22 grudnia 2013

[Artykuł] Podsumowanie roku 2013



Rok 2013 okazał się wyjątkowo smutny dla muzyki rockowej - zwłaszcza jego pierwsza połowa, kiedy w niedługim czasie zmarli tacy muzycy, jak Alvin Lee (Ten Years After), Clive Burr (Iron Maiden), Jeff Hannemann (Slayer) oraz Ray Manzarek (The Doors). Z drugiej strony, nie pamiętam kiedy ukazało się tyle udanych albumów, co w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Prawdopodobnie trzeba by się cofnąć pamięcią aż do ubiegłego wieku. Lista piętnastu tegorocznych albumów, które zrobiły na mnie najlepsze wrażenie, znajduje się w dalszej części artykułu. Najpierw chciałbym jednak napisać kilka słów o płytach, które zawiodły moje oczekiwania.

Do największych rozczarowań tego roku, zaliczam przede wszystkim nowe albumy Megadeth ("Super Collider") i Pearl Jam ("Lightning Bolt"). Oba zresztą z tego samego powodu. Po poprzednich płytach tych wykonawców, można było się spodziewać, że już dawno mają za sobą okres eksperymentów i poszukiwań, że w końcu wrócą na stałe do grania tego, co wychodzi im najlepiej. Nowe wydawnictwa całkiem rozwiewają te nadzieje. Co gorsze, zespoły nie eksplorują na nich jednej konkretnej stylistyki, a próbują swoich sił w kilku różnych, przez co jako całość oba albumy są bardzo niespójne. Różnica między nimi polega na tym, że muzykom Pearl Jam udało się stworzyć chociaż dwa dobre utwory ("Getaway" i "Sirens"), podczas gdy na propozycji Megadeth, mimo sporych chęci, nie znalazłem nic godnego uwagi.

Inne rozczarowania, to wydane pod koniec roku albumy "Revolution Rise" Kill Devil Hill i "Bridge the Gap" Michael Schenker's Temple of Rock. Oba boleśnie pokazują, że nie wystarczy być byłym członkiem wielkiego zespołu (w pierwszej grupie grają m.in. dawni muzycy Black Sabbath i Pantery, w drugiej - ex-członkowie Scorpions, UFO i Rainbow), aby na własny rachunek stworzyć coś interesującego. Obu albumom brakuje wyrazistości i oryginalności. Najsłabszym tegorocznym longplayem, jaki przesłuchałem, był jednak solowy debiut Phila Anselmo (Down, ex-Pantera), "Walk Through Exits Only". Album całkowicie pozbawiony śladów melodii, naładowany jedynie bezmyślną agresją.


Najlepsze albumy 2013 roku:



Avenged Sevenfold nigdy nie będzie wielkim zespołem. To już ich szósty album, a grupa wciąż nie ma własnego stylu. Zamiast tego bezczelnie, na granicy plagiatu, inspiruje się dokonaniami innych wykonawców. Często zresztą przekracza tą granicę ("This Means War" to klon "Sad But True" Metalliki). Z drugiej strony, albumu "Hail to the King" słucha się naprawdę świetnie, a refreny większości utworów - zwłaszcza tytułowego  - na długo zostaje w pamięci. Nie będę jednak z niecierpliwością czekał na ich kolejny album, skoro w każdej chwili mogę odkurzyć tzw. "The Black Album" wspomnianej wyżej grupy, lub inne klasyczne metalowe pozycje.

Wywodzący się z nurtu NWOBHM zespół Satan nigdy nie zrobił kariery na miarę Iron Maiden, Def Leppard lub chociaż Saxon. Byłoby to zresztą trudne z taką nazwą (choć zmieniano ją wielokrotnie, najpierw na Blind Fury, później na Pariah). Po długiej przerwie w działalności, grupa wróciła pod pierwotną nazwą, w składzie z kultowego wśród fanów metalu debiutu "Court in the Act", z materiałem przypominającym najlepsze czasy Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu.
13. Volbeat - "Outlaw Gentlemen & Shady Ladies" 

Solidny longplay, ale jednocześnie - najmniej udany w dotychczasowej dyskografii zespołu. Volbeat od zawsze łączył różne, z pozoru nie pasujące do siebie style - metal, punk rock, rockabilly, nawet country. Przeważnie dawało to świetne rezultaty, zwłaszcza w kawałkach, w których wszystkie te style były razem wymieszane. Tym razem jednak zbyt wielka jest przepaść między cięższymi fragmentami (świetne "Room 24" z udziałem Kinga Diamonda, "The Hangman's Body Count" i "Doc Holliday"), a tymi bardziej radiowymi (koszmarne "My Body" i "The Lonesome Rider").

Podobno ma to być ostatni album Bad Religion. Zobaczymy... Jeżeli tak, to całkiem nieźle sprawdza się jako podsumowanie kariery tej punk rockowej grupy. Od krótkich, szybkich kawałków, jakie tworzyli na początku działalności (np. tytułowy, "Vanity"), po bardziej rozbudowane, bliższe ich twórczości z lat 90. ("Hello Cruel World"). Przede wszystkim dominują tu jednak charakterystyczne dla całego ich dorobku, melodyjne czady (np. "Dept. of False Hope", "Past Is Dead").
11. Alice in Chains - "The Devil Put Dinosaurs Here"

Jeżeli pominąć idiotyczny tytuł i brzydką, chociaż pomysłową okładkę, a przede wszystkim - zapomnieć z jakim zespołem mamy do czynienia, jest to naprawdę dobry album. Jak na standardy Alice in Chains nie jest jednak najlepiej. W wielu momentach muzycy ocierają się autoplagiat. Najgorsze jednak, że nie bardzo wiedzą, co chcą grać. Z jednej strony są tu kawałki miażdżące ciężarem (np. "Hollow", "Stone"), a z drugiej - ocierające się o pop ("Voices", Skalpel"). Jedne do drugich pasują jak pięść do nosa. Album ratują jednak trzy naprawdę dobre kompozycje - mroczne, klimatyczne "The Devil Put Dinosaurs Here" i "Hung on a Hook", oraz potężny, sabbathowy riffowiec "Phantom Limb".
10. Saxon - "Sacrifice" 

Grupa średnio co dwa lata wydaje nowy album, dlatego trudno nazwać wielkim wydarzeniem nagraniem przez nich 20. longplaya. A jednak żaden wielbiciel tradycyjnego heavy metalu nie powinien przejść obojętnie obok tej pozycji. Album wypełniony jest typowymi dla grupy, metalowymi hymnami (np. "Stand up and Fight"). Zaskoczeniem są natomiast wyjątkowo ciężkie, jak na Saxon, utwory "Sacrifice" i "Wheels of Terror".
9. The Flying Eyes - "Lowlands" 

Zespół powstał w 2007 roku, a jego twórczość brzmi, jakby została nagrana w latach 70. W początkach działalności porównywano ich głównie z The Doors (wokal w stylu Jima Morrisona), obecnie bliżej im do klimatów Black Sabbath. Na "Lowlands" można znaleźć zarówno fragmenty mroczne, monumentalne ("Smile"), jak i bardziej pogodne ("Eye of the Storm"). Przede wszystkim sporo tu jednak psychodelii i stonerowego brudu (np. "Long Gone").

Ex-basista Metalliki, Jason Newsted, wsławił się głównie tym, że zupełnie go nie słychać na albumie "...And Justice for All". Teraz, po kilku latach milczenia, powraca na czele własnego zespołu (w którym występuje także w roli wokalisty). Już debiutancka EPka "Metal" pokazywała, że Newsted ma potencjał. Na pełnym albumie nie do końca go wykorzystuje, ale i tak wyszedł solidny debiut. Oby tak dalej.

"SoNGS" to zwrot ku bardziej klasycznym brzmieniom, raz z okolic Deep Purple ("Celebrity Touch", "Escalator Shrine"), kiedy indziej Genesis ("Feel Like Falling"). Całość - zgodnie z tytułowym akronimem - jest prostsza od dotychczasowych dokonań zespołu. Ale to nie zarzut.

Co teraz? Najlepszy album Deep Purple od niemal 30 lat. Momentami bezpośrednio nawiązujący do klasycznych dokonań zespołu (najlepsze na płycie "A Simple Song" i "Out of Hand"). Kiedy indziej zaskakująca nietypowymi jak na tą grupę rozwiązaniami ("Blood From a Stone", "Après Vous"). Niestety, nie wszystkie utwory trzymają poziom. Ocenę całości zaniża przede wszystkim banalny, popowy "All the Time in the World", z premedytacją wybrany na pierwszy singiel.
5. Depeche Mode - "Delta Machine" 

Nie ma tu łatwo wpadających w ucho przebojów, z jakich zespół zawsze słynął. Ani jednego. Nawet singlowy "Heaven" nie jest oczywistym hitem (choć to jedna z najpiękniejszych piosenek Depeche Mode). Zespół postawił tu na eksperymenty, poszukiwanie nowego stylu. Dzięki temu wyszła jednak bardzo intrygująca całość. Nie jest to oczywiście album na miarę największych osiągnięć grupy, ale na tle poprzednich trzech albumów wypada naprawdę nieźle.

Za opis tego albumu wystarczyłaby sama nazwa Motörhead. To już 21. studyjny album zespołu, a grupa wciąż gra, jak 30 lat temu. Wielbiciele albumów "Ace of Spades" i "Overkill" będą zachwyceni. Jednak w przeciwieństwie do kilku poprzednich wydawnictw, "Aftershock" oprócz szybkich, metalowych czadów (np. "Heartbreaker", "Paralyzed") zawiera także kilka łagodniejszych momentów ("Lost Woman Blues", "Dust And Glass").

Porcupine Tree początkowo był praktycznie solowym projektem Stevena Wilsona. Jednak z czasem stawał się coraz bardziej demokratycznym zespołem, w którym lider już nie mógł realizować wszystkich swoich pomysłów. Nic dziwnego, że obecnie priorytetem jest dla niego kariera solowa, dzięki której bez żadnych przeszkód może realizować swoją wizję. To już jego trzeci solowy album - najkrótszy i najbardziej udany z dotychczasowych. Wilson bezpośrednio nawiązuje to do rocka progresywnego z lat 70., z naciskiem na King Crimson. Pojawiają się elementy niespotykane w twórczości Porków - jak wpływy jazzowe - ale są też utwory, które spokojnie mogłyby trafić do repertuaru tamtej grupy (zwłaszcza "Drive Home").

Twórczość Ghost brzmi jak połączenie Blue Öyster Cult, Mercyful Fate, ABBY i Beatlesów. Na swoim drugim albumie, muzycy nieco złagodzili brzmienie i uwypuklili przebojowe melodie. Takie utwory, jak "Jiggalo Har Megiddo" czy "Body and Blood", to właściwie mocniejszy pop. Ale zespół nie zrezygnował z mrocznego klimatu i satanistycznej otoczki, dzięki czemu powstała płyta jeszcze bardziej oryginalna i zaskakująca od debiutanckiego "Opus Eponymous" sprzed trzech lat.
1. Black Sabbath - "13" 

Pierwsze miejsce dla tego albumu chyba dla nikogo z czytelników bloga nie jest niespodzianką. Już sam fakt, że Tony Iommi, Geezer Butler i Ozzy Osbourne nagrali razem album (pierwszy od 1978 roku), czyni "13" wydawnictwem wyjątkowym. Ale zawarte tu utwory bronią się same - to po prostu klasyczny Black Sabbath w najwyższej formie, porównywalnej do tej z ich trzech pierwszych, najlepszych longplayów. Utwory "God Is Dead?", "End of the Beginning", "Loner" i "Age of Reason", grane na koncertach pomiędzy kawałkami z lat 70., już teraz brzmią jak klasyka. A pozostałe kompozycje - może z wyjątkiem banalnego "Live Forever" - w niczym im nie ustępują. Rozczarowuje jedynie współczesne, skompresowane brzmienie albumu. Oraz nieciekawy tytuł, mogący wprowadzić w błąd - "Trzynastka" w rzeczywistości jest 19. studyjnym longplayem sygnowanym nazwą Black Sabbath.

20 grudnia 2013

[Recenzja] Bad Religion - "Christmas Songs" EP (2013)



Czy tego chcemy, czy nie, święta zbliżają się nieuchronnie. Niektórzy przygotowują się do nich już od dawna - recenzowana tu EPka ukazała się już we wrześniu. Jest to zbiór ośmiu tradycyjnych pieśni bożonarodzeniowych, w wykonaniu grupy Bad Religion. Czego można się spodziewać po zespole z taką nazwą? Parodii świątecznych utworów, z poprzekręcanymi tekstami? Cóż, takie rzeczy już nagrywali w przeszłości... Tym razem zaproponowali coś odmiennego. Teksty pozostały bez zmian, za to podkład muzyczny został zaaranżowany w typowym dla Bad Religion stylu. Jest więc zatem szybko i bardzo melodyjnie. Właściwie gdyby nie teksty, można by pomyśleć, że mamy do czynienia z ich autorskimi utworami. Które zresztą mogłyby być zaliczone do najlepszych w ich dorobku (zwłaszcza niesamowicie chwytliwy "O Come, O Come, Emmanuel", wzbogacony krótką, ale udaną solówką). Trochę brakuje natomiast świątecznego klimatu - pojawia się tylko na samym początku EPki, w śpiewanym a capella wstępie "Hark! The Herald Angels Sing".

Dodatkowo, EPka zawiera bonus w postaci remiksu jednego z największych przebojów grupy, "American Jesus". Wcześniej ta wersja - niewiele różniąca się od oryginalnej, z albumu "Recipe for Hate" - była dostępna wyłącznie na radiowym singlu. Trzeba dodać, że "Christmas Songs" to pierwsze wydawnictwo Bad Religion od czasu albumu "Into the Unknown" (1983), nagrane bez udziału Grega Hetsona. Gitarzysta od pewnego czasu nie występuje z grupą z "przyczyn osobistych".

Ocena: 6/10



Bad Religion - "Christmas Songs" (2013)

1. Hark! The Herald Angels Sing; 2. O Come All Ye Faithful; 3. O Come, O Come, Emmanuel; 4. White Christmas; 5. Little Drummer Boy; 6. God Rest Ye Merry Gentlemen; 7. What Child Is This?; 8. Angels We Have Heard on High; 9. American Jesus (Andy Wallace Mix)

Skład: Greg Graffin - wokal; Brett Gurewitz - gitara; Brian Baker - gitara (1-8); Greg Hetson - gitara (9); Jay Bentley - bass; Brooks Wackerman - perkusja (1-8); Bobby Schayer - perkusja (9)
Gościnnie: Eddie Vedder - wokal (9)
Producent: Bad Religion


19 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Works, Volume 1" (1977)



Piąty album Emerson, Lake & Palmer znacznie się różni od poprzednich. Na tym dwupłytowym wydawnictwie każdy członek zespołu dostał jedną stronę (wydania winylowego), na której mógł zaprezentować swoje solowe nagrania. Pomysł niezbyt oryginalny, bo podobnie zrobili muzycy Pink Floyd, niemal dekadę wcześniej na albumie "Ummagumma" (1969). Dodatkowo, czwarta strona zawiera dwa utwory zarejestrowane już przez cały zespół - "Fanfare for the Common Man" (autorstwa kompozytora Aarona Coplanda) i "Pirates". Oba rozbudowane i pełne orkiestrowego rozmachu. Pierwszy, w znacznie skróconej wersji, został wydany na singlu i stał się jedynym brytyjskim przebojem ELP, dochodząc do 2. miejsca w tamtejszym notowaniu. Pełną wersję ciężko jednak wysłuchać w całości. Podobnie zresztą jak "Pirates". Nie jest to poziom wcześniejszych dokonań grupy. A jeszcze gorzej prezentują się pozostałe trzy strony...

Najmniej przekonująca jest strona Carla Palmera. Niesprawiedliwie byłoby jednak wymagać od niego czegoś lepszego - jest świetnym perkusistą, ale na poprzednich albumach grupy nie przejawiał skłonności kompozytorskich. Nic więc dziwnego, że ratował się cudzymi utworami ("The Enemy God Dances With the Black Spirits" to fragment "Suity scytyjskiej" Siergieja Prokofjewa, a "Two Part Invention in D Minor" to kompozycja Jana Sebestiana Bacha). Albo, że sięgnął po coś ze starszego repertuaru ELP ("Tank"). Problem jednak w tym, że cała strona brzmi bardzo eksperymentalnie i nie układa się w spójną całość. Natomiast poszczególne utwory niczym nie zachwycają.

Równie odległa od dawnych dokonań jest strona Keitha Emersona. Klawiszowiec na swojej połówce zaproponował 18-minutową kompozycję w formie trzyczęściowego koncertu na pianino i orkiestrę. "Piano Concerto No. 1" to interesujące dzieło, ale zupełnie nie pasujące do albumu - mimo wszystko - rockowego zespołu. Najbliższa wcześniejszej twórczości ELP jest strona Grega Lake'a. To po prostu pięć krótkich piosenek, wcale nie tak odległych od "Lucky Man" czy "From the Beginning". Jednak w porównaniu z nimi, wypadają bardzo banalnie. A przez udział orkiestry są zbyt przesłodzone.

Na pewno inny byłby mój odbiór indywidualnych nagrań muzyków, gdyby ukazały się na osobnych wydawnictwach, sygnowanych ich nazwiskami. Zwłaszcza strona Emersona pokazuje, że klawiszowiec był wówczas w stanie nagrać interesujący album solowy. Pozostała dwójka już niekoniecznie... Eksperyment zaproponowany przez nich na "Works, Volume 1" był po prostu nietrafiony. Inna sprawa, że pracując razem też nie byliby w stanie nagrać dzieła na miarę swoich poprzednich albumów - tak przynajmniej można sądzić po jakości dwóch wspólnie nagranych utworów.

Ocena: 4/10


PS. Kilka miesięcy po "Works, Volume 1" ukazał się album "Works, Volume 2", nie będący jednak kolejnym zbiorem indywidualnych utworów poszczególnych muzyków ELP, a zbiorem odrzutów z poprzednich albumów. Trafiły na niego m.in trzy utwory z sesji nagraniowej albumu "Brain Salad Surgery" ("Tiger in a Spotlight", "Brain Salad Surgery" i instrumentalny "When the Apple Blossoms Bloom in the Windmills of Your Mind I'll Be Your Valentine"). Żaden z nich nie jest szczególnie udany, ale każdy z nich nadawałby się, aby zając na tamtym albumie miejsce "Benny the Bouncer". Najlepszym momentem "Volume 2" jest natomiast akustyczny utwór "I Believe in Father Christmas" Grega Lake'a, który nagrał go już w 1974 roku i wydał jako solowy singiel, który doszedł do 2. miejsca brytyjskiego notowania. Wersja ELP została pozbawiona obecnej w oryginale orkiestracji, dzięki czemu brzmi znacznie lepiej. O pozostałych kawałkach z "dwójki" nie warto nawet wspominać.



Emerson, Lake & Palmer - "Works, Volume 1" (1977)

LP1: 1. Piano Concerto No. 1; 2. Lend Your Love to Me Tonight; 3. C'est la Vie; 4. Hallowed Be Thy Name; 5. Nobody Loves You Like I Do; 6. Closer to Believing
LP2: 1. The Enemy God Dances with the Black Spirits; 2. L.A. Nights; 3. New Orleans; 4. Two Part Invention in D Minor; 5. Food for Your Soul; 6. Tank; 7. Fanfare for the Common Man; 8. Pirates

Skład: Keith Emerson - instr. klawiszowe (LP1: 1, LP2: 2,7,8); Greg Lake - wokal, bass i gitara (LP1: 2-6, LP2: 7,8); Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne (LP2: 1-8)
Gościnnie: John Mayer - orkiestracja (LP1: 1, LP2: 8); London Philharmonic Orchestra - orkiestra (LP1: 1);  Tony Harris i Godfrey Salmon - orkiestracja (LP1: 2-6); Joe Walsh - gitara i wokal (LP2: 2); The Orchestra De L'Opera De Paris - orkiestra (LP2: 8)
Producent: Keith Emerson (LP1: 1), Greg Lake (LP1: 2-6, LP2: 5,7,8), Peter Sinfield (LP1: 2-6), Carl Palmer (LP2: 1-6)


18 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Brain Salad Surgery" (1973)



Kontrowersyjny album. Zaczynając od tytułu i okładki, a kończąc na samych utworach. Longplay rozpoczyna się od dwóch coverów. Pierwszy z nich to piękna interpretacja "Jerusalem", czyli kompozycji napisanej przez Huberta Parry'ego w 1916 roku do poematu "And did those feet in ancient time" Williama Blake'a z 1808 roku. Utwór został wydany na singlu, ale radio BBC zakazało jego transmisji, zarzucając mu banalizację i wulgaryzację oryginału. Trudno jednak zgodzić się z taką argumentacją, bo utwór został wykonany z szacunkiem do pierwowzoru, a muzycy nadali mu tylko trochę bardziej rockowego charakteru. Gorzej prezentuje się natomiast "Toccata", oparta na czwartej części "1st Piano Concerto" Alberto Ginastery. Jest to nic więcej, jak pretensjonalny, instrumentalny popis umiejętności muzyków - niczym jednak nie przykuwający uwagi.

Pierwsza autorska kompozycja, "Still...You Turn Me On" to kolejny w dyskografii grupy akustyczny, piosenkowy utwór Grega Lake'a. Na tle pozostałych wyróżniający się lekko funkowym motywem, pojawiającym się po każdym powtórzeniu tytułu. Bardzo przyjemny utwór, sąsiadujący z paskudnym "Benny the Bouncer". Kawałek ma ewidentnie żartobliwy charakter, ale na miejscu członków zespołu byłoby mi wstyd umieszczać na albumie czegoś tak obleśnego. Ciekawostką jest natomiast, że tekst napisał dawny znajomy Lake'a z King Crimson - Peter Sinfield, który właśnie zakończył współpracę z Robertem Frippem.

Ostatni utwór, " Karn Evil 9" to rozbudowana suita, składająca się z trzech "impresji". Całość trwa prawie pół godziny, przez co nie zmieściła się na jednej stronie winylowego wydania - trzynastominutowy "1st Impression" został zatem podzielony na dwie części, z których pierwsza, ośmiominutowa, trafiła na stronę A albumu. Druga część "1st Impression", wraz z "2nd Impression" i "3rd Impression", wypełniły całą stronę B. Najlepiej wypada "1st Impression" - długi progrockowy utwór, z udanymi solówkami Lake'a na gitarze elektrycznej, ale trochę przydługi i zbyt często powtarzający te same fragmenty. Eksperymentalna, instrumentalna, bardziej jazzowa "2nd Impression", jest już zdecydowanie nudniejsza. "3rd Impression" też nie do końca przekonuje, ze względu na długie, monotonne fragmenty instrumentalne i dziwną melodię.

"Brain Salad Surgery" nie jest szczególnie udanym albumem, pomimo kilku ciekawych momentów. W większości składa się z bombastycznych popisów tria, które nie niosą za sobą żadnej treści. Jedynie dwa najbardziej piosenkowe utwory bronią się w całości.

Ocena: 6/10



Emerson, Lake & Palmer - "Brain Salad Surgery" (1973)

1. Jerusalem; 2. Toccata; 3. Still...You Turn Me On; 4. Benny the Bouncer; 5. Karn Evil 9: 1st Impression, Pt. 1; 6. Karn Evil 9: 1st Impression, Pt. 2; 7. Karn Evil 9: 2nd Impression; 8. Karn Evil 9: 3rd Impression

Skład: Greg Lake - wokal, bass i gitara; Keith Emerson - instr. klawiszowe; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Greg Lake


17 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Trilogy" (1972)



Zaczyna się od delikatnych uderzeń serca. A tak naprawdę od przetworzonej perkusji Carla Palmera (później ten sam efekt wykorzystała grupa Pink Floyd na rozpoczęcie "The Dark Side of the Moon"). Po chwili dochodzą klawisze Keitha Emersona, a po dłuższym czasie bas Grega Lake'a. Mijają niemal dwie minuty, zanim utwór "The Endless Enigma" na dobre się rozkręci. Uwagę przyciąga rewelacyjna partia wokalnych Lake'a, o podniosłym charakterze, lecz bez popadania w nadmierny patos. To jedna z najpiękniejszych i najbardziej chwytliwych linii wokalnych w twórczości grupy. W środku utworu pojawia się fortepianowy popis Emersona, nie do końca potrzebnie wyodrębniony jako osobna kompozycja ("Fugue"), płynnie przechodzący w zbiorową improwizację, po czym następuje powrót do głównego tematu z partią wokalną. Ten utwór to zdecydowanie jedno z największych arcydzieł zespołu.

Następnie pojawiają się trzy prostsze utwory. "From the Beginning" przywołuje klimat "Lucky Man" - to kolejna kompozycja Grega Lake'a oparta głównie na brzmieniu gitary akustycznej (muzyk zagrał tu także na gitarze basowej i elektrycznej), nagrana z niewielkim udziałem pozostałych muzyków. To bardzo zgrabny melodycznie utwór, który zresztą był największym singlowy, przebojem zespołu w Stanach (doszedł do 39. miejsca w norowaniu Billboardu). "The Sheriff" to z kolei jeden z tych żartobliwych kawałków, za które zespół często jest krytykowany. W tym przypadku nie ma jednak za bardzo do czego się przyczepić, bo to całkiem przyjemny, bardzo przebojowy utwór, z chwytliwą partią wokalną. Fajnie, że muzycy potrafili zagrać także coś z humorem (w przeciwieństwie np. do sztywniaków z Yes). Stanowiło to ciekawy kontrast do tych charakterystycznych dla grupy inspiracji muzyką poważną. Zresztą i taką muzykę potrafili zagrać z przymrużeniem oka, czego przykładem energetyczna i niemal piosenkowa aranżacja "Hoedown" amerykańskiego kompozytora Aarona Coplanda.

Drugą stronę winylowego wydania rozpoczyna tytułowa kompozycja "Trilogy". Z początku dość ascetyczna - z Gregiem Lake'em śpiewającym wyłącznie do akompaniamentu fortepianu - jednak stopniowo przechodząca w instrumentalną improwizację wszystkich muzyków, z wysuwającym się na pierwszy plan syntezatorem Emersona. "Living Sin" to kolejny mniej poważny utwór, dość ciężki brzmieniowo (mimo braku gitary), z popisową partią wokalną Lake'a, stosującego tu zarówno nieco teatralną melorecytację, jak i bardzo ekspresyjny, zadziorny śpiew. Całość zamyka długi, instrumentalny "Abaddon's Bolero", luźno oparty na słynnym "Boléro" Maurice'a Ravela, ale zagrany w prostszym, marszowym rytmie 4/4. To akurat nieco mniej udany utwór, powoli rozwijający się przez osiem minut, ale praktycznie zmierzający donikąd. Jego jedynym celem było chyba danie Emersonowi możliwości zaprezentowania swoich klawiszowych zabawek. Szkoda, że w taki sposób kończy się ten album, bo po poprzedzających go utworach można się spodziewać bardziej porywającego finału.

"Trilogy" to, mimo wszystko, najbardziej dopracowany i najrówniejszy studyjny album tria Emerson, Lake & Palmer. Właśnie tutaj muzykom udało się osiągnąć najlepsze proporcje między wykonawczą wirtuozerią, a przystępnością i melodycznością kompozycji. 

Ocena: 8/10



Emerson, Lake & Palmer - "Trilogy" (1972)

1. The Endless Enigma (Part One); 2. Fugue; 3. The Endless Enigma (Part Two); 4. From the Beginning; 5. The Sheriff; 6. Hoedown; 7. Trilogy; 8. Living Sin; 9. Abaddon's Bolero

Skład: Greg Lake - wokal, bass i gitara; Keith Emerson - instr. klawiszowe; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Greg Lake


15 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Tarkus" (1971)



Każdy z najważniejszych reprezentantów rocka progresywnego ma w swoim repertuarze przynajmniej jeden wielowątkowy utwór, zajmujący całą jedną stronę (w wydaniach winylowych) albumu. Pink Floyd ma "Echoes" i "Atom Heart Mother", King Crimson - "Lizard", Genesis - "Supper's Ready", Rush - "2112", itd. W przypadku supergrupy Emerson, Lake & Palmer taką kompozycją jest tytułowy utwór z ich drugiego longplaya, "Tarkus". Dwudziestominutowa suita, brzmiąca bardzo spójnie, mimo że składa się z siedmiu różnych części.

Całość zaczyna się podniosłym "Eruption", a kończy eksperymentalnym "Aquatarkus", w którym Emerson zastosował niespotykane wcześniej brzmienia (w celu ich osiągnięcia, klawiszowiec skontaktował się z Robertem Moogiem, konstruktorem syntezatora Moog). Z pozostałych części wyróżniają się trzy, dwie autorstwa Emersona i Lake'a ("Stones of Years", "Mass") i jedna drugiego z nich ("Battlefield", ze zgrabną gitarową solówką), będące właściwie tradycyjnymi piosenkami, o zwrotkowo-refrenowej strukturze. Łącznikami pomiędzy nimi są instrumentalne popisy, autorstwa Emersona ("Iconoclast", "Manticore"). Muzycy nie przesadzili tu jednak z eksperymentowaniem, dzięki czemu utwór jest całkiem przystępny - jak na tak długą kompozycję, oczywiście. Bez wątpienia jest to jedno z największych arcydzieł rocka progresywnego.

Strona B longplaya składa się z sześciu krótszych utworów, razem trwających krócej od "Tarkusa". Czasem są to kawałki zaskakująco proste, jak na ten zespół (skoczny "Jeremy Bender" lub ewidentnie żartobliwy, rock and rollowy "Are You Ready Eddy?"). Nawet gdy muzycy trochę bardziej kombinują, wychodzą im utwory o wyrazistych melodiach - czego przykładem ostrzejsze "Bitches Crystal" i "A Time and a Place". Właściwie tylko w "The Only Way (Hymn)" i stanowiącym jego kontynuację "Infinite Space (Conclusion)", słychać zamiłowanie zespołu do muzyki klasycznej (co podkreślają cytaty z Bacha w pierwszym z tych utworów).

Muzycy chcieli wydać "Tarkus" jako album dwupłytowy - druga płyta miała zawierać koncertowe wykonanie utworu "Pictures at an Exhibition", opartego na tak samo zatytułowanej kompozycji Modesta Musorgskiego. Pomysł jednak został odrzucony przez przedstawicieli wytwórni. Dopiero po komercyjnym sukcesie "Tarkus" (album doszedł do 1. miejsca brytyjskiego notowania), wydawca zgodził się opublikować "Pictures at an Exhibition" jako osobne wydawnictwo, w niższej cenie.

Ocena: 7/10



Emerson, Lake & Palmer - "Tarkus" (1971)

1. Tarkus; 2. Jeremy Bender; 3. Bitches Crystal; 4. The Only Way (Hymn); 5. Infinite Space (Conclusion); 6. A Time and a Place; 7. Are You Ready Eddy?

Skład: Greg Lake - wokal, bass i gitara; Keith Emerson - instr. klawiszowe; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Greg Lake


14 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Emerson, Lake & Palmer" (1970)



Emerson, Lake & Palmer to jeden z najbardziej oryginalnych zespołów w historii muzyki rockowej, czerpiący inspiracje przede wszystkim z muzyki klasycznej, jazzu, oraz - w mniejszym stopniu - hard rocka. Został założony w 1970 roku, przez klawiszowca The Nice, Keitha Emersona oraz śpiewającego basistę King Crimson, Grega Lake'a. Jako perkusista brany był pod uwagę Mitch Mitchell (z zespołu Jimiego Hendrixa), ostatecznie zaangażowano jednak Carla Palmera, ówczesnego członka Atomic Rooster, a także dawnego muzyka The Crazy World of Arthur Brown. Muzycy nigdy nie planowali mieć w składzie gitarzysty (choć sporadycznie instrument ten pojawia się na albumach ELP, gdyż nalegał na to Lake). Rzekoma chęć zaangażowania Hendrixa była wyłącznie wymysłem prasy muzycznej. Z kolei chętny na tę posadę Robert Fripp (z sypiącego się po odejściu pozostałych członków King Crimson) spotkał się ze zdecydowaną odmową.

Debiutancki longplay tria rozpoczyna się od ciężkiego "The Barbarian", opartego na ciężkim, przesterowanym basie i organowych popisach Emersona,. Utwór został oryginalnie podpisany nazwiskami muzyków, chociaż w rzeczywistości jest to ich interpretacja kompozycji "Allegro Barbaro", napisanej w 1911 roku przez węgierskiego kompozytora i pianistę Bélę Bartóka. Następny na płycie "Take a Pebble" to już w pełni autorskie dzieło grupy. Najdłuższy utwór z albumu, wyróżniający się długimi jazzrockowymi popisami Emersona, oraz folkową wstawką graną przez Lake'a na gitarze akustycznej. Jest to też jeden z trzech utworów, w których pojawia się partia wokalna. Pozostałe dwa to zadziorny, a zarazem całkiem przebojowy, "Knife-Edge" (częściowo oparty na kompozycjach "Sinfonietta" Leoša Janáčeka i "French Suite in D minor" Jana Sebastiana Bacha), oraz "Lucky Man". Ten ostatni to chyba najbardziej popularny utwór w dorobku ELP (był nawet notowany na amerykańskiej liście singli, na 48. miejscu). Jest to również najbardziej wyróżniający się utwór na tym albumie - dość prosta kompozycja (Lake napisał ją mając kilkanaście lat), oparta głównie na gitarze akustycznej, z delikatnym podkładem sekcji rytmicznej. Udział Emersona ograniczył się tutaj do finałowej solówki na Moogu. To także jeden z nielicznych utworów grupy, w którym pojawia się także gitarowa solówka - bardzo prosta, ale dobrze pasująca do tego melodyjnego kawałka. Bardziej wymagające od słuchacza są dwa pozostałe utwory: trzyczęściowa suita Emersona "The Three Fates", oraz "Tank", składający się w sporej części z perkusyjnej solówki Palmera.

Debiut Emerson, Lake & Palmer w chwili wydania był dość nowatorskim albumem (choć w dużym stopniu było to po prostu rozwinięcie formuły poprzedniej grupy Keitha Emersona, The Nice), jednak spotkał się z dobrym przyjęciem - w tamtych czasach granie ambitnej muzyki nie wykluczało sukcesu komercyjnego.

Ocena: 8/10



Emerson, Lake & Palmer - "Emerson, Lake & Palmer" (1970)

1. The Barbarian; 2. Take a Pebble; 3. Knife-Edge; 4. The Three Fates; 5. Tank; 6. Lucky Man

Skład: Greg Lake - wokal, bass i gitara; Keith Emerson - instr. klawiszowe; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Greg Lake


13 grudnia 2013

[Recenzja] Scorpions - "Live in Tokyo 1979" (2012)



Z reguły nie piszę na blogu o tzw. bootlegach, czyli nieoficjalnych wydawnictwach, zawierający materiał oficjalnie niewydany - przeważnie nagrania koncertowe. Nie jestem też kolekcjonerem takich albumów - wyjątek stanowi omawiany w tej recenzji "Live in Tokyo 1979" Scorpionsów, wydany w zeszłym roku przez francuską firmę On the Air, zajmującą się tego typu wydawnictwami. Zawartość płyty to przede wszystkim trzynaście utworów zarejestrowanych 5 czerwca 1979 roku w Tokio - kilkanaście miesięcy wcześniej, w tym samym miejscu, odbyły się koncerty, których zapis trafił na album "Tokyo Tapes". Od tamtego czasu w zespole nastąpiła zmiana na stanowisku gitarzysty (Matthias Jabs zastąpił Uliego Jona Rotha), a studyjna dyskografia poszerzyła się o przełomowy longplay "Lovedrive". Jak na bootleg, jakość nagrań z "Live in Tokyo 1979" jest całkiem niezła - materiał był zresztą zarejestrowany oficjalnie, w celu wysłania do rozgłośni radiowych. 

Zespół chyba nie do końca był przekonany do nowego materiału, gdyż występ rozpoczął się trzema starszymi kawałkami: "Pictured Life", "Backstage Queen" i "We'll Burn the Sky" (wrażenie robi zwłaszcza ostatni z nich, zakończony długą solówką). Kiedy w końcu sięgnęli po coś z "Lovedrive" - po otwierający go "Loving You Sunday Morning" - od razu słychać jak wielka przepaść dzieli te dwa wcielenia Scorpions. Na żywo utwór wypada trochę mocniej niż w wersji studyjnej, ale wciąż bardzo radiowo. Więcej czadu jest w tytułowym "Lovedrive", ale zaraz po nim rozbrzmiewają reggae'owy "Is There Anybody There?" i ballada "Always Somewhere". Ten ostatni wiele zyskał na żywo - wersja studyjna drażniła płaczliwą partią wokalną, tutaj Klaus Meine śpiewa bardziej męsko.

"Life's Like a River" to powrót do repertuaru z czasów Rotha. Piękne wykonanie, cieszące tym bardziej, że brakowało tego utworu na "Tokyo Tapes". Zespół płynne przechodzi w "Fly to the Rainbow", skrócony niestety do niespełna trzech minut - została tylko środkowa, wishboneashowa część kompozycji. Kolejna starsza kompozycja, "Top of the Bill", tradycyjnie (a przynajmniej tak, jak na "Tokyo Tapes") został wzbogacony o perkusyjną solówkę Hermana Rarebella. Niestety, pod względem brzmienia jest tutaj znacznie słabiej, niż w pozostałych utworach. Na koniec występu Scorpionsi sięgnęli jeszcze po dwie, najostrzejsze kompozycje z "Lovedrive" - "Another Piece of Meat" i "Can't Get Enough" - a pomiędzy nimi wykonali swoją interpretację tradycyjnej pieśni japońskiej, "Kojo No Tsuki".

"Live in Tokyo 1979" został wzbogacony czterema bonusami. W tym trzema utworami zarejestrowanymi na festiwalu Monsters of Rock w Castle Donnington, 16 sierpnia 1980: "Loving You Sunday Morning", "The Zoo" (z wydanego niedługo wcześniej albumu "Animal Magnetism"), oraz "Another Piece of Meat". Jakość nagrań niestety jest znacznie słabsza, niż utworów z Tokio. Czwarty bonus to pełna, singlowa wersja "Hey You" - żałosnej piosenki, śpiewanej przez Rudolfa Schenkera. W sumie więc nic by się nie stało, gdyby tych utworów tutaj nie było.

Ogólnie jednak wrażenia są pozytywne. Koncert z Tokio to ekscytujący zapis świetnego koncertu, zarejestrowany w interesującym okresie twórczości Scorpions. Nie trudno zrozumieć dlaczego nie ukazał się na płycie tuż po nagraniu - upłynęło zbyt mało czasu od wydania "Tokyo Tapes". Trudniej natomiast pojąc, dlaczego w późniejszych latach nie został oficjalnie wydany. Może gdyby zajęli się tym materiałem profesjonaliści, udałoby się poprawić jakość brzmienia. A wtedy ocena byłaby jeszcze wyższa.

Ocena: 7/10



Scorpions - "Live in Tokyo 1979" (2012)

1. Pictured Life; 2. Backstage Queen; 3. We'll Burn the Sky; 4. Loving You Sunday Morning; 5. Lovedrive; 6. Is There Anybody There?; 7. Always Somewhere; 8. Life's Like a River; 9. Fly to the Rainbow; 10. Top of the Bill; 11. Another Piece of Meat; 12. Kojo No Tsuki; 13. Can't Get Enough; 14. Loving You Sunday Morning; 15. The Zoo; 16. Another Piece of Meat; 17. Hey You

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara, wokal (17); Matthias Jabs - gitara; Francis Buchholz - bass; Herman Rarebell - perkusja
Producent: ?


10 grudnia 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory Genesis

Genesis - zwycięzca niedawnej ankiety z pytaniem o to, jaki zespół powinien pojawić się w kolejnej części cyklu "Najważniejsze utwory..." - to jedna z najważniejszych grup z nurtu rocka progresywnego, bardziej powszechnie znana jednak dzięki przebojowym, pop rockowym hitom z lat 80.
Poniższa lista zawiera szczegółowe informacje o piętnastu najbardziej istotnych utworach z repertuaru tego zespołu. Pod uwagę były brane także takie kompozycje, jak m.in. "Watcher of the Skies", "Dancing with the Moonlit Knight", "Squonk", "Many Too Many" oraz "Tonight, Tonight, Tonight" - niestety, nie mogłem znaleźć zbyt wielu informacji na ich temat.

Genesis: Steve Hackett, Mike Rutherford, Peter Gabriel, Phil Collins i Tony Banks.

1. "The Knife" (z albumu "Trespass", 1970)

Jeden z najbardziej nietypowych utworów Genesis. Na tle pozostałych, nastrojowych kompozycji z albumu "Trespass", wyróżnia się ostrym, przesterowanym brzmieniem gitar i mocnym brzmieniem sekcji rytmicznej. Według ówczesnego wokalisty grupy, Petera Gabriela, inspiracją był utwór "Rondo" zespołu The Nice. Pod względem muzycznym, "The Knife" bliżej jednak do ówczesnej twórczości Deep Purple, zwłaszcza ze względu na charakterystyczne brzmienie organów Hammonda. Tekst jest parodią protest songu. Opowiada o konsekwencjach rewolucji, w postaci nowych dyktatorów, jacy się po niej pojawiają. Gabriel zaśpiewał go w typowy dla siebie, teatralny sposób - to jedyny wspólny element z innymi utworami Genesis z tamtego czasu.
"The Knife" był stałym punktem koncertów Genesis w pierwszej połowie lat 70., przeważnie granym na bis. Po odejściu Gabriela w 1975 roku, utwór grany był sporadycznie jeszcze do 1982 roku (w skróconej wersji). Ostatni raz został zagrany 2 października tego roku, podczas koncertu o nazwie "Six of the Best", będącego jednorazowym powrotem grupy w składzie z oryginalnym wokalistą.
W maju 1971 roku "The Knife" został wydany na singlu. Ze względu na swoją długość (ponad 9 minut) został podzielony na dwie części - pierwsza wypełniła stronę A małej płytki, a druga stronę B. Co ciekawe, na okładce znalazło się zdjęcie aktualnego składu zespołu, już z gitarzystą Stevem Hackettem i perkusistą Philem Collinsem. W nagraniu słychać jednak ich poprzedników - Anthony'ego Phillipsa i Johna Mayhewa.


2. "For Absent Friends" (z albumu "Nursery Cryme", 1971)

Niespełna dwuminutowa miniaturka, istotna ze względu na debiut Phila Collinsa w roli głównego wokalisty. Poza nim, w nagraniu słuchać tylko kompozytora utworu, Steve'a Hacketta, grającego na dwunastostrunowej gitarze - instrumencie bardzo często używanym przez zespół we wczesnych latach działalności.
Innym utworem z czasów Petera Gabriela w roli frontmana, śpiewanym przez Collinsa jest "More Fool Me" z albumu "Selling England by the Pound" - wspólne dzieło perkusisty i basisty/gitarzysty Mike'a Rutherforda. Skomponowali go na schodach przed Island Studios. Podobnie jak w przypadku "For Absent Friends", także tutaj nie słychać pozostałych muzyków.
Kiedy kilka lat później z zespołu odszedł Gabriel, a Collins przejął jego obowiązki, istniała obawa czy perkusista będzie w stanie zaśpiewać w mocniejszych utworach ("For Absent Friends" i "More Fool Me" mają charakter balladowy). Zawsze śpiewałem te bardziej anielskie fragmenty. Nigdy nie ćwiczyłem głosu po to, żeby podołać także mocniejszym partiom - przyznawał Collins. Kiedy jednak spróbował zaśpiewać także mocniejsze utwory przygotowane na pierwszy post-gabrielowy album, "A Trick of the Tail", okazało się, że doskonale sobie z nimi radzi.


3. "Supper's Ready" (z albumu "Foxtrot", 1972)

Najdłuższy utwór w historii grupy. 23-minutowa suita, składająca się z siedmiu części: "Lover's Leap", "The Guaranteed Eternal Sanctuary Man", "Ikhnaton and Itsacon and Their Band of Merry Men", "How Dare I Be So Beautiful?", "Willow Farm", "Apocalypse in 9/8 (Co-Starring the Delicious Talents of Gabble Ratchet)" oraz  "As Sure As Eggs Is Eggs (Aching Men's Feet)".
Z początku miała to być znacznie krótsza, ale dość urozmaicona kompozycja, grana głównie na instrumentach akustycznych - mówił klawiszowiec Tony Banks. Byliśmy z niej całkiem zadowoleni i pewnie nic już byśmy nie zmieniali, gdyby nie przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Otóż w tym samym czasie pracowaliśmy nad zupełnie innym utworem - "Willow Farm". I pomyślałem sobie, co by było, gdyby nagle przerwać tę subtelną muzykę i wejść z czymś obleśnym, bo taki charakter miały frazy otwierające "Willow Farm". Dostawiliśmy tam ten zakręcony kawałek i to całkowicie odmieniło naszą pierwotną wizję "Supper's Ready". Do tego stopnia, że obok gitary akustycznej, pojawiła się elektryczna. Dodaliśmy też organy, perkusję, itd. Utwór zaczął przeobrażać się w coś zupełnie innego. Tak, właściwie z niczego, narodziła się całkiem potężna całość.
Utwór był regularnie grany w całości na żywo w latach 1972-82. Na późniejszych trasach grupa wykonywała tylko jego fragmenty.


4. "I Know What I Like (In Your Wardrobe)" (z albumu "Selling England by the Pound", 1973)

Utwór, który był pierwszym notowanym singlem zespołu (21. miejsce w Wielkiej Brytanii), powstał właściwie przypadkiem. Często zdarzało mi się grać dla przyjemności z Philem Collinsem - mówił Hackett. I pewnego razu, gdy tak sobie muzykowaliśmy wyszedł mi spod palców ten riff. Grałem wtedy na gitarze podłączonej do głośników Leslie. Ale koledzy z zespołu z początku wzgardzili tym tematem. Powiedzieli mi, że za bardzo kojarzy się z piosenkami The Beatles. W końcu jednak zrobiliśmy z tego "I Know What I Like (In Your Wardrobe)". I okazało się, że powstał utwór, który wprowadził nas na listy przebojów. Była to dla mnie niezwykle przyjemna chwila. Nie sądziłem bowiem, że ta prościutka melodyjka ma jakikolwiek walor komercyjny. Odmiennego zdania był jednak Banks: Gdy tylko napisaliśmy "I Know What I Like", pomyślałem, że to będzie dobry singiel. Refren był bardzo chwytliwy.
Utwór był regularnie grany na żywo w latach 1973-82, a także na trasie "Turn It On Again: The Tour" z 2007 roku.


5. "The Carpet Crawlers" (z albumu "The Lamb Lies Down on Broadway", 1974)

Najbardziej znany fragment jedynego albumu koncepcyjnego w dyskografii grupy, "The Lamb Lies Down on Broadway". Była to jednak nie tyle zasługa oryginalnego singla z tym utworem (nie wszedł do notowań, podobnie jak większość małych płyt zespołu z tamtego czasu), a nowej wersji, nagranej w 1999 roku na potrzeby kompilacji "Turn It on Again: The Hits". Nagranie "The Carpet Crawlers 1999" było o tyle ważne, że zespół już wtedy nie istniał, a także ze względu na skład uczestniczący w sesji - ten sam, który zarejestrował oryginalną wersję. Było to ich pierwsze wspólne nagranie od 1974 roku (a także ostatnie, jak dotąd, jakie ukazało się pod szyldem Genesis). Nowa wersja od oryginalnej różni się przede wszystkim uwspółcześnionym brzmieniem, a także wokalnym duetem Gabriela i Collinsa (w oryginale śpiewał tylko pierwszy z nich).
"The Carpet Crawlers" znany jest także pod tytułami "Carpet Crawl", "The Carpet Crawl", oraz "Carpet Crawlers" - w zależności od wydania albumu.
Utwór był stałym punktem koncertów do 1981 roku, później wykonywany był sporadycznie, ale na trasach w 1998 i 2007 roku znów był grany regularnie.


6. "A Trick of the Tail" (z albumu "A Trick of the Tail", 1976)

Tony Banks zaczął pisać ten utwór już w 1972 roku (w okresie nagrywania albumu "Foxtrot"). Jego tytuł idealnie pasował jednak do sytuacji zespołu po odejściu Petera Gabriela, kiedy nowym frontmanem został muzyk już wcześniej znajdujący się w zespole, ale podczas koncertów znajdujący się z tyłu sceny. Kompozytor przyznawał, że rytm kawałka został zainspirowany utworem "Getting Better" Beatlesów. Napisany przez niego tekst z kolei nawiązywał do powieści "Spadkobiercy" Williama Goldinga.
Utwór został wydany na stronie B singla "Entangled". Była to pierwsza mała płyta zespołu z Philem Collinsem w roli głównego wokalisty. Singiel nie wszedł jednak do notowań.
"A Trick of the Tail" był pierwszym utworem Genesis, do którego nakręcono teledysk.
Utwór nie został nigdy wykonany na żywo.


7. "Follow You Follow Me" (z albumu "...And Then There Were Three...", 1978)

Pierwszy stricte-popowy utwór w repertuarze grupy. Wydany na singlu, stał się pierwszym naprawdę sporym przebojem Genesis, dochodząc do 7. miejsca w brytyjskim notowaniu, a także stając się pierwszym utworem zespołu na liście amerykańskiej (23. miejsce). Steve Hackett odchodząc z zespołu zabrał ze sobą trochę odjechane, surrealistyczne podejście do muzyki - mówił Banks. Które zresztą bardzo lubiłem. Straciliśmy to i pewnie także z tego powodu płyta "...And Then There Were Three..." była naszą najprostszą w karierze. Mieliśmy szczęście, że utwór taki jak "Follow You Follow Me" trafił nam się właśnie wtedy, dając nam sukces radiowy. Jest coś w prostocie akordów gitary, ten jeden tęskny riff, który nadaje mu charakterystyczne brzmienie. W innym wywiadzie klawiszowiec dodawał, że utwór był jedynym powodem, dzięki którego mogliśmy zaistnieć w czasie dominacji singli. Udawało nam się działać bez singli aż do końca lat 70., ale potem niewiele zespołów dawało sobie radę bez prawdziwych przebojów. Nie sądzę, aby Genesis mogło być tutaj wyjątkiem.
Utwór był regularnie wykonywany na żywo od 1978 roku, z wyjątkiem tras promujących albumy "Abacab" (1981) i "We Can't Dance" (1992).


8. "Misunderstanding" (z albumu "Duke", 1980)

Według słów Banksa, album "Duke" był pierwszym albumem, na którym Phil wyraźniej zaznaczył swoją obecność jako twórca. Wcześniej jego udział sprowadzał się raczej do pomocy w aranżowaniu utworów. Właściwie nie komponował. Natomiast na "Duke" napisał chociażby piosenkę "Misunderstanding", która zyskała znaczną popularność i w gruncie rzeczy przyniosła nam pierwszy większy sukces w Stanach. Rzeczywiście, utwór był pierwszym sporym sukcesem singlowym Genesis w Stanach, dochodząc do 14. miejsca na liście Billboardu. Jeszcze większy sukces odniósł jednak w Kanadzie, gdzie stał się numerem jeden. W Wielkiej Brytanii utwór radził sobie już znacznie gorzej, lądując zaledwie na 42. pozycji. Być może w Ameryce Północnej sprawdził się lepiej, ze względu na swój soulowy charakter - główną inspiracją była kompozycja "Hot Fun in the Summertime" funkowo-soulowej grupy Sly & The Family Stone.
Co ciekawe, Collins nie napisał tego utworu z myślą o Genesis, ale podczas pracy nad swoim solowym debiutem "Face Value" (identycznie było w przypadku innej jego kompozycji, "Please Don't Ask"). Postanowił jednak zaprezentować go kolegom z zespołu. Phil zagrał nam kilka swoich piosenek - przyznawał Banks. Zarzeka się, że grał nam też "In the Air Tonight". Jakoś w to nie wierzę, bo wtedy na pewno byśmy chcieli wziąć ten utwór. Może i dobrze się stało, bo w jego wersji to wspaniała piosenka. My byśmy chyba ją przekombinowali. W prostocie tego, co zrobił, była cała siła utworu. Byliśmy zaskoczeni jego sukcesem i to zmieniło wszystko w zespole. Do tego momentu ja i Mike rządziliśmy. Teraz byliśmy partnerami w tym biznesie, a i Phil poczuł się pewniej.
Collins: Tony upiera się, że nigdy nie zagrałem im na próbie "In the Air Tonight". Zagrałem. Ale cieszę się, że nie łyknęli tej piosenki, gdyż pewnie nie zachowałaby prostoty, jaką miała pierwotnie.
"In the Air Tonight" było pierwszym solowym przebojem Collinsa (2. miejsce w Wielkiej Brytanii, 19. w Stanach).
"Misunderstanding" był stałym punktem koncertów w latach 1980-84.


9. "Mama" (z albumu "Genesis", 1983)

Myślę, że "Mama" jest jednym z najmocniejszych utworów z jakimi kiedykolwiek mieliśmy do czynienia - mówił Tony Banks. Miał dla nas takie zupełnie inne brzmienie pod względem instrumentalnym. Po prostu improwizowaliśmy godzinami do podkładu perkusyjnego. Potem przesłuchaliśmy to wszystko, wybraliśmy te fragmenty, które były najlepsze i nauczyliśmy się jak je zagrać! Cała kompozycja opiera się na prostym loopie, zaprogramowanym przez Mike'a Rutherforda na automacie perkusyjnym. To wielka pomoc w komponowaniu - przyznawał Banks w innym wywiadzie. Przygotowujesz pętle, a ona gra i sprawdzasz co z tego wychodzi. Inaczej niż z perkusistą, który bez przerwy robi przejścia i inne ekscytujące rzeczy. Po prostu możesz eksperymentować. Jest to powtarzalne, ale ma w sobie hipnotyczną wartość.
Dodaliśmy trochę efektów, a Phil w tym czasie improwizował wokalnie - kontynuował Banks. Pojawiło się kilka linijek, jak "Can't you see me, mama", a potem wchodzą prawdziwe bębny.
Zespół mógł sobie pozwolić na dużo eksperymentowania, ponieważ od kilku lat dysponował własnym studiem nagraniowym, nazwanym The Farm. Nie byłoby "Mamy", gdybyśmy nie mieli własnego studia - przyznawał Collins. Utwór był nagrywany równocześnie z komponowaniem go.
Utwór często można usłyszeć w radiu na dzień matki, co jednak wynika z niewiedzy prezenterów. W rzeczywistości tekst opowiada o fascynacji nastolatka spotkaną przypadkowo prostytutką, w której widzi figurę matki - wyjaśniał Collins. Żywi do niej gorące uczucie i nie rozumie, dlaczego ona się nim nie interesuje.
Utwór wyróżnia się dość mrocznym klimatem, który potęguje złowieszczy śmiech wokalisty. Inspiracją był hip hopowy utwór "The Message" Grandmaster Flasha z 1982 roku.
"Mama" stała się największym przebojem zespołu w Wielkiej Brytanii, dochodząc do 4. miejsca w tamtejszym notowaniu (w Stanach zaledwie do 73.). Najważniejsze jest to, że udało nam się osiągnąć sukces dzięki piosence, która jest reprezentatywna dla naszej obecnej twórczości - mówił Rutherford. W przeszłości nasze najlepsze utwory w żadnym wypadku nie nadawały się na single. Na małych płytach wydawaliśmy więc piosenki, które nie były najlepsze w danym czasie.
Od 1983 roku utwór był regularnie wykonywany na wszystkich trasach zespołu, z wyjątkiem We Can't Dance Tour, na której grany był sporadycznie.


10. "Home By the Sea" / "Second Home By the Sea" (z albumu "Genesis", 1983)

Dwuczęściowy utwór, składający się z części piosenkowej ("Home by the Sea") i progresywnej ("Second Home by the Sea"), będąca kolejnym dowodem na to, że także w późniejszych latach działalności muzycy Genesis potrafili tworzyć rzeczy bardziej ambitne. Na albumie obie części tworzą całość, natomiast na singlu zostały umieszczone na przeciwnych stronach 7-calowej płyty. Singiel nie odniósł większego sukcesu (notowany był tylko w Australii, gdzie dotarł do 80. miejsca). "Second Home by the Sea" nominowany był za to do nagrody Grammy, w kategorii Najlepsze rockowe wykonanie instrumentalne, chociaż utwór nie jest całkowicie instrumentalny - na sam koniec pojawia się kilka linijek tekstu.
"Home By the Sea" powstał z godzinnego jamu - wyjaśniał Rutherford. Znajdowaliśmy ciekawy fragment i potem krążyliśmy wokół niego. Później pojawiały się kolejne. Musieliśmy to jednak skondensować. To, co trwa półtorej minuty na płycie, zajmowało nam pięćdziesiąt minut podczas prób. Banks potwierdzał: Całe solo z "Home By the Sea" pochodzi z takiego długiego jamu. Przesłuchiwaliśmy z Mike'em godziny naszych improwizacji, wyciągaliśmy z nich najciekawsze momenty i łączyliśmy ze sobą. Dawało to znakomite efekty.
Utwór był wykonywany (w całości) na wszystkich trasach zespołu od 1983 roku.


11. "Invisible Touch" (z albumu "Invisible Touch", 1986)

Największy amerykański przebój Genesis - jedyny singiel grupy, który dotarł na szczyt listy Billboardu. Całkiem nieźle radził sobie także na liście brytyjskiej (15. pozycja). To wspaniała piosenka w stylu pop - mówił Collins. Była podsumowaniem nastroju całego albumu.
Utwór powstał przypadkiem, z riffu zagranego przez Mike'a Rutherforda, podczas jamu, kiedy zespół pracował nad kompozycją "Domino" - a właściwie jej drugą częścią, "The Last Domino".
Często zdarzało się, że pracowaliśmy w studiu nad jakimś nowym utworem i Phil, jakby natchniony klimatem muzyki, która dopiero się rodziła rzucał jakieś sformułowanie, które w jednej chwili określało jej klimat emocjonalny - mówił Banks. Tak było np. w przypadku "Invisible Touch". Ukończenie takiego utworu było już wtedy bardzo łatwe. A napisanie do niego tekstu - jeszcze łatwiejsze. I nie miało znaczenia, czy ten tekst napisze Phil, czy ktoś inny. Ważne, że było to już proste, bo wiedziałeś od czego zacząć. Wiedziałeś, że znasz frazę, którą wszyscy będą nucić - wystarczyło ją obudować tylko innymi słowami. Phil ma łatwość spontanicznego wymyślania takich rzeczy, a to tylko jeden z wielu jego talentów.
Utwór utrzymywał się w setliście wszystkich tras od 1986 roku.


12. "Land of Confusion" (z albumu "Invisible Touch", 1986)

Obecnie jest to chyba najpopularniejszy utwór z repertuaru Genesis - tak przynajmniej wynika z portalu Last.fm. Również w chwili wydania na singlu, radził sobie całkiem nieźle w notowaniach (4. miejsce na liście Billboardu, 14. na UK Singles Chart). Popularność utwór zawdzięcza - przynajmniej w pewnym stopniu - nakręconemu do niego teledyskowi w technice "spitting image", będącym jednym z najbardziej rozpoznawalnych wideoklipów lat 80.
Pod względem tekstowym, utwór jest kolejnym - po "The Knife" - żartobliwym protest songiem, tym razem autorstwa Mike'a Rutherforda.
Podobnie jak "Invisible Touch", "Land of Confusion" był stałym punktem setlist wszystkich kolejnych tras koncertowych zespołu.


13. "No Son of Mine"  (z albumu "We Can't Dance", 1991)

Utwór otwierający ostatni album Genesis z Philem Collinsem, a zarazem pierwszy singiel go promujący. "No Son of Mine" stał się kolejnym przebojem grupy (6. miejsce w Wielkiej Brytanii, 12. w Stanach), mimo poważnego tekstu, dotyczącego przemocy w rodzinie. To historia jedenasto-, dwunastoletniego chłopaka, który żyje w patologicznej rodzinie - mówił Collins. Ojciec terroryzuje pozostałych, codziennie przychodzi pijany, wyżywa się na żonie... Chłopak dorasta i zdaje sobie sprawę, że nie miał rodziny.
Pierwotny tytuł utworu brzmiał "Elephantus" - było to nawiązanie do charakterystycznego dźwięku, jaki się w nim pojawia. Ten zabawny hałas na początku nagrałem podczas próby - mówił Banks. Przede wszystkim słychać tam Mike'a, ale Phil też coś wtedy grał w podkładzie. I od momentu, kiedy zacząłem to grać z akordami, wiedziałem, że mamy piosenkę.
Utwór był wykonywany na żywo podczas trasy promującej album "We Can't Dance", a także na obu kolejnych.


14. "I Can't Dance" (z albumu "We Can't Dance", 1991)

Ostatni singiel zespołu, który wszedł do pierwszej dziesiątki notowania brytyjskiego i amerykańskiego (na obu doszedł do miejsca siódmego).
Zalążkiem utworu był gitarowy riff, który Mike Rutherford zagrał podczas sesji. Inspiracją była... reklama dżinsów, w której wykorzystany został kawałek "Should I Stay Or Should I Go" The Clash. Stąd zresztą wziął się oryginalny tytuł kompozycji: Nazywaliśmy ten kawałek "Blue Jeans", bo riff gitarowy przypominał motyw jednej z reklam dżinsów - mówił Tony Banks.
Muzycy początkowo nie traktowali "I Can't Dance" poważnie. Uważali go za zbyt prosty, bluesowy i kompletnie nie w stylu Genesis. Myśleliśmy, że zmierza to donikąd - mówił Banks. Brzmiało zabawnie, ale nie było niczym szczególnym. Dopiero kiedy klawiszowiec dodał podstawę rytmiczną - stworzoną całkowicie za pomocą syntezatora - muzycy zdecydowali się zarejestrować utwór.
Podobnie jak "No Son of Mine", "I Can't Dance" grany był podczas wszystkich trzech ostatnich tras Genesis.


15. "Congo" (z albumu "Calling All Stations", 1997)

Najpopularniejszy utwór z jedynego albumu Genesis nagranego z wokalistą Rayem Wilsonem. Był to pierwszy z trzech singli nowego oblicza grupy, a zarazem najwyżej z nich notowany  - doszedł do 29. miejsca na UK Singles Chart (pozostałe dwa, "Shipwrecked" i "Not About Us" zatrzymały się w drugiej pięćdziesiątce). W Stanach żaden singiel z Wilsonem nie był notowany, a cały "Calling All Stations" był najsłabiej sprzedającym się tam longplayem od czasu "Selling England by the Pound" - wpłynęło to na decyzję Banksa i Rutherforda, aby rozwiązać zespół.
Wilson przyznawał, że nie przepada za tym utworem: Nigdy specjalnie nie lubiłem tego kawałka - mówił. Jest za bardzo w stylu staccato. To nie jest rodzaj melodii, w której czuję się najlepiej.
"Congo" był wykonywany na każdym koncercie, podczas trasy promującej "Calling All Stations".