć poziom tamtego longplaya. Lennonowski "Strawberry Fields Forever" zachwyca psychodelicznym klimatem, tworzonym m.in. za pomocą melotronu, oraz dość melancholijną, ale i chwytliwą melodią. Z kolei "Penny Lane" McCartneya to po prostu bardzo zgrabna piosenka, ze świetną melodią i ładnie zaaranżowanymi dęciakami. Utworem podobnego kalibru jest słynny hymn "All You Need Is Love". Ale i "Hello Goodbye" był sporym przebojem, za sprawą kolejnej przebojowej melodii. Ale prócz hitów znalazł się tu także mniej chwytliwy, a zarazem mniej udany "Baby, You're a Rich Man", łączący ciekawe, psychodeliczne zwrotki z trywialnym refrenem.

11-utworowa wersja  "Magical Mystery Tour" doskonale sprawdza się jako pełnoprawny album. To bardzo udane rozwinięcie pomysłów z "Sierżanta Pieprza", w dodatku z bardziej zapamiętywanymi utworami.

Ocena: 8/10


Okładka wydania amerykańskiego.

The Beatles - "Magical Mystery Tour" (1967)

UK:
EP1: 1. Magical Mystery Tour; 2. Your Mother Should Know; 3. I Am the Walrus
EP2: 1. The Fool on the Hill; 2. Flying; 3. Blue Jay Way

US:
1. Magical Mystery Tour; 2. The Fool on the Hill; 3. Flying; 4. Blue Jay Way; 5. Your Mother Should Know; 6. I Am the Walrus; 7. Hello, Goodbye; 8. Strawberry Fields Forever; 9. Penny Lane; 10. Baby, You're a Rich Man; 11. All You Need Is Love

Skład: John Lennon - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Paul McCartney - wokal, bass, instr. klawiszowe, flet; George Harrison - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Ringo Starr - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie (według wyd. US): Mal Evans - instr. perkusyjne (1,8); Neil Aspinall - instr. perkusyjne (1);  David Mason - instr. dęte (1,9,11); Elgar Howarth, Roy Copestake, John Wilbraham - instr. dęte (1); Christoper Taylor, Richard Taylor, Jack Ellory - flety (2); Sidney Sax - skrzypce (6,11); Jack Rothstein, Ralph Elman, Andrew McGee, Jack Greene, Louis Stevens, John Jezzard, Jack Richards - skrzypce (6); Brian Martin - wiolonczela (6,11); Lionel Ross, Eldon Fox, Terry Weil - wiolonczele (6); Neill Sanders, Tony Tunstall, Morris Miller - instr. dęte (6); Peggie Allen, Wendy Horan, Pat Whitmore, Jill Utting, June Day, Sylvia King, Irene King, G. Mallen, Fred Lucas, Mike Redway, John O'Neill, F. Dachtler, Allan Grant, D. Griffiths, J. Smith, J. Fraser - dodatkowy wokal (6); Ken Essex, Leo Birnbaum - altówki (7); Tony Fisher, Greg Bowen, Derek Watkins, Stanley Roderick - instr. dęte (8); Peter Halling - wiolonczela (8,11); John Hall, Derek Simpson, Norman Jones - wiolonczele (8); Ray Swinfield, P. Goody, Manny Winters, Dennis Walton - flety (9); Leon Calvert, Freddy Clayton, Bert Courtley, Duncan Campbell, Dick Morgan, Mike Winfield - instr. dęte (9); Frank Clarke - kontrabas (9); Eddie Kramer - wibrafon (10); George Martin - pianino (11); Patrick Halling, Eric Bowie, Jack Holmes - skrzypce (11); Rex Morris, Don Honeywill, Stanley Woods, Evan Watkins, Henry Spain - instr. dęte (11); Jack Emblow - akordeon (11); Mick Jagger, Keith Richards, Marianne Faithfull, Keith Moon, Eric Clapton, Pattie Boyd Harrison, Jane Asher, Mike McCartney, Maureen Starkey, Graham Nash, Rose Eccles Nash, Gary Leeds, Hunter Davies - dodatkowy wokal (11)
Producent: George Martin


24 stycznia 2013

[Recenzja] The Beatles - "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" (1967)



Jeden z najważniejszych i najbardziej inspirujących albumów w historii muzyki. Zespół zaproponował tu wiele prekursorskich rozwiązań. To jeden z pierwszych albumów koncepcyjnych - wyprzedziły go tylko "Freak Out" The Mothers of Invention i "Pet Sounds" The Beach Boys, które zresztą były główną inspiracją dla powstania "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band". Beatlesi jednak, jak zwykle, wyprzedzili konkurencję i poszli o krok dalej. Ich longplay to nie tylko zbiór powiązanych ze sobą tematycznie utworów (de facto, teksty mają ze sobą bardzo luźny związek). To przede wszystkim cała towarzysząca otoczka, zaczynając od stworzenia Orkiestry Sierżanta Pieprza, w którą wcielili się członkowie zespołu, przywdziewając specjalnie zaprojektowane stroje, a kończąc na niezwykłej okładce i dołączonych do płyty gadżetach. To wszystko tworzy nierozerwalną całość z zawartością muzyczną, która została przygotowana w formie "występu" owej fikcyjnej Orkiestry. W tym celu poszczególne utwory zostały ze sobą połączone, w taki sposób, żeby każdy przechodził płynnie w następny, co było bardzo nowatorskim, niespotykanym wcześniej rozwiązaniem. Nawet amerykański wydawca zrozumiał, że album tworzy nierozerwalną całość i po raz pierwszy nie ingerował w tracklistę tamtejszego wydania.

Przed rozpoczęciem nagrań, muzycy podjęli decyzję o zaprzestaniu koncertowania. Wiedząc, że nie będą musieli odtwarzać nowych utworów na żywo (mieli z tym problem już w przypadku kompozycji z "Revolver"), mogli pozwolić sobie w studiu niemal na wszystko - ograniczała ich tylko wyobraźnia. Ponownie, jak na poprzednim albumie, George Martin zastosował tu wiele studyjnych sztuczek, a w nagraniach zespół wsparło kilkudziesięciu dodatkowych muzyków - w kilku utworach wystąpiła cała orkiestra! Wrażenie robi fakt, że to wszystko zarejestrowano za pomocą ledwie 4-ścieżkowego magnetofonu (w tamtych czasach istniały już magnetofony 8-ścieżkowe, ale używano ich tylko w Stanach). Wymusiło to konieczność nagrywania kilku instrumentów na jedną ścieżkę, lub zgrywaniu kilku ścieżek na jedną i dodawanie kolejnych, co niestety miało swoje wady - utrudniało miksowanie i pogarszało jakość dźwięku. Biorąc to wszystko pod uwagę, efekt naprawdę powala. Pomimo ówczesnych ograniczeń technicznych, powstał album, który do dziś mógłby być wzorem brzmienia (inne zdanie mają, niestety, współcześni producenci). Nawet jeśli niektóre aranżacje dziś brzmią już bardzo archaicznie.

Album jest bardzo spójny i przemyślany, a zarazem niezwykle różnorodny. Całość otwiera utwór tytułowy, który z kolei rozpoczynają dźwięki strojącej się orkiestry, po chwili ustępujące miejsca niemalże hardrockowym zagrywkom gitar i zadziornej partii wokalnej Paula McCartneya. W tle słychać odgłosy "publiczności", mające sprawiać wrażenie, że to muzyka grana na żywo. "With a Little Help from My Friends" to melodyjna piosenka ze śpiewem Ringo Starra do akompaniamentu pianina i uwypuklonej sekcji rytmicznej. Utwór zyskał większą popularność w późniejszej wersji Joego Cockera, jednak do mnie zdecydowanie bardziej przemawia oszczędniejszy brzmieniowo oryginał. "Lucy in the Sky with Diamonds" to z kolei jeden z najbardziej psychodelicznych utworów zespołu. Fajny klimat tworzą tutaj partie organów, tambury i hipnotyzującego basu, a refren od razu zapada w pamięć. Zdecydowanie mniej wyraziste są dwa kolejne utwory, "Getting Better" i "Fixing a Hole" - ot, proste poprockowe piosenki, niespecjalne pod względem melodycznym. Natomiast "She's Leaving Home" powiela pomysł z "Eleanor Rigby" - harmoniom wokalnym McCartneya i Lennona towarzyszą wyłącznie partie instrumentów smyczkowych (i harfy). To przyjemny utwór, ale nie zapadający tak w pamieć, jak jego pierwowzór.

Czymś nowym jest z pewnością "Being for the Benefit of Mr. Kite!" inspirowany muzyką cyrkową, George Martin wykorzystał tutaj taśmę z nagraniem organów parowych, którą pociął, a następnie połączył w interesujący kolaż. Na albumie nie mogło zabraknąć kompozycji George'a Harrisona. "Within You Without You" to właściwie jego solowy utwór - muzyk odpowiada tutaj za partię wokalną oraz grę na sitarze i tamburze, a towarzyszą mu tylko hinduscy instrumentaliści i muzycy grający na smyczkach. Utwór zachwyca swoim hindustańskim klimatem. Zupełnie inny nastrój przynosi kolejny na płycie "When I'm Sixty-Four", pastisz starej muzyki wodewilowej. Pastiszowym charakterem charakteryzuje się także "Lovely Rita". "Good Morning Good Morning" to prosta piosenka z udziwnioną aranżacją (dużo dęciaków i... odgłosów zwierząt). Repryza tytułowego utworu wzmacnia spójność albumu jako całości. Jego wielkim finałem jest natomiast ballada "A Day in the Life", składająca się z kilku zróżnicowanych części (powstała z połączenia dwóch różnych kompozycji Lennona i McCartneya), a momentami nabiera monumentalnego, orkiestrowego rozmachu i niemal awangardowego charakteru. Zaproponowane tutaj rozwiązania były z pewnością inspiracją dla wielu grup progrockowych. Ostatni, potężnie wybrzmiewający akord jest perfekcyjnym zwieńczeniem albumu.

Mam jednak nieodparte wrażenie, że zespół skupił się tutaj przede wszystkim na aranżacjach, aby były jak najbogatsze i najbardziej niekonwencjonalne, jednocześnie zapominając o tym, co było dotąd najważniejsze w ich twórczości - dobrych melodiach. Co zostaje w pamięci po przesłuchaniu "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band"? Na pewno refren "Lucy in the Sky with Diamonds", prawdopodobnie melodia "With a Little Help from My Friends", może jeszcze "Within You Without You" i "A Day in the Life". Z pozostałych kawałków pamięta się raczej aranżacje, nie same kompozycje. A to dla zespołu krok w tył! Na "Revolver" aranżacje są przecież bardzo ciekawe, pomysłowe i innowacyjne, ale ponadto każdy, dosłownie każdy, utwór zachwyca świetną melodią. Częściowo winę za taki stan rzeczy na "Sierżancie Pieprzu" ponosi wydawca, który się uparł, aby dwa najbardziej chwytliwe utwory nagrane podczas sesji - "Strawberry Fields Forever" i "Penny Lane" - zostały wydane na singlu i już nie powtórzone na albumie. George Martin przyznawał potem, że zgoda na to była największym błędem w całej jego karierze.

"Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" to bez wątpienia bardzo ważny i przełomowy album. Nie tylko dla zespołu, ale całej współczesnej muzyki. Jednak oceniając go wyłącznie pod kątem zawartej na nim muzyki - nie uwzględniając jej innowacyjności i późniejszego wpływu na innych wykonawców - okazuje się, że to w sumie dość średni album, z kilkoma bardziej udanymi momentami. Poniższa ocena opiera się wyłącznie na moim subiektywnym odbiorze longplaya. Obiektywnie mógłbym przyznać jeden punkt więcej, ale więcej byłoby już przesadą.

Ocena: 7/10



The Beatles - "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" (1967)

1. Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band; 2. With a Little Help from My Friends; 3. Lucy in the Sky with Diamonds; 4. Getting Better; 5. Fixing a Hole; 6. She's Leaving Home; 7. Being for the Benefit of Mr. Kite!; 8. Within You Without You; 9. When I'm Sixty-Four; 10. Lovely Rita; 11. Good Morning Good Morning; 12. Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band (Reprise); 13. A Day in the Life

Skład: John Lennon - wokal, gitara, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, harmonijka; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, instr. klawiszowe; George Harrison - wokal, gitara, tambura, sitar, harmonijka, instr. perkusyjne; Ringo Starr - perkusja i instr. perkusyjne, wokal, harmonijka, instr. klawiszowe
Gościnnie: George Martin - instr. klawiszowe (1,2,4,5,7,10,13); Neill Sanders - waltornia (1,13); James W. Buck, Tony Randell, John Burden - waltornia (1); Mike Leander - aranżacja instr. smyczkowych (6); Erich Gruenberg - skrzypce (6,8,13); Derek Jacobs, Trevor Williams, José Luis García - skrzypce (6); John Underwood - altówka (6,13); Stephen Shingles - altówka (6); Peter Halling - wiolonczela (6,8); Dennis Vigay, Alan Dalziel - wiolonczela (6,13); Gordon Pearce - kontrabas (6,13); Sheila Bromberg - harfa (6); Mal Evans - harmonijka (7), pianino (13); Neil Aspinall - harmonijka (7), tambura (8); Alan Loveday, Julien Gaillard, Paul Scherman, Ralph Elman, David Wolfsthal, Jack Rothstein, Jack Greene - skrzypce (8); Reginald Kilbey, Allen Ford - wiolonczela (8); Robert Burns, Henry MacKenzie, Frank Reidy - klarnet (9); Shawn Phillips - dodatkowy wokal (10); Barrie Cameron, David Glyde, Alan Holmes - saksofon (11); John Lee - trąbka (11); Granville Jones, Bill Monro, Jurgen Hess, Hans Geiger, D. Bradley, Lionel Bentley, David McCallum, Donald Weekes, Henry Datyner, Sidney Sax, Ernest Scott, Carlos Villa - skrzypce (13); Gwynne Edwards, Bernard Davis, John Meek - altówka (13); Francisco Gabarro, Alex Nifosi - wiolonczela (13); Cyril Mac Arthe - kontrabas (13); John Marson - harfa (13); Roger Lord - obój (13); Basil Tschaikov, Jack Brymer - klarnet (13); N. Fawcett, Alfred Waters - fagot (13); Clifford Seville, David Sandeman - flet (13); Alan Civil, Neil Sanders - waltornia (13); David Mason, Monty Montgomery, Harold Jackson - trąbka (13); Raymond Brown, Raymond Premru, T. Moore - puzon (13); Michael Barnes - tuba (13); Tristan Fry - kotły (13)
Producent: George Martin


[Recenzja] The Beatles - "Revolver" (1966)



Przełomowym momentem w historii The Beatles był występ w San Francisco, 29 sierpnia 1966 roku. Jak się później okazało - ostatni, jaki dał zespół (nie licząc słynnego występu na dachu siedziby Apple). Muzycy od pewnego czasu przestali czerpać radość z grania na żywo, jednak czarę goryczy przepełnił występ w St. Louis, 21 sierpnia. Grupa grała wówczas na otwartym powietrzu w trakcie ulewnego deszczu, ryzykując porażenie prądem z instrumentów. Dziś taka decyzja może wydawać się niezrozumiała. Już przecież niedługo później pojawili się tacy wykonawcy, jak Cream czy The Jimi Hendrix Experience, dzięki którym występy na żywo stały się równie ważne, a może nawet ważniejsze, co wydawnictwa studyjne. Jednak Beatlesi, jako najsłynniejszy zespół świata, mogli sobie pozwolić na wszystko.

Decyzja ta miała też pozytywne skutki. Muzycy w końcu mieli wystarczająco dużo czasu na tworzenie nowych kompozycji i pracę w studiu. A ponieważ nie ograniczała ich już konieczność odtwarzania swoich utworów na żywo, mogli pozwolić sobie na liczne eksperymenty. Co jednak ciekawe, już na nagrany wiosną 1966 roku, a wydany na początku sierpnia, album "Revolver" trafiły utwory zbyt skomplikowane, porażające bogactwem aranżacji, aby zespół mógł je odtworzyć na żywo (trzeba pamiętać, że było to tuż przed wprowadzeniem do rocka koncertowych improwizacji, gdy jeszcze odgrywało się utwory jak najwierniej studyjnym pierwowzorom). W rezultacie żaden utwór z "Revolver" nie został włączony do koncertowego repertuaru. Jedynym nowym utworem, jaki zespół grał podczas swojej ostatniej trasy, był "Paperback Writer", pochodzący z niealbumowego singla (nagranego podczas sesji "Revolver"). Już w tej kompozycji słychać pewien rozwój zespołu - typowe dla niego elementy, jak bardzo melodyjne i bogate partie wokalne, zostały połączone z niemal hardrockowym brzmieniem i dynamiką. A jeszcze lepszą zapowiedzią albumu była pochodząca z tego samego singla, bardzo psychodeliczna kompozycja "Rain". Był to pierwszy utwór zespołu, w którym wykorzystano efekt puszczonej od tyłu taśmy.

Cały album "Revolver" cechują właśnie takie eksperymenty i przeróżne studyjne sztuczki George'a Martina, które wyprzedziły swój czas i w znaczny sposób przyczyniły się do rozwoju technik nagraniowych, a pośrednio także muzyki rockowej. Muzycy natomiast dostarczyli fantastyczny zestaw kompozycji - moim zdaniem najlepszy w całej swojej karierze. Na "Revolver" nie ma wypełniaczy - każdy utwór czymś się wyróżnia (w przeszłości różnie z tym bywało), a jednocześnie wszystkie kompozycje tworzą spójną całość (czego nie można powiedzieć o poprzednich wydawnictwach zespołu, ani dokonaniach innych wykonawców z tamtych czasów).

Album rozpoczyna się od kompozycji George'a Harrisona, "Taxman". Zwraca uwagę brzmienie, z mocnym basem i ostrymi gitarami, poza tym jednak jest to typowa dla grupy, melodyjna piosenka. Czymś zupełnie nowym w twórczości grupy był natomiast kolejny utwór, "Eleanor Rigby" Paula McCartneya. Akompaniament stanowią tu jedynie instrumenty smyczkowe, a udział członków grupy ogranicza się do warstwy wokalnej, znów zresztą niezwykle melodyjnej. Oparta na brzmieniach akustycznych ballada Johna Lennona "I'm Only Sleeping" wyróżnia się odtworzoną wspak gitarową solówką, która nadaje kompozycji psychodelicznego, onirycznego charakteru. "Love You To" to kolejny utwór Harrisona, zdradzający jego fascynację muzyką indyjską. Gitarzysta stworzył tutaj niesamowity klimat grając rewelacyjne partie na sitarze. Typowo mccartneyowska ballada "Here, There and Everywhere" czaruje przepięknymi wielogłosami. Najbardziej znanym utworem Paula z tego albumu jest jednak "Yellow Submarine". Kompozycja powstała z myślą o najmłodszych słuchaczach i z początku była przyjmowana przez fanów i krytyków z rezerwą. Później jednak zapisała się w historii rocka jako jeden z najbardziej oryginalnych i przełomowych utworów zespołu, w czym spora zasługa efektów dźwiękowych dodanych przez Martina, które w tamtym czasie były czymś naprawdę nowatorskim. Obowiązki głównego wokalisty pełni w tym utworze Ringo Starr, ale towarzyszą mu chórki pozostałych członków zespołu, Martina, inżyniera dźwięku Geoffa Emericka, oraz zaproszonych gości, w tym m.in. Marianne Faithfull, Pattie Harrison i gitarzysty The Rolling Stones, Briana Jonesa (podobno Mick Jagger też był wówczas obecny w studiu, jednak nie potwierdza tego żadne wiarygodne źródło). Pierwszą stronę winylowego wydania kończy lennonowski "She Said She Said" - niby prosta piosenka, ale znów niesamowicie chwytliwa. Jak wszystkie utwory na tym albumie.

Na drugiej stronie znalazły się po trzy kompozycje Lennona i McCartneya, oraz jedna Harrisona - "I Want to Tell You". Całkiem przyjemny, melodyjny utwór, choć niestety najmniej ciekawy z całego longplaya. Bardzo dobrze prezentują się natomiast utwory Paula: pogodny, zdominowany przez pianino "Good Day Sunshine"; "For No One" - kolejna ballada, o uroczej, choć bardzo smutnej melodii, ciekawie wzbogacona subtelną partią waltorni; oraz "Got to Get You into My Life", w którym główną rolę odgrywa rozbudowana sekcja dęta. Najbardziej na drugiej stronie albumu błyszczą jednak kompozycje Johna. Dynamiczne, zadziorne brzmieniowo "And Your Bird Can Sing" i "Doctor Robert" zdają się zapowiadać nadejście hard rocka. Pierwszy wyróżnia się fajną gitarową zagrywką wchodzącą w "dialog" z partią basu; w drugim smaczkiem jest pomysłowe zwolnienie w refrenie. Największy odlot zapewnia jednak finałowy "Tomorrow Never Knows". Psychodelia na całego - transowy rytm, orientalizmy i mnóstwo efektów dźwiękowych stworzonych przez Martina. Pod względem realizacji, utwór wyprzedził swój czas o dobrych kilka lat. Czego tu nie ma - odwracanie taśmy, tzw. loopy, czyli pętle, czy intrygujące przetwarzanie różnych odgłosów (np. śmiechu McCartneya, tak zmodyfikowanego, że brzmi jak piski mew), to tylko niektóry przykłady. A wszystko to w ledwie trzech minutach. W sumie szkoda, że nie trwa ze dwa razy tyle - taka długość bardziej pasowałaby do hipnotycznego charakteru tego utworu. W 1966 roku zaczęto już przecież nagrywać utwory znacznie dłuższe niż trzy minuty (vide "Goin' Home" Stonesów, albo "Spoonful" Cream). Z drugiej jednak strony, wówczas pewnie pominięto by jakiś inny utwór, a na tym album mógłby wiele stracić.

"Revolver" to pierwsze rockowe arcydzieło. Zarówno ze względu na nowatorskie podejście muzyków i producenta w trakcie nagrywania, jak i dzięki naprawdę dobrym kompozycjom, wśród których nie ma żadnych wypełniaczy lub niewypałów. Co więcej, album brzmi jak dokładnie przemyślana całość, a nie zbiór przypadkowych piosenek. Moim zdaniem "Revolver" jest najlepszym świadectwem geniuszu Beatlesów.

Ocena: 10/10

PS. Oryginalne amerykańskie wydanie "Revolver" wypada o wiele słabiej, ze względu na brak utworów "I'm Only Sleeping", "And Your Bird Can Sing" i "Doctor Robert". Wszystkie trzy zostały wydane wcześniej na dostępnym wyłącznie w Stanach albumie "Yesterday and Today", zawierającym także utwory z brytyjskich wydań albumów "Help!" i "Rubber Soul", nieobecne na ich amerykańskich odpowiednikach, oraz utwory z niealbumowego singla "We Can Work It Out"/"Day Tripper".



The Beatles - "Revolver" (1966)

1. Taxman; 2. Eleanor Rigby; 3. I'm Only Sleeping; 4. Love You To; 5. Here, There and Everywhere; 6. Yellow Submarine; 7. She Said She Said; 8. Good Day Sunshine; 9. And Your Bird Can Sing; 10. For No One; 11. Doctor Robert; 12. I Want to Tell You; 13. Got to Get You into My Life; 14. Tomorrow Never Knows

Skład: John Lennon - wokal, gitara, instr. klawiszowe i perkusyjne; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, instr. klawiszowe; George Harrison - wokal, gitara, sitar, instr. perkusyjne; Ringo Strarr - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Gościnnie: Tony Gilbert, Sidney Sax, John Sharpe, Juergen Hess - skrzypce (2); Stephen Shingles, John Underwood - altówka (2); Derek Simpson, Norman Jones, Peter Halling - wiolonczela (2); Anil Bhagwat - tabla (4); George Martin - dodatkowy wokal (6), instr. klawiszowe (8,14); Mal Evans - instr. perkusyjne i dodatkowy wokal (6); Geoff Emerick, Neil Aspinall, Pattie Boyd, Marianne Faithfull, Brian Jones, Brian Epstein - dodatkowy wokal (6); Alan Civil - waltornia (10); Eddie Thornton, Ian Hamer, Les Condon - trąbka (13); Alan Branscombe, Peter Coe - saksofon (13)
Producent: George Martin


23 stycznia 2013

[Recenzja] The Beatles - "Rubber Soul" (1965)



"Rubber Soul" to album przełomowy i dowód ewolucji, jaką przeszła muzyka w połowie lat 60. Do tamtej pory w biznesie muzycznym liczyły się praktycznie tylko single. Płyty długogrające były tylko kompilacjami, na których umieszczano kilka najnowszych przebojów (napędzających sprzedaż), a resztę czasu zapełniano odrzutami, które były zbyt słabe na single. Oczywiście, wśród tych ostatnich trafiały się czasem jakieś niedoceniane perełki. Wielką rzadkością były jednak longplaye, na których wszystkie utwory trzymałyby poziom (samym Beatlesom udało się to tylko raz, na "A Hard Day's Night"). Duża ilość słabszych kawałków wynikała z ówczesnych reguł muzycznego biznesu, zmuszających wykonawców do wydawania w ciągu roku co najmniej dwóch płyt długogrających z nowym materiałem. Do tego dochodziły koncerty i obowiązkowe występy w nieliczonych programach telewizyjnych.

Powiew świeżości przyniosła już sama okładka "Rubber Soul", łamiąca sztywne zasady obowiązujące i w tej dziedzinie. Nowością był przede wszystkim brak nazwy wykonawcy na froncie - nie była potrzebna, wszakże w 1965 nie było chyba nikogo, kto nie rozpoznałby muzyków z okładkowego zdjęcia. Jednak przełomowa okazała się przede wszystkim zawartość muzyczna. Nie jest to kolejne wydawnictwo zawierające dwa hity i napisaną na szybko resztę. Tym razem muzycy przyłożyli się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej do kompozycji i aranżacji. Tak, aby każdy utwór czymś się wyróżniał. Jednocześnie wszystkie zdają się tworzyć przemyślaną całość, żaden utwór nie sprawia wrażenia wyrwanego z kontekstu. Spora w tym zasługa producenta George'a Martina, który doskonale ustalił kolejność utworów. W rezultacie, mamy tutaj do czynienia z pierwszym muzycznym albumem.

Pod względem muzycznym album jest bardziej dojrzały od wcześniejszych dokonań Beatlesów. Muzycy podążyli drogą wyznaczoną utworami "You've Got to Hide Your Love Away" i "Yesterday", a więc chętnie eksperymentują tutaj z różnymi stylami i poszerzają aranżacje o nietypowe dla ówczesnego rocka instrumentarium. W każdym utworze znajduje się jakiś smaczek. W przypadku dynamicznego otwieracza, "Drive My Car", jest nim fortepianowy motyw w refrenie. Z kolei "Norwegian Wood (This Bird Has Flown)" jest pierwszym rockowym utworem, w którym pojawia się sitar - to zasługa George'a Harrisona, który w tamtym czasie zafascynował się muzyką (i ogólnie kulturą) indyjską. Ponieważ jednak nie znał jeszcze techniki gry na tym instrumencie, zagrał na nim jak na gitarze. Sam utwór należy do najładniejszych na albumie i jest jednym z kilku jego fragmentów zdradzających inspirację folkiem. W piosenkowym "You Won't See Me" zwraca uwagę fajny podkład organów. "Nowhere Man" to kolejny przykład inspiracji folkiem, tym razem o nieco bardziej melancholijnym charakterze. Jego całkowitym przeciwieństwem jest zadziorny "Think for Yourself", oparty na uwypuklonej, przesterowanej partii basu, nadającej mu niemal hard rockowego brzmienia. Na ciekawej partii basu opiera się także skoczny "The World", dodatkowo wzbogacony solówką George'a Martina na fisharmonii. Pierwszą stronę albumu kończy popowa ballada "Michelle", wyróżniająca się zaśpiewanym częściowo po francusku refrenem.

Drugą stronę rozpoczyna "What Goes On" - kawałek w stylu country z Ringo Starrem jako głównym wokalistą. Według mnie to najsłabszy fragment albumu (choć pewnie głównie przez moją niechęć do tego stylu), wciąż jednak całkiem przyjemny. Dalej pojawiają się kolejne dwa utwory o folkowym charakterze: czarujący niesamowitym klimatem i fantastycznymi harmoniami wokalnymi "Girl" (inspirowany muzyką grecką), oraz napędzany dynamiczną partią gitary akustycznej, chwytliwy "I'm Looking Through You". Ballada "In My Life" to chyba najbardziej znany fragment całości. Wyróżnia się świetną melodią i "barokową" solówką Martina na pianinie (której nie potrafił zagrać w odpowiednim tempie, więc zagrał wolniej, a później przyśpieszył taśmę z nagraniem, co dało ciekawy efekt). Energetyczny "Wait" to pozostałość po sesji nagraniowej "Help!", jednak utwór nie sprawia wrażenia odrzutu, a wręcz wypada lepiej od większości utworów z tamtego longplaya. W "If I Needed Someone" wracają wpływy folkowe; utwór wyróżnia się głęboką partią basu i świetnymi wokalami (w pierwszoplanowej roli wystąpił kompozytor kawałka, Harrison). Całość kończy dynamiczny "Run for Your Life", który zdaje się być pomostem między wcześniejszymi dokonaniami The Beatles (rock and rollowy charakter), a bardziej dojrzałym graniem z "Rubber Soul" (bogatsza aranżacja, z gitarą akustyczną).

"Rubber Soul" to nie tylko początek nowego etapu kariery The Beatles, ale także nowej muzycznej rzeczywistości, w której liczyły się już nie tylko komercyjne sukcesy, ale także wartości artystyczne. Od tego albumu muzyka rockowa zaczęła być czymś więcej, niż zlepkiem akordów połączonych chwytliwymi melodiami. Nabrała większej szlachetności i artyzmu. Ale "Rubber Soul" to też po prostu zbiór świetnych kompozycji, które tworzą rewelacyjną całość, ale każda z nich broni się również osobno. Dlaczego zatem nie daję temu albumowi maksymalnej oceny? Dlatego, że szczyt swoich możliwości Beatlesi osiągnęli dopiero na następnym longplayu.

Ocena: 9/10



The Beatles - "Rubber Soul" (1965)

1. Drive My Car; 2. Norwegian Wood (This Bird Has Flown); 3. You Won't See Me; 4. Nowhere Man; 5. Think for Yourself; 6. The World; 7. Michelle; 8. What Goes On; 9. Girl; 10. I'm Looking Through You; 11. In My Life; 12. Wait; 13. If I Needed Someone; 14. Run for Your Life

Skład: John Lennon - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Paul McCartney - wokal, bass, gitara pianino; George Harrison - wokal, gitara, sitar; Ringo Starr - perkusja i instr. perkusyjne, organy, wokal
Gościnnie: Mal Evans - organy (3); George Martin - fisharmonia (6), pianino (11)
Producent: George Martin


[Recenzja] The Beatles - "Help!" (1965)



Pierwszy film z udziałem Beatlesów, "A Hard Day's Night", okazał się ogromnym sukcesem - przede wszystkim komercyjnym. Nic więc dziwnego, że niemal od razu zabrano się za kręcenie kolejnego, tym razem zatytułowanego "Help!". Podobnie jak poprzednim razem, filmowi towarzyszył tak samo zatytułowany longplay, zawierający premierowe utwory napisane specjalnie do filmu (na stronie A) oraz kilka innych, również premierowych, ale nie wykorzystanych w filmie kawałków (na stronie B). Ponieważ zespół był wówczas wciąż na absolutnym szczycie popularności, longplay okazał się kolejnym ogromnym sukcesem, dochodząc do 1. miejsca notowań po obu stronach Atlantyku. Jak jednak prezentuje się ten materiał obecnie? Czy wytrzymał próbę czasu?

Strona "filmowa" wypada naprawdę bardzo dobrze, a momentami wręcz rewelacyjnie. Znalazły się na niej m.in. kolejne dwa wielkie przeboje. Tytułowy "Help!" to porażający energią, zadziorny kawałek z niedającym się zapomnieć refrenem. Depresyjny tekst uświadamia, że bycie na szczycie ma też swoje minusy (co ciekawe, na stronie B singla umieszczono równie przygnębiający kawałek, "I'm Down", co jednak nie przeszkodziło małej płytce w odniesieniu komercyjnego sukcesu). Aż trudno uwierzyć, że ten dynamiczny utwór był początkowo balladą... Co prawda, w takiej wolnej wersji został później nagrany przez grupy Vanilla Fudge i Deep Purple, jednak w takim wykonaniu nie robił już wrażenia. Drugi przebój to już typowy dla grupy "Ticket to Ride", z kolejną rewelacyjną melodią. Pewnym zaskoczeniem jest tylko nietypowe dla tamtych czasów zakończenie, w którym zespół niespodziewanie zmienia tempo. To zresztą na tym właśnie longplayu, Beatlesi zaczęli odważniej eksperymentować, poszukiwać nowych środków wyrazu. Czego najlepszym przykładem jest także kompozycja "You've Got to Hide Your Love Away", zainspirowana twórczością Boba Dylana - oparta na brzmieniu gitary akustycznej, wzbogacona partią fletu. Taka aranżacja okazała się strzałem w dziesiątkę - utwór nic a nic się nie zestarzał, wciąż brzmi tak samo świeżo, jak pięćdziesiąt lat temu. Nie o wszystkich utworach z tego albumu można to powiedzieć. Ale o tym za chwilę. "You've Got to Hide Your Love Away" wyróżnia się także rewelacyjną melodią i aż dziwne, że nie został wydany na singlu.

Trzy wyżej wspomniane utwory zostały tradycyjnie podpisane nazwiskami Johna Lennona i Paula McCartneya, jednak nie jest tajemnicą, że są głównie dziełem pierwszego z nich. Samodzielnie stworzył także "You're Going to Lose That Girl", który jednak nie robi już takiego wrażenia jak powyższe utwory - to typowa dla tamtych czasów melodyjna piosenka, której brzmienie brzmienie mocno się zestarzało. Podobnie sprawa ma się z oboma utworami napisanymi do filmu przez McCartneya - "The Night Before" i "Another Girl". Oba są bardzo dynamiczne i całkiem chwytliwe, jednak brzmieniowo tkwią w pierwszej połowie lat 60. - co w sumie nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę rok powstania. Jednak tutaj dość mocno kontrastują one z tymi bardziej eksperymentalnymi fragmentami. W filmie - i na stronie A longplaya - znalazła się ponadto jedna kompozycja George'a Harrisona, "I Need You". Także brzmiąca już nieco staroświecko, jednak nie ukrywam, że to jeden z moich ulubionych fragmentów na tym wydawnictwie. Świetna melodia jest dowodem, że już w tamtym czasie George potrafił pisać utwory mogę równać się z kompozycjami spółki Lennon/McCartney. Szkoda, że jego kompozycje z wczesnego okresu działalności zespołu były - i są - tak bardzo niedoceniane.

Druga strona longplaya to przede wszystkim nieśmiertelny "Yesterday". Najczęściej coverowany utwór wszech czasów i jedna z najpiękniejszych miłosnych ballad, jakie kiedykolwiek zostały napisane. Właśnie ten utwór ugruntował pozycję Paula McCartneya jako "Beatlesa od ballad". Kompozycja zwraca uwagę nietypową dla zespołu - przynajmniej w tamtym czasie - aranżacją. Śpiewającemu i grającemu na gitarze akustycznej Paulowi towarzyszy wyłącznie kwintet smyczkowy. To zresztą prawdopodobnie pierwszy utwór w historii muzyki rockowej, który jest całkowicie wolny od wpływów muzyki afroamerykańskiej. Do dziś świetnie się go słucha, bez wrażenia, że to kawałek z innej epoki. Niestety, pozostałe utwory z tej strony nie zniosły tak dobrze próby czasu. Brzmieniowo i stylistycznie bardzo się zestarzały. W dodatku w większości są to utwory o charakterze wypełniaczy, nie mające wiele do zaoferowania. Broni się melodyjny "Tell Me What You See", fajnie wzbogacony pianinem elektrycznym. Ale są tu też takie utwory, jak "You Like Me Too Much" czy country'owy "I've Just Seen a Face", które wypadają zaskakująco banalnie. A rock and rollowy "Dizzy Miss Lizzy" (z repertuaru  Larry'ego Williamsa) to wręcz spory krok wstecz dla zespołu. Sam fakt umieszczenia tutaj dwóch coverów (ten drugi to country'owy "Act Naturally" Bucka Owensa) jest chyba najlepszym dowodem na to, że muzycy mieli problem z wypełnieniem drugiej strony tego wydawnictwa. Na szczęście, był to ostatni raz, kiedy umieścili na płycie długogrającej kompozycje cudzego autorstwa.

Odpowiadając na pytanie postawione we wstępie, muszę stwierdzić, że "Help!" tylko częściowo zniósł próbę czasu. W takich utworach, jak "You've Got to Hide Your Love Away" i "Yesterday", zespół z powodzeniem próbuje nowych rozwiązań, które do dziś brzmią świeżo. To właśnie w nich można znaleźć zalążek dojrzałych The Beatles. Jako całość jest to jednak bardzo nierówne wydawnictwo. Zarówno jeśli chodzi o poziom kompozycji (oprócz rewelacyjnych utworów, jak dwa wyżej wspomniane, czy singlowe "Help!" i "Ticket to Ride", zdarzają się też kompletne niewypały, jak np. "Dizzy Miss Lizzy"), jak i brzmienie, które w sporej części utworów jest już bardzo archaiczne.

Ocena: 7/10



The Beatles - "Help!" (1965)

1. Help!; 2. The Night Before; 3. You've Got to Hide Your Love Away; 4. I Need You; 5. Another Girl; 6. You're Going to Lose That Girl; 7. Ticket to Ride; 8. Act Naturally; 9. It's Only Love; 10. You Like Me Too Much; 11. Tell Me What You See; 12. I've Just Seen a Face; 13. Yesterday; 14. Dizzy Miss Lizzy


Skład: John Lennon - wokal, gitara, pianino; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, instr. klawiszowe; George Harrison - gitara, wokal; Ringo Starr - perkusja, instr. perkusyjne, wokal
Gościnnie: George Martin - pianino, aranżacja instr. smyczkowych (13); John Scott - flet (3); Tony Gilbert - skrzypce (13); Sidney Sax - skrzypce (13); Kenneth Essex - altówka (13); Peter Halling - wiolonczela (13); Francisco Gabarro - wiolonczela (13)
Producent: George Martin


22 stycznia 2013

[Recenzja] The Beatles - "Beatles for Sale" (1964)



Rosnąca popularność, niezliczona ilość zaproszeń do programów telewizyjnych, koncertowe zobowiązania, oraz konieczność wydawania dwóch albumów rocznie - to wszystko sprawiło, że zespół nie mógł poświęcić zbyt wiele czasu na tworzenie nowego materiału. I to niestety wyraźnie odbiło się to na czwartym albumie grupy, zatytułowanym "Beatles for Sale". Z braku czasu na pisanie nowych kawałków, muzycy postanowili wykorzystać sprawdzoną już wcześniej metodę - wesprzeć się cudzymi kompozycjami. Podobnie jak na "Please Please Me" i "With the Beatles" znalazło się tutaj aż sześć coverów ("Rock and Roll Music" Chucka Berry'ego, "Mr. Moonlight" Roya Lee Johnsona, "Kansas City" autorstwa Jerry'ego Leibera i Mike'a Stollera połączony z "Hey-Hey-Hey-Hey!" Little Richarda, "Words of Love" Buddy'ego Holly, oraz "Honey Don't" i "Everybody's Trying to Be My Baby" Carla Perkinsa). I znów nie wyszło to na dobre, gdyż wszystkie z nich brzmią obecnie bardzo archaicznie - zestarzały się o wiele bardziej, niż własne kompozycje grupy z tamtego czasu.

Ale i autorska część "Beatles for Sale" wywołuje mieszane odczucia. Równo połowa z tych utworów wypada, jak na ten zespół, bardzo nijako. "No Reply", "I'm a Loser", "Baby's in Black" i "I Don't Want to Spoil the Party" są zdecydowanie poniżej kompozytorskich możliwości Wspaniałej Czwórki. Tak wymuszonych i bezpłciowych kawałków grupa wcześniej nie umieszczała nawet na stronach B singli. Poziom odrobinę podnoszą pozostałe cztery utwory. "I'll Follow the Sun" to bardzo przyjemna mccartneyowska ballada, chociaż daleko jej do "And I Love Her" i "Yesterday". Brakuje w niej jakiegoś rozwinięcia, kończy się po niespełna dwóch minutach. Ma jednak swój urok. Podobnie jak przebojowe "Every Little Thing" i "What You're Doing". Dobre wrażenie sprawia szczególnie ten drugi, napędzany mocną grą Ringo Starra i chwytliwym gitarowym motywem. Najbardziej wartościowym utworem jest jednak "Eight Days a Week", z najbardziej beatlesowską, rewelacyjną melodią. To jedyny przebój z tego albumu - zupełnie zasłużenie. Aha, na niealbumowym singlu zmarnowano inny hit z tamtej sesji - "I Feel Fine". Jego obecność na "Beatles for Sale" trochę by podniosła poziom albumu, ale i tak byłoby to najsłabsze wydawnictwo w studyjnej dyskografii The Beatles.

Ocena: 6/10



The Beatles - "Beatles for Sale" (1964)

1. No Reply; 2. I'm a Loser; 3. Baby's in Black; 4. Rock'n'Roll Music; 5. I'll Follow the Sun; 6. Mr. Moonlight; 7. Kansas City / Hey-Hey-Hey-Hey!; 8. Eight Days a Week; 9. Words of Love; 10. Honey Don't; 11. Every Little Thing; 12. I Don't Want to Spoil the Party; 13. What You're Doing; 14. Everybody's Trying to Be My Baby

Skład: John Lennon - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, instr. klawiszowe; George Harrison - gitara, wokal; Ringo Starr - perkusja, instr. perkusyjne, wokal
Gościnnie: George Martin - pianino
Producent: George Martin


[Recenzja] The Beatles - "A Hard Day's Night" (1964)



W 1964 roku cały świat już szalał na punkcie Beatlesów. Nic dziwnego, że na fali popularności grupy postanowiono stworzyć film przedstawiający jeden dzień z życia muzyków, nakręcony oczywiście z ich udziałem. Chwytliwy tytuł to zasługa Ringo Starra, który wypowiedział te słowa w czasach, gdy grupa wciąż pracowała na swój sukces, grając po kilka koncertów dziennie w hamburskich klubach. Pracowaliśmy całymi dniami, a czasem zdarzało się, że i nocami - mówił perkusista. Któregoś razu, myśląc sobie o tym jaki to był dzień, powiedziałem: "It's been a hard day...", rozejrzałem się w tym momencie i spostrzegłem, że już jest ciemno, więc dodałem: "...'s night". I tak doszliśmy do "A hard day's night".

Tak samo zatytułowany longplay teoretycznie jest tylko soundtrackiem do tego filmu - przynajmniej jego strona A, gdyż stronę B wypełniły utwory niezwiązane z filmem. W praktyce otrzymujemy o wiele więcej - pierwszy prawdziwy dowód wielkości The Beatles. Po pierwsze, nie ma tu ani jednej cudzej kompozycji - pod wszystkimi utworami podpisana jest spółka Lennon/McCartney (większość pomysłów wyszła od pierwszego z nich - wyjątkiem są tylko "And I Love Her", "Can't Buy Me Love" i "Things We Said Today"). Po drugie, zespół potwierdza, że odnalazł swój własny styl - całkowicie rezygnując z grania sztampowego rock and rolla lub innych archaicznie brzmiących rzeczy. I w końcu po trzecie, zespół nie zmarnował ani jednej swojej kompozycji na niealbumowy singiel - wszystkie trafiły na longplay, który dzięki temu był najlepszym zbiorem piosenek w dotychczasowej karierze grupy.

"A Hard Day's Night" przyniósł Beatlesom dwa spore przeboje: utwór tytułowy, rozpoczęty charakterystycznym akordem, którego przez wiele lat nikomu nie udało się odtworzyć (z czasem okazało się, ze powstał przez nałożenie na siebie dźwięków gitary i pianina), a także nieco rock and rollowy "Can't Buy Me Love". Oba posiadają naprawdę rewelacyjne, niesamowicie chwytliwe refreny, ale... Tak naprawdę każdy utwór z tego longplaya mógłby zostać przebojem. Hitami mogłyby być zarówno wesołe piosenki w rodzaju "I Should Have Known Better" i "Tell Me Why", jak i zadziorny "Any Time at All", czy bardziej stonowany "Things We Said Today" (swoją drogą, jest to jeden z najbardziej niedocenianych utworów grupy).

Nie można zapomnieć o balladach: "If I Fell" Lennona ma sporo uroku, ale prawdziwą perłą jest "And I Love Her" McCartneya - pierwsza oznaka, że to właśnie on stanie się mistrzem tworzenia ballad. "And I Love Her" to bardzo nastrojowa piosenka, z uwypukloną partią basu, bongosami i genialnym motywem przewodnim, granym na gitarze akustycznej przez George'a Harrisona, który zabłysnął tu także zgrabną solówką na tym instrumencie. A propos tzw. "Cichego Beatlesa", tym razem nie dostarczył on żadnego utworu, ma jednak na albumie swoje przysłowiowe "pięć minut" (w praktyce niespełna dwie) jako główny wokalista w uroczym "I'm Happy Just to Dance with You" - kolejnym niedocenianym utworze z repertuaru Beatlesów.

"A Hard Day's Night" to pierwsze przemyślane dzieło zespołu, które potwierdza, że sukces The Beatles, osiągnięty już na samym początku (profesjonalnej) kariery, nie był tylko przypadkiem.

Ocena: 8/10



The Beatles - "A Hard Day's Night" (1964)

1. A Hard Day's Night; 2. I Should Have Known Better; 3. If I Fell; 4. I'm Happy Just to Dance with You; 5. And I Love Her; 6. Tell Me Why; 7. Can't Buy Me Love; 8. Any Time at All; 9. I'll Cry Instead; 10. Things We Said Today; 11. When I Get Home; 12. You Can't Do That; 13. I'll Be Back

Skład: John Lennon - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, pianino; George Harrison - gitara, wokal; Ringo Starr - perkusja, instr. perkusyjne
Gościnnie: George Martin - pianino (1)
Producent: George Martin


21 stycznia 2013

[Recenzja] The Beatles - "With the Beatles" (1963)



W pierwszej połowie lat 60. standardem było wydawanie w ciągu roku dwóch pełnowymiarowych albumów i kilku singli - zawierających inny materiał. A ponieważ w tamtym czasie małe płyty były uważane za ważniejsze od longplayów - większość najlepszych utworów lądowała na singlach, co znacznie osłabiało wartość albumów. Jedną z ofiar tej polityki jest drugi album The Beatles, "With the Beatles". Jego wydanie poprzedziły trzy przebojowe single - "From Me to You", "She Loves You" i "I Want to Hold Your Hand" (wszystkie doszły na szczyt brytyjskiego notowania, dwa ostatnie powtórzyły ten sukces także w Stanach) - które mogłyby znacznie podnieść jego poziom. Niestety, zamiast nich na album trafiły mniej udane kawałki, w rodzaju "Little Child" lub "Hold Me Tight", które już w chwili wydania brzmiały archaicznie.

Sytuacji na pewno nie poprawia fakt, że - podobnie jak na debiucie - znalazło się tutaj sześć utworów z cudzego repertuaru ("Till There Was You" Anity Bryant, "Please Mr. Postman" The Marvelettes, "Roll Over Beethoven" Chucka Berry'ego, "You've Really Got a Hold on Me" Smokey'a Robinsona, "Devil in His Heart" Richarda Drapkina, oraz "Money (That's What I Want)" Barretta Stronga). Żaden z nich nie ma mocy "Twist and Shout" z poprzedniego albumu; robią tu raczej za wypełniacze. No dobra, może z wyjątkiem bardzo chwytliwego "You've Really Got a Hold on Me", fantastycznie zaśpiewanego w harmonii przez Lennona, McCartneya i Harrisona. Jego kompletnym przeciwieństwem jest okropnie staroświecka ballada "Till There Was You" i sztampowe rock and rollowe kawałki "Please Mr. Postman" i "Roll Over Beethoven".

"With the Beatles" to jedyny album zespołu, na którym nie ma żadnego wielkiego przeboju. Najbardziej znanym jego fragmentem jest - zasłużenie - "All My Loving". Genialna, typowo beatlesowska (a dokładniej mccartneyowa) melodia zapada w pamięć już po pierwszym przesłuchaniu. Aż dziwne, że utwór ten w Wielkiej Brytanii w ogóle nie był wydany na singlu, a w Stanach doszedł zaledwie do 45. miejsca. Innymi mocnymi punktami albumu są: dynamiczny otwieracz "It Won't Be Long", a także spokojniejsze, bardzo melodyjne "All I've Got to You" i "Not a Second Time". Na szczególną pochwałę zasługuje natomiast debiut George'a Harrisona w roli kompozytora, czyli "Don't Bother Me". Jego utwory zawsze pozostawały w cieniu tych tworzonych przez spółkę Lennon/McCartney, chociaż już tym kawałkiem udowodnił, że jest w stanie pisać równie chwytliwe i melodyjne rzeczy.

Podsumowując, "With the Beatles" to album bardzo nierówny, na którym znalazło się kilka wartych poznania utworów i wiele wypełniaczy. Gdyby ze wszystkich utworów wydanych przez grupę w 1963 roku (na singlach i obu albumach) zrobić tylko jeden longplay, byłaby to pewnie rzecz genialna. Ale ówczesna polityka prowadzona przez wytwórnie płytowe nie pozwalała na nagranie arcydzieła.

Ocena: 6/10



The Beatles - "With the Beatles" (1963)

1. It Won't Be Long; 2. All I've Got to You; 3. All My Loving; 4. Don't Bother Me; 5. Little Child; 6. Till There Was You; 7. Please Mister Postman; 8. Roll Over Bethoveen; 9. Hold Me Tight; 10. You Really Got a Hold on Me; 11. I Wanna Be Your Man; 12. Devil in Her Heart; 13. Not a Second Time; 14. Money (That's What I Want)

Skład: John Lennon - wokal i gitara, organy, harmonijka; Paul McCartney - wokal i bass, pianino, George Harrison - gitara i wokal, Ringo Starr - perkusja, instr. perkusyjne, wokal
Gościnnie: George Martin - pianino (10,13,14)
Producent: George Martin


[Recenzja] The Beatles - "Please Please Me" (1963)



O wpływie Beatlesów na całą późniejszą muzykę można by napisać niejedną książkę. Nie od razu jednak stali się najważniejszą i najbardziej inspirującą grupą w historii muzyki rockowej, czego najlepszym dowodem ich debiutancka płyta długogrająca, "Please Please Me". To czternaście prostych piosenek, nieodbiegających daleko od ówczesnych standardów rock and rolla, rhythm and bluesa i popu. Zaletą tego longplaya są przede wszystkim młodzieńcza energia i zmysł do tworzenia fantastycznych, zapadających w pamięć melodii. Przecież już tutaj znalazły się pierwsze przeboje zespołu: "Love Me Do" oraz tytułowy "Please Please Me". Już w nich pojawia się znak rozpoznawalny Beatlesów - niesamowicie chwytliwe harmonie wokalne wszystkich muzyków. Za główne partie wokalne najczęściej odpowiadają John Lennon i Paul McCartney, ale swoje "pięć minut" mają także George Harrison ("Chains", "Do You Want to Know a Secret") i Ringo Starr ("Boys").

Longplay składa się z ośmiu utworów spółki Lennon/McCartney (muzycy umówili się, że wszystkie utwory będą podpisywać wspólnie, nawet jeśli w rzeczywistości będą skomponowane tylko przez jednego z nich), oraz z sześciu coverów - jak na ówczesne standardy, taka przewaga autorskiego materiału nad przeróbkami jest godna podziwu (dla porównania, na debiucie The Rolling Stones są tylko trzy utwory podpisane przez członków grupy). Inna sprawa to poziom tego materiału. Niestety, większość kompozycji dziś brzmi już bardzo staroświecko. I niestety dotyczy to nie tylko coverów ("Anna (Go to Him)" Arthura Alexandera, "Boys" i "Baby It's You" The Shirelles, oraz "A Taste of Honey" Herb Alpert's Tijuana Brass), ale też niektórych autorskich piosenek grupy ("Ask Me Why", "P.S. I Love You", "Do You Want to Know a Secret" i "There's a Place"). Ale to w końcu nagrania sprzed pięćdziesięciu lat.

Jednak nie wszystkie utwory tak bardzo się zestarzały. Do dzisiaj broni się dynamiczny otwieracz "I Saw Her Standing There", wyróżniający się długim - jak na początek lat 60. - gitarowym solem. Natomiast singlowe "Please Please Me" i "Love Me Do" wciąż czarują niesamowicie chwytliwymi, rewelacyjnymi melodiami. Jednak utworem, który brzmi najbardziej ponadczasowo, okazał się cover "Twist and Shout" (oryginalnie wykonywany przez grupę Top Notes, muzycy oparli się jednak na późniejszej wersji The Isley Brothers). W wersji Beatlesów nabrał ogromnej mocy, dzięki ekspresyjnej partii wokalnej Lennona, śpiewającego zdartym gardłem, będącym wynikiem całodziennej sesji nagraniowej - bowiem cały album (z wyjątkiem nagranych wcześniej na single "Love Me Do", "P.S. I Love You", "Please Please Me" i "Ask Me Why") został zarejestrowany w ciągu jednej, dziewięciogodzinnej sesji.

"Please Please Me" osiągnął ogromny sukces komercyjny, docierając na szczyt brytyjskiego notowania płyt długogrających, ale z perspektywy czasu można określić go jako niepozorny debiut, który w żadnym wypadku nie zapowiadał późniejszej wielkości The Beatles. Raczej kolejną grupę, która wyda kilka przebojowych singli i szybko zakończy swój żywot.

Ocena: 7/10



The Beatles - "Please Please Me" (1963)

1. I Saw Her Standing There; 2. Misery; 3. Anna (Go to Him); 4. Chains; 5. Boys; 6. Ask Me Why; 7. Please Please Me; 8. Love Me Do; 9. P.S. I Love You; 10. Baby It's You; 11. Do You Want to Know a Secret; 12. A Taste of Honey; 13. There's a Place; 14. Twist and Shout

Skład: John Lennon - wokal, gitara i harmonijka; Paul McCartney - wokal i bass; George Harrison - gitara i wokal, Ringo Starr - perkusja, instr perkusyjne i wokal
Gościnnie: George Martin - pianino (2), czelesta (10); Andy White - perkusja (8), instr. perkusyjne (9)
Producent: George Martin


17 stycznia 2013

[Recenzja] Riverside - "Shrine of New Generation Slaves" (2013)



"Shrine of New Generation Slaves" to już piąty studyjny album warszawskiego Riverside. Do tej pory postrzegałem ich raczej jako podróbkę Porcupine Tree, bardziej niż zespół, któremu warto poświęcić więcej uwagi. Ogromnie zaskoczył mnie promujący ten longplay singiel zatytułowany "Celebrity Touch", brzmiący jak... Deep Purple. Jest w nim sporo z klimatu nagrań tej grupy z lat 70., zwłaszcza w stricte hard rockowym gitarowym riffie, zdublowanym Hammondem. W drugiej połowie utworu jest bardziej progresywnie, ale zaskoczenie - bardzo pozytywne - pozostaje. Zachęcony tym utworem postanowiłem przesłuchać cały album.

Purplowo robi się jeszcze w jednym momencie - w klawiszowej solówce rozpoczynającej się w piątej minucie "Escalator Shrine", brzmiącej jak żywcem wyjęta z "In Rock". Ten 12-minutowy utwór to prawdziwe opus magnum longplaya. Po wspomnianej solówce rozpoczyna się riffowy fragment nieco w stylu Black Sabbath, po którym z kolei rozbrzmiewają delikatne dźwięki gitary, przypominające Pink Floyd. Balladowy początek utworu i mocniejsza końcówka brzmią jednak bardzo typowo dla Riverside.

Muzycy nie zapominają jednak o swojej fascynacji Porcupine Tree. Słychać ją w dwóch pierwszych utworach, "New Generation Slave" i "The Depth of Self-Delusion", łączących w sobie nowoczesne metalowe riffowanie z delikatniejszymi, prog rockowymi fragmentami. Ten drugi utwór to najbardziej chwytliwy fragment albumu, obok "Celebrity Touch". Inspirację zespołem Stevena Wilsona słychać jeszcze w progresywnej balladzie "Deprived (Irretrievably Lost Imagination)", zakończonej saksofonowym solem, a zwłaszcza w przepięknej, akustycznej miniaturce "Coda".

Albumu dopełniają: delikatny "We Got Used to Us", oparty głównie na brzmieniach pianina oraz najmniej przekonujący "Feel Like Falling", momentami korzący się z popowym wcieleniem Genesis, chociaż z ciekawymi instrumentalnymi fragmentami. W wersji rozszerzonej (oraz winylowej) album zawiera dwa dodatkowe utwory, ponad 10-minutowe studyjne jamy: "Night Session (Part One)" i "Night Session (Part Two)". Ciekawiej wypada drugi, wzbogacony saksofonem.

Zaskakująco udany album. Poważny kandydat do płyty roku.

Ocena: 8/10

14 lutego 2018:

W momencie, kiedy ten album się ukazał, wymieszanie klimatu nagrań Porcupine Tree i późnego Pink Floyd z klasycznie hardrockowym riffowaniem, było dla mnie wystarczającym powodem, by wystawić wysoką ocenę, nie zważając na to, że kompozytorsko i wykonawczo jest to nieporównywalnie słabsze od pierwowzorów. Po głębszym zapoznaniu się z klasyką rocka progresywnego, stało się dla mnie jasne, jak marnym naśladowcą jest Riverside, powielając wszystkie błędy neo-progresu: na siłę wydłużane kompozycje (poprzez wprowadzanie bez żadnej logiki kolejnych motywów), smętno-melancholijny klimat i brak dobrych melodii. Tutaj dochodzą do tego jeszcze toporne, niezapamiętywalne riffy. Ok, zdarzają się tu nawet niezłe, jak na ten styl, momenty: "The Depth of Self-Delusion" ma zalążki niezgorszej melodii, a "Celebrity Touch" brzmi prawie jak Deep Purple z lat 80. To spory postęp w stosunku do wcześniejszych wydawnictw grupy. Na każdy z nich przypadają jednak kompletne mielizny kompozytorskie, jak "New Generation Slave" czy "Deprived". Często też wieje banałem, jak w "We Got Used to Us", "Feel Like Falling" i "Coda". Natomiast chwalony w recenzji "Escalator Shrine" jest chaotycznym zlepkiem różnych pomysłów, które połączono bez żadnego sensu.

Wstyd mi jak diabli za te wszystkie bzdury, które tu nawypisywałem pięć lat temu. Na usprawiedliwienie dodam, że po opublikowaniu tej recenzji, słuchałem tego albumu może jeszcze ze dwa razy, w dużych odstępach czasowych. Nawet wtedy wolałem zamiast niego włączyć któreś z wydawnictw Pink Floyd lub Deep Purple.

Ocena: 4/10



Riverside  - "Shrine of New Generation Slaves" (2013)

1. New Generation Slave; 2. The Depth of Self-Delusion; 3. Celebrity Touch; 4. We Got Used to Us; 5. Feel Like Falling; 6. Deprived (Irretrievably Lost Imagination); 7. Escalator Shrine; 8. Coda

Skład: Mariusz Duda - wokal, bass i gitara akustyczna; Piotr Grudziński - gitara; Michał Łapaj - instr. klawiszowe; Piotr Kozieradzki - perkusja
Gościnnie: Marcin Odyniec - saksofon (6)
Producent: Riverside, Magda i Robert Srzedniccy


14 stycznia 2013

[Recenzja] Porcupine Tree - "The Incident" (2009)



"The Incident" składa się z dwóch płyt (w niektórych wydaniach cały materiał upchnięto na jednym dysku). Na pierwszą trafił 55-minutowy utwór tytułowy, składający się z 14 części, z których każda tworzy osobny utwór. Druga płyta to cztery niepowiązane ze sobą kawałki. Zacznijmy jednak od pierwszej. Najważniejszym fragmentem jest zdecydowanie "Time Flies" - niemal 12-minutowy utwór, brzmiący jak połączenie floydowych "Dogs" i "Sheep". Innym ciekawym fragmentem jest mocny, chwytliwy "The Blind House". To jeden z nielicznych naprawdę ciężkich fragmentów albumu - metalowe riffowanie pojawia się jeszcze tylko w eksperymentalnym mocno elektronicznym tytułowym "The Incident", we fragmentach "Octane Twisted", oraz w instrumentalnym, nudnym "Circle of Manias".

Nie można za to narzekać na brak łagodniejszych, uroczych kompozycji. Tutaj są one reprezentowane przez miniaturki "Great Expectations" i "Kneel and Disconnect", oraz dłuższy "I Drive the Hearse", zakończony pięknym gitarowym solem. Balladowe są także zwrotki "Drawing the Line", ale nastrój utworu zepsuto ostrzejszym, zbyt komercyjnym refrenem. "Your Unpleasant Family" - kolejna miniaturka - wyróżnia się solówką w stylu Pink Floyd. Niczym nie zachwyca natomiast inny krótki fragment, "The Séance", ani trzy części spełniające role interludiów ("Occam's Razor", "The Yellow Windows of the Evening Train" i "Degree Zero of Liberty").

Utwory z drugiego dysku nie robią większego wrażenia. Spokojny "Flicker", bardziej dynamiczny "Bonnie the Cat" oraz nieco ckliwy "Black Dahlia" sprawiają wrażenie wypełniaczy. Lepiej prezentuje się "Remember Me Lover", chociaż i tu nie ma rewelacji - solidny utwór, w którym balladowe fragmenty przeplatają się z metalowymi riffami.

Ocena: 7/10



Porcupine Tree - "The Incident" (2009)

CD1: 1. Occam's Razor; 2. The Blind House; 3. Great Expectations; 4. Kneel and Disconnect; 5. Drawing the Line; 6. The Incident; 7. Your Unpleasant Family; 8. The Yellow Windows of the Evening Train; 9. Time Flies; 10. Degree Zero of Liberty; 11. Octane Twisted; 12. The Séance; 13. Circle of Manias; 14. I Drive the Hearse
CD2: 1. Flicker; 2. Bonnie the Cat; 3. Black Dahlia; 4. Remember Me Lover

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Richard Barbieri - instr. klawiszowe; Colin Edwin - bass; Gavin Harrison - perkusja
Producent: Porcupine Tree


[Recenzja] Porcupine Tree - "Fear of a Blank Planet" (2007)



Kolejny świetny album, chociaż początek tego nie zapowiada. Tytułowy "Fear of a Blank Planet" to dość nijaki utwór z obowiązkowymi wówczas ciężkimi gitarami, kontrastującymi jednak z łagodniejszymi fragmentami. Kawałek wyróżnia się jednak tylko za sprawą bardzo chwytliwego refrenu. Najwyżej średnio wypada spokojniejszy "My Ashes", zbytnio rozrzewniony przez sekcję smyczkową. Dalej jednak album robi się wręcz genialny.

"Anesthetize" to 17-minutowy utwór składający się z trzech części. Pierwsza jest łagodna, melodyjna ale dość mroczna. Po solówce w wykonaniu gitarzysty Rush, Alexa Lifesona, rozpoczyna się część druga (nosząca własny tytuł: "The Pills I'm Taking"), oparta na ciężkim riffowaniu, choć tylko momentami brzmiąca metalowo. Ostatnia część przynosi uspokojenie. Jako całość "Anesthetize" jest zdecydowanie największym arcydziełem grupy.

Wysoki pozom utrzymują kolejne utwory. Przepiękny "Sentimental" to z kolei najbardziej poruszający kawałek Porcupine Tree. "Way Out of Here" łączy mroczne muzyczne pejzaże stworzone przez samego Roberta Frippa (King Crimson) z ostrymi, metalowymi fragmentami. Nieco dziwny jest oparty na brzmieniach elektronicznych "Sleep Together", ale ratuje go mocny gitarowy refren i solidne brzmienie perkusji.

Winylowe wydanie albumu zawiera dodatkowe cztery utwory (na CD wydane osobno, jako EP "Nil Recurring"). "Cheating the Polygraph" łączy melodyjne zwrotki z mocniejszym refrenem. Instrumentalny "Nil Recurring" to już ciężkie riffowanie od początku do końca, z solówką w wykonaniu Frippa. Najsłabiej wypada "Normal", głównie jednak dlatego, że to mniej przekonująca wersja "Sentimental". Z kolei w najbardziej progresywnym, elektroniczno-gitarowym "What Happens Now?", pojawia się ten sam riff, co na początku "The Pills I'm Taking".

Ocena: 8/10



Porcupine Tree - "Fear of a Blank Planet" (2007)

1. Fear of a Blank Planet; 2. My Ashes; 3. Anesthetize; 4. Sentimental; 5. Way Out of Here; 6. Sleep Together

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Richard Barbieri - instr. klawiszowe; Colin Edwin - bass; Gavin Harrison - perkusja
Gościnnie: Alex Lifeson - gitara (3); Robert Fripp - soundscapes (5); John Wesley - chórki
Producent: Porcupine Tree


13 stycznia 2013

[Recenzja] Porcupine Tree - "Deadwing" (2005)



"Deadwing" to najcięższy album zespołu. Jednocześnie jest powrotem do bardziej progresywnych, rozbudowanych utworów. Taki jest otwierający longplay kawałek tytułowy, trwający prawie 10 minut i łączący w sobie ciężkie riffy z typowymi dla zespołu, ładnymi melodiami. Gościnnie udzielają się w nim Adrian Belew z King Crimson, odpowiedzialny za gitarowe solo, oraz Mikael Åkerfeldt z deathmetalowo-progrockowego Opeth, w roli drugiego wokalisty. Jeszcze lepszy okazuje się 12-minutowy "Arriving Somewhere but Not Here", z początku balladowy, ale z czasem nabierający mocy - druga połowa zdominowane jest przez ostre riffowanie; pod koniec utwór znowu łagodnieje. W nim także udziela się Åkerfeldt - tym razem nie tylko wokalnie, ale wykonuje też jedną z solówek.

Na miano progresywnego zasługuje również "Start of Something Beautiful". Z początku właściwie jest to zwykła, łagodna piosenka z ostrzejszym refrenem, ale w środkowej części instrumentalnej faktycznie zaczyna się coś pięknego. Pozostałe utwory są już zdecydowanie prostsze. Znalazły się wśród nich ciężkie, nowocześnie metalowe "Shallow" i "Open Car", jak i łagodniejsze, urocze "Lazarus" i "Mellotron Scratch". Nie do końca przekonują mnie tylko dwa utwory: trochę dziwny "Halo" (znowu z udziałem Belewa), oraz zbyt rozwlekły "Glass Arm Shattering". Reszta albumu to Porcupine Tree w najwyżej formie kompozytorskiej i wykonawczej.

"Deadwing" ukazał się w kilku różnych wersjach: wydanie amerykańskie zawierało nową, jeszcze lepszą wersję "Shesmovedon" (kolejny utwór nagrany z pomocą Åkerfeldta); na edycję winylową trafiły dodatkowe dwa utwory - mocny, chwytliwy "So Called Friend" i zbyt delikatny, nużący "Half-Light"; z kolei wersja CD/DVD na drugiej płycie zawiera instrumentalne "Revenant" i "Mother & Child Divided", a także "Half-Light" i "Shesmovedon".

Ocena: 8/10



Porcupine Tree - "Deadwing" (2005)

1. Deadwing; 2. Shallow; 3. Lazarus; 4. Halo; 5. Arriving Somewhere but Not Here; 6. Mellotron Scratch; 7. Open Car; 8. Start of Something Beautiful; 9. Glass Arm Shattering

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, bass, instr. klawiszowe; Richard Barbieri - instr. klawiszowe; Colin Edwin - bass; Gavin Harrison - perkusja
Gościnnie: Adrian Belew - gitara (1,4), Mikael Åkerfeldt - chórki (1,3,5), gitara (5)
Producent: Steven Wilson, Gavin Harrison i Richard Barbieri


[Recenzja] Porcupine Tree - "In Absentia" (2002)



"In Absentia" jest uznawany jako wielki przełom w twórczości Porcupine Tree. Przesada. To po prostu logiczna kontynuacja drogi obranej w mocniejszych fragmentach "Lightbulb Sun". Ciężkie, metalowe riffy tym razem pojawiają się jednak nie tylko na zasadzie kontrastów z łagodniejszymi fragmentami ("Blackest Eyes", "Gravity Eyelids", "Strip the Soul"), ale też dominują w warstwie muzycznej kilku utworów ("Wedding Nails", "The Creator Has a Mastertape").

Poza wspomnianymi pięcioma utworami, przeważają jednak kawałki łagodniejsze, bardzo melodyjne, w duchu poprzednich płyt. "Trains" i "The Sound of Muzak" mogłyby być sporymi przebojami, gdyby media promowały ambitniejszą muzykę. Zresztą tekst tego drugiego utworu porusza właśnie problem słabej kondycji współczesnej muzyki, bez żadnej wartości artystycznej, robionej wyłącznie dla pieniędzy. Porcupine Tree to jednak nie dotyczy, wystarczy wsłuchać się np. w przepiękny "Heartattack in a Layby", żeby odzyskać wiarę, że wciąż powstaje prawdziwa muzyka. Innym świetnym utworem jest wspomniany "Strip the Soul", z genialnym, zupełnie niespodziewanym przejściem z riffowania do brzmień akustycznych. A na sam koniec albumu czeka jeszcze delikatny "Collapse the Light Into Earth".

Album doczekał się dwóch reedycji, pierwszej już rok po wydaniu (z trzema bonusowymi utworami: "Drown with Me", "Chloroform" i skróconą, singlową wersją "Strip the Soul"), kolejna natomiast ukazała się w 2004 roku i zawierała dodatkową płytę DVD, a na niej, obok "Drown with Me" i "Chloroform", znalazł się utwór "Futile", oraz teledyski do utworów "Strip the Soul", "Blackest Eyes" i "Wedding Nails".

Ocena: 8/10



Porcupine Tree - "In Absentia" (2002)

1. Blackest Eyes; 2. Trains; 3. Lips of Ashes; 4. The Sound of Muzak; 5. Gravity Eyelids; 6. Wedding Nails; 7. Prodigal; 8. .3; 9. The Creator Has a Mastertape; 10. Heartattack in a Layby; 11. Strip the Soul; 12. Collapse the Light Into Earth

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, pianino; Richard Barbieri - instr. klawiszowe; Colin Edwin - bass; Gavin Harrison - perkusja
Gościnnie: John Wesley - chórki (1,4,7), gitara (1); Aviv Geffen - chórki (4,7)
Producent: Steven Wilson