31 grudnia 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "A Momentary Lapse of Reason" (1987)



Roger Waters zawiesił działalność Pink Floyd po wydaniu "The Final Cut" i poświęcił się karierze solowej. Sytuację postanowił wykorzystać David Gilmour, który namówił Nicka Masona i Ricka Wrighta do wskrzeszenia zespołu. Sprzeciw Watersa, twierdzącego Pink Floyd to ja!, zakończony procesem o prawa do nazwy, niestety nic nie dał. Niestety, bo szybko stało się jasne, że nowe wcielenie zespołu ma niewiele, poza szyldem, wspólnego z jego wcześniejszą działalnością. To tak naprawdę solowa działalność Gilmoura, z minimalnym wkładem Masona i Wrighta (ten drugi zresztą początkowo był tylko współpracownikiem, a nie członkiem), których w nagraniach często wyręczali muzycy sesyjni - wśród których pojawili się m.in. uznani perkusiści Carmine Appice i Jim Keltner.

"A Momentary Lapse of Reason", pierwszy album odrodzonego "Pink Floyd", dobitnie pokazuje, że Gilmour nie miał zamiaru kontynuować twórczych poszukiwań zespołu. Zamiast tego śmiało podąża w stronę ówczesnego rockowego mainstreamu. Utwory w rodzaju singlowych "Learning to Fly" i "One Slip" rażą prostotą i banalnymi melodiami, skrojonymi pod stacje radiowe, a także swoim wygładzonym, syntetycznym brzmieniem. Nieco lepiej wypada trzeci singiel, balladowy "On the Turning Away" - również daleki stylistycznie od wcześniejszych dokonań sygnowanych tą nazwą, ale za to wyróżniający się ładną, nieco szkocką melodią. Pozostałe nagrania nie mają aż tak bardzo komercyjnego charakteru, co nie znaczy, że są bardziej ambitne. Raczej zwyczajnie nudne ("The Dogs of War", "Yet Another Movie", "Terminal Frost" i wszystkie miniaturowe przerywniki). Nieco ciekawiej robi się tylko w finałowym "Sorrow", choć raczej dzięki dobrej melodii i solówkom Gilmoura, niż próbie stworzenie czegoś bardziej progresywnego.

 Tytuł "A Momentary Lapse of Reason" można przetłumaczyć na język polski jako "Chwilowa utrata rozumu". Cóż, trudno o lepsze podsumowanie tego albumu. Reaktywowanie Pink Floyd i nagranie pod tym szyldem czegoś takiego, zdecydowanie nie było mądrym pomysłem.

Ocena: 5/10



Pink Floyd - "A Momentary Lapse of Reason" (1987)

1. Signs of Life; 2. Learning to Fly; 3. The Dogs of War; 4. One Slip; 5. On the Turning Away; 6. Yet Another Movie; 7. Round and Around; 8. A New Machine (Part 1); 9. Terminal Frost; 10. A New Machine (Part 2); 11. Sorrow

Skład: David Gilmour - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja, głos (1), efekty
Gościnnie: Rick Wright - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Bob Ezrin - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Jon Carin - instr. klawiszowe; Patrick Leonard - syntezatory; Bill Payne - organy; Tony Levin - bass, Chapman stick; Michael Landau - gitara; Jim Keltner - perkusja; Carmine Appice - perkusja; Steve Forman - instr. perkusyjne; Tom Scott - saksofon; Scott Page - saksofon; John Helliwell - saksofon; Darlene Koldenhoven, Carmen Twillie, Phyllis St. James, Donnie Gerrard - dodatkowy wokal
Producent: Bob Ezrin i David Gilmour


30 grudnia 2012

[Recenzja] David Gilmour - "About Face" (1984)



Produkcję swojego drugiego solowego albumu Gilmour powierzył  Bobowi Ezrinowi (producentowi m.in. "The Wall"), a w nagraniach towarzyszyli mu tacy muzycy, jak Jon Lord (Deep Purple) czy Steve Winwood (Traffic, Blind Faith). Mimo tego, wielkich zmian w porównaniu z debiutem nie ma. "About Face" ma co prawda bardziej wygładzone, popowe brzmienie, jednak to gitarowe solówki wciąż najbardziej przykuwają uwagę ("Murder", "You Know I'm Right", "Near the End", a zwłaszcza w instrumentalnym "Let's Get Metaphysical").

Utwory są dość zróżnicowane, obok przesadnie komercyjnych "Blue Light" i "All Lovers Are Deranged", oraz kilku średniaków ("Until We Sleep", You Know I'm Right"), znalazło się kilka bardzo udanych kawałków. Przede wszystkim poruszający "Out of the Blue", nieco w klimacie floydowych "The Wall" i "The Final Cut". Albo "Cruise" z naprawdę ładną melodią i zaskakującym, reggae'owym zakończeniem. Do tych lepszych fragmentów należą jeszcze "Murder", "Love on the Air" oraz "Near the End".

Ocena: 5/10



David Gilmour - "About Face" (1984)

1. Until We Sleep; 2. Murder; 3. Love on the Air; 4. Blue Light; 5. Out of the Blue; 6. All Lovers Are Deranged; 7. You Know I'm Right; 8. Cruise; 9. Let's Get Metaphysical; 10. Near the End

Skład: David Gilmour - wokal i gitara; Pino Palladino - bass; Jeff Porcaro - perkusja; Ian Kewley - instr. klawiszowe
Gościnnie: Jon Lord - syntezatory; Steve Winwood - instr. klawiszowe; Bob Ezrin - instr. klawiszowe; Anne Dudley - syntezatory
Producent: Bob Ezrin i David Gilmour


29 grudnia 2012

[Recenzja] David Gilmour - "David Gilmour" (1978)



Solowy debiut Davida Gilmoura - gitarzysty i jednego z wokalistów Pink Floyd - ukazał się w czasie, kiedy jego macierzysta grupa pracowała nad albumem "The Wall". Jest to o tyle istotne, że najlepszy utwór, jaki Gilmour skomponował z myślą o swoim longplayu, trafił na płytę Floydów. Mowa oczywiście o "Comfortably Numb". Żaden z dziewięciu zamieszczonych tu utworów nie zbliża się do tego poziomu. Najmocniejszym punktem albumu jest zresztą przeróbka "There's No Way Out of Here" mało znanej grupy Unicorn. Wyróżnia się świetnym gitarowym riffem, zdublowanym harmonijką, a także długimi solówkami i chwytliwą linią wokalną. Nic dziwnego, że to właśnie ten kawałek został wydany na singlu.

Z kompozycji stworzonych przez Gilmoura najlepiej wypadają: "Cry from the Street" z niemal hard rockowym riffowaniem; instrumentalny "Raise My Rent" z solówką przypominającą najlepsze momenty twórczości Pink Floyd; oraz wolny "No Way", z kolejnym pięknym solem, kończącym się nagłym zaostrzeniem. Ujdzie jeszcze balladowy "I Can't Breathe Anymore". Fatalnym pomysłem było otwarcie albumu nijakim, instrumentalnym "Mihalis"; ogólnego wrażenie nie poprawia przydługa ballada "So Far Away", ani zwyczajnie nudny "Short and Sweet".  Co ciekawe, współautor tej ostatniej kompozycji, Roy Harper, dwa lata później umieścił własną wersję na swoim albumie "The Unknown Soldier".

Album "David Gilmour" potwierdza to, czego można było się domyślić słuchając płyt Pink Floyd - że o ile Gilmour jest genialnym gitarzystą, tak jako kompozytor nie może się równać z Rogerem Watersem.

Ocena: 6/10



David Gilmour - "David Gilmour" (1978)

1. Mihalis; 2. There's No Way Out of Here; 3. Cry from the Street; 4. So Far Away; 5. Short and Sweet; 6. Raise My Rent; 7. No Way; 8. Deafinitely; 9. I Can't Breathe Anymore

Skład: David Gilmour - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Rick Wills - bass; Willie Wilson - perkusja
Gościnnie: Mick Weaver - pianino (4)
Producent: David Gilmour


28 grudnia 2012

[Artykuł] Podsumowanie roku 2012



Koniec roku to czas podsumowań. Pod względem muzycznym, rok 2012 był dość przeciętny. Ukazało się tylko kilka naprawdę interesujących albumów, których ledwo starczyło na zapełnienie poniższej listy. W międzyczasie pojawiło się też wiele rozczarowań, jak solowe albumy Steve'a Harrisa (Iron Maiden) i Slasha, albo debiutancki longplay Storm Corrosion - projektu Stevena Wilsona (Porcupine Tree) i Mikaela Åkerfelda (Opeth). Na szczęście było też kilka miłych niespodzianek, jak długo oczekiwany i zaskakująco udany powrót Soundgarden, zupełnie niespodziewane odrodzenie grupy Angel Witch, albo wydanie nowej koncertówki przez Led Zeppelin. Jak wysoko znalazły się ich płyty w moim kompletnie subiektywnym rankingu?


10. Black Country Communion - "Afterglow"

Trzeci album supergrupy, składającej się z śpiewającego basisty Glenna Hughesa (ex-Deep Purple, ex-Black Sabbath), perkusisty Jasona Bonhama (syna Johna Bonhama z Led Zeppelin), klawiszowca Dereka Sheriniana (ex-Dream Theater) i młodego gitarzysty Joe Bonamassy. Muzycy po raz kolejny zaproponowali solidną porcję klasycznego hard rocka, choć poziomu poprzednich albumów nie udało im się osiągnąć.

9. Jon Lord - "Concerto for Group and Orchestra"

Studyjna wersja najważniejszej kompozycji Jona Lorda, łączącej rock z muzyką klasyczną, stworzonej już w 1969 roku (dotąd wykonywanej tylko na żywo). Nagrana ze świetnymi muzykami, jak Bruce Dickinson czy Joe Bonamassa. Niestety sam Lord premiery nie doczekał - zmarł dwa miesiące wcześniej.


8. Paradise Lost - Tragic Idol"

W latach 90. zespół coraz bardziej łagodził swoją muzykę, aż do apogeum w postaci albumu "Host" (utrzymanego w stylu Depeche Mode). Z kolei od tamtej pory znów nagrywa coraz cięższe płyty. Tegoroczny "Tragic Idol" pod względem ciężaru może się niemal równać z klasycznym "Icon". Niestety, utworów na miarę "Embers Fire" tutaj nie uświadczymy.


7. Angel Witch - "As Above, So Below"

Ponad ćwierć wieku trzeba było czekać na czwarty studyjny album legendy NWOBHM, chociaż połowa zamieszczonych tu utworów powstała jeszcze w pierwszej połowie lat 80. Album przynosi klimat i brzmienie z tamtych lat, co czyni go obowiązkową pozycją dla wielbicieli klasycznego heavy metalu.

Recenzja

6. Soulsavers - "The Light the Dead See"

To czwarty album producenckiego duetu Rich Machin / Ian Glover, a pierwszy nagrany z wokalistą Depeche Mode, Davem Gahanem. Mimo przygnębiającego nastroju całości, album od pierwszych sekund czaruje niepowtarzalnym pięknem, tak rzadko spotykanym we współczesnej muzyce.

5. Led Zeppelin - "Celebration Day"

Koncert Led Zeppelin z grudnia 2007 roku to jedno z największych muzycznych wydarzeń ostatniego dwudziestolecia. Po pięciu latach w końcu został wydany zapis tego występu. Fani grupy mogą mieć problem z przyzwyczajeniem się do nowych wersji klasycznych kompozycji grupy (a znalazła się tu większość z ich najważniejszych kawałków), ale być może przypadną do gustu nowym pokoleniom wielbicieli rocka.

Recenzja

4. Rush - "Clockwork Angels"

Chociaż Rush już dawno przestał być zespołem progresywnym w dosłownym tego słowa znaczeniu, to obok ich kolejnych propozycji nie można przejść obojętnie. Wyczekiwany od pięciu lat najnowszy longplay to sentymentalna podróż przez wszystko, co najlepsze w ich 40-letniej działalności.

3. Testament - "Dark Roots of Earth"

Thrash metal w ciągu ostatnich lat znów rośnie w siłę. W zeszłym roku wyjątkowo udanym albumem zaskoczył Megadeth, a w obecnym równie udany longplay wypuścił Testament. Zespół wciąż gra tu bardzo ciężko, ale wróciły wyraziste melodie, nieobecne w ich twórczości od niemal dwóch dekad. Metalowy album roku.
2. Soundgarden - "King Animal"

Zaskakująco udany powrót po 16 latach przerwy. Zresztą album brzmi tak, jakby żadnej przerwy nie było; choć mimo nawiązań do dawnych dokonań grupy, wnosi także nowe elementy do jej twórczości. Oczywiście nie ma tu hitu na miarę "Black Hole Sun", ale wszyscy miłośnicy grunge'u powinni być zachwyceni tym materiałem.

1. Witchcraft - "Legend"

Zrezygnowali z brzmienia retro, charakteryzującego ich dotychczasową twórczość, jednak szacunek do tradycji ciężkiego grania pozostał i mimo nowocześniejszej produkcji, zamieszczone tu utwory spokojnie mogłyby powstać 40 lat temu. Wówczas zespół miałby status legendy równy np. Black Sabbath.


14 grudnia 2012

[Recenzja] Ghost - "Opus Eponymous" (2010)



Ghost to szwedzki zespół założony w 2008 roku. Nazwiska muzyków są nieznane, a podczas koncertów wokalista, Papa Emeritus, występuje w kardynalskim stroju i masce, zaś instrumentaliści zwani Nameless Ghouls - dwóch gitarzystów, basista, perkusista i klawiszowiec - w ciemnych szatach z kapturami. Cała ta otoczka zwraca na zespół uwagę, jednak najważniejsza jest przecież muzyka. A ta, wbrew temu czego można by się spodziewać, jest zaskakująco udana. Porównania do Black Sabbath, Blue Öyster Cult czy Mercyful Fate są jak najbardziej uzasadnione, jednak jednocześnie twórczość Ghost brzmi bardzo oryginalnie. To połączenie heavy / doom metalowych riffów z psychodelicznymi klawiszami w stylu późnych lat 60., oraz... popowym śpiewem.

Nie brak na "Opus Eponymous" naprawdę zapadających w pamięć melodii ("Ritual", "Elizabeth", "Stand by Him", "Satan Prayer"). Ciężkie riffy nie zawsze są zmiękczane klawiszami ("Con Clavi Con Dio", "Death Knell", "Prime Mover"), dzięki czemu album nie sprawia komercyjnego wrażenia. Muzycy nie unikają grania solówek ("Stand by Him", "Satan Prayer"), a największe pole do popisu mają w instrumentalnym "Genesis", zwieńczonym piękną akustyczną kodą. Japońskie wydanie albumu zawiera ponadto przeróbkę "Here Comes the Sun" The Beatles. Członkowie Ghost niewiele zmienili w aranżacji, ale bardzo mocno odcisnęli swoje piętno na tym utworze. W końcu są jednym z nielicznych współczesnych zespołów posiadających swój własny styl.

Ocena: 8/10



Ghost - "Opus Eponymous" (2010)

1. Deus Culpa; 2. Con Clavi Con Dio; 3. Ritual; 4. Elizabeth; 5. Stand by Him; 6. Satan Prayer; 7. Death Knell; 8. Prime Mover; 9. Genesis

Skład: Tobias Forge - wokal, gitara i instr. klawiszowe; Gustaf Lindström - bass; Ludvig Kennberg - perkusja
Producent: Gene Walker


8 grudnia 2012

[Recenzja] Bruce Dickinson - "Tattooed Millionaire" (1990)



Pod koniec lat 80. Bruce Dickinson otrzymał propozycję nagrania utworu na ścieżkę dźwiękową piątej części "Koszmaru z ulicy Wiązów". Wokalista zebrał skład (m.in. z gitarzystą Janickiem Gersem, który wkrótce potem zajął miejsce Adriana Smitha w Iron Maiden) i zarejestrował z nim własną kompozycję "Bring Your Daughter... to the Slaughter". Nagranie tak bardzo spodobało się przedstawicielom wytwórni, że zaproponowali Bruce'owi zarejestrowanie całego albumu.Tak doszło do powstania jego pierwszego solowego longplaya - "Tattooed Millionaire". "Bring Your Daughter..." nie został na nim powtórzony, gdyż Steve Harris przekonał Dickinsona, aby umieścić go - w nowej wersji - na następnym albumie Iron Maiden. I tak też się stało - kawałek trafił na "No Prayer for the Dying" (pierwszy album zespołu z Gersem) i promujący go singiel (który stał się największym singlowym przebojem Iron Maiden).

"Tattooed Millionaire" przyniósł dziesięć utworów odbiegających od stylistyki Iron Maiden. Chciałem zrobić coś, czego nigdy nie zrobiłbym z Maiden - wyjaśniał wokalista. W przeciwnym razie po co w ogóle się za to brać? To prostsza i łagodniejsza muzyka, nawiązująca do glam rocka (jest tu nawet przeróbka "All the Young Dudes" Mott the Hoople), rzadziej do stylistyki AC/DC ("Hell on Wheels") lub Aerosmith ("Lickin' the Gun"). Dickinsonowi zdarza się ocierać o plagiat (kawałek tytułowy momentami brzmi jak "Photograph" Def Leppard) lub nawet autoplagiat ("No Lies" przypomina "Bring Your Daughter..."). Początek albumu jest nie najgorszy. "Son of a Gun", zbudowany na kontraście fragmentów akustycznych i czadowych, przypomina łagodniejsze utwory Iron Maiden w rodzaju "Children of the Damned", choć nie zbliża się do nich poziomem. Jednak już "Tattooed Millionaire" i "Born in '58" odpychają banalnymi melodiami, a potem jest jeszcze gorzej, z apogeum tandety w postaci "Dive! Dive! Dive!" z żałosnymi chórkami, czy niewiele mniej żałosnym, sztampowym rock and rollem "Zulu Lulu".

"Tattooed Millionaire" bardzo się zestarzał i to już wkrótce po wydaniu, gdy tego typu muzyka - mainstreamowy hard rock z późnych lat 80. - stała się synonimem obciachu. W dodatku całość brzmi jak nagrywana w pośpiechu, w przerwach od działalności Iron Maiden.

Ocena: 2/10



Bruce Dickinson - "Tattooed Millionaire" (1990)

1. Son of a Gun; 2. Tattooed Millionaire; 3. Born in '58; 4. Hell on Wheels; 5. Gypsy Road; 6. Dive! Dive! Dive!; 7. All the Young Dudes; 8. Lickin' the Gun; 9. Zulu Lulu; 10. No Lies

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Janick Gers - gitara; Andy Carr - bass; Fabio Del Rio - perkusja
Producent: Chris Tsangarides


7 grudnia 2012

[Recenzja] Ozzy Osbourne - "Ozzmosis" (1995)



Po wydaniu "No More Tears" Ozzy zarzekał się, że to jego ostatni album i po zakończeniu promującej go trasy koncertowej przejdzie na emeryturę. Jednak już w 1995 roku wrócił z nowym wydawnictwem. Album "Ozzmosis" miał być jego kolejnym pożegnaniem, gdyż z powodu błędnej diagnozy Osbourne myślał, że wkrótce umrze. Stąd też nieco bardziej stonowany charakter tego wydawnictwa i inna niż zwykle, bardziej osobista tematyka tekstów. W nagraniu udział wzięli: Zakk Wylde, nowy perkusista Deen Castronovo, a także... Geezer Butler (efekt ocieplenia stosunków z dawnymi kolegami z Black Sabbath, co wkrótce potem zaowocowało powrotem zespołu) i Rick Wakeman (najbardziej znany z grupy Yes, choć fani Ozzy'ego mogą kojarzyć go przede wszystkim z gościnnego występu na "Sabbath Bloody Sabbath"). Producentem albumu miał być Michael Wagener, ale wydawca wymusił zastąpienie go Michaelem Beinhornem, który miał zapewnić brzmienie w stylu Soundgarden (wyprodukował wcześniej "Superunknown"), czego tu jednak kompletnie nie słychać.

Za muzykę do tekstów Osbourne'a odpowiadają tym razem Wylde, Butler i cały zastęp osób spoza składu, jak Lemmy Kilmister, Steve Vai, czy zawodowi songwriterzy w rodzaju Jima Vallance'a i Marka Hudsona. Początek albumu jest zaskakująco udany. "Perry Mason" i zwłaszcza "I Just Want You" to energetyczne, całkiem zgrabne melodycznie kawałki, z wyjątkowo dobrymi partiami wokalnymi Osbourne'a. Nawet aż tak bardzo nie przeszkadzają pretensjonalne partie klawiszy i efekciarska gitara - zresztą niczego innego nie należało oczekiwać od Wakemana (grającego tu jednak znacznie prościej, niż zwykle) i Wylde'a. Dalej jednak nie jest już tak dobrze. Dominują raczej mdłe kawałki ("Ghost Behind My Eyes", "See You on the Other Side", "Tomorrow", "Denial"), przeplatane przesłodzonymi balladami ("My Little Man", "Old L.A. Tonight"). Jedyne naprawdę ciężkie utwory w tym zestawie, "Thunder Underground" i "My Jekyll Doesn't Hide", brzmią jak napisane na siłę tylko po to, żeby zadowolić słuchaczy oczekujących od Ozzy'ego tego typu grania. Oba są przesadnie i zupełnie bez pomysłu rozwleczone, a drugi dodatkowo odpycha największą na tym albumie ilością szpanerskich zagrywek Wylde'a.

Okoliczności nagrywania tego albumu i udział takich muzyków, jak Geezer Butler i Rick Wakeman (ten drugi, mimo skłonności do pretensjonalnych popisów, jest przecież uzdolnionym i wykształconym muzykiem) powinny zaowocować znacznie lepszym materiałem. Choć w porównaniu z dwoma poprzednimi longplayami i tak jest pewien postęp.

Ocena: 5/10



Ozzy Osbourne - "Ozzmosis" (1995)

1. Perry Mason; 2. I Just Want You; 3. Ghost Behind My Eyes; 4. Thunder Underground; 5. See You on the Other Side; 6. Tomorrow; 7. Denial; 8. My Little Man; 9. My Jekyll Doesn't Hide; 10. Old L.A. Tonight

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Zakk Wylde - gitara; Geezer Butler - bass; Deen Castronovo - perkusja; Rick Wakeman - instr. klawiszowe
Gościnnie: Michael Beinhorn - instr. klawiszowe
Producent: Michael Beinhorn


6 grudnia 2012

[Recenzja] Ozzy Osbourne - "No More Tears" (1991)



"No More Tears" to jeden z najbardziej (prze)cenionych albumów Ozzy'ego Osbourne'a. W odniesieniu ogromnego sukcesu (w samych Stanach, na obecną chwilę, pokrył się aż czterokrotną platyną) z pewnością pomogło kurczowe trzymanie się aktualnie obowiązujących trendów. Jest wiec bardziej surowo i nieco ciężej, niż na albumach z lat 80., słychać inspirację chociażby twórczością Pantery, a nawet zespołami z Seattle. Ale jednocześnie brzmienie jest dziwnie, nieprzyjemnie przytłumione - jakby w celu dodatkowego wyeksponowania partii wokalnych, które i tak są wysunięte w miksie na pierwszy plan. Znacznie utrudnia to przesłuchanie tego długiego, prawie godzinnego albumu. Choć to nie jedyna jego wada, o czym więcej za chwilę.

"No More Tears" został nagrany w tym samym składzie, co poprzedni "No Rest for the Wicked". Choć w prace nad nim początkowo zaangażowany był Mike Inez, późniejszy basista Alice in Chains, na czas nagrań do składu po raz kolejny wrócił Bob Daisley. Inez wziął za to udział w trasie promującej album i wystąpił w teledyskach. Pozostawił też po sobie ślad w postaci basowego motywu utworu tytułowego. To akurat najlepsza partia na tym albumie, niestety kawałek został spieprzony kiczowatymi klawiszami (poza tym prawie nieobecnymi na longplayu), irytującym wokalem, toporną grą Zakka Wylde'a i nieuzasadnionym rozciągnięciem do siedmiu minut. Cztery inne utwory pomógł skomponować Lemmy Kilmister, jednak i to nie pomogło. Choć winą za to należy obarczyć Ozzy'ego i jego zespół, gdyż taki "Hellraiser" w wersji nagranej później przez Motörhead znacznie zyskuje (głównie dzięki brakowi odgłosów masturbacji Wylde'a - gitarowej, oczywiście). Dość zgrabną melodię ma za to ballada "Mama, I'm Coming Home", ale wykonanie znów leży. Z początku jest nawet całkiem niezła, ze śpiewającym inaczej, lepiej, Osbourne'em, ale stopniowo staje się coraz bardziej miałka i rozwodniona, a wokalista wraca do swojego typowego śpiewu. O pozostałych kawałkach nawet nie warto wspominać - to odpychająca mieszanka melodycznego banału i gitarowego szpanerstwa, uzupełniona jeszcze dwiema, mdłymi balladami ("Time After Time", "Road to Nowhere").

Na "No More Tears" zdarzają się kompozytorskie przebłyski (zasługa Lemmy'ego i Ineza), ale nawet wtedy album odpycha męczącym brzmieniem, fatalnym, zbyt efekciarskim wykonaniem instrumentalistów i zwykle po prostu kiepskimi partiami wokalnymi. Reszta longplaya to już sztampa i banał na maksa. 

Ocena: 4/10



Ozzy Osbourne - "No More Tears" (1991)

1. Mr. Tinkertrain; 2. I Don't Want to Change the World; 3. Mama, I'm Coming Home; 4. Desire; 5. No More Tears; 6. S.I.N.; 7. Hellraiser; 8. Time After Time; 9. Zombie Stomp; 10. A.V.H.; 11. Road to Nowhere

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Zakk Wylde - gitara; Bob Daisley - bass; Randy Castillo - perkusja; John Sinclair - instr. klawiszowe
Producent: Duane Baron i John Purdell


5 grudnia 2012

[Recenzja] Ozzy Osbourne - "No Rest for the Wicked" (1988)



Do składu po raz kolejny wrócił Bob Daisley, nowym klawiszowcem został John Sinclair, a miejsce Jake'a E. Lee zajął Zakk Wylde - kolejny gitarzysta, dla którego liczy się wyłącznie prędkość i efekciarstwo. I taki też jest cały "No Rest for the Wicked" - dominują utwory w szybkim tempie, pełne szpanerskich solówek, będących fasadą dla zwyczajnie miałkich i prostackich kompozycji. Album jest na pewno ostrzejszy od swoich poprzedników i zamiast typowo ejtisowego kiczu (obecnego jednakże w "Fire in the Sky" i, przede wszystkim, dołączanej na reedycjach, ckliwej balladzie "The Liar"), otrzymujemy rockowe pozerstwo w stylu Van Halen (zwłaszcza w okropnym "Crazy Babies"). To wciąż skrajnie komercyjna muzyka, tylko dostosowana do nowych trendów (rok wcześniej zadebiutował Guns N' Roses, przywracając do mainstreamu bardziej surowe granie). Nie ma tu ani jednego wartego uwagi utworu. Zalecam omijanie szerokim łukiem.

Ocena: 2/10



Ozzy Osbourne - "No Rest for the Wicked" (1988)

1. Miracle Man; 2. Devil's Daughter; 3. Crazy Babies; 4. Breaking All the Rules; 5. Bloodbath in Paradise; 6. Fire in the Sky; 7. Tattooed Dancer; 8. Demon Alcohol; 9. Hero*

*tylko w wersji CD

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Zakk Wylde - gitara; Bob Daisley - bass; Randy Castillo - perkusja; John Sinclair - instr. klawiszowe
Producent: Keith Olsen i Roy Thomas Baker


4 grudnia 2012

[Recenzja] Ozzy Osbourne - "The Ultimate Sin" (1986)



"The Ultimate Sin" powstawał w trakcie kolejnych zmian składu Ozzy'ego Osbourne'a. Początkowo w nagraniach uczestniczyć mieli Jake E. Lee, Bob Daisley i nowy perkusista, Jimmy DeGrasso (później członek Megadeth). Ostatecznie jednak dwaj ostatni zostali zastąpieni przez Phila Soussana i Randy'ego Castillo. Materiał w większości został napisany jeszcze z udziałem Daisleya. Tym razem wkład kompozytorski jego i Lee został uwzględniony w opisie albumu. Stało się tak jedynie dzięki zapobiegliwości gitarzysty, który zastrzegł, że nie napisze ani nuty, dopóki nie zobaczy kontraktu gwarantującego mu prawa autorskie (i być może dlatego wkrótce potem opuścił skład). Jedynie utwór "Shot in the Dark" został napisany przez Soussana z - nie do końca potwierdzoną - pomocą Osbourne'a. Kawałek był zresztą przez lata obiektem sporów z basistą, w efekcie czego "The Ultimate Sin" i inne zawierające go wydawnictwa nie był wznawiany wraz z resztą katalogu Ozzy'ego.

W porównaniu z "Bark at the Moon", "The Ultimate Sin" ma zdecydowanie lepsze brzmienie. Gitara brzmi ciężej, perkusja mocniej, bas jest bardziej słyszalny, a rolę syntezatorów znacznie ograniczono. Pod względem kompozytorskim i wykonawczym jest to jednak podobnie do poprzednika - dominują banalne i sztampowe kawałki. Irytuje szczególnie środek albumu, z najbardziej infantylnymi i tandetnymi nagraniami, jak "Thank God for the Bomb", "Never", "Lightning Strikes". Nie najgorzej wypada natomiast rozpoczynający całość utwór tytułowy (pomijając solówkę Lee, brzmiącą jak przypadkowe przebieranie palcami w szybkim tempie). Zaskakująco udana jest tym razem ballada - "Killer of Giants" to nie kolejna ckliwa pościelówa, a tzw. power ballada. Bardzo zgrabnie wypada warstwa melodyczna w spokojniejszych fragmentach, choć zaostrzenia wypadają nieco topornie, a klawiszowe tło dodaje nieco kiczu. Najmocniejszym punktem całości jest jednak wspomniany na początku "Shot in the Dark", który pomimo sporej dawki ejtisowego kiczu, jest po prostu bardzo chwytliwym i zgrabnym kawałkiem.

"The Ultimate Sin" to kolejny album z paroma przebłyskami, ale jako całość zbyt szablonowy, infantylny i kiczowaty. Czyli dokładnie taki, jak można się spodziewać po solowym Ozzym i ogólnie po heavy metalu.

Ocena: 5/10



Ozzy Osbourne - "The Ultimate Sin" (1986)

1. The Ultimate Sin; 2. Secret Loser; 3. Never Know Why; 4. Thank God for the Bomb; 5. Never; 6. Lightning Strikes; 7. Killer of Giants; 8. Fool Like You; 9. Shot in the Dark

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Jake E. Lee - gitara; Phil Soussan - bass; Randy Castillo - perkusja
Gościnnie: Mike Moran - instr. klawiszowe
Producent: Ron Nevison


3 grudnia 2012

[Recenzja] Ozzy Osbourne - "Bark at the Moon" (1983)



Tragicznie zmarłego Randy'ego Rhoadsa zastąpił Jake E. Lee. Ponadto do składu wrócili Bob Daisley i Don Airey. "Bark at the Moon" nie różni się jednak znacząco od wcześniejszych solowych wydawnictw Ozzy'ego Osbourne'a - to wciąż mocno skomercjalizowany heavy metal. Jedynie gra nowego gitarzysty jest znacznie bardziej sztampowa. Wszystkie utwory zostały podpisane wyłącznie nazwiskiem wokalisty, jednak ich rzeczywistymi autorami są Lee i Daisley, których przedsiębiorcza Sharon Osbourne postanowiła okraść z należnych tantiem.

Pierwsze, co zwraca uwagę, to fatalne brzmienie - mocno przytłumione, z wysuniętymi na pierwszy plan partiami Ozzy'ego (który często brzmi jakby się dławił) i tandetnych, plastikowo brzmiących syntezatorów (szczególnie w "You're No Different", "Slow Down" i "Waiting for Darkness"). Choć wszystkie kawałki cierpią przez typową dla heavy metalu dawkę kiczu, infantylizmu i schematyczności, to niektóre z nich nawet bronią się pod względem melodycznym. Wymienić tu można tytułowy "Bark at the Moon", "Now You See It (Now You Don't)", a przede wszystkim wspomniane już "You're No Different" i "Waiting for Darkness". Lecz z drugiej strony, nie brakuje tu też zwyczajnie banalnych melodii ("Slow Down", "Rock 'n' Roll Rebel", "Centre of Eternity"). Najbardziej okropnym fragmentem jest jednak przesłodzona ballada "So Tired", o nieco beatlesowskiej, ale znacznie bardziej miałkiej melodii.

Co ciekawe, europejskie wydania winylowe posiadają nieco inną okładkę i tracklistę: "Rock 'n' Roll Rebel" został przesunięty na początek albumu, "Centre of Eternity" przemianowano na "Forever", zrezygnowano z najbardziej amerykańskiego "Slow Down", a na koniec dodano kawałek "Spiders" (nie wyróżniający się niczym szczególnym, ale przynajmniej nie tak kiczowaty, jak "Slow Down"). Wszystkie kompaktowe reedycje bazują na oryginalnym wydaniu amerykańskim, ale niektóre z nich zawierają bonus w postaci "Spiders" i - rzadziej - "One Up the 'B' Side", o którego jakości wszystko mówi sam tytuł.

"Bark at the Moon" to typowy album heavymetalowy z lat 80., z wszystkimi wadami charakterystycznymi dla tego stylu, choć przynajmniej w połowie składający się z dość przyzwoitych kompozycji.

Ocena: 5/10



Ozzy Osbourne - "Bark at the Moon" (1983)

US: 1. Bark at the Moon; 2. You're No Different; 3. Now You See It (Now You Don't); 4. Rock 'n' Roll Rebel; 5. Centre of Eternity; 6. So Tired; 7. Slow Down; 8. Waiting for Darkness

EU: 1. Rock 'n' Roll Rebel; 2. Bark at the Moon; 3. You're No Different; 4. Now You See It (Now You Don't); 5. Forever; 6. So Tired; 7. Waiting for Darkness; 8. Spiders

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Jake E. Lee - gitara; Bob Daisley - bass; Tommy Aldridge - perkusja; Don Airey - instr. klawiszowe
Producent: Ozzy Osbourne, Bob Daisley i Max Norman


Po prawej: Okładka pierwszych wydań europejskich.


2 grudnia 2012

[Recenzja] Ozzy Osbourne - "Diary of a Madman" (1981)



Drugi solowy album Ozzy'ego Osbourne'a, "Diary of a Madman", prezentuje się odrobinę ciekawiej od debiutu. Na pewno lepsze jest brzmienie - cięższe, z wyraźniej słyszalnym basem. Same kompozycje są jednak utrzymane na zbliżonym poziomie. Znów wiele miejsca zajmuje heavymetalowa sztampa ("Flying High Again", "Little Dolls", "S.A.T.O."), ponownie pojawia się ckliwa ballada ("Tonight"). Całkiem przyzwoicie wypadają natomiast takie kawałki, jak ciężki otwieracz "Over the Mountain", nawiedzony "Believer", oraz zwariowany utwór tytułowy, w którym słychać nawet partie skrzypiec i orkiestry. Nie najgorzej wypadają jeszcze spokojniejsze fragmenty "You Can't Kill Rock'n'Roll", ale zaostrzenia są już do bólu schematyczne i banalne.

Z muzyków zdecydowanie najlepiej zaprezentował się z Bob Daisley, którego partie zwracają uwagę nawet w słabszych kawałkach. Randy Rhoads znów za bardzo popisuje się technicznymi sztuczkami i szybkością. Perkusista Lee Kerslake wręcz przeciwnie, jest niemal niezauważalny. A Ozzy wciąż nie potrafi śpiewać. W nagraniach wziął też udział klawiszowiec Johnny Cook, ale jego rola sprowadza się do dodawania tu i ówdzie kiczowatych dźwięków syntezatora. Co ciekawe, w opisie oryginalnego wydania albumu nie znalazły się nazwiska Daisleya i Kerslake'a - którzy po kłótni z Osbourne'em opuścili skład tuż po zarejestrowaniu tego materiału - a nazwiska ich następców, Rudy'ego Sarzo i Tommy'ego Aldridge'a. Jeszcze bardziej wymowne jest usunięcie oryginalnych partii sekcji rytmicznej na reedycji z 2002 roku i zarejestrowanie ich na nowo przez Roba Trujillo i Mike'a Bordina.

"Diary of a Madman", pomimo swoich ewidentnych wad, jest najbardziej udanym albumem w solowej dyskografii Ozzy'ego Osbourne'a, gdyż jako jedyny zdradza ambicje wyjścia poza ciasne ramy heavy metalu (choć tylko w utworze tytułowym).

Ocena: 6/10



Ozzy Osbourne - "Diary of a Madman" (1981)

1. Over the Mountain; 2. Flying High Again; 3. You Can't Kill Rock'n'Roll; 4. Beliver; 5. Little Dolls; 6. Tonight; 7. S.A.T.O.; 8. Diary of a Madman

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Randy Rhoads - gitara; Bob Daisley - bass; Lee Kerslake - perkusja
Gościnnie: Johnny Cook - instr. klawiszowe
Producent: Max Norman, Ozzy Osbourne i Randy Rhoads


1 grudnia 2012

[Recenzja] Ozzy Osbourne - "Blizzard of Ozz" (1980)



Po wyrzuceniu z Black Sabbath, Ozzy Osbourne założył własny zespół, Blizzard of Ozz. W jego składzie znaleźli się basista Bob Daisley i klawiszowiec Don Airey, obaj znani przede wszystkim z Rainbow, perkusista Lee Kerslake, mający za sobą m.in. współpracę z Uriah Heep, a także gitarzysta Randy Rhoads z mniej znanego Quiet Riot. Projekt szybko przerodził się w solowy zespół Ozzy'ego, co miało zapewnić lepszą sprzedaż płyt i biletów na koncerty. Pierwotna nazwa jednak się nie zmarnowała - posłużyła za tytuł debiutanckiego albumu.

Na "Blizzard of Ozz" Osbourne zdecydowanie zrywa ze swoją przeszłością. Zamiast ciężkich i posępnych riffów, charakterystycznych dla Black Sabbath, zaproponował tutaj maksymalnie komercyjny, wygładzony brzmieniowo materiał, doskonale wpisujący się w ówczesną modę na heavy metal. Ozzy śpiewa tutaj zupełnie inaczej, starając się brzmieć bardziej melodyjnie, ale w ten sposób tylko demaskuje swój brak wokalnych umiejętności. Sekcja rytmiczna ogranicza się do prostego, pozbawionego choćby odrobiny finezji, a Rhoads jest typem gitarzysty stawiającego na szybkość i techniczne triki. Wiele do roboty nie miał natomiast Airey, który ogranicza się do ozdobników w kilku kawałkach.

Same kompozycje - podpisane nazwiskami Daisleya, Rhoadsa i Osbourne'a, choć wkład tego ostatniego był ponoć niewielki - są w znacznej części po prostu sztampowe i banalne ("Crazy Train", "Steal Away (the Night)" i najbardziej z nich trywialny "No Bones Movies"), a czasem nieznośnie ckliwe i kiczowate (ballada "Goodbye to Romance"). Najbardziej kuriozalnym kawałkiem jest chyba jednak "Revelation (Mother Earth)", składający się z dwóch części - balladowej, z koślawo prowadzoną melodią i płaczliwym śpiewem Ozzy'ego, oraz instrumentalnej, z pretensjonalnymi, niby-klasycyzującymi solówkami Rhoadsa i Aireya. Zupełnie niepotrzebny jest z kolei instrumentalny, akustyczny przerywnik "Dee", który absolutnie nic nie wnosi i kompletnie nie pasuje do całości. Nieco lepiej wypadają "I Don't Know" i "Suicide Solution" - odrobinę mocniejsze pod względem brzmieniowym i nie aż tak bardzo banalne pod względem melodycznym, jak wyżej wymienione kawałki. Jednak jedynym naprawdę udanym fragmentem longplaya jest "Mr Crowley" - z organowym wstępem w stylu starych filmów grozy, pełną pasji partią wokalną i niezłymi (choć momentami zbyt onanistycznymi) solówkami Rhoadsa.

"Blizzard of Ozz" to album skrojony pod komercyjny sukces, który zresztą faktycznie osiągnął - kosztem artystycznej wartości. Longplay skażony jest wszystkimi wadami ówczesnego heavy metalu, od plastikowego brzmienia, przez sztampowe kompozycje, po wykonanie z maksymalnie uproszczoną warstwą rytmiczną i pseudo-wirtuozerskimi popisami solowymi. 

W 2002 roku ukazało się kontrowersyjne wznowienie "Blizzard of Ozz", na którym oryginalne partie Daisleya i Kerslake'a zostały zastąpione nowymi partiami aktualnej sekcji rytmicznej Osbourne'a - Roberta Trujillo i Mike'a Bordina. Był to efekt konfliktu z byłymi muzykami, którym wokalista nie chciał płacić wynagrodzenia. Na późniejszych reedycjach przywrócono jednak oryginalne ścieżki.

Ocena: 5/10



Ozzy Osbourne - "Blizzard of Ozz" (1980)

1. I Don't Know; 2. Crazy Train; 3. Goodbye to Romance; 4. Dee; 5. Suicide Solution; 6. Mr Crowley; 7. No Bones Movies; 8. Revelation (Mother Earth); 9. Steal Away (the Night)

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Randy Rhoads - gitara; Bob Daisley - bass; Lee Kerslake - perkusja; Don Airey - instr. klawiszowe
Producent: Ozzy Osbourne, Randy Rhoads, Bob Daisley i Lee Kerslake