31 grudnia 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "Delicate Sound of Thunder" (1988)



Długo trzeba było czekać na pierwszy prawdziwy album koncertowy Pink Floyd. "Ummagumma" zawierała tylko cztery koncertowe nagrania, a "Live at Pompeii" nigdy nie został oficjalnie wydany na płycie audio. Ponadto oba zostały zarejestrowane jeszcze przed największymi sukcesami grupy, które zaczęły się od wydania "The Dark Side of the Moon". Kiedy w końcu ukazała się koncertówka zespołu z prawdziwego zdarzenia, "Delicate Sound of Thunder", nie było to do końca takie wydawnictwo, jakiego można było oczekiwać. W składzie nie było już wieloletniego lidera grupy, Rogera Watersa, a repertuar w sporej części składał się z kompozycji pochodzących z najnowszego wówczas, nie najlepszego przecież "A Momentary Lapse of Reason".

Utwory z wspomnianego longplaya, w liczbie sześciu, wypełniły prawie całą pierwszą płytę. Spokojnie można było zrezygnować z połowy z nich - kiepskich "Yet Another Movie", "Round and Around" i "The Dogs of War". Pozostałyby singlowy "Learning to Fly", majestatyczny "Sorrow", oraz balladowy "On the Turning Away", zakończony długą solówką, w której wraca floydowa magia sprzed lat. Pozostałe utwory wypełniające album, to takie "The Best of Pink Floyd" - po dwa lub trzy utwory z trzech najpopularniejszych albumów grupy (czyli "The Dark Side...", "Wish You Were Here" i "The Wall"), a dodatkowo "One of These Days" z niedocenianego "Meddle". Pod względem muzycznym wykonane poprawnie, ale David Gilmour zdecydowanie nie był wówczas w dobrej formie wokalnej. Kładzie nie tylko partie oryginalnie śpiewane przez Watersa (np. "Shine on You Crazy Diamond"), ale także swoje (zwłaszcza w "Time" i "Another Brick in the Wall (Part II)").

Jedynym utworem, który wypadł lepiej od studyjnego pierwowzoru, jest "Comfortably Numb". Tutaj partia wokalna Watersa została wykonana przez śpiewających w harmonii Rick Wrighta, basistę Guya Pratta i klawiszowca Jona Carina. Brzmi to trochę dziwnie, ale jest do zaakceptowania. Natomiast w refrenie Gilmourowi udaje się zaśpiewać równie dobrze, jak w studiu. Przede wszystkim warto jednak zwrócić uwagę na warstwę instrumentalną. Jest nieco ostrzej w oryginale, a niesamowita, wydłużona solówka kończąca utwór, to jeden z najwspanialszych momentów w całej dyskografii Floydów.

Ocena: 6/10



Pink Floyd - "Delicate Sound of Thunder" (1988)

CD1: 1. Shine on You Crazy Diamond; 2. Learning to Fly; 3. Yet Another Movie; 4. Round and Around; 5. Sorrow; 6. The Dogs of War; 7. On the Turning Away
CD2: 1. One of These Days; 2. Time; 3. Wish You Were Here; 4. Us and Them; 5. Money; 6. Another Brick in the Wall (Part II); 7. Comfortably Numb; 8. Run Like Hell

Skład: David Gilmour - wokal i gitara; Rick Wright - instr. klawiszowe, wokal; Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Jon Carin - instr. klawiszowe, wokal; Scott Page - saksofon; Guy Pratt - bass, wokal; Tim Renwick - gitara
Producent: David Gilmour


30 grudnia 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "A Momentary Lapse of Reason" (1987)



"A Momentary Lapse of Reason" podzielił fanów Pink Floyd na tych, którzy uznają go za kolejne dzieło grupy w klimacie "The Dark Side of the Moon" i "Wish You Were Here", oraz na tych, którzy traktują go jako solowy album Davida Gilmoura. Za tym pierwszym przemawia fakt, że wśród muzyków nagrywających  longplay znaleźli się Nick Mason i Rick Wright (chociaż drugi jedynie w roli gościa). Więcej przemawia jednak za tym drugim twierdzeniem. Brak Rogera Watersa - głównego kompozytora wcześniejszych longplayów - sprawia, że w rzeczywistości niewiele tu podobieństw do wymienionych albumów. Fakt, że wróciły długie instrumentalne popisy (na "The Final Cut" obecne w śladowych ilościach), ale samym kompozycjom częściej bliżej do mainstreamowego, radiowego rocka - czego najlepszym przykładem singlowe przeboje "Learning to Fly" i "One Slip".

Mroczny "The Dogs of War" miał prawdopodobnie być odpowiednikiem "Welcome to the Machine", niestety nie wyszedł najlepiej. Lepiej wypada łagodniejszy "On the Turning Away", z nieco szkocką melodią i solówką Gilmoura faktycznie przypominającą najlepsze utwory zespołu z poprzedniej dekady. Zresztą w większości utworów tylko to charakterystyczne brzmienie gitar przypomina stare Pink Floyd. Poza solówkami dominują jednak brzmienia elektroniczne ("Signs of Life", "Yet Another Movie", "Round and Around", dwuczęściowy "A New Machine"). Klawisze mniejszą rolę odgrywają tylko w instrumentalnym "Terminal Frost" (z pięknymi solówkami saksofonu), oraz w "Sorrow". Ten ostatni utwór to zdecydowanie najmocniejszy punkt albumu. Chociaż zastosowano w nim automat perkusyjny, brzmi zdecydowanie najbardziej naturalnie z całej płyty. Kończące go solo to kolejny dowód talentu Gilmoura.

Ocena "A Momentary Lapse of Reason" byłaby wyższa, gdyby ukazał się pod nazwiskiem Gilmoura, bo pod każdym względem znacznie przebija jego solowe albumy "David Gilmour" i "About Face". Wydanie go pod szyldem Pink Floyd powoduje jednak, że musi być oceniany inną miarą - a na tle arcydzieł tej grupy wypada blado.

Ocena: 6/10



Pink Floyd - "A Momentary Lapse of Reason" (1987)

1. Signs of Life; 2. Learning to Fly; 3. The Dogs of War; 4. One Slip; 5. On the Turning Away; 6. Yet Another Movie; 7. Round and Around; 8. A New Machine (Part 1); 9. Terminal Frost; 10. A New Machine (Part 2); 11. Sorrow

Skład: David Gilmour - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Rick Wright - instr. klawiszowe; Bob Ezrin - instr. klawiszowe; Jon Carin - instr. klawiszowe; Patrick Leonard - syntezatory; Bill Payne - organy; Tony Levin - bass; Michael Landau - gitara; Jim Keltner - perkusja; Carmine Appice - perkusja; Tom Scott - saksofon; Scott Page - saksofon; John Helliwell - saksofon
Producent: Bob Ezrin i David Gilmour


[Recenzja] David Gilmour - "About Face" (1984)



Produkcję swojego drugiego solowego albumu Gilmour powierzył  Bobowi Ezrinowi (producentowi m.in. "The Wall"), a w nagraniach towarzyszyli mu tacy muzycy, jak Jon Lord (Deep Purple) czy Steve Winwood (Traffic, Blind Faith). Mimo tego, wielkich zmian w porównaniu z debiutem nie ma. "About Face" ma co prawda bardziej wygładzone, popowe brzmienie, jednak to gitarowe solówki wciąż najbardziej przykuwają uwagę ("Murder", "You Know I'm Right", "Near the End", a zwłaszcza w instrumentalnym "Let's Get Metaphysical").

Utwory są dość zróżnicowane, obok przesadnie komercyjnych "Blue Light" i "All Lovers Are Deranged", oraz kilku średniaków ("Until We Sleep", You Know I'm Right"), znalazło się kilka bardzo udanych kawałków. Przede wszystkim poruszający "Out of the Blue", nieco w klimacie floydowych "The Wall" i "The Final Cut". Albo "Cruise" z naprawdę ładną melodią i zaskakującym, reggae'owym zakończeniem. Do tych lepszych fragmentów należą jeszcze "Murder", "Love on the Air" oraz "Near the End".

Ocena: 5/10



David Gilmour - "About Face" (1984)

1. Until We Sleep; 2. Murder; 3. Love on the Air; 4. Blue Light; 5. Out of the Blue; 6. All Lovers Are Deranged; 7. You Know I'm Right; 8. Cruise; 9. Let's Get Metaphysical; 10. Near the End

Skład: David Gilmour - wokal i gitara; Pino Palladino - bass; Jeff Porcaro - perkusja; Ian Kewley - instr. klawiszowe
Gościnnie: Jon Lord - syntezatory; Steve Winwood - instr. klawiszowe; Bob Ezrin - instr. klawiszowe; Anne Dudley - syntezatory
Producent: Bob Ezrin i David Gilmour


29 grudnia 2012

[Recenzja] David Gilmour - "David Gilmour" (1978)



Solowy debiut Davida Gilmoura - gitarzysty i jednego z wokalistów Pink Floyd - ukazał się w czasie, kiedy jego macierzysta grupa pracowała nad albumem "The Wall". Jest to o tyle istotne, że najlepszy utwór, jaki Gilmour skomponował z myślą o swoim longplayu, trafił na płytę Floydów. Mowa oczywiście o "Comfortably Numb". Żaden z dziewięciu zamieszczonych tu utworów nie zbliża się do tego poziomu. Najmocniejszym punktem albumu jest zresztą przeróbka "There's No Way Out of Here" mało znanej grupy Unicorn. Wyróżnia się świetnym gitarowym riffem, zdublowanym harmonijką, a także długimi solówkami i chwytliwą linią wokalną. Nic dziwnego, że to właśnie ten kawałek został wydany na singlu.

Z kompozycji stworzonych przez Gilmoura najlepiej wypadają: "Cry from the Street" z niemal hard rockowym riffowaniem; instrumentalny "Raise My Rent" z solówką przypominającą najlepsze momenty twórczości Pink Floyd; oraz wolny "No Way", z kolejnym pięknym solem, kończącym się nagłym zaostrzeniem. Ujdzie jeszcze balladowy "I Can't Breathe Anymore". Fatalnym pomysłem było otwarcie albumu nijakim, instrumentalnym "Mihalis"; ogólnego wrażenie nie poprawia przydługa ballada "So Far Away", ani zwyczajnie nudny "Short and Sweet".  Co ciekawe, współautor tej ostatniej kompozycji, Roy Harper, dwa lata później umieścił własną wersję na swoim albumie "The Unknown Soldier".

Album "David Gilmour" potwierdza to, czego można było się domyślić słuchając płyt Pink Floyd - że o ile Gilmour jest genialnym gitarzystą, tak jako kompozytor nie może się równać z Rogerem Watersem.

Ocena: 6/10



David Gilmour - "David Gilmour" (1978)

1. Mihalis; 2. There's No Way Out of Here; 3. Cry from the Street; 4. So Far Away; 5. Short and Sweet; 6. Raise My Rent; 7. No Way; 8. Deafinitely; 9. I Can't Breathe Anymore

Skład: David Gilmour - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Rick Wills - bass; Willie Wilson - perkusja
Gościnnie: Mick Weaver - pianino (4)
Producent: David Gilmour


28 grudnia 2012

[Recenzja] Blackwater Park - "Dirt Box" (1971)



Blackwater Park to nazwa, którą zapewne kojarzy większość wielbicieli muzyki rockowej, a zwłaszcza metalowej. Kojarzona jest jednak przede wszystkim jako tytuł albumu szwedzkiej grupy deathmetalowo-progrockowej, Opeth z 2001 roku. Tytuł ten jest hołdem dla noszącego właśnie taką nazwę, niemieckiego zespołu, który swój jedyny longplay, "Dirt Box", nagrał i wydał równo 30 lat wcześniej.

Grupa powstała w Berlinie na początku lat 70., w składzie: Richard Routledge (wokal / gitara), Michael Fechner (gitara), Andreas Scholz (bass) i Norbert Kagelmann (perkusja). Swój oryginalny - choć niezbyt odległy od innych niemieckich kapel z tamtych czasów - styl zbudowali z połączenia popularnych oraz dopiero powstających wówczas odmian muzyki rockowej, takich jak hard rock, blues rock, jazz rock, acid rock, rock progresywny, a momentami zbliżając się nawet do heavy metalu.

W otwierającym album "Mental Block" gitarzyści serwują świetne riffy na zmianę z długimi solówkami, sekcja rytmiczna gra nieco jazzowo, a wokal kojarzy się z Ulrichem Rothem z Scorpions. Podobnie jest w bardziej luźnym "Roundabout". "One's Life" to zwarte czadowanie, ze zwolnieniem podczas solówki, a "Indian Summer" to kolejny hardrockowy czad. Najsłabszym fragmentem albumu jest "Dirty Face", wzbogacony irytującym rockandrollowym pianinem. Zaraz po nim następuje jednak najważniejszy utwór - "Rock Song". Trwające osiem minut progrockowe dzieło, z niemal metalowymi riffami i długimi, psychodeliczno-orientalnymi partiami solowymi. Na koniec zespół zaproponował ostrzejszą, rozbudowaną wersję "For No One" z repertuaru The Beatles, w której jednak zachowali uroczą melodię oryginału.

Niestety, longplay nie spotkał się z uznaniem ówczesnych słuchaczy rocka i grupa została rozwiązana. Obecnie "Dirt Box" jest obowiązkową pozycją dla wszystkich wielbicieli ciężkiego progresywnego rocka z wczesnych lat 70-ych.

Ocena: 6/10



Blackwater Park - "Dirt Box" (1971)

1. Mental Block; 2. Roundabout; 3. One's Life; 4. Indian Summer; 5. Dirty Face; 6. Rock Song; 7. For No One

Skład: Richard Routledge - wokal i gitara; Michael Fechner - gitara; Andreas Scholz - bass; Norbert Kagelmann - perkusja
Producent: J. Schmeisser


27 grudnia 2012

[Artykuł] Podsumowanie roku 2012



Koniec roku to czas podsumowań. Pod względem muzycznym, rok 2012 był dość przeciętny. Ukazało się tylko kilka naprawdę interesujących albumów, których ledwo starczyło na zapełnienie poniższej listy. W międzyczasie pojawiło się też wiele rozczarowań, jak solowe albumy Steve'a Harrisa (Iron Maiden) i Slasha, albo debiutancki longplay Storm Corrosion - projektu Stevena Wilsona (Porcupine Tree) i Mikaela Åkerfelda (Opeth). Na szczęście było też kilka miłych niespodzianek, jak długo oczekiwany i zaskakująco udany powrót Soundgarden, zupełnie niespodziewane odrodzenie grupy Angel Witch, albo wydanie nowej koncertówki przez Led Zeppelin. Jak wysoko znalazły się ich płyty w moim kompletnie subiektywnym rankingu?


10. Black Country Communion - "Afterglow"

Trzeci album supergrupy, składającej się z wokalisty/basisty Glenna Hughesa (ex-Deep Purple, ex-Black Sabbath), perkusisty Jasona Bonhama (syna Johna Bonhama z Led Zeppelin), klawiszowca Dereka Sheriniana (ex-Dream Theather) i młodego gitarzysty Joe Bonamassy. Muzycy po raz kolejny zaproponowali solidną porcję klasycznego hard rocka, choć poziomu poprzednich albumów nie udało im się osiągnąć.

9. Jon Lord - "Concerto for Group and Orchestra"

Studyjna wersja najważniejszej kompozycji Jona Lorda, łączącej rock z muzyką klasyczną, stworzonej już w 1969 roku (dotąd wykonywanej tylko na żywo). Nagrana ze świetnymi muzykami, jak Bruce Dickinson czy Joe Bonamassa. Niestety sam Lord premiery nie doczekał - zmarł dwa miesiące wcześniej.


8. Paradise Lost - Tragic Idol"

W latach 90. zespół coraz bardziej łagodził swoją muzykę, aż do apogeum w postaci albumu "Host" (utrzymanego w stylu Depeche Mode). Z kolei od tamtej pory znów nagrywa coraz cięższe płyty. Tegoroczny "Tragic Idol" pod względem ciężaru może się niemal równać z klasycznym "Icon". Niestety, utworów na miarę "Embers Fire" tutaj nie uświadczymy.


7. Angel Witch - "As Above, So Below"

Ponad ćwierć wieku trzeba było czekać na czwarty studyjny album legendy NWOBHM, chociaż połowa zamieszczonych tu utworów powstała jeszcze w pierwszej połowie lat 80. Album przynosi klimat i brzmienie z tamtych lat, co czyni go obowiązkową pozycją dla wielbicieli klasycznego heavy metalu.

Recenzja

6. Soulsavers - "The Light the Dead See"

To czwarty album producenckiego duetu Rich Machin / Ian Glover, a pierwszy nagrany z wokalistą Depeche Mode, Davem Gahanem. Mimo przygnębiającego nastroju całości, album od pierwszych sekund czaruje niepowtarzalnym pięknem, tak rzadko spotykanym we współczesnej muzyce.

5. Led Zeppelin - "Celebration Day"

Koncert Led Zeppelin z grudnia 2007 roku to jedno z największych muzycznych wydarzeń ostatniego dwudziestolecia. Po pięciu latach w końcu został wydany zapis tego występu. Fani grupy mogą mieć problem z przyzwyczajeniem się do nowych wersji klasycznych kompozycji grupy (a znalazła się tu większość z ich najważniejszych kawałków), ale być może przypadną do gustu nowym pokoleniom wielbicieli rocka.

Recenzja

4. Rush - "Clockwork Angels"

Chociaż Rush już dawno przestał być zespołem progresywnym w dosłownym tego słowa znaczeniu, to obok ich kolejnych propozycji nie można przejść obojętnie. Wyczekiwany od pięciu lat najnowszy longplay to sentymentalna podróż przez wszystko, co najlepsze w ich 40-letniej działalności.

3. Testament - "Dark Roots of Earth"

Thrash metal w ciągu ostatnich lat znów rośnie w siłę. W zeszłym roku wyjątkowo udanym albumem zaskoczył Megadeth, a w obecnym równie udany longplay wypuścił Testament. Zespół wciąż gra tu bardzo ciężko, ale wróciły wyraziste melodie, nieobecne w ich twórczości od niemal dwóch dekad. Metalowy album roku.
2. Soundgarden - "King Animal"

Zaskakująco udany powrót po 16 latach przerwy. Zresztą album brzmi tak, jakby żadnej przerwy nie było; jednak mimo nawiązań do dawnych dokonań grupy, wnosi także nowe elementy do jej twórczości. Oczywiście nie ma tu hitu na miarę "Black Hole Sun", ale wszyscy miłośnicy grunge'u powinni być zachwyceni tym materiałem.

1. Witchcraft - "Legend"

Zrezygnowali z brzmienia retro, charakteryzującego ich dotychczasową twórczość, jednak szacunek do tradycji ciężkiego grania pozostał i mimo nowocześniejszej produkcji, zamieszczone tu utwory spokojnie mogłyby powstać 40 lat temu. Wówczas zespół miałby status legendy równy np. Black Sabbath.

24 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "Exciter" (2001)



Wbrew tytułowi, "Exciter" nie ekscytuje. To kolejny przełom w twórczości Depeche Mode, tym razem polegający jednak na zmniejszeniu roli elementów rockowych i powrotowi do brzmień elektronicznych. Oczywiście, nie zrezygnowano całkiem z gitar - pojawiają się one w akustyczno-elektronicznym "Dream On", a także w kilku balladach ("The Sweetest Condition", "When the Body Speaks", "Freelove"). Na longplayu przeważają jednak najróżniejsze odmiany elektroniki: od popowo-łagodnej ("Shine"), przez ciężkie, przesterowane brzmienia ("The Dead of Night"), po coś w sam raz na dyskotekę ("I Feel Loved"). Pomijając jednak wszelkie uprzedzenia do takich aranżacji, na "Exciter" po prostu brakuje dobrych melodii. Wyjątkiem "Freelove" - jedyny naprawdę udany utwór z tej płyty. Ponad średnią wybija się jeszcze tylko "Dream On". O reszcie można zapomnieć.

Ocena: 6/10

PS. Reedycja z 2007 roku zawiera DVD z kolejnym dokumentem ("Depeche Mode 1999-2001 (Presenting the intimate and delicate side of Depeche Mode)"), obszernym fragmentem występu grupy w Paryżu z października 2001 roku ("The Dead of Night", "The Sweetest Condition", "Dream On", "When the Body Speaks", "Breathe" i "Freelove"), a także z kilkoma studyjnymi nagraniami: pełną, dłuższą od albumowej wersją instrumentalnego "Easy Tiger" (strona B singla "Dream On"), bardzo fajnym, industrialno-rockowym coverem "Dirt" z repertuaru The Stooges (strona B singla "I Feel Loved"), remiksem "Freelove" i instrumentalną kompozycją "Zenstation" (oba z singla "Freelove"), a także akustyczną wersją "When the Body Speaks" (strona B singla "Goodnight Lovers").



Depeche Mode - "Exciter" (2001)

1. Dream On; 2. Shine; 3. The Sweetest Condition; 4. When the Body Speaks; 5. The Dead of Night; 6. Lovetheme; 7. Freelove; 8. Comatose; 9. I Feel Loved; 10. Breathe; 11. Easy Tiger; 12. I Am You; 13. Goodnight Lovers

Skład: Dave Gahan - wokal (1-5,7,9,12,13); Martin Gore - instr. klawiszowe, gitara, wokal (8,10); Andy Fletcher - instr. klawiszowe
Gościnnie: Knox Chandler - aranżacja smyków (4); Airto Moreira - perkusja (7,9); Christian Eigner - perkusja (12)
Producent: Marc Bell


[Recenzja] Depeche Mode - "The Singles 86-98" (1998)



Lata 1986-1998 to czas niezwykłej passy Depeche Mode. Grupa wydała wówczas pięć albumów studyjnych, z których każdy okazał się wielkim sukcesem zarówno komercyjnym, jak i artystycznym. "The Singles 86-98" to całkiem udane podsumowanie tego okresu. Zespół miał zawsze szczęście do trafnych wyborów utworów na single, dzięki czemu nie ma tutaj jakiś drastycznych spadków poziomu (chociaż osobiście nigdy nie przepadałem za "Condemnation" i "Little 15"). Inna sprawa, że potencjalnych hitów zespół stworzył znacznie więcej niż te, które zostały wydane na małych płytach. Szkoda zatem, że ograniczono się wyłącznie do singli. Ale cóż, tytuł zobowiązuje.

Pozostaje pytanie, czy ta kompilacja ma jakąś wartość dla fanów, którzy posiadają regularne albumy. Odpowiedź brzmi: jak najbardziej. I to niekoniecznie dla jedynej tutaj naprawdę premierowej kompozycji, czyli "Only When I Lose Myself". To akurat bardzo przeciętny kawałek. Słychać, że został nagrany na siłę - byle tylko znalazło się tutaj coś nowego, czym można by promować składankę na singlu (paradoksalnie, na jego stronie B został zmarnowany znacznie ciekawszy utwór "Surrender"). Głównym powodem, dla którego warto nabyć "The Singles 86-98" jest fakt, że spora cześć utworów Depeche Mode na singlach zostaje wydana w zremiksowanych wersjach. Przeważnie są to zmiany kosmetyczne - gęściejszy miks uwypuklający przebojowy potencjał utworów (np. "A Question of Time", "Strangelove", "Behind the Wheel", "Personal Jesus" i "Useless"). Ale np. tutejsza wersja "In Your Room" (tzw. "Zephyr mix" autorstwa Butcha Viga - producenta "Nevermind" Nirvany) nie ma prawie nic wspólnego z wersją albumową. Z oryginału została właściwie tylko partia wokalna, do której nagrano nowy, stricte rockowy podkład (co ciekawe, zespół później wykonywał ten utwór na koncertach właśnie w takiej wersji).

Utwory na albumie zostały ułożone chronologicznie (z wyjątkiem "Little 15" i koncertowej wersji "Everything Counts", które zamieszczono na końcu, chociaż powinny znaleźć się między "Behind the Wheel" i "Personal Jesus"). Dzięki temu można prześledzić ewolucję, jaką przechodziła twórczość Depeche Mode - od jeszcze bardzo elektronicznego albumu "Black Celebration", przez "Music for the Masses" i "Violator", na których coraz większą rolę odgrywać zaczęły brzmienia gitarowe, aż po industrialno-rockowe "Songs of Faith and Devotion" i "Ultra". Utwory są bardzo zróżnicowane - od łagodnych ballad (śpiewane przez Martina Gore'a "A Question of Lust" i "Home") po ostre rockowe granie (np. "I Feel You", "Barrel of a Gun", "Useless"); od zimnej elektroniki ("Stripped", "World in My Eyes") po ciepły gospel ("Condemnation"); od pogodnych przebojów (np. "A Question of Time", "Strangelove", "Policy of Truth") po zdecydowanie mroczniejsze klimaty ("Stripped", "Behind the Wheel"). A jednak, całość brzmi zaskakująco spójnie i naprawdę dobrze się jej słucha.

Ocena: 8/10

PS. Równolegle z komplikacją ukazała się kaseta VHS "The Videos 86-98", zawierająca teledyski do wszystkich 21 utworów (aczkolwiek oryginalny klip do "Condemnation" został zastąpiony koncertową wersją z filmu "Devotional"), wzbogacone dwoma krótkimi dokumentami. Pierwsze wydanie DVD ukazało się w 2000 roku, ale bardziej godna polecenia jest reedycja z 2005 roku. Zawiera ona dodatkowy dysk, a na nim cztery dodatkowe teledyski ("But Not Tonight", "Strangelove '88", oryginalną wersję "Condemnation", oraz "One Caress"), a także reklamy albumów "Violator", "Songs of Faith and Devotion" i "Ultra". Niestety, żadna wersja "The Videos 86-98" nie zawiera teledysków do utworów "Halo" i "Clean", dostępnych wyłącznie na kasecie VHS "Strange Too".



Depeche Mode - "The Singles 86-98" (1998)

CD1: 1. Stripped; 2. A Question of Lust; 3. A Question of Time; 4. Strangelove; 5. Never Let Me Down Again; 6. Behind the Wheel; 7. Personal Jesus; 8. Enjoy the Silence; 9. Policy of Truth; 10. World in My Eyes
CD2: 1. I Feel You; 2. Walking in My Shoes; 3. Condemnation (Paris mix); 4. In Your Room (Zephyr mix); 5. Barrel of a Gun; 6. It's No Good; 7. Home; 8. Useless; 9. Only When I Lose Myself; 10. Little 15; 11. Everything Counts (live)

Skład: Dave Gahan - wokal; Martin Gore - gitara, instr, klawiszowe, wokal (CD1: 2, CD2: 7), dodatkowy wokal; Alan Wilder - instr. klawiszowe (CD1: 1-10, CD2: 1-4); perkusja (CD2: 1), bass (CD2: 2); Andy Fletcher - instr. klawiszowe
Gościnnie: Victor Indrizzo - perkusja (CD2: 5,6); Doug Wimbish - bass (CD2: 8); Keith LeBlanc - perkusja (CD2: 8); Gota Yashiki - perkusja (CD2: 8); Danny Cummings - instr. perkusyjne (CD2: 8)
Producent: Depeche Mode, Gareth Jones, Daniel Miller, Dave Bascombe, Flood, Tim Simenon


23 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "Ultra" (1997)



Trasa promująca "Songs of Faith and Devotion" niemal skończyła się rozpadem Depeche Mode, za co w sporej części odpowiadał coraz bardziej pogrążający się w heroinowym nałogu Dave Gahan. Grupa zdołała jakoś się jednak pozbierać, chociaż jej szeregi opuścił multiinstrumentalista Alan Wilder. Pomimo tego, że to właśnie Wilder - obok Gahana - najmocniej opowiadał się za bardziej rockowym kierunkiem, to nagrany po jego odejściu "Ultra" jest najbardziej rockowym albumem zespołu. Nie ma oczywiście wiele wspólnego z klasyczną odmianą tej muzyki, za to idealnie wpisuje się w nurt rocka industrialnego.

W większości utworów to właśnie gitara jest dominującym instrumentem. Martin Gore czasem gra ostre, heavy rockowe riffy ("Barrel of a Gun", "Useless"), kiedy indziej delikatne partie ("The Love Thieves", "Sister of Night"). Jego gra w "Freestate" brzmi nieco orientalnie, a w "Home" pojawia się nawet coś na kształt gitarowej solówki. Bardziej elektroniczny jest tylko "It's No Good", ale nie odstaje on specjalnie od pozostałych utworów. Cała płyta ma bardzo ponury klimat, na co miała wpływ ówczesna sytuacja w zespole. Najlepiej odzwierciedla ją poruszający śpiew w "Sister of Night", gdzie - jak przyznaje sam Gahan - słychać cały jego lęk.

Niestety, album nie jest perfekcyjny. Końcówka w postaci "The Bottom Line" i "Insight" nie wnosi już nic ciekawego. Niepotrzebne wydają się także instrumentalne przerywniki "Uselink" i "Jazz Thieves".

Ocena: 7/10

PS. Reedycja z 2007 roku na dodatkowym dysku DVD zawiera prawie godzinny film "Depeche Mode 95-98 (Oh well, that's the end of the band...)", a także szereg bonusowych utworów: koncertowe wersje "Barrel of a Gun", "It's No Good" i "Useless", instrumentalne kompozycje "Painkiller" i "Slowblow" (odpowiednio strony B singli "Barrel of a Gun" i "It's No Good", obie raczej średnie), a także trzy utwory z singla "Only When I Lose Myself", czyli utwór tytułowy (dość przeciętny kawałek, nagrany na potrzeby kompilacji "The Singles 81-85"), przepiękny walc "Surrender" (szkoda, że nie powstał nieco wcześniej - mógłby być wspaniałym finałem albumu), oraz kolejny instrumental, "Headstar".



Depeche Mode - "Ultra" (1997)

1. Barrel of a Gun; 2. The Love Thieves; 3. Home; 4. It's No Good; 5. Uselink; 6. Useless; 7. Sister of Night; 8. Jazz Thieves; 9. Freestate; 10. The Bottom Line; 11. Insight

Skład: Dave Gahan - wokal (1,2,4,6,7,9,11); Martin Gore - gitara, instr. klawiszowe, wokal (3,10); Andy Fletcher - instr. klawiszowe
Gościnnie: Victor Indrizzo - perkusja (1,4); Danny Cummings - perkusja (6,9); Doug Wimbish - bass (6); Gota Yashiki - perkusja (6); Keith LeBlanc - perkusja (6); Jaki Liebezeit - perkusja (10); BJ Cole - gitara hawajska (10)
Producent: Tim Simenon


[Recenzja] Depeche Mode - "Songs of Faith and Devotion Live" (1993)



Album "Songs of Faith and Devotion" był ogromnym sukcesem (doszedł do 1. miejsca list sprzedaży po obu stronach Atlantyku), więc naturalnym krokiem było wydanie albumu koncertowego z promującej go trasy. I wszystko byłoby w porządku, gdyby owa koncertówka odzwierciedlała program ówczesnych koncertów, na których oprócz nowych kompozycji, można było usłyszeć także starsze przeboje, przede wszystkim z albumów "Violator" i "Music for the Masses". Niestety, znalazły się na niej wyłącznie (wszystkie) utwory z najnowszego albumu, ułożone w dokładnie takiej samej kolejności, jak na studyjnym albumie.

Zdecydowana większość utworów została zarejestrowana 29 lipca 1993 roku, podczas koncertu we francuskim Liévin. Wyjątkiem są utwory "Get Right with Me" (z 27 maja w Kopenhadze) i "One Caress" (z 8 października w Nowym Orleanie). Wykonania są dość wierne studyjnych pierwowzorów, chociaż niektóre kompozycje odrobinę wydłużono (szczególnie "Walking in My Shoes" i "Higher Love"), a instrumentalny przerywnik "Interlude #4", oryginalnie umieszczony po "Get Right with Me", został wykorzystany jako wstęp utworu "I Feel You". Główną różnicą jest udział czarnoskórych wokalistek, które fajnie podkreślają gospelowy klimat "Condemnation" i "Get Right with Me", ale zupełnie nie pasują do rockowych kawałków "I Feel You" i "Mercy in You", niszczą też klimat "In Your Room". A propos tego ostatniego utworu, warto odnotować, że został tutaj zaprezentowany w wersji albumowej - na kolejnych trasach muzycy grali go wyłącznie w mniej mrocznej wersji singlowej.

Niejako uzupełnieniem "Songs of Faith and Devotion Live" był wydany miesiąc później singiel "In Your Room", zawierający kilka kolejnych nagrań z Liévin - "Policy of Truth", "World in My Eyes", "Death's Door", "Never Let Me Down Again" i "Fly on the Windscreen". Warto też wspomnieć o wcześniejszym singlu "Condemnation", zawierającym utwory zarejestrowane na żywo w Mediolanie ("Condemnation", "Personal Jesus", "Enjoy the Silence" i "Halo"). Najpełniejszy zapis ówczesnych występów grupy przyniosła jednak kaseta VHS "Devotional", zawierająca fragmenty występów w Liévin, Barcelonie i Frankfurcie. W 2004 roku film ukazał się także na DVD, w wersji wzbogaconej m.in. o niepublikowane wcześniej fragmenty ("Halo" i "Policy of Truth"). "Devotional" jest zatem wydawnictwem jak najbardziej godnym polecenia - w przeciwieństwie do "Songs of Faith and Devotion Live", którym najlepiej w ogóle nie zawracać sobie głowy.

Ocena: 6/10



Depeche Mode - "Songs of Faith and Devotion Live" (1993)

1. I Feel You; 2. Walking in My Shoes; 3. Condemnation; 4. Mercy in You; 5. Judas; 6. In Your Room; 7. Get Right with Me; 8. Rush; 9. One Caress; 10. Higher Love

Skład: Dave Gahan - wokal; Martin Gore - gitara, instr. klawiszowe, wokal (5,9), dodatkowy wokal; Alan Wilder - perkusja, instr. klawiszowe; Andy Fletcher - instr. klawiszowe
Gościnnie: Hildia Campbell i Samantha Smith - dodatkowy wokal
Producent: Alan Wilder i Steve Lyon


22 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "Songs of Faith and Devotion" (1993)



Po sukcesie albumu "Violator" grupa zrobiła sobie kilkuletnią przerwę. W tym czasie Dave Gahan wyprowadził się do Stanów, gdzie zapuścił długie włosy, wpadł w narkotykowy nałóg, ale także - co najważniejsze - zafascynował się muzyką rockową, zwłaszcza popularnym wówczas grungem. To właśnie on zaproponował grupie bardziej rockowy kierunek, kiedy już muzycy spotkali się w celu nagrania nowego materiału. Chociaż pomysł nie przypadł do gustu Martinowi Gore i Andy'emu Fletcherowi, to Gahan zyskał silnego sojusznika w osobie Alana Wildera, który już podczas nagrywania poprzednich albumów miał najwięcej do powiedzenia, w kwestii ich brzmienia. Fani Depeche Mode musieli być zdezorientowani, kiedy ukazał się pierwszy singiel promujący album "Songs of Faith and Devotion" - "I Feel You". Utwór opiera się na ostrym gitarowym riffie, prawdziwej perkusji (gra na niej Wilder) i mocnym śpiewie Gahana. Brzmienia klawiszowe są tu wykorzystane tylko jako ozdobniki.

Równie naturalne, rockowe, jest brzmienie nieco spokojniejszego "Walking in My Shoes", napędzanego intensywną partią gitary basowej (znowu Wilder), ale łagodzonego przez brzmienia smyczkowe. "Songs of Faith and Devotion" to jednak bardzo eklektyczny album - trzeci na płycie "Condemnation" utrzymany jest w klimacie gospel. W "Mercy in You" wracają jednak brzmienia gitarowe. To jeden z najbardziej niedocenianych utworów grupy, z bardzo refrenem. Natomiast zupełnie nie przekonuje mnie śpiewany przez Martina Gore'a "Judas". To według mnie najsłabszy fragment albumu, obok... "One Cares", czyli drugiego utworu, w którym wokalistą jest Gore. Jakoś nigdy nie przekonywała mnie jego barwa głosu, w dodatku udzielał się zawsze w tych najbardziej smętnych, przesłodzonych utworach grupy. Do których należą oba powyższe. Trzeba jednak odnotować, że zespół zastosował w nich nietypowe dla siebie instrumentarium: w pierwszym słychać dudy, a w drugim brzmiącą barokowo sekcje smyczkową (za jej aranżacje odpowiada producent pierwszego albumu Iron Maiden, Will Malone).

Opus magnum stanowi natomiast niezwykle klimatyczny "In Your Room", z mrocznym podkładem klawiszy, ciężkim gitarowym riffem i świetną, narastającą partią perkusji. To bez wątpienia jedno z największych arcydzieł Depeche Mode. Co ciekawe, utwór ukazał się na singlu, ale w zupełnie innej wersji - remiksie przygotowanym przez Butcha Viga (znanego przede wszystkim jako producenta "Nevermind" Nirvany, a także perkusistę grupy Garbage). W "In Your Room (Zephyr mix)" z oryginału została tylko partia wokalna, a towarzyszy jej stuprocentowo rockowy, bardziej piosenkowy podkład. Klimat zniknął całkowicie, zastąpiła go ładna, pogodna melodia i chwytliwy, zaostrzony refren. Do radia ta wersja pasuje zdecydowanie lepiej, ale z albumową nie może się równać.

"Get Right with Me", wzbogacony o żeński chórek, to znowu klimaty gospel. Kiedy utwór się kończy, słychać umieszczone na tej samej ścieżce, niezatytułowane interludium, które zespół później wykorzystywał podczas koncertów jako wstęp do "I Feel You". Dynamiczny "Rush" to jeden z najbardziej elektronicznych fragmentów albumu, ale za sprawą partii żywej perkusji, doskonale wpisuje się w bardziej rockowe oblicze grupy. Nie można tego powiedzieć o innym utworze, w którym dominują syntezatory - "Higher Love". Ten wolny utwór, z chwytliwym motywem klawiszowym, najbliższy jest wcześniejszym dokonaniom grupy. Dzięki takiej różnorodności, "Songs of Faith and Devotion" nie odstraszał całkiem dawnych wielbicieli, zaś pomógł grupie pozyskać nowych - zwłaszcza wśród słuchaczy ostrzejszej muzyki. Swego czasu wymyślono nawet specjalną etykietkę na określenie muzyki zespołu - heavy pop.

Ocena: 8/10

PS. Reedycja albumu z 2006 roku zawiera dodatkowy dysk DVD, zawierający m.in. półgodzinny film dokumentalny "Depeche Mode 91–94 (We Were Going to Live Together, Record Together And It Was Going to Be Wonderful)", oraz osiem dodatkowych utworów - głównie remiksów kawałków z albumu (w tym singlowy miks "In Your Room"), a także dwie niealbumowe kompozycje: "My Joy" i "Death's Door". Pierwsza z nich, oryginalnie wydana jako strona B singla "Walking in My Shoes", to całkiem zgrabne połączenie elektroniki i rocka. Druga, śpiewana przez Gore'a, jest bardziej wyciszona, utrzymana w klimacie większości utworów śpiewanych przez Martina. "Death's Door" został nagrany już w 1991 roku, na soundtrack filmu "Until the End of the World" - tutaj trafiła jednak późniejsza wersja, z podtytułem "Jazz mix", pochodząca z singla "Condemnation".



Depeche Mode - "Songs of Faith and Devotion" (1993)

1. I Feel You; 2. Walking in My Shoes; 3. Condemnation; 4. Mercy in You; 5. Judas; 6. In Your Room; 7. Get Right with Me; 8. Rush; 9. One Caress; 10. Higher Love

Skład: Dave Gahan - wokal (1-4,6-8,10); Martin Gore - gitara, instr. klawiszowe, wokal (5,9); Alan Wilder - perkusja, bass, instr. klawiszowe; Andy Fletcher - sampler
Gościnnie: Stefan Hanningan - dudy (5); Will Malone - aranżacja smyków (9)
Producent: Depeche Mode i Mark "Flood" Ellis


[Recenzja] Depeche Mode - "Violator" (1990)




Depechowe opus magnum, ale też jedno z największych osiągnięć muzyki elektronicznej. A właściwie hybrydy elektroniki z rockiem, bo coraz większą rolę w twórczości zespołu odgrywają brzmienia gitarowe. Album przyniósł aż cztery rewelacyjne przeboje ("Personal Jesus", "Enjoy the Silence", "Policy of Truth" i "World In My Eyes"). Jednak o wielkości "Violatora" stanowi coś innego, niż częsta obecność kilku utworów w stacjach radiowych. Przede wszystkim jest to album, na którym wszystkie utwory tworzą razem spójną, przemyślaną całość, niemal pozbawioną słabszych punktów.

Okładka wydania winylowego.
Zespół stopniowo wprowadza w swoje nowe oblicze. Praktycznie cała pierwsza strona (w wydaniu winylowym) to utwory czysto elektroniczne, jedynie w "Personal Jesus" pojawia się gitara - ale za to w roli pierwszoplanowej. Jednak elektronika w pozostałych utworach nie przypomina tandetnego brzmienia z lat 80. Jest znacznie bardziej dojrzała. A nawet jeśli czasem - jak w "World in My Eyes" czy "Halo" - brzmi denerwująco dla słuchaczy preferujących naturalne brzmienie, to kawałki bronią się za sprawą dobrych, chwytliwych melodii. Całkiem nieźle wypada też wolniejszy "Sweetest Perfection" - wokalistą jest tu Martin Gore, ale utwór nie przypomina ckliwych piosenek, w których zazwyczaj można usłyszeć jego głos. To mroczny utwór z wciągającym klimatem. Chociaż pod względem klimatu poza wszelką konkurencją jest przepiękny, nastrojowy "Waiting for the Night", perfekcyjnie kończący pierwszą stronę longplaya.

Na drugiej stronie znajduje się więcej gitarowych brzmień - na nich opierają się "Enjoy the Silence" i "Policy of Truth". Pomiędzy nimi pojawia się jeszcze nieuwzględniony w spisie utworów "Interlude #2 - Crucified", zbudowany na gitarowym motywie, wymyślonym i zagranym - wyjątkowo - przez Dave'a Gahana. Najbardziej zaskakującym utworem jest jednak bardzo progresywny "Clean" - to pierwszy utwór zespołu, w którym pojawia się prawdziwa perkusja i gitara basowa. Na obu instrumentach zagrał Alan Wilder. Słychać tu też pojedyncze dźwięki grane na gitarze pedal steel (tzw. hawajskiej), za które odpowiada gościnnie zaproszony Nils Tuxen. Utwór wyróżnia się także świetną linią melodyczną. Choć pod względem melodii zdecydowanie najlepszym kawałkiem jest "Policy of Truth" - niesłusznie pozostający w cieniu wydanych wcześniej na singlach "Personal Jesus" i "Enjoy the Silence".

Ocena: 9/10

PS. Reedycja albumu z 2006 roku zawiera dodatkowe DVD, a na nim dokument "Depeche Mode 1989-90 (If You Wanna Use Guitars, Use Guitars)" i zbiór utworów ze stron B singli promujących longplay: chwytliwy "Dangerous" (z "Personal Jesus"), instrumentalne "Memphisto", "Sibeling" i "Kaleid" (dwa pierwsze z "Enjoy the Silence", trzeci z "Policy of Truth"), a także "Happiest Girl" i klimatyczny "Sea of Sin" (oba z "World in My Eyes").



Depeche Mode - "Violator" (1990)

1. World in My Eyes; 2. Sweetest Perfection; 3. Personal Jesus; 4. Halo; 5. Waiting for the Night; 6. Enjoy the Silence; 7. Policy of Truth; 8. Blue Dress; 9. Clean

Skład: Dave Gahan - wokal (1,3-7,9), gitara (6); Martin Gore - gitara, instr. klawiszowe, wokal (2,8); Alan Wilder - instr. klawiszowe, bass, perkusja; Andy Fletcher - wokoder (6)
Gościnnie: Nils Tuxen - gitara hawajska (9)
Producent: Depeche Mode i Mark "Flood" Ellis


21 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "101" (1989)



Pierwszy koncertowy album Depeche Mode, "101", został zarejestrowany 18 czerwca 1988 roku w Pasadenie (Kalifornia), podczas ostatniego, stopierwszego występu na trasie promującej album "Music for the Masses". Na dwóch płytach znalazło się wszystko, co było najlepsze w dotychczasowym dorobku Depeche Mode. To o wiele lepsze podsumowanie pierwszej dekady twórczości grupy niż jakakolwiek składanka. Przewaga "101" polega na tym, że oprócz kawałków singlowych (od wczesnych hitów "Just Can't Get Enough" i "Everything Counts", po najnowsze wówczas "Behind the Wheel", "Strangelove" i "Never Let Me Down Again"), znajdują się tutaj także najlepsze fragmenty albumów ("The Things You Said", "Black Celebration"), a nawet jedna strona B singla ("Pleasure Little Treasure" - ale to akurat słabszy fragment "101"; bardziej pasowałby tutaj "But Not Tonight"). Wykonania są bliskie studyjnych pierwowzorów (część dźwięków była odtwarzana z playbacku), chociaż niektóre utwory zostały zaprezentowane w bardziej rozbudowanych wersjach ("Stripped", "Never Let Me Down Again" i przede wszystkim "Everything Counts", częściowo odśpiewany przez publiczność).

Jeżeli nie jesteś zagorzałym fanem Depeche Mode, który musi mieć wszystkie wydawnictwa zespołu, spokojnie możesz odpuścić sobie wszystko, co grupa wydała wcześniej, inwestując jedynie w ten album.

Ocena: 9/10

PS. Wydania albumu w formacie CD zawierają trzy dodatkowe utwory: "Sacred", "Nothing" i "A Question of Lust", wcześniej dostępne na stronie B promującego album singla "Everything Counts".



Depeche Mode - "101" (1989)

LP1: 1. Pimpf; 2. Behind the Wheel; 3. Strangelove; 4. Something to Do; 5. Blasphemous Rumours; 6. Stripped; 7. Somebody; 8. The Things You Said; 9. Black Celebration
LP2: 1. Shake the Disease; 2. Pleasure Little Treasure; 3. People Are People; 4. A Question of Time; 5. Never Let Me Down Again; 6. Master and Servant; 7. Just Can't Get Enough; 8. Everything Counts

Skład: Dave Gahan - wokal; Martin Gore - instr. klawiszowe, gitara, wokal (LP1: 7,8) i dodatkowy wokal; Alan Wilder - instr. klawiszowe; Andrew Fletcher - instr. klawiszowe
Producent: Depeche Mode


[Recenzja] Depeche Mode - "Music for the Masses" (1987)



Kolejny wielki krok w rozwoju zespołu. "Never Let Me Down Again" rozpoczyna się od gitarowego riffu, do którego co prawda szybko dołączają klawisze, jednak utwór brzmi zdecydowanie naturalniej od twórczości Depeche Mode z poprzednich płyt. Podobnie jest w innych kawałkach wydanych na singlach, bardzo chwytliwym "Strangelove" oraz mrocznym "Behind the Wheel", w którym ponury nastrój tworzony jest przez pojedyncze uderzenia w struny gitary.

Ciekawie wypadają spokojniejsze fragmenty albumu, "Sacred" oraz śpiewany przez Gore'a "The Things You Said". Mrocznych dźwięków nie brak w "To Have and to Hold" i instrumentalnym "Pimpf", który spokojnie mógłby trafić na ścieżkę jakiegoś horroru. Słabsze momenty? Tylko dwa: oparty na wsamplowanych smykach, nieco kiczowaty "Little 15", oraz zbyt elektroniczny "Nothing".

Ocena: 7/10

PS. "Music for the Masses" był promowany czterema utworami. "Strangelove" w wersji singlowej ma krótszy i gęściejszy miks, jego strona B to znany z albumu "Pimpf"; na "Never Let Me Down" trafił dyskotekowo-rockowy "Pleasure, Little Treasure"; a na "Behind the Wheel" (także w innym miksie) - zaskakująca przeróbka "Route 66" Roberta Troupa. Wydany tylko we Francji "Little 15" zawierał dwa instrumentalne utwory grane na fortepianie, autorski "Stjarna" oraz... "Sonatę księżycową" Beethovena.



Depeche Mode - "Music for the Masses" (1987)

1. Never Let Me Down Again; 2. The Things You Said; 3. Strangelove; 4. Sacred; 5. Little 15; 6. Behind the Wheel; 7. I Want You Now; 8. To Have and to Hold; 9. Nothing; 10. Pimpf

Skład: Dave Gahan - wokal (1,3-6,8,9), sampler; Martin Gore - instr. klawiszowe, gitara, wokal (2,7), sampler; Alan Wilder - instr. klawiszowe, sampler; Andy Fletcher - sampler
Producent: Depeche Mode i David Bascombe


20 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "Black Celebration" (1986)



"Black Celebration" to album przejściowy, pomiędzy wczesnym etapem kariery zespołu, a tym dojrzałym, który na dobre rozpocznie się dopiero na kolejnym albumie. Jednak już tutaj otrzymujemy konkretną zapowiedź zmian, zwłaszcza w rewelacyjnym, opartym na motorycznym podkładzie "Stripped", który z premedytacją został wybrany na pierwszy singiel. Cały album jest jednak przesiąknięty mrocznym klimatem, który będzie się utrzymywał na kilku kolejnych albumach grupy, przez ponad dekadę. Ale, paradoksalnie, "Black Celebration" zawiera jeszcze bardziej przebojowe utwory, niż poprzednie albumy. Wspominany "Stripped", czy inne singlowe utwory, "A Question of Time" i "A Question of Lust", to nie jedyne przykłady. Na małych płytach równie dobrze sprawdziłyby się utwór tytułowy, "Here Is the House" lub "Fly on the Windscreen" (chociaż ten ostatni został tu zamieszczony w zremiksowanej, słabszej wersji, niż ta z niealbumowego singla "It's Called a Heart").

"Black Celebration" to album wyjątkowy także z innego powodu. Aż w czterech utworach głównym wokalistą jest Martin Gore ("A Question of Lust", "Sometimes", "It Doesn't Matter Two", "World Full of Nothing"). Inna sprawa, że trzy ostatnie zaniżają poziom albumu. I to wcale nie ze względu na wokal - równie nijakie są "Dressed in Black" i "New Dress", w których śpiewa Dave Gahan. W sumie jest to prawie połowa albumu. A przecież zespół miał do dyspozycji lepsze utwory. Np. pierwszy owoc sesji nagraniowej albumu, niesamowicie chwytliwy "Shake the Disease", z jedną z najlepszych partii wokalnych Gahana w całej jego karierze. Utwór ukazał się jednak na singlu już 11 miesięcy przed premierą "Black Celebration", a w międzyczasie trafił także na kompilację "The Singles 81-85" - można więc zrozumieć muzyków, że nie chcieli go powtarzać.

Trudniej natomiast pojąć dlaczego prawie tak samo udany "But Not Tonight" został zmarnowany na stronie B singla "Stripped". Całkowicie pozbawione sensu jest tłumaczenie muzyków, że nie traktują poważnie tego kawałka, bo stworzyli go w zaledwie kilka godzin, podczas gdy nad pozostałymi utworami pracowali tygodniami. "But Not Tonight" został jednak doceniony przez Amerykanów. Trafił na soundtrack filmu "Modern Girls", nakręcono do niego teledysk, a także - wbrew woli zespołu - został wydany na tamtejszej edycji "Black Celebration", a także na osobnym singlu (ze "Stripped" na stronie B, co całkiem dobiło muzyków).

Ocena: 7/10



Depeche Mode - "Black Celebration" (1986)

1. Black Celebration; 2. Fly on the Windscreen (Final); 3. A Question of Lust; 4. Sometimes; 5. It Doesn't Matter Two; 6. A Question of Time; 7. Here Is the House; 8. Stripped; 9. World Full of Nothing; 10. Dressed in Black; 11. New Dress

Skład: Dave Gahan - wokal (1,2,6-8,10,11), sampler; Martin Gore - wokal (3-5,9), instr. klawiszowe, gitara, sampler; Alan Wilder - instr. klawiszowe, sampler; Andy Fletcher - instr. klawiszowe, sampler
Producent: Depeche Mode, Daniel Miller i Gareth Jones


[Recenzja] Depeche Mode - "The Singles 81-85" (1985)



Nie da się ukryć, że Depeche Mode, przynajmniej w początkowych latach działalności, to zespół przede wszystkim singlowy. W tym kontekście nie dziwi, że pierwsza kompilacja ukazała się zaledwie cztery lata po premierze debiutanckiego albumu. Co jednak ciekawe, zespół przez ten czas zdążył wydać tyle utworów na małych płytkach, że... nie starczyło tutaj miejsca, by je wszystkie pomieścić. Do kompletu zabrakło "The Meaning of Love" i "Somebody". Ten pierwszy to żenujący kawałek, którego nieobecność mogła tylko cieszyć, ale drugi to całkiem zgrabna ballada, na której braku kompilacja ta wiele straciła. Oba utwory zostały jednak dołączone w późniejszych wydaniach - ale o tym później.

Oryginalne wydanie "The Singles 81-85" to zbiór trzynastu utworów, które dobrze podsumowują ówczesne dokonania grupy. Warto odnotować, że część z nich ma tutaj swoją premierę na długogrającym wydawnictwie ("Dreaming of Me", "Get the Balance Right!", "Shake the Disease" i "It's Called a Heart"). W większości mamy tutaj do czynienia z niewyszukanym, wręcz infantylnym graniem o plastikowym brzmieniu i tanecznym charakterze. Takie są np. "New Life" i "Just Can't Get Enought", napisane jeszcze przez pierwszego lidera grupy, Vince'a Clarke'a. Ale mamy tu także pierwsze dowody kompozytorskiego talentu Martina Gore'a, w stworzonych do wspólnego śpiewania z publicznością, bardzo melodyjnych "Everything Counts" i "People Are People". Są też dwa utwory zdające się zapowiadać "dojrzałe" wcielenie Depeche Mode: mroczny, choć skontrastowany chwytliwym refrenem, "Blasphemous Rumours", oraz rewelacyjnie przebojowy "Shake the Disease".

W Stanach kompilacja została wydana pod tytułem "Catching Up with Depeche Mode", a ponieważ już rok wcześniej twórczość grupy została tam podsumowana składanką "People Are People", zdecydowana się nie dublować zawartych na niej utworów ("Leave in Silence", "Get the Balance Right!", "Everything Counts", "Love, in Itself" i "People Are People"). Zamiast nich umieszczono wspomniane już "The Meaning of Love" i "Somebody", a także strony B dwóch najnowszych singli, "Shake the Disease" i "It's Called a Heart", czyli dziwaczny "Flexible" oraz naprawdę udany "Fly on the Windscreen" (zresztą sami muzycy docenili później jego potencjał i w zremiksowanej wersji umieścili go na kolejnym albumie, "Black Celebration").

Pierwsze kompaktowe wydanie "The Singles 81-85" bazowało na oryginalnym wydaniu europejskim, ale tym razem starczyło miejsca także dla "The Meaning of Love" i "Somebody". W 1998 roku ukazała się natomiast kolejna reedycja, z nową okładką (kompatybilną z nową kompilacją, "The Singles 86-98") i dwoma kolejnymi bonusami: alternatywną wersją "Photographic" (szybszą i bardziej dynamiczną niż na debiutanckim albumie "Speak & Spell"), pochodzącą ze składanki różnych wykonawców "Some Bizzare Album" z 1981 roku; a także wydłużoną do prawie siedmiu minut wersję "Just Can't Get Enough" (tzw. "Schizo mix"), oryginalnie wydaną na 12-calowej wersji singla z tym utworem.

Ocena: 6/10

PS. Równolegle z kompilacją "The Singles 81-85" ukazała się kaseta VHS "Some Great Videos", zawierająca teledyski do dziesięciu utworów ("Just Can't Get Enough", "Everything Counts", "Love, in Itself", "People Are People", "Master and Servant", "Blasphemous Rumours", "Somebody", "Shake the Disease", "It's Called a Heart"), a także bonus w postaci zarejestrowanego na żywo "Photographic". Wydawnictwo nie zostało nigdy wznowione na DVD, ale niektóre jego fragmenty ("Just Can't Get Enough", "Everything Counts", "People Are People", "Master and Servant" i "Shake the Disease") można znaleźć na DVD "The Best of Videos, Volume I" z 2007 roku. Pozostałe klipy nie zostały dotąd oficjalnie wydane na cyfrowym nośniku.



Depeche Mode - "The Singles 81-85" (1985)

1. Dreaming of Me; 2. New Life; 3. Just Can't Get Enough; 4. See You; 5. Leave in Silence; 6. Get the Balance Right!; 7. Everything Counts; 8. Love, in Itself; 9. People Are People; 10. Master and Servant; 11. Blasphemous Rumours; 12. Shake the Disease; 13. It's Called a Heart

Skład: Dave Gahan - wokal, sampler; Martin Gore - instr. klawiszowe, sampler, gitara i dodatkowy wokal; Andy Fletcher - instr. klawiszowe i sampler; Vince Clarke - instr. klawiszowe (1-3); Alan Wilder - instr. klawiszowe i sampler (6-13)
Producent: Depeche Mode, Daniel Miller i Gareth Jones


19 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "Some Great Reward" (1984)



Od samego początku atutem grupy Depeche Mode był charyzmatyczny wokalista Dave Gahan, powiadający od razu rozpoznawalną głęboką barwę głosu. Na trzecim albumie, "Construction Time Again" doszło do tego równie charakterystyczne unikalne brzmienie wypracowane przez muzyków - oparte głównie na syntezatorach i samplach (głównie uderzania w metalowe przedmioty, co w pewnym stopniu wynagradzało brak prawdziwej perkusji), z minimalnym wykorzystaniem tradycyjnych instrumentów. Na kolejnym albumie, "Some Great Reward", doszły do tego - w końcu! - wyraziste melodie, potwierdzające kompozytorski talent Martina Gore'a. Wystarczy wspomnieć, że "People Are People" nie tylko był notowany wyżej od poprzednich singli w rodzimej Wielkiej Brytanii, ale też stał się pierwszą małą płytą Depeche Mode, która została odnotowana na amerykańskiej liście. Potwierdzeniem, że nie był to przypadek, jest fakt, że kolejny singiel, "Master and Servant", odniósł tylko odrobinę mniejszy sukces.

Ale chociaż to właśnie te dwa utwory przyniosły najbardziej chwytliwe refreny, to reszta albumu bynajmniej nie pozostaje w ich cieniu. Może w otwierającym całość dynamicznym "Something to Do" jest coś z infantylności poprzednich albumów, ale już następujący po nim "Lie to Me"  zachwyca mrocznym, zimnym klimatem. To już wyraźna zapowiedź kolejnego albumu, przełomowego "Black Celebration". Ale na razie pozostańmy przy "Some Great Reward". Nie od wszystkich utworów wieje syntezatorowym chłodem. Bardzo ciepło brzmi śpiewana przez Gore'a ballada "Somebody" - to pierwszy utwór Depeche Mode w którym nie ma żadnej elektroniki i sampli, wystarcza delikatny fortepianowy akompaniament. Ta kompozycja jest najlepszym dowodem dojrzałości muzyków - aż trudno uwierzyć, że minęły zaledwie trzy lata, odkąd (prawie) ta sama grupa dzieciaków tworzyła dyskotekowe synth popowe kawałki w rodzaju "Just Can't Get Enough" i "The Meaning of Love"... To tylko potwierdza słuszność decyzji przyjęcia do składu Alana Wildera, którego talent aranżacyjny wzniósł twórczość Depeche Mode na znacznie wyższy poziom.

Martin Gore jako wokalista udziela się także w drugiej balladzie z albumu, "It Doesn't Matter" - tym razem jednak jego ciepły głos skontrastowany został zimnym, ascetycznym podkładem syntezatorów. Głównym wokalistą pozostaje jednak Dave Gahan, który dzięki różnorodności utworów może w pełni zaprezentować tu swoją wszechstronność. W "Stories of Old" to jego chwytliwa partia wokalna (jedna z lepszych w całej dyskografii zespołu, ale jeszcze bardziej niedoceniana) napędza całą kompozycję, wszystko inne jest jej podporządkowane. Z kolei w "If You Want" to Gahan daje się podporządkować muzyce, a jego partia zdaje się być całkowicie wyprana z emocji. To oczywiście tylko pozory, po prostu taki śpiew pasuje do mrocznego klimatu tego kawałka. Zresztą najdziwniejszego na albumie, pełnego bezsensownych wstawek instrumentalnych. Opus magnum albumu stanowi natomiast finałowy "Blasphemous Rumours". Mroczne zwrotki fantastycznie budują tutaj napięcie, a zaskakująco piosenkowy refren tylko podkreśla nastrój całości.

"Some Great Reward" to najlepszy album z "dziecięcego" okresu twórczości Depeche Mode (niedługo później podsumowanego pierwszą składanką, "The Singles 81-85"). Stanowi on jednak tylko preludium do największych arcydzieł grupy.

Ocena: 7/10

PS. Reedycja albumu z 2006 roku zawiera dodatkowy dysk DVD, na którym poza materiałem audiowizualnym i różnymi miksami albumu, znalazły się także także koncertowe wersje kilku utworów ("If You Want", "People Are People", "Somebody", "Blasphemous Rumours" i "Master and Servant"), strony B singli (melodyjny "In Your Memory" i mniej udany "(Set Me Free) Remotivate Me"), a także singlowy remiks "Somebody".



Depeche Mode - "Some Great Reward" (1984)

1. Something to Do; 2. Lie to Me; 3. People Are People; 4. It Doesn't Matter; 5. Stories of Old; 6. Somebody; 7. Master and Servant; 8. If You Want; 9. Blasphemous Rumours

Skład: Dave Gahan - wokal, sampler; Martin Gore - instr. klawiszowe sampler, gitara, wokal (4,6), dodatkowy wokal; Alan Wilder - instr. klawiszowe, sampler; Andy Fletcher - sampler
Producent: Daniel Miller, Depeche Mode i Gareth Jones


[Recenzja] Depeche Mode - "Construction Time Again" (1983)



Pierwsze dwa albumy Depeche Mode, "Speak & Spell" (1981) i "A Broken Frame" (1982), były właściwie próbą udowodnienia, że można tworzyć muzykę opartą wyłącznie na akompaniamencie syntezatorów i automatu perkusyjnego. Pierwszy z nich pokazywał bardziej taneczne oblicze grupy (w takim kierunku dążył Vince Clarke - ówczesny główny kompozytor zespołu, który jeszcze przed premierą debiutanckiego albumu podjął decyzję o odejściu), natomiast drugi (w całości skomponowany przez Martina Gore'a) zdradzał chęć pójścia w bardziej klimatyczne i mroczniejsze klimaty. Oba albumy łączy wszakże wszechobecna infantylność i irytująca prostota. Dopiero trzeci album, "Construction Time Again", zdaje się być skokiem na właściwe tory.

Tuż przed jego nagraniem, skład zespołu poszerzył się o niejakiego Alana Wildera - w przeciwieństwie do pozostałych muzyków mającego spore doświadczenie, nie tylko muzyczne, ale również związane z pracą w studiu. Jego wkład w twórczość zespołu jest nie do przecenienia. Na "Construction Time Again" wniósł nie tylko wkład kompozytorski (jest autorem dwóch utworów: "Two Minute Warning" i "The Landscape Is Changing"; pozostałe skomponował Gore), ale przede wszystkim odegrał istotną rolę jako aranżer. To właśnie Wilder pomógł wprowadzić do twórczości grupy technikę samplingu (czego najlepszym przykładem jest utwór "Pipeline", w całości oparty wyłącznie na akompaniamencie odpowiednio przetworzonych odgłosów uderzeń w rury), ale też zachęcił pozostałych muzyków do wprowadzenia "żywych" instrumentów - efekty słychać chociażby w "Everything Counts", w którym wykorzystano ksylofon, harmonijkę klawiszową i obój, a także w "Love, in Itself" i "And Then...", w których słychać gitarę.

Jednak aranżacje to jedno, a co innego melodie. Pod tym względem "Construction Time Again" kompletnie rozczarowuje. Może i dobrze, że nie ma tutaj nic z tandetnej przebojowości "Speak & Spell", ale nie zaszkodziłoby trochę więcej wyrazistych melodii. Tak naprawdę jedynym utworem z tego albumu, który naprawdę zapada w pamięć, jest singlowy "Everything Counts". To zasłużenie jeden z największych przebojów grupy, do dzisiaj wykonywany przez nią na żywo. Poza chwytliwą linią melodyczną wyróżnia się także od strony wokalnej - to jedyny utwór, w którym Dave Gahan i Martin Gore dzielą się główną partią wokalną (pierwszy śpiewa zwrotki, drugi refren).  Od biedy można wspomnieć jeszcze o drugim singlu promującym album, "Love, in Itself" - melodia może nie jest tu porywająca, ale broni się na tle pozostałych kawałków. Utwór został zbudowany na zasadzie kontrastu - mroczna zwrotka kontra pogodny refren. To taka mała zapowiedź późniejszych dokonań grupy.

"Construction Time Again" należy traktować raczej jako ciekawostkę, pokazującą jak rozwijała się twórczość zespołu, zanim muzycy nagrali swoje pierwsze wartościowe dzieła.

Ocena: 6/10

PS. W 2007 roku album doczekał się reedycji zawierającej dodatkowy dysk DVD, na którym znalazł się film dokumentujący czas powstawania i promowania albumu, cały longplay w miksach stereo i 5.1, a także kilka bonusowych nagrań: niealbumowy przebój "Get the Balance Right!", strony B singli ("The Great Outdoors!", "Work Hard" i "Fools"), oraz remiksy utworów "Get the Balance Right!", "Everything Counts" i "Love, in Itself".



Depeche Mode - "Construction Time Again" (1983)

1. Love, in Itself; 2. More Than a Party; 3. Pipeline; 4. Everything Counts; 5. Two Minute Warning; 6. Shame; 7. The Landscape Is Changing; 8. Told You So; 9. And Then...

Skład: Dave Gahan - wokal, sample; Martin Gore - instr. klawiszowe, sample, ksylofon, gitara, wokal; Alan Wilder - sample, obój, dodatkowy wokal; Andy Fletcher - instr. klawiszowe, sample, dodatkowy wokal
Producent: Depeche Mode i Daniel Miller


18 grudnia 2012

[Recenzja] Dissection - "Storm of the Light's Bane" (1995)



Delikatnie mówiąc, nie lubię black metalu. Brutalność i agresja nie należą do cech, których poszukuję w muzyce.  Od każdej reguły są jednak wyjątki. I do nich właśnie należy "Storm of the Light's Bane" - drugi longplay szwedzkiego Dissection. Moją uwagę na ten album zwróciła niesamowita okładka. Owszem, nieco kiczowata i oczywista dla tego typu muzyki. Jednak dobór barw jest iście rewelacyjny. Można dzięki niemu niemal poczuć ten przejmujący chłód. Do tego idealnie odzwierciedla zawartą tu muzykę, która również brzmi bardzo chłodnie (i dość kiczowato).

Przeważają tu elementy typowo black metalowe, jak jednostajny, agresywny sposób "śpiewania" wokalisty, oczywiście z podkładem gęstej, brutalnej perkusji (tzw. blastów). Są tu też jednak momenty zupełnie odmienne, jak ładne akustyczne przejścia w kilku utworach ("Night's Blood", "Where Dead Angels Lie", "Thorns of Crimson Death"). Czasem gitary akustyczne są wykorzystane jako tło dla czysto blackowej młócki ("Soulreaper"). Często za zdarzają się też fragmenty w których perkusista zwalnia, a gitarzyści grają solówki nie tak odległe od tradycyjnego heavy metalu ("Unhallowed", "Where Dead Angels Lie", "Retribution - Storm of the Light's Bane", "Thorns of Crimson Death"). Wspomniany dwukrotnie "Thorns of Crimson Death", z prawdziwie progresywną strukturą, to wręcz black metalowe arcydzieło. Niewiele ustępują mu "Night's Blood" oraz "Where Dead Angels Lie". Ogromne zaskoczenie przynosi ostatni na płycie "No Dreams Breed in Breathless Sleep" - ładna, trochę klasycyzująca, miniaturka. Szkoda tylko, że zagrana na jakimś tanim keyboardzie, zamiast na prawdziwym pianinie.

"Storm of the Light's Bane", mimo obecności wszystkich wad black metalu, udowadnia, że ten styl nie musi się ograniczać do bezmyślnej brutalności i agresji - że można grać bardziej ambitnie, przemycając elementy innych stylów i gatunków. A wówczas efekt może być intrygujący - także dla osób nieznoszących "czystego" black metalu.

Ocena: 7/10



Dissection - "Storm of the Light's Bane" (1995)

1. At the Fathomless Depths; 2. Night's Blood; 3. Unhallowed; 4. Where Dead Angels Lie; 5. Retribution - Storm of the Light's Bane; 6. Thorns of Crimson Death; 7. Soulreaper; 8. No Dreams Breed in Breathless Sleep

Skład: Jon Nödtveidt - wokal i gitara; Johan Norman - gitara; Peter Palmdahl - bass; Ole Öhman - perkusja
Gościnnie: Alexandra Balogh - instr. klawiszowe
Producent: Dissection


[Recenzja] Ghost - "Opus Eponymous" (2010)



Ghost to szwedzki zespół założony w 2008 roku. Nazwiska muzyków są nieznane, a podczas koncertów wokalista, Papa Emeritus, występuje w kardynalskim stroju i masce, zaś instrumentaliści zwani Nameless Ghouls - dwóch gitarzystów, basista, perkusista i klawiszowiec - w ciemnych szatach z kapturami. Cała ta otoczka zwraca na zespół uwagę, jednak najważniejsza jest przecież muzyka. A ta, wbrew temu czego można by się spodziewać, jest zaskakująco udana. Porównania do Black Sabbath, Blue Öyster Cult czy Mercyful Fate są jak najbardziej uzasadnione, jednak jednocześnie twórczość Ghost brzmi bardzo oryginalnie. To połączenie heavy / doom metalowych riffów z psychodelicznymi klawiszami w stylu późnych lat 60., oraz... popowym śpiewem.

Nie brak na "Opus Eponymous" naprawdę zapadających w pamięć melodii ("Ritual", "Elizabeth", "Stand by Him", "Satan Prayer"). Ciężkie riffy nie zawsze są zmiękczane klawiszami ("Con Clavi Con Dio", "Death Knell", "Prime Mover"), dzięki czemu album nie sprawia komercyjnego wrażenia. Muzycy nie unikają grania solówek ("Stand by Him", "Satan Prayer"), a największe pole do popisu mają w instrumentalnym "Genesis", zwieńczonym piękną akustyczną kodą. Japońskie wydanie albumu zawiera ponadto przeróbkę "Here Comes the Sun" The Beatles. Członkowie Ghost niewiele zmienili w aranżacji, ale bardzo mocno odcisnęli swoje piętno na tym utworze. W końcu są jednym z nielicznych współczesnych zespołów posiadających swój własny styl.

Ocena: 8/10



Ghost - "Opus Eponymous" (2010)

1. Deus Culpa; 2. Con Clavi Con Dio; 3. Ritual; 4. Elizabeth; 5. Stand by Him; 6. Satan Prayer; 7. Death Knell; 8. Prime Mover; 9. Genesis

Skład: Papa Emeritus - wokal; Nameless Ghoul  - gitara; Nameless Ghoul ⚪ - gitara; Nameless Ghoul  - bass; Nameless Ghoul  - perkusja; Nameless Ghoul  - instr. klawiszowe
Producent: Gene Walker


17 grudnia 2012

[Recenzja] "We Wish You a Metal Xmas and a Headbanging New Year" (2008)



Kiedy muzycy nagrywają utwory na święta, zazwyczaj są to tandetne piosenki wymierzone w listy przebojów. Wydana cztery lata temu kompilacja "We Wish You a Metal Xmas and a Headbanging New Year" udowadnia, że można zrobić to zupełnie inaczej. Jak można się domyślić z tytułu, zawiera znane świąteczne i noworoczne pieśni w wykonaniach metalowych i hardrockowych. W przedsięwzięciu wzięli udział członkowie takich zespołów, jak m.in. Black Sabbath, Rainbow, Deep Purple, Motörhead, AC/DC, Kiss, ZZ Top, Alice Cooper, Testament czy Anthrax. Każdy utwór został wykonany przez mieszany skład, z wyjątkiem interpretacji szkockiej pieśni "Auld Lang Syne", w wykonaniu kompletnego składu Girlschool.

Świątecznego klimatu raczej tu nie uświadczymy, jest za to sporo dobrej muzyki do zabawy, np.  podmetalizowany rock and roll "Run Rudolph Run", w wykonaniu Lemmy'ego, Billy'ego Gibbonsa i Dave'a Grohla, albo wspomniany "Auld Lang Syne", niestety dostępny tylko w wydaniu brytyjskim. Wielbicieli Heaven & Hell / Black Sabbath powinien ucieszyć "God Rest Ye Merry Gentlemen" w wykonaniu Ronniego Jamesa Dio i Tony'ego Iommi - gdyby nie tekst, spokojnie mógłby trafić na ich album "The Devil You Know". Na tej samej zasadzie fani Judas Priest nie powinni pogardzić przeróbką "Santa Claus Is Back in Town" z wokalem Rippera Owensa. Fajne jest również wykonane m.in. przez Doro Pesch i Michaela Schenkera "O' Christmas Tree".

Niestety, nie wszystko wypada tu tak pięknie. Kolęda "Silent Night" została całkowicie zmasakrowana przez growlującego Chucka Billy'ego z Testament; ciężko znieść także power metalowe pianie Geoffa Tate'a w "Silver Bells". Poza tym rozczarowuje zbyt konwencjonalny kower lennonowskiego "Happy Xmas (War Is Over)". Ogólnie jednak wrażenie po odsłuchaniu jak najbardziej pozytywne. Album jest idealnym świątecznym prezentem dla każdego metalowca. Zatem - cytując Lemmy'ego z "Run Rudolph Run" - Merry Xmas, motherfuckers.

Ocena: 7/10


Various Artists - "We Wish You a Metal Xmas and a Headbanging New Year" (2008)

1. We Wish You a Merry Xmas (Jeff Scott Soto, Bruce Kulick, Bob Kulick, Chris Wyse, Ray Luzier); 2. Run Rudolph Run (Lemmy Kilmister, Billy Gibbons, Dave Grohl); 3. Santa Claws Is Coming to Town (Alice Cooper, John 5, Billy Sheehan, Vinny Appice); 4. God Rest Ye Merry Gentlemen (Ronnie James Dio, Tony Iommi, Rudy Sarzo, Simon Wright); 5. Silver Bells (Geoff Tate, Carlos Cavazo, James LoMenzo, Ray Luzier); 6. Little Drummer Boy (Doug Pinnick, George Lynch, Billy Sheehan, Simon Phillips); 7. Santa Claus Is Back in Town (Tim "Ripper" Owens, Steve Morse, Juan Garcia, Marco Mendoza, Vinny Appice); 8. Silent Night (Chuck Billy, Scott Ian, Jonathan Donais, Chris Wyse, John Tempesta); 9. Deck the Halls (Oni Logan, Craig Goldy, Tony Franklin, John Tempesta); 10. Grandma Got Ran Over by a Reindeer (Stephen Pearcy, Tracii Guns, Bob Kulick, Billy Sheehan, Gregg Bissonette); 11. Rockin' Around the Xmas Tree (Joe Lynn Turner, Bruce Kulick, Bob Kulick, Rudy Sarzo, Simon Wright); 12. Happy Xmas (War Is Over) (Tommy Shaw, Steve Lukather, Marco Mendoza, Kenny Aronoff); 13. O' Christmas Tree (Doro, Michael Schenker, Tony Franklin, Frankie Banali); 14. Auld Lang Syne (Girlschool)

Skład: patrz wyżej
Producent: Bob Kulick i Brett Chassen


16 grudnia 2012

[Recenzja] Diamond Head - "Borrowed Time" (1982)



Kiczowata, ale mająca swój urok, okładka może sugerować, że "Borrowed Time" to kolejne metalowe arcydzieło. Niestety, jedyne naprawdę udane utwory to... powtórzone z poprzedniego longplaya "Lightning to the Nations" i "Am I Evil?". Wygładzona produkcja sprawia, że nie mogą one się równać wersjom oryginalnym. Nowe utwory natomiast prezentują bardziej komercyjne oblicze grupy - to już nie NWOBHM, a niemal czysty AOR (adult oriented rock, czyli rock dla dojrzałych słuchaczy). "To Heaven from Hell" odrzuca chórkami, a "Call Me" przesłodzoną melodią. W utworze tytułowym pojawiają się nawet kiczowate syntezatory. "Don't You Ever Leave Me" jest po prostu nudny. Pozytywnie wyróżnia się tylko "In the Heat of the Night", choć też szczególnie nie zachwyca.

Ocena: 4/10

PS. Reedycja CD przyniosła kilka bonusów: zawartość EPki "Four Cuts" (nieciekawe "Trick or Treat" i "Dead Reckoning", oraz nagrany na nowo "Shoot Out the Lights"); skróconą, singlową wersję "In the Heat of the Night"; oraz dwa utwory w wersjach koncertowych ("Play It Loud", "Sweet and Innocent") i wywiad z członkami grupy. W rezultacie rozszerzona wersja wypada równie nieciekawie, co wydanie oryginalne.



Diamond Head - "Borrowed Time" (1982)

1. In the Heat of the Night; 2. To Heaven from Hell; 3. Call Me; 4. Lightning to the Nations; 5. Borrowed Time; 6. Don't You Ever Leave Me; 7. Am I Evil?

Skład: Sean Harris - wokal; Brian Tatler - gitara; Colin Kimberley - bass; Duncan Scott - perkusja
Producent: Mike Hedges i Diamond Head


[Recenzja] Diamond Head - "Lightning to the Nations" (1980)



"Lightning to the Nations" to - obok debiutów Iron Maiden i Angel Witch - największe osiągniecie w nurcie zwanym Nową Falą Brytyjskiego Heavy Metalu. Na swoim pierwszym longplayu grupa Diamond Head zaprezentowała wszystko, co najlepsze w muzyce metalowej  przełomu lat 70. i 80. Zupełnie nie dziwi, że Metallica włączyła do swojego repertuaru aż cztery z siedmiu zamieszczonych tu utworów ("Am I Evil?", "Helpless", "The Prince" i "It's Electric").

Okładka reedycji CD.
Mocne, zapamiętywalne riffy, udane solówki oraz na swój sposób chwytliwe partie wokalne, nadające tej muzyce melodyjności - to najważniejsze wyznaczniki grupy. Przeważają tutaj melodyjne czady ("Lightning to the Nations", "The Prince", "It's Electric", "Helpless"), ale grupa proponuje też bardziej złożone formy. Jak ponad 9-minutowy "Sucking My Love" z progresywną częścią środkową. Albo "Am I Evil?" rozpoczynający się cytatem z "Mars, the Bringer of War" Gustava Holsta (prawdopodobnie podpatrzyli ten pomysł z utworu "Return to Sanity" Andromedy), potem zaś stanowiący wzór metalowego riffowania. Jeżeli czegoś tu zabrakło, to chociaż jednej ballady. Jednak wielu wielbicieli metalu z pewnością uzna to za plus.

Ocena: 8/10

PS. Kompaktowa reedycja oprócz zupełnie nowej okładki, zawiera dodatkowych siedem kawałków. Singlowe "Shoot Out the Lights", "Streets of Gold" i "Waited Too Long" nie ubiegają niczym utworom z albumu. "Play It Loud" wyróżnia wykorzystaniem gitar akustycznych, przez co może kojarzyć się nieco z Led Zeppelin. Pojawia się w nim także piękne gitarowe solo, ale i zbyt popowy refren. Całości dopełniają mniej udane utwory z EPki "Diamond Lights" z 1981 roku ("Diamond Lights", "We Won't Be Back" i "I Don't Got").



Diamond Head - "Lightning to the Nations" (1980)

1. Lightning to the Nations; 2. The Prince; 3. Sucking My Love; 4. Am I Evil?; 5. Sweet and Innocent; 6. It's Electric; 7. Helpless

Skład: Sean Harris - wokal; Brian Tatler - gitara; Colin Kimberley - bass; Duncan Scott - perkusja
Producent: Reg Fellows i Diamond Head