30 listopada 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "The Song Remains the Same" (1976)



"The Song Remains the Same" to pierwsza koncertówka w dyskografii Led Zeppelin. Zawiera materiał zarejestrowany trzy lata wcześniej, podczas serii koncertów w nowojorskim Madison Square Garden (w dniach 27-29 lipca 1973 roku). Niestety, repertuar pozostawia nieco do życzenia. Utwory w rodzaju "Celebration Day", "The Song Remains the Same" i zwłaszcza "The Rain Song" nie należą przecież do najlepszych w dorobku grupy. Zdecydowanie przydługie solo perkusyjne w "Moby Dick" też nie wpływa korzystnie na odbiór całości. A przecież zespół podczas wspomnianych koncertów wykonywał także takie klasyczne kompozycje, jak "Black Dog", "Heartbreaker" czy "Since I've Been Loving You", które dołączono dopiero na kompaktowej reedycji z 2007 roku.

Jednak oryginalne winylowe wydanie także ma sporo do zaoferowania. Energetyczny "Rock and Roll" świetnie sprawdza się w roli otwieracza. Wspomniany "The Song Remains the Same" wypada tu zdecydowanie lepiej niż w wersji studyjnej, za sprawą cięższego brzmienia. Pełne luzu wykonanie "Stairway to Heaven" i rozbudowany "Whole Lotta Love" (wzbogacony cytatami z bluesowych i rhythm'n'bluesowych standardów) świetnie oddają klimat koncertów z tamtych lat, gdy studyjne wersje utworów były tylko punktem wyjścia do porywających improwizacji. Najbardziej rozimprowizowane jest jednak wykonanie "Dazed and Confused" - blisko dwadzieścia minut dłuższe od wersji albumowej. Utwór został wzbogacony m.in. ciekawym balladowym fragmentem, a także dłuższymi popisami Jimmy'ego Page'a, grającego na gitarze smyczkiem. Ale utworem, który najwięcej zyskał na żywo, jest zdecydowanie "No Quarter". Tutejsze wykonanie jest naprawdę niezwykłe. Zespołowi udało się wykreować tutaj niesamowity klimat, w czym zasługa głównie Johna Paula Jonesa, grającego na pianinie elektrycznym, choć gra pozostałych muzyków również zachwyca. Zastanawiam się nawet, czy to nie najwspanialsze dwanaście i pół minuty w całej dyskografii Led Zeppelin.

Choć "The Song Remains the Same" nie jest pozbawiony wad, zdecydowanie warto zapoznać się z tym wydawnictwem. 

Ocena: 8/10



Led Zeppelin - "The Song Remains the Same" (1976)

LP1: 1. Rock and Roll; 2. Celebration Day; 3. The Song Remains the Same; 4. The Rain Song; 5. Dazed and Confused
LP2: 1. No Quarter; 2. Stairway to Heaven; 3. Moby Dick; 4. Whole Lotta Love

Skład: Robert Plant - wokal; Jimmy Page - gitara, theremin; John Paul Jones - bass, instr. klawiszowe; John Bonham - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Jimmy Page


29 listopada 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Presence" (1976)



Decyzja o nagraniu tego albumu została podjęta spontanicznie. Samochodowy wypadek Roberta Planta, w wyniku którego wokalista odniósł poważne obrażenia, zmusił zespół do odwołania wielkiej ogólnoświatowej trasy koncertowej, która miała rozpocząć się pod koniec sierpnia 1975 roku. Miało to jednak swoje zalety. Wycofany z życia publicznego Plant, w ramach rekonwalescencji zaszył się w Malibu, gdzie z nadmiaru wolnego czasu zajął się pisaniem tekstów. Wkrótce dołączył do niego Jimmy Page, który na spokojnie stworzył do nich muzykę. Przed końcem roku materiał na nowy album był już gotowy (duet sięgnął także po gospelową pieśń "Nobody Fault But Mine", po raz pierwszy nagraną przez Blind Williego Johnsona w 1927 roku, znacznie ją jednak zmieniając, przez co brzmi jak ich własna kompozycja). Sesja nagraniowa odbyła się na przełomie listopada i grudnia. Zajęła zaledwie 18 dni, chociaż nie obyło się bez utrudnień - Plant wciąż był przykuty do inwalidzkiego wózka.

Rezultatem owej sesji jest najrówniejszy i najbardziej spójny stylistycznie album Led Zeppelin od czasu "Dwójki". Po kilku latach eksperymentów, grania w każdym możliwym stylu - od folku do reggae, muzycy postanowili wrócić do swoich korzeni. "Presence" zdominowany jest przez kawałki stricte hard/blues rockowe (np. "For Your Life", "Nobody Fault But Mine"), czasem tylko z naleciałościami innych stylów (funku w "Royal Orleans", rock and rolla w "Candy Store Rock"). Całość bardzo dobrze wieńczy natomiast ciężka, blues rockowa ballada "Tea of One". Momentami można odnieść wrażenie, że to po prostu nowa wersja "Since I've Been Loving You", ale mająca swój własny urok.

Jednak utworem robiącym największe wrażenie jest otwierający album "Achilles Last Stand". To zresztą nie tylko opus magnum "Presence", ale także jedno z największych arcydzieł Led Zeppelin w ogóle, niesłusznie pozostające w cieniu "Stairway to Heaven". Bo to bez wątpienia ten sam poziom. "Achilles Last Stand" to ponad 10-minutowa kompozycja, napędzana "galopującą" grą sekcji rytmicznej (złośliwi twierdzą, że to na tym utworze opiera się cała twórczość Iron Maiden i... mają sporo racji), ze wspaniałymi solówkami Page'a i jedną z najlepszych partii wokalnych w karierze Planta. Krótko mówiąc, to po prostu wybitna kompozycja, pokazująca bardziej ambitne, prog rockowe oblicze grupy, chociaż niepozbawiona hard rockowej mocy.

Album "Presence" niestety nie spotkał się z najlepszym przyjęciem. Recenzje były mieszane, z przewagą chłodnych, a sprzedaż najniższa w historii Led Zeppelin. Być może ówczesnym fanom nie podobał się odwrót od bogatych aranżacji kilku poprzednich albumów i powrót do bardziej surowego grania. Według mnie była to jednak najlepsza rzecz, jaką zespół mógł wówczas zrobić.

Ocena: 8/10



Led Zeppelin - "Presence" (1976)

1. Achilles Last Stand; 2. For Your Life; 3. Royal Orleans; 4. Nobody Fault But Mine; 5. Candy Store Rock; 6. Hots on for Nowhere; 7. Tea for One

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka, Jimmy Page - gitara; John Paul Jones - bass; John Bonham - perkusja
Producent: Jimmy Page


28 listopada 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Physical Graffiti" (1975)



Wydanie dwupłytowego albumu może świadczyć o niezwykle twórczym okresie muzyków zespołu, jednak prawie połowa utworów z "Physical Graffiti" to pozostałości po poprzednich sesjach, z lat 1970-72. Są to zatem utwory, które zostały nagrane podczas sesji, których rezultatem były albumy "Led Zeppelin III" ("Bron-Yr-Aur"), "Led Zeppelin IV" ("Down by the Seaside", "Night Flight", "Boogie with Stu") oraz "Houses of the Holy" ("The Rover", "Houses of the Holy", "Black Country Woman"). W większości nie są to jednak utwory drugiej kategorii. Instrumentalny "Bron-Yr-Aur" jest znacznie bardziej udany od swojego odpowiednika z "Trójki", czyli wzbogaconego o partię wokalną "Bron-Yr-Aur Stomp". Zrezygnowanie wcześniej z opublikowania porywającego bluesrockowego kawałka "The Rover", albo uroczej akustycznej kompozycji "Down by the Seaside", to - delikatnie mówiąc - nieporozumienie. Natomiast chwytliwy "Houses of the Holy" mógłby podnieść poziom albumu o tym tytule, chociaż trochę ociera się o banał. Ale już "Boogie with Stu" z denerwującym barowym pianinem, jak również nudnawe country "Black Country Woman", powinny według mnie pozostać w archiwum.

A co z - zarejestrowanymi w styczniu i lutym 1974 roku - nowościami? Przeważnie także prezentują wysoki poziom. Wyróżnia się przede wszystkim "Kashmir" - orientalizujący, nieco monotonny utwór wzbogacony partiami orkiestry. Słusznie wymieniany jednym tchem obok takich arcydzieł, jak "Since I've Been Loving You" czy "Stairway to Heaven". Lepiej niż na poprzednim albumie wyszło zaadoptowanie funkowej rytmiki ("Trampled Under Foot"), tradycyjnie nie brak grania akustycznego (fragmenty "Ten Years Gone"), ale muzycy nie zapominają o hard rocku ("Custard Pie", "The Wanton Song", "Sick Again"). W "In the Light" po zbyt długim wstępie, z Plantem śpiewającym z syntezatorowym akompaniamentem, zaczyna się świetna hardrockowo-jazzrockowa część, niestety w połowie znowu żywe instrumenty ustępują miejsca syntezatorom. Najdłuższy na albumie "In My Time of Dying" - podpisany jako autorska kompozycja Led Zeppelin, a w rzeczywistości interpretacja tradycyjnej pieśni gospel - przypomina natomiast o bluesrockowych korzeniach grupy.

"Physical Graffiti" nie zaprzecza regule, że niemożliwe jest stworzenie 80-minutowego albumu, na którym wszystkie utwory trzymałyby równy, wysoki poziom. Podobnie jak na "The White Album" czy "The Wall", także tutaj jest kilka zbytecznych fragmentów. A jednak tych udanych jest zdecydowanie więcej, niż pomieściłaby jedna płyta.

Ocena: 9/10



Led Zeppelin - "Physical Graffiti" (1975)

LP1: 1. Custard Pie; 2. The Rover; 3. In My Time of Dying; 4. Houses of the Holy; 5. Trampled Under Foot; 6. Kashmir
LP2: 1. In the Light; 2. Bron-Yr-Aur; 3. Down by the Seaside; 4. Ten Years Gone; 5. Night Flight; 6. The Wanton Song; 7. Bogie with Stu; 8. Black Country Woman; 9. Sick Again

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka; Jimmy Page - gitara, mandolina; John Paul Jones - bass, instr. klawiszowe, mandolina, gitara; John Bonham - perkusja
Gościnnie: Ian Stewart - pianino (LP2: 7)
Producent: Jimmy Page


27 listopada 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Houses of the Holy" (1973)



Piąty album Led Zeppelin różni się od poprzednich. Chociażby ze względu na tytuł, nie będący kolejną cyfrą lub ciągiem tajemniczych symboli, a po prostu tytułem jednego z utworów nagranych podczas sesji. Inna sprawa, że kompozycja "Houses of the Holy" ostatecznie na album nie trafiła (znalazła się dopiero na następnym longplayu, "Physical Graffiti"). W każdym razie był to pierwszy "normalny" tytuł w dyskografii zespołu. Ale to nie jedyna zmiana. Poważną metamorfozę przeszła również sama muzyka. Już poprzednie dwa albumy, "Led Zeppelin III" i "IV" świadczyły o tym, że muzycy mają znacznie większe ambicje, niż granie przez całą karierę ciężkiego blues rocka, od jakiego zaczynali. Na wspomnianych albumach doszły wpływy folkowe, więcej grania o charakterze akustycznym. Na "Houses of the Holy" idą o krok dalej, poszerzając granice swojego stylu o nowe, jeszcze bardziej zaskakujące inspiracje. Zarazem jednak niemal całkiem zrywając ze swoimi korzeniami.

Muzyków chyba trochę już zmęczyło ciężkie grania, bo już otwierający album utwór "The Song Remains the Same" na tle wcześniejszych dokonań Led Zeppelin wyróżnia się bardziej wygładzonym brzmieniem. Nadrabia co prawda energią i kilkoma niezłymi zagrywkami Page'a, ale jednak pewien niedosyt pozostaje. Wrażenia na pewno nie poprawia następny na płycie "The Rain Song", przypominający o zamiłowaniu muzyków do grania akustycznego. Utwór trwa ponad siedem i pół minuty, a praktycznie nic się w nim nie dzieje, jest bardzo monotonny i jednostajny. Może obroniłby się jako zakończenie albumu, ale umieszczenie go na prawie samym początku było wyjątkowo nietrafionym pomysłem. Gitara akustyczna istotną rolę odgrywa także w kolejnym utworze, "Over the Hills and Far Away", ale tutaj spokojniejsze fragmenty ciekawie skontrastowano ostrzejszym graniem. Wciąż nie jest to czad na miarę wcześniejszych albumów - bo takiego nie zazna się tutaj w żadnym utworze - ale sama kompozycja wypada całkiem przyzwoicie.

Od "The Crunge" zaczyna się bardziej eksperymentalna część albumu. Utwór wyraźnie się wyraźnie funkowym pulsem, co w 1973 roku musiało być sporym zaskoczeniem i podzielić fanów na dwa obozy. Wpływy funku pojawiają się jednak także na późniejszych albumach grupy, więc utwór aż tak bardzo nie odstaje od ogółu dyskografii zespołu. Gorzej sprawa ma się z "D'yer Mak'er", który do dziś wywołuje kontrowersje, jako jedyny utwór Led Zeppelin utrzymany w stylistyce reggae - nie dość, że zupełnie nie pasującej do zespołu, to jeszcze sama kompozycja razi banalnością i lejącym się z niej lukrem. Pomiędzy tymi dwoma utworami umieszczono bardziej tradycyjny "Dancing Days", który jedynie brzmieniowo odstaje od "starego" Led Zeppelin. Ale na albumie znalazła się jeszcze jedna nietypowa kompozycja "No Quarter", intrygująca niesamowitym klimatem, tworzonym przez fantastyczną grę Page'a i odrobinę jazzujące partie elektrycznego pianina, na którym zagrał John Paul Jones. To nie tylko opus magnum tego albumu, ale też jeden z najwspanialszych utworów w całym dorobku zespołu, który już nigdy nie nagrał niczego podobnego, dzięki czemu jest jeszcze bardziej unikalny. Na koniec albumu umieszczono jeszcze najcięższy, najbardziej hardrockowy "The Ocean".

"Houses of the Holy" pozostawia mieszane odczucia. Z jednej strony doceniam, że zespół pokazał tutaj znacznie szersze horyzonty, że muzycy nie obawiali się wydać czegoś tak odmiennego od swoich poprzednich dokonań. Z drugiej strony, nie przekonuje mnie większość eksperymentów z tego albumu, a odejście od cięższego brzmienia uważam za strzał we własną stopę - odcinając się tak bardzo od przeszłości, zespół stracił to, co było w jego twórczości najlepsze. Nie jest to jednak zły album, przez większość utworów słucha się go całkiem przyjemnie. No i jest tu przecież "No Quarter". Nie mam sumienia ocenić nisko albumu, na którym znalazła się tak wybitna kompozycja.

Ocena: 8/10



Led Zeppelin - "Houses of the Holy" (1973)

1. The Song Remains the Same; 2. The Rain Song; 3. Over the Hills and Far Away; 4. The Crunge; 5. Dancing Days; 6. D'yer Mak'er; 7. No Quarter; 8. The Ocean

Skład: Robert Plant - wokal; Jimmy Page - gitara, theremin; John Paul Jones - bass, instr. klawiszowe; John Bonham - perkusja
Producent: Jimmy Page


26 listopada 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Led Zeppelin IV" (1971)



"Czwórka" Led Zeppelin to jeden z tych albumów, które swoją ogromną popularność zawdzięczają praktycznie jednemu utworowi. Utworowi, który znają wszyscy - nawet ci, którzy kompletnie nie interesują się muzyką. "Stairway to Heaven" to jeden z najczęściej odtwarzanych utworów przez stacje radiowe na całym świecie (choć nigdy nie został wydany na singlu) i obowiązkowa pozycja na wszystkich listach utworów wszech czasów. A wszystko to zupełnie zasłużenie, bo to jedna z najwspanialszych rockowych kompozycji, jakie kiedykolwiek powstały. Prawdziwe arcydzieło. Komponując ten utwór, Jimmy Page pokazał się jako prawdziwy geniusz. Utwór posiada fantastyczną melodię, która rewelacyjnie się rozwija - od balladowego początku, przez bardziej dynamiczną część środkową (rozpoczętą genialnym w swej prostocie wejściem perkusji), po hardrockową końcówkę, w której pojawia się jedna z najwspanialszych solówek wszech czasów. Nie można zapomnieć o świetnej partii wokalnej, choć sam tekst zdaje się nie mieć żadnego sensu... Warto natomiast dodać, że pod względem muzycznym utwór był dość nowatorski - zmiany tempa i nastroju, dziś wydające się czymś oczywistym, w tamtym czasie wcale nie były powszechne w muzyce rockowej.

Ale "Czwórka" to nie tylko "Schody". To także siedem innych utworów, z których większość trzyma wysoki poziom. Świetnie w roli otwieracza sprawdza się dynamiczny, najbardziej hardrockowy "Black Dog". A tuż po nim rozbrzmiewa jeszcze bardziej energetyczny i przebojowy "Rock and Roll", o którym niemal wszystko mówi tytuł - choć brzmienie jest oczywiście ciężkie, jak przystało na Ołowiany Sterowiec. Na albumie nie brakuje jednak eksperymentów. "Misty Mountain Hop" został złagodzony pianinem elektrycznym, a w "Four Sticks" robi się nieco orientalnie, za sprawą gry Johna Bonhama. O fascynacji muzyków folkiem przypominają natomiast dwa utwory: uroczy "Going to California", oraz niezbyt udany - przynajmniej moim zdaniem - "The Battle of Evermore". Irytuje mnie w nim monotonność, a także... zbyt wysokie brzmienie. Utwór pod względem wokalnym jest duetem Planta i niejakiej Sandy Denny (wokalistki znanej z folkowych grup Fairport Convention i Fotheringay); oboje dysponują wysokimi głosami, zaś akompaniament ogranicza się do wysokich dźwięków mandoliny i gitary akustycznej. Przydałby się tu jakiś bas dla równowagi. Przyczepić nie mogę się natomiast do finałowego "When the Levee Breaks" (może poza zaczerpnięciem tytułu i tekstu z utworu Kansas Joe McCoya i Memphis Minnie). Tu także pojawia się pewna monotonia, ale ze znacznie lepszym skutkiem - jednostajny, ciężki rytm tworzy tutaj hipnotyzujący, wciągający nastrój. Zaś dzięki fantastycznym popisom Page'a nie można narzekać na nudę. Gdyby nie "Stairway to Heaven", właśnie ten utwór byłby największą atrakcją albumu.

Nie zgadzam się z częstymi opiniami, że to najlepszy album Led Zeppelin, bo poziom poszczególnych utworów jest bardzo zróżnicowany - waha się od absolutnych arcydzieł po jedną pomyłkę. Wciąż jednak jest to niezaprzeczalnie jedno z największych osiągnięć zespołu i jeden z tych albumów, których po prostu wstyd nie znać i nie posiadać w swojej kolekcji.

Ocena: 9/10



Led Zeppelin - "Led Zeppelin IV" (1971)

1. Black Dog; 2. Rock and Roll; 3. The Battle of Evermore; 4. Stairway to Heaven; 5. Misty Mountain Hop; 6. Four Sticks; 7. Going to California; 8. When the Levee Breaks

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka; Jimmy Page - gitara, mandolina; John Paul Jones - bass, organy, syntezatory, mandolina; John Bonham - perkusja
Gościnnie: Ian Stewart - pianino (2); Sandy Denny - wokal (3)
Producent: Jimmy Page


25 listopada 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Led Zeppelin III" (1970)



Jak na album zespołu, który w istotnym stopniu przyczynił się do powstania heavy metalu, zdecydowanie za mało tu rocka. Już po rozpoczynającym album, niespełna dwu i pół minutowym czadzie "Immigrant Song", zespół drastycznie zmienia klimat. "Friends" nie ma absolutnie nic wspólnego z rockiem. To czysty folk, z gitarami akustycznymi i partią skrzypiec. Co gorsze, prawie cała druga strona longplaya utrzymana jest w podobnym klimacie. Obok autorskich "That's the Way" i "Bron-Yr-Aur Stomp" muzycy zaprezentowali tu także interpretacje tradycyjnych pieśni folkowych "Gallows Pole" i "Hats Off to Harper". W instrumentarium pojawia się bandżo i mandolina... Słychać, że muzycy dobrze się czują w takiej stylistyce. Na pewno dobrze się bawili nagrywając takie kawałki. Ale one po prostu nie pasują do zespołu, który wcześniej stworzył takie utwory, jak "Whole Lotta Love" czy "Dazed and Confused".

Inna sprawa, że w czadowych kawałkach tym razem muzycy się nie sprawdzili najlepiej. OK, poza wspomnianym "Immigrant Song", w którym jest więcej energii, niż przez całą resztę płyty. Ale już "Celebration Day" i "Out on the Tiles" są nijakie. Na szczęście muzycy, nagrywając "Trójkę", wciąż potrafili grać przekonująco bluesa. Dzięki temu powstało jedno z największych arcydzieł - a może największe z nich - w repertuarze grupy, "Since I've Been Loving You". Bardzo udramatyzowany, ciężki blues, z przejmującą partią wokalną Roberta Planta i niesamowitymi partiami gitarowymi Jimmy'ego Page'a. Nie do przecenienia jest również praca sekcji rytmicznej. Cichym bohaterem utworu jest zresztą John Paul Jones, który zagrał tu także na organach. Album zawiera jeszcze jedną, niedocenianą, perełkę - bardzo melodyjny, piosenkowy "Tangerine". Kawałek został napisany przez Page'a jeszcze w czasach The Yardbirds, ale nigdy nie został nagrany przez tamtą grupę.

"Led Zeppelin III" to dziwny album, bardzo niespójny stylistycznie i zawierający utwory prezentujące różny poziom. Te lepsze fragmenty są jednak wystarczającym powodem, aby koniecznie poznać ten longplay. To wciąż ścisła klasyka rocka.

Ocena: 8/10



Led Zeppelin - "Led Zeppelin III" (1970)

1. Immigrant Song; 2. Friends; 3. Celebration Day; 4. Since I've Been Loving You; 5. Out on the Tiles; 6. Gallows Pole; 7. Tangerine; 8. That's the Way; 9. Bron-Yr-Aur Stomp; 10. Hats Off to (Roy) Harper

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka; Jimmy Page - gitara, banjo; John Paul Jones - bass, organy, syntezatory, mandolina; John Bonham - perkusja
Producent: Jimmy Page


24 listopada 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Led Zeppelin II" (1969)



"Dwójka" Led Zeppelin elektryzuje jeszcze bardziej niż debiut. Rozpoczyna się od jednego z najbardziej rozpoznawalnych utworów grupy, "Whole Lotta Love". Oparty na zaczepnym gitarowym riffie - to już prawdziwy heavy metal, brzmiący odpowiednio ciężko, dzięki studyjnym poszukiwaniom Jimmy'ego Page'a. Innowacyjność grupy przejawia się także w środkowej, instrumentalnej części utworu, w której Page zagrał na thereminie (instrumencie z grupy elektrofonów elektronicznych). Trzeba jednak pamiętać, że melodia "Whole Lotta Love" i część tekstu opiera się na utworze "You Need Love" Williego Dixona, który do tantiem został dopisany dopiero po procesie sądowym w połowie lat 80.

Kolejnym na płycie "What Is and What Should Never Be" i "The Lemon Song" bliżej do tradycyjnego bluesa - oczywiście zagranego z właściwym Zeppelinom ciężarem. Ten drugi opiera się na dwóch cudzych kompozycjach - "Killing Floor" Howlin' Wolf (muzyka) i "Travelin' Riverside Blues" Roberta Johnsona (fragment tekstu). Na tle pozostałych utworów najbardziej wyróżnia się "Thank You", łagodny utwór z akompaniamentem gitary akustycznej i organów Hammonda, z miłosnym tekstem Roberta Planta, kierowanym do ówczesnej żony. Drugą stronę otwiera kolejny znakomity, metalowy riffowiec, "Heartbreaker". W środku pojawia się gitarowa solówka, grana bez żadnego podkładu. Utwór płynnie przechodzi w chwytliwy "Living Loving Maid (She's Just a Woman)", nie lubiany przez Jimmy'ego Page'a, który uważa go za zbyt prosty. Jego potencjał docenił jednak wydawca grupy, wydając go w kilku krajach na singlu.

W "Ramble On" znowu słychać gitary akustyczne i lekko folkowy klimat, zapowiadający przyszłe poczynania grupy, ale refren jest już typowo zeppelinowy, bardzo czadowy. Tekst został tym razem zainspirowany twórczością J.R.R. Tolkiena. "Moby Dick" rozpoczyna się kolejnym świetnym riffem Page'a, ale większość utworu to po prostu perkusyjna solówka Johna Bonhama. Gitarowy motyw wraca dopiero w końcówce. Zamykający album "Bring It on Home" to jeszcze jeden ciężki blues. I kolejny utwór będący przedmiotem prawnego sporu grupy z Dixonem. Chociaż utwór w większej części jest ich własnym dziełem, to spokojny wstęp i zakończenie - z Plantem śpiewającym z akompaniamentem gitary basowej i harmonijki - zostały "pożyczone" z tak samo zatytułowanej kompozycji Dixona. Według muzyków miał to być hołd, ale w opisie płyty o tym nie poinformowali.

Mimo kilku wpadek, związanych z autorstwem kompozycji, album "Led Zeppelin II" to jedna z najbardziej przełomowych i inspirujących płyt w historii muzyki rockowej. O jego wpływie na całą późniejszą muzykę napisano już całe tomy, dlatego dodam tylko, że po latach dalej brzmi świeżo i interesująco - jak niemal wszystko, co powstało w tamtych czasach.

Ocena: 10/10



Led Zeppelin - "Led Zeppelin II" (1969)

1. Whole Lotta Love; 2. What Is and What Should Never Be; 3. The Lemon Song; 4. Thank You; 5. Heartbreaker; 6. Living Loving Maid (She's Just a Woman); 7. Ramble On; 8. Moby Dick; 9. Bring It On Home

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka; Jimmy Page - gitara, theremin; John Paul Jones - bass, organy; John Bonham - perkusja
Producent: Jimmy Page


23 listopada 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Led Zeppelin" (1969)



Obecnie brzmienie debiutanckiego albumu Led Zeppelin jest czymś oczywistym, jednak w chwili wydania - w styczniu 1969 roku - było zaskakujące. Pod względem muzycznym przeważnie mamy do czynienia właściwie z blues rockiem, ale zagranym tak mocno i ciężko, jak nikt wcześniej tego nie robił ("Dazed and Confused", "How Many More Times"). Brzmienie jest zasługą innowacyjnego podejścia Jimmy'ego Page'a do nagrywania - zwłaszcza w przypadku perkusji. Słuchając szybszych fragmentów tego albumu ("Communication Breakdown" lub środkowej części "Dazed and Confused") nie dziwi, że to właśnie ten album był pierwszym, który określono terminem heavy metal.

Okładka pierwszego wydania
brytyjskiego.
Zacznijmy jednak od początku. Album rozpoczyna "Good Times, Bad Times" - z pozoru dość prosty rockowy kawałek, warto jednak zwrócić uwagę, że w każdej z trzech zwrotek Robert Plant śpiewa z inną linią wokalną. Skoro już mowa o wokaliście grupy - jego krzykliwy wokal był równie szokujący, co sama muzyka. Jednak już w drugim utworze, "Babe, I'm Gonna Leave You", pojawia się gitara akustyczna. Nic dziwnego - to przeróbka folkowej pieśni, autorstwa Anne Bredon. Jej nazwisko nie zostało uwzględnione w opisie pierwszych wydań albumu, bo muzycy myśleli, że autor jest nieznany - zaaranżowali zresztą utwór po swojemu, a więc delikatne dźwięki są raz po raz przerywane hardrockowym czadem. Bluesowy "You Shook Me", autorstwa Williego Dixona, jest znacznie cięższy od oryginalnej wersji, wykonywanej przez Muddy'ego Watersa. Co ciekawe, rok wcześniej na nagranie tej samej kompozycji wpadł Jeff Beck, a w nagraniu jego wersji (zamieszczonej na albumie "Truth") brał udział basista Led Zeppelin, John Paul Jones - wówczas muzyk sesyjny. Zeppelini sięgnęli po jeszcze jeden utwór autorstwa Dixona, "I Can't Quit You Baby" pierwotnie wykonywany przez Otisa Rusha. I tutaj udało się zachować bluesowy klimat oryginału, mimo znacznie cięższego brzmienia.

Opus magnum albumu stanowi niezwykle dynamiczny "Dazed and Confused". Chociaż opiera się na folkowym utworze Jake'a Holmesa (który do dzisiaj nie doczekał się podpisania go jako współautora), wersja Led Zeppelin została znacznie rozbudowana i do dziś poraża ciężarem, mrocznymi dźwiękami wydobywanymi przez Page'a z gitary za pomocą smyczka, oraz niezwykle czadowym przyśpieszeniem w środku. W zupełnie innym kierunku podąża "Your Time Is Gonna Come", w którym pierwszoplanową rolę odgrywają organy Hammonda, a Page tylko przygrywa w tle, wydobywając z gitary wyjątkowo - jak na niego - delikatne dźwięki. Za sprawą prostej melodii, utwór ma nieco popowy charakter.

Album jest zresztą bardzo zróżnicowany, kolejny utwór, "Black Mountain Side", to akustyczna, instrumentalna miniaturka. Poza Pagem udziela się tu tylko indyjski muzyk Viram Jasani, który zagrał na pochodzącym z jego kraju perkusyjnym instrumencie - tabli. Niewiele dłuższy "Communication Breakdown" to niemal heavy metalowy czad - jedynie brzmienie gitar nie jest odpowiednio przesterowane. Utwór idealnie sprawdzał się podczas występów, a ponieważ był jedną z pierwszych kompozycji grupy - stał się jedynym utworem granym podczas wszystkich tras zespołu. Ostatni na płycie "How Many More Times" opiera się na świetnym, bardzo wyrazistym basowym motywie, podprowadzonym jednak z utworu "The Hunter" Alberta Kinga. W środku pojawia się eksperymentalna część, w której ponowne można usłyszeć Page'a grającego smyczkiem.

"Led Zeppelin" to jeden z najważniejszych i najbardziej elektryzujących debiutów w historii muzyki. Jest to album, który zrewolucjonizował całą muzykę rockową, a jego wpływ do dzisiaj jest słyszalny u niezliczonej ilości wykonawców.

Ocena: 10/10



Led Zeppelin - "Led Zeppelin" (1969)

1. Good Times, Bad Times; 2. Babe, I'm Gonna Leave You; 3. You Shook Me; 4. Dazed and Confused; 5. Your Time Is Gonna Come; 6. Black Mountain Side; 7. Communication Breakdown; 8. I Can't Quit You Baby; 9. How Many More Times

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka; Jimmy Page - gitara; John Paul Jones - bass, organy; John Bonham - perkusja
Gościnnie: Viram Jasani - tabla (6)
Producent: Jimmy Page


22 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "TH1RT3EN" (2011)



"TH1RT3EN" to pierwszy od 10 lat album Megadeth nagrany z współzałożycielem grupy, basistą Davidem Ellefonem. Jak sugeruje tytuł i liczba utworów, jest to już trzynasty studyjny album zespołu. Powstał jednak  w niezbyt twórczym okresie - Mustaine po raz pierwszy w karierze dopuścił producenta do współkomponowania utworów (pseudonim Johny'ego K widnieje aż przy sześciu kawałkach). W dodatku znalazły się tu trzy starsze, nagrane na nowo kompozycje: "New World Order" i "Millennium of the Blind" powstały jeszcze w okresie "Countdown to Extinction" i trafiły jako bonusy na reedycję "Youthanasii"; z kolei "Black Swan" to odrzut z "United Abdominations" (trafił na limitowaną edycję tego albumu).

Rozczarowanie przynosi "New World Order" - wielkiej różnicy w porównaniu z wersją oryginalną nie ma, dlatego należy go uznać za zwykły wypełniacz. "Black Swan" - podobnie. Tyle, że w tym wypadku nowa wersja wypada słabiej, z powodu dodatkowych solówek, które zasłaniają główny riff. Zyskał natomiast "Millennium of the Blind", który z dwuipółminutowego demo z recytacją Mustaine'a, przerodził w niemal dwukrotnie dłuższy, pełnowartościowy utwór, z ciekawszą partią wokalną. Wykorzystania tych wykopalisk nie da się wytłumaczyć słabą jakością nowego materiału - ten jest zaskakująco udany. Pierwsze sześć utworów to właściwie przebój za przebojem! Takiej serii chwytliwych refrenów próżno było szukać na albumach Megadeth od czasu "Cryptic Writings". Pod względem muzycznym jest oczywiście znacznie mocniej, niż na tamtym albumie, ale "Sudden Death", "Public Enemy No. 1" i pozostałe kawałki spokojnie mogłyby podbić każdą rozgłośnie radiową ukierunkowaną na muzykę rockową.

Umieszczone pomiędzy starszymi utworami "Fast Lane" i "Wrecker" ani nie zachwycają, ani nie zniechęcają. Ot, poprawne utwory, o których szybko się zapomni. Co innego "Deadly Nightshade", to jeden z najmocniejszych punktów albumu. Podobnie jak zamykający album, tytułowy "13", w którym jednak nie do końca przekonuje niski wokal Rudego w spokojniejszych fragmentach. Ogólnie jednak wyszedł całkiem niezły longplay, który śmiało mogę nazwać Najlepszym Albumem 2011 - przynajmniej w kategorii rock/metal.

Ocena: 7/10



Megadeth - "TH1RT3EN" (2011)

1. Sudden Death; 2. Public Enemy No. 1; 3. Whose Life (Is It Anyways?); 4. We the People; 5. Guns, Drugs, & Money; 6. Never Dead; 7. New World Order; 8. Fast Lane; 9. Black Swan; 10. Wrecker; 11. Millennium of the Blind; 12. Deadly Nightshade; 13. 13

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Chris Broderick - gitara; Dave Ellefson - bass; Shawn Drover - perkusja
Producent: Johnny K i Dave Mustaine


21 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Endgame" (2009)



W końcu udało się Dave'owi Mustaine i jego Megadeth nagrać solidny, prawdziwie thrash metalowy album. Instrumentalny "Dialectic Chaos" to świetne wprowadzenie i zarazem jeden z najlepszych otwieraczy na płytach tego zespołu. "Engame" zdominowany jest przez ciężkie riffowanie (np. "This Day We Fight!", "1,320", "Head Crusher"), któremu często jednak towarzyszą melodyjne partie wokalne (np. "44 Minutes", "Bodies", "The Right to Go Insane"). Urozmaiceniem albumu są akustyczne fragmenty półballadowego "The Hardest Part of Letting Go... Sealed With a Kiss". W większości utworów uwagę przyciągają solówki nowego gitarzysty, Chrisa Brodericka. Nawet jeśli "Endgame" nie przyniósł grupie żadnego przeboju (chociaż "Head Crusher" był nominowany do nagrody Grammy), to stanowi najbardziej równą całość  co najmniej od czasu "Youthanasii".

Ocena: 7/10



Megadeth - "Endgame" (2009)

1. Dialectic Chaos; 2. This Day We Fight!; 3. 44 Minutes; 4. 1,320; 5. Bite the Hand; 6. Bodies; 7. Endgame; 8. The Hardest Part of Letting Go... Sealed With a Kiss; 9. Head Crusher; 10. How the Story Ends; 11. The Right to Go Insane

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Chris Broderick - gitara; James LoMenzo - bass; Shawn Drover - perkusja
Gościnnie: Mark Newby-Robson - instr. klawiszowe
Producent: Dave Mustaine i Andy Sneap


19 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "United Abominations" (2007)



Megadeth znów stał się zespołem, jednak "United Abomination" nie jest albumem szczególnie interesującym. Intryguje akustyczny wstęp "Sleepwalker", kilka utworów ma całkiem niezłe melodie ("Washington Is Next!", "Gears of War"), ale jedynym naprawdę godnym polecenia kawałkiem jest wydany na singlu, bardzo chwytliwy "Never Walk Alone... A Call to Arms". Reszta albumu prezentuje zaskakująco niski poziom pod względem kompozytorskim. Totalnym nieporozumieniem jest nowa wersja "A Tout le Monde" z "Youthanasii". Nagrywanie na nowo hitu sprzed kilkunastu lat samo w sobie wydaje się bezsensowne, a w tym przypadku ponadto nowa wersja jest znacznie słabsza od oryginalnej! O komercyjnych intencjach Mustaine'a świadczy wokalny współudział Cristiny Scabbii z popularnej wówczas grupy Lacuna Coil. Jednak ani ten utwór, ani cały album, sukcesu komercyjnego nie odniósł. I trudno się temu dziwić.

Fani, którzy zakupili album przedpremierowo, otrzymali wydanie wzbogacone o świetny utwór "Black Swan" - ciężko zrozumieć jego brak na podstawowej wersji "United Abomination", bo jest ciekawszy od wszystkich zamieszonych tu utworów, może tylko z wyjątkiem "Never Walk Alone...". Uprzywilejowani zostali także Japończycy, ich wydanie zostało jednak wzbogacone o inny utwór - przeróbkę "Out on the Tiles" z repertuaru Led Zeppelin. Całkiem niezłą, chociaż sam utwór nie należy przecież do najlepszych w dorobku Sterowców.

Ocena: 4/10



Megadeth - "United Abominations" (2007)

1. Sleepwalker; 2. Washington Is Next!; 3. Never Walk Alone... A Call to Arms; 4. United Abominations; 5. Gears of War; 6. Blessed Are the Dead; 7. Play for Blood; 8. A Tout le Monde (Set Me Free); 9. Amerikhastan; 10. You're Dead; 11. Burnt Ice

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Glen Drover - gitara; James LoMenzo - bass; Shawn Drover - perkusja
Gościnnie: Axel Mackenrott - instr. klawiszowe; Cristina Scabbia - wokal (8)
Producent: Dave Mustaine, Jeff Balding i Andy Sneap


18 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "The System Has Failed" (2004)



To miał być solowy album Dave'a Mustaine'a. Ostatecznie został wydany pod szyldem Megadeth, ale towarzyszący Rudemu muzycy - w tym gitarzysta Chris Poland, znany z dwóch pierwszych albumów grupy -  mają status gości. Pod względem muzycznym niespodzianek nie ma, "The System Has Failed" to kolejny po "The World Needs a Hero" krok ku powrotowi do thrash metalowych brzmień. Jest znacznie mocniej niż na poprzednim albumie, ale jednocześnie więcej tu momentów chwytliwych ("Die Dead Enough", "Kick the Chair", "Back in the Day", "Truth Be Told", "Of Mice and Men"). Najbardziej wyróżniającym się utworem jest "The Scorpion", w którym metalowe riffowanie przerywane jest brzmiącymi progresywnie fragmentami z tykaniem zegara. Wrażenie robi także zakończenie "Back in the Day". Obowiązkowe słabsze momenty albumu to "Blackmail the Universe" oraz dwa przerywniki, "I Know Jack" i "Shadow of Deth"; zaś do średniaków zaliczają się "Tears in a Vial" i "My Kingdom". Reszta albumu jak najbardziej udana.

Ocena: 7/10



Megadeth - "The System Has Failed" (2004)

1. Blackmail the Universe; 2. Die Dead Enough; 3. Kick the Chair; 4. The Scorpion; 5. Tears in a Vial; 6. I Know Jack; 7. Back in the Day; 8. Something That I'm Not; 9. Truth Be Told; 10. Of Mice and Men; 11. Shadow of Deth; 12. My Kingdom

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara
Gościnnie: Chris Poland - gitara; Jimmie Lee Sloas - bass; Vinnie Colaiuta - perkusja; Tim Akers - instr. klawiszowe; Charlie Judge - instr. klawiszowe
Producent: Dave Mustaine i Jeff Balding


17 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "The World Needs a Hero" (2001)



Po tak dziwnym albumie jak "Risk", Mustaine postanowił wrócić do mocniejszego brzmienia. "The Worlds Needs a Hero" nie jest co prawda w pełni udanym powrotem na metalową scenę, ale zawiera kilka świetnych utworów. Przede wszystkim otwierający go "Disconnect", oparty na mocnym, monotonnym riffie, ze świetnymi solówkami nowego gitarzysty, Ala Pitrelli. To najjaśniejszy punkt albumu, ale prawie równie solidnie wypadają "1000 Times Goodbye", "Dread and the Fugitive Mind" (obecny już rok wcześniej na  kompilacji "Capitol Punishment"), oraz "Return to Hangar" (nawiązujący oczywiście do "Hangar 18" z "Rust in Peace"). Podobać może się także dość łagodna ballada "Promises" z chwytliwym refrenem. Podobnie jak instrumentalny "Silent Scorn" z zaskakującą partią... trąbki. Słabsze momenty albumu to np. singlowy "Moto Psycho", przegadany "Recipe for Hate... Warhorse", przede wszystkim zaś dziwny utwór tytułowy. Zamykający album hołd dla Diamond Head (stąd podobieństwo do "Am I Evil?") w postaci 9-minutowego "When" wypada raczej średnio.

Ocena: 5/10



Megadeth - "The World Needs a Hero" (2001)

1. Disconnect; 2. The World Needs a Hero; 3. Moto Psycho; 4. 1000 Times Goodbye; 5. Burning Bridges; 6. Promises; 7. Recipe for Hate... Warhorse; 8. Losing My Senses; 9. Dread and the Fugitive Mind; 10. Silent Scorn; 11. Return to Hangar; 12. When

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Al Pitrelli - gitara; Dave Ellefson - bass; Jimmy DeGrasso - perkusja
Gościnnie: Bob Findley - trąbka (10)
Producent: Bill Kennedy i Dave Mustaine


16 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Risk" (1999)



Eksperymenty z łagodniejszą muzyką na poprzednich albumach zespołu Rudego Dave'a dawały bardzo ciekawe rezultaty. "Risk" niestety przekroczył granicę dobrego smaku. Mówiąc krótko, ten album to po prostu kicz i tandeta. Flirt z brzmieniami elektronicznymi i dyskotekowa rytmika w "Insomnia" już od pierwszych sekund zniechęcają do tego albumu. Jeszcze bardziej tandetne są plastikowe "Crush 'em" i "Ecstasy". Całkiem znośny byłby "Breadline", gdyby nie zbyt przekombinowany popowy refren. O wiele lepiej prezentuje się również popowy, ale trochę ostrzejszy, "I'll Be There". 

Zespół najbardziej poległ próbując stworzyć coś w dawnym stylu - "Prince of Darkness" ma kilka niezłych riffów, ale jako całość nudzi, zwłaszcza początkowa deklamacja Mustaine'a trwająca zdecydowanie zbyt długo. Na "Risk" są tez - nieliczne - bardziej udane momenty: mroczny "The Doctor Is Calling", wspomniany "I'll Be There", chwytliwy "Wanderlust", a zwłaszcza akustyczny, przejmujący "Time: The Beginning".

Limitowana edycja zawierała dodatkową płytę, zatytułowaną "No Risk Disc", na której znalazło się sześć starszych utworów - po jednym z każdego albumu, poza debiutem ("Peace Sells" , "In My Darkest Hour", "Holy Wars... The Punishment Due", "Symphony of Destruction", "A Tout le Monde" i "Use the Man"). Najwidoczniej już w chwili wydania "Risk", zespół był świadomy słabego poziomu nowego materiału i postanowiono uratować go w taki, niewyszukany sposób.

Ocena: 2/10



Megadeth - "Risk" (1999)

1. Insomnia; 2. Prince of Darkness; 3. Enter the Arena; 4. Crush 'em; 5. Breadline; 6. The Doctor Is Calling; 7. I'll Be There; 8. Wanderlust; 9. Ecstasy; 10. Seven; 11. Time: The Beginning; 12. Time: The End

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Marty Friedman - gitara; Dave Ellefson - bass; Jimmy DeGrasso - perkusja
Producent: Dann Huff i Dave Mustaine


15 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Cryptic Writings" (1997)



Tym albumem Megadeth oddalił się od metalu, a przybliżył do rocka. Dużo tutaj utworów o bardziej piosenkowym, przyjaznym radiu charakterze. W przeciwieństwie jednak do Metalliki, która w tamtym czasie zdecydowała się na podobny krok, grupa Dave'a Mustaine'a w takim obliczu prezentuje się bardzo przekonująco. Po prostu naturalnie. Takie utwory, jak "I'll Get Even", "Almost Honest", czy "Use the Man" to fantastyczny materiał na rockowe przeboje. Najbardziej błyszczą tutaj jednak dwie kompozycje, w których ową przebojowość udało się połączyć z nieco cięższym brzmieniem i nieoczywistymi rozwiązaniami aranżacyjnymi. Mowa oczywiście o nieco progresywnym "Trust", z perkusyjnym wstępem i hiszpańską wstawką na gitarze akustycznej, oraz orientalizującym "A Secret Place", wzbogaconym o brzmienie sitaru, na którym zagrał sam Mustaine. Świetnie wypada także "Have Cool, Will Travel", gdzie gitarowy ciężar został uzupełniony bluesową harmonijką, a także łagodnymi, chwytliwymi refrenami. Z kolei takie utwory, jak "Sin", "She-Wolf", czy "Vortex", wcale nie odbiegają daleko od tego, co grupa prezentowała na dwóch poprzednich albumach. Nieco thrashowej agresji pojawia w finałowym "FFF", choć utwór sprawia raczej wrażenie celowej parodii tego stylu.

"Cryptic Writings" to album zupełnie inny od tego, co grupa proponowała wcześniej, co bynajmniej nie znaczy, że gorszy. Megadeth doskonale odnalazł się w takim lżejszym graniu. Pod względem melodyjności jest to zdecydowanie najlepszy album zespołu. Całość wydaje się jednak odrobinę za długa - spokojnie można by pominąć nie wnoszące nic do niej utwory "Mastermind" i "The Disintegrators".

Ocena: 8/10



Megadeth - "Cryptic Writings" (1997)

1. Trust; 2. Almost Honest; 3. Use the Man; 4. Mastermind; 5. The Disintegrators; 6. I'll Get Even; 7. Sin; 8. A Secret Place; 9. Have Cool, Will Travel; 10. She-Wolf; 11. Vortex; 12. FFF

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara, sitar (8); Marty Friedman - gitara; Dave Ellefson - bass, dodatkowy wokal; Nick Menza - perkusja
Producent: Dave Mustaine i Mike Clink


14 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Hidden Treasures" EP (1995)



Chociaż "Hidden Treasure" jest zakwalifikowany jako EPka, to ilość, a zwłaszcza jakość zawartego tu materiału sprawia, że można traktować ją na równi z albumami studyjnymi. Wersja podstawowa zawiera 8 utworów zarejestrowanych w latach 1989-94, wcześniej dostępnych na różnych soundtrackach, kompilacjach lub stronach B singli. Wersja limitowana i reedycja zawiera ponadto cztery dodatkowe utwory: "A Tout le Monde" (w identycznej wersji jak na albumie "Youthanasia"), a także trzy demówki nagrane w okresie poprzedzającym album "Countdown to Extinction" ("Symphony of Destruction", "Architecture of Aggression" i dokończony dopiero wiele lat później - podczas sesji "Th1rt3en" z 2011 roku - "New World Order").

O poziomie tego wydawnictwa decydują jednak utwory z podstawowego wydania. Najbardziej wyróżnia się "Angry Again", zawierający jeden z najbardziej chwytliwych refrenów grupy. Równie udany jest "Diadems" - z początku balladowy, później ciężki, nieco w stylu Black Sabbath. "Breakpoint", "99 Ways to Die" oraz (nawiązujący do metallikowego "Enter Sandman") "Go to Hell" - też świetne. Najsłabiej prezentują się przeróbki innych wykonawców, zbyt podobne do wersji oryginalnych ("No More Mr. Nice Guy" Alice Coopera, "Paranoid" Black Sabbath" i "Problems" Sex Pistols). W sumie jednak "Hidden Treasures" to coś więcej niż tylko zbiór niealbumowych ciekawostek.

Ocena: 7/10



Megadeth - "Hidden Treasures" (1995)

1. No More Mr. Nice Guy; 2. Breakpoint; 3. Go to Hell; 4. Angry Again; 5. 99 Ways to Die; 6. Paranoid; 7. Diadems; 8. Problems

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Marty Friedman - gitara; Dave Ellefson - bass; Nick Menza - perkusja
Producent: Dave Mustaine i Max Norman


13 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Youthanasia" (1994)



"Youthanasia" to kolejny krok Megadeth  ku bardziej przystępnej muzyce. Już w rozpoczynającym całość "Reckoning Day" obok ciężkich riffów pojawia się melodyjna partia wokalna, a nawet spokojne przejście w połowie. W "Train of Consequences" jest podobnie, a smaczkiem jest tutaj zakończenie z... harmonijką w tle. Instrument ten na jeszcze szerszą skalę wykorzystano w "Elysian Fields", w którym pojawia się harmonijkowe solo, nadające nieco bluesowego charakteru. Naprawdę świetny - i oryginalny w tym typie muzyki - pomysł. Czymś zupełnie nowym w repertuarze grupy jest także utwór "A Tout le Monde" - to już zdecydowanie łagodniejsze granie, momentami niemal zahaczające o pop, co jednak nie jest zarzutem, bo zespół fantastycznie sobie poradził również w takiej stylistyce. Chwytliwych melodii nie brakuje także w kilku mocniejszych kawałkach, jak "Addicted to Chaos", "Blood of Heroes", "Family Tree", czy - najlepszym, najbardziej przebojowym z nich - "I Thought I Knew It All". Więcej ciężaru przynoszą natomiast "The Killing Road", tytułowy "Youthanasia", "Black Curtains", oraz najbardziej agresywny, rozpędzony "Victory".

"Youthanasia" to bardzo ciekawe rozwinięcie kierunku, jaki grupa obrała na "Countdown to Extinction". Muzycy położyli tu jeszcze większy nacisk na zapamiętywalne melodie, nie obawiali się radykalnych - jak na wykonywaną przez siebie muzykę - eksperymentów ("A Tout le Monde", "Elysian Fields"), ale nie zapomnieli o dołożeniu odpowiedniej dawki ciężaru. Jeżeli już do czegoś musiałbym się przyczepić, to byłaby to długość (album nic nie straciłby na braku mniej wyrazistego "Black Curtains").

Ocena: 8/10



Megadeth - "Youthanasia" (1994)

1. Reckoning Day; 2. Train of Consequences; 3. Addicted to Chaos; 4. A Tout le Monde; 5. Elysian Fields; 6. The Killing Road; 7. Blood of Heroes; 8. Family Tree; 9. Youthanasia; 10. I Thought I Knew It All; 11. Black Curtains; 12. Victory

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Marty Friedman - gitara; Dave Ellefson - bass; Nick Menza - perkusja
Gościnnie: Jimmie Wood - harmonijka (2,5)
Producent: Dave Mustaine i Max Norman


12 listopada 2012

[Recenzja] Soundgarden - "King Animal" (2012)



"Been Away Too Long" - tak brzmi tytuł pierwszego utworu, będący dobrym komentarzem do 16 lat, jakie upłynęły od wydania poprzedniego albumu Soundgarden, "Down on the Upside". Kawałek został wybrany jako pierwszy singiel promujący longplay. I nie do końca jest to udany wybór. Niby wszystko jest tu jak za najlepszych lat: ciężkie gitary, psychodeliczny klimat i śpiewający w wysokich rejestrach Chris Cornell. A jednak ogromna przepaść dzieli go od twórczości zespołu z klasycznych już albumów "Badmotorfinger" i "Superunknown". Brzmienie zostało bardzo wygładzone, natomiast wokaliście wyraźnie już nie wychodzi śpiewanie w ten sposób. Na szczęście, po przesłuchaniu całości, okazało się, że "Been Away Too Long" nie jest zbyt reprezentatywny dla całości.

W kolejnych utworach partie wokalne są już zdecydowanie bardziej udane. Cornell osiąga lepsze efekty, kiedy śpiewa naturalnie. Tak, jak mu pozwalają obecne możliwości. Czyli zdecydowanie niżej. Dotyczy to zwłaszcza utworów od "Bones of Birds" do końca płyty. Wspomniany utwór to prawdziwa perełka "King Animal". Poruszająca ballada, o bardzo ładnej melodii. Właśnie w takich łagodniejszych utworach Cornell sprawdza się dziś najlepiej (oparte głównie na brzmieniach akustycznych "Black Sunday" i "Halfway There"). Ale nie znaczy to bynajmniej, że mocniejsze kawałki wypadają słabo. Do najlepszych momentów wydawnictwa zaliczyć trzeba "Taree" i "Worse Dreams", w rewelacyjny sposób łączące zadziorność z chwytliwymi melodiami. Jeżeli zespół nie wyda ich na kolejnych singlach, to popełni największą pomyłkę w swojej karierze. Warto wyróżnić jeszcze szybki, niemal punkowy "Attrition", a także przypominające czasy "Superunknown" riffowe "Non-State Actor" i "Blood on the Valley Floor". Na sam koniec czekają jeszcze najcięższe "Eyelid's Mouth" i "Rowing". To także udane kawałki.

Nie od razu polubiłem ten album. Początek bardzo mnie rozczarował (przede wszystkim utwory "Been Away Too Long" i "A Thousand Days Before"). Ocena rosła jednak wraz z kolejnymi utworami. Od połowy jest już naprawdę świetnie. Podobnie zatem jak w przypadku poprzednich albumów Soundgarden, "King Animal" traci na jakości przez zbyt dużą ilość utworów. Ogólnie jednak jest to bardzo udany powrót. Powrót po zbyt długiej nieobecności.

Ocena: 7/10



Soundgarden - "King Animal" (2012)

1. Been Away Too Long; 2. Non-State Actor; 3. By Crooked Steps; 4. A Thousand Days Before; 5. Blood on the Valley Floor; 6. Bones of Birds; 7. Taree; 8. Attrition; 9. Black Saturday; 10. Halfway There; 11. Worse Dreams; 12. Eyelid's Mouth; 13. Rowing

Skład: Chris Cornell - wokal i gitara; Kim Thayil - gitara; Ben Shepherd - bass; Matt Cameron - perkusja
Producent: Adam Kasper


11 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Countdown to Extinction" (1992)



W latach 90. Megadeth poszedł tą samą drogą co Metallica - po osiągnięciu szczytu w thrash metalowej niszy, oba zespoły postanowiły zacząć tworzyć muzykę mogącą trafić do szerszego grona słuchaczy. "Countdown to Extinction" to właściwie album heavy metalowy, miejscami wręcz hardrockowy. Czasem co prawda zespół zbliża się tutaj do mocniejszego, nowoczesnego (wówczas) grania w stylu Pantery ("Architecture of Aggression", "Ashes in Your Mouth"), przeważają jednak utwory bardzo melodyjne, przebojowe ("Skin O' My Teeth", "Symphony of Destruction", "Countdown to Extinction"). Po raz pierwszy grupa Mustaine'a spróbowała stworzyć balladę, niepozbawioną jednak mocniejszych momentów ("Foreclosure of a Dream"). Nie przekonują tylko mówione partie wokalne w zwrotkach "Sweating Bullets" i "Psychotron", poza tym szczegółem udanych. Mimo zmiany stylu, "Countdown to Extinction" to album równie udany, co "Rust in Peace". Zaś "Symphony of Destruction" stał się najbardziej rozpoznawalnym utworem Megadeth.

Ocena: 8/10



Megadeth - "Countdown to Extinction" (1992)

1. Skin O' My Teeth; 2. Symphony of Destruction; 3. Architecture of Aggression; 4. Foreclosure of a Dream; 5. Sweating Bullets; 6. This Was My Life; 7. Countdown to Extinction; 8. High Speed Dirt; 9. Psychotron; 10. Captive Honour; 11. Ashes in Your Mouth

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Marty Friedman - gitara; Dave Ellefson - bass; Nick Menza - perkusja
Producent: Dave Mustaine i Max Norman


10 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Rust in Peace" (1990)



Albumem "Rust in Peace" zadebiutował najbardziej trwały skład w historii Megadeth, z gitarzystą Martym Friedmanem i perkusistą Nickiem Menza. Sam album jest - poniekąd słusznie - uznawany za największe dzieło grupy. To, co najlepsze pojawia się już na samym początku - rozbudowany utwór "Holy Wars... The Punishment Due". Riffy, solówki, wokal, wszystko jest tu na najwyższym poziomie. Zespołowi udało się utrzymać go w pozostałych utworach, zarówno tych bardziej przebojowych ("Hangar 18", "Lucretia", "Tornado of Souls"), jak i tych mocniejszych ("Take No Prisoners"). Na "Rust in Peace" zespół proponuję też czasem coś wolniejszego, opartego na basie Dave'a Ellefsona ("Dawn Patrol", wstępy "Five Magics" i "Poison Was the Cure"). Niedoceniany "Rust in Peace... Polaris" to także Megadeth w najlepszej formie. Cały album to po prostu klasyka - nie tylko thrash metalu.

Ocena: 8/10



Megadeth - "Rust in Peace" (1990)

1. Holy Wars... The Punishment Due; 2. Hangar 18; 3. Take No Prisoners; 4. Five Magics; 5. Poison Was the Cure; 6. Lucretia; 7. Tornado of Souls; 8. Dawn Patrol; 9. Rust in Peace... Polaris

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Marty Friedman - gitara; Dave Ellefson - bass; Nick Menza - perkusja
Producent: Dave Mustaine i Mike Clink


9 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "So Far, So Good... So What!" (1988)



Podobnie jak Slayer i Metallica, także Megadeth na swoim trzecim albumie zaprezentował swoje w pełni dojrzałe oblicze. Nie obawiali rozpocząć longplaya od utworu instrumentalnego ("Into the Lungs of Hell"). W "Set the World Afire" wszystko jest już na właściwym miejscu. Nie tylko partia wokalna, ale i doskonałe proporcje między agresją, a melodią. Zresztą kolejne albumy grupy uświadomią, że jeśli chodzi o melodie, to właśnie Megadeth ze wszystkich zespołów thrash metalowych tworzył najlepsze. Już na "So Far, So Good... So What!" dobrą tego zapowiedzią są utwory "Mary Jane", "502", a zwłaszcza "In My Darkest Hour" - prawdziwe arcydzieło, jeden z najlepszych utworów Megadeth.

I tylko jedną rzecz ciężko zrozumieć. Dlaczego mając tak świetny autorski materiał, zdecydowali się umieścić na albumie nieciekawą przeróbkę kawałka "Anarchy in the U.K." Sex Pistols - niemal identyczną, co kiepski oryginał. Ciekawostką jest gościnny udział gitarzysty tej kapeli, Steve'a Jonesa. Kowery z poprzednich płyt były znacznie bardziej udane, bo zespół przerabiał je na swój własny styl. Na szczęście już na następnej płycie zerwą z tradycją umieszczania na albumie cudzego utworu.

Ocena: 6/10



Megadeth - "So Far, So Good... So What!" (1988)

1. Into the Lungs of Hell; 2. Set the World Afire; 3. Anarchy in the U.K.; 4. Mary Jane; 5. 502; 6. In My Darkest Hour; 7. Liar; 8. Hook in Mouth

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Jeff Young - gitara; Dave Ellefson - bass; Chuck Behler - perkusja
Gościnnie: Steve Jones - gitara (3)
Producent: Dave Mustaine i Paul Lani


8 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Peace Sells… but Who's Buying?" (1986)



Drugi album Megadeth jest powszechnie uważany za jedno z największych dokonań zespołu i całego thrash metalu. Pod względem brzmienia faktycznie jest o wiele lepiej, niż na debiucie. Wykonawczo też. Jednak same utwory trochę rozczarowują... "The Conjuring" czy "Devil's Island" są po prostu słabe. Nie przekonuje także "Good Mourning / Black Friday", mimo udanego, balladowego wstępu. Już lepiej wypada przeróbka "I Ain't Superstitious" Williego Dixona - przynajmniej wiadomo, że nie należy traktować jej na serio.

Na albumie jest też kilka bardziej udanych utworów: "Wake Up Dead", "My Last Words", a zwłaszcza tytułowy "Peace Sells" oparty na charakterystycznym basowym motywie, który popularność zawdzięcza wykorzystaniu w czołówce MTV News - zespół nie dostał za to ani centa, utwór ucięto tak, żeby nie płacić tantiem. Jako całość "Peace Sells… but Who's Buying?" wypada średnio. Mimo, że longplay należy do najpopularniejszych w dyskografii grupy, to na pewno nie do najlepszych.

Ocena: 6/10



Megadeth - "Peace Sells… but Who's Buying?" (1986)

1. Wake Up Dead; 2. The Conjuring; 3. Peace Sells; 4. Devil's Island; 5. Good Mourning / Black Friday; 6. Bad Omen; 7. I Ain't Superstitious; 8. My Last Words

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Chris Poland - gitara; Dave Ellefson - bass; Gar Samuelson - perkusja
Producent: Dave Mustaine i Randy Burns


7 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Killing Is my Business... And Business Is Good!" (1985)



Chociaż debiutancki album Megadeth - zespołu założonego przez Dave'a Mustaine'a tuż po tym, jak został wyrzucony z Metalliki - rozpoczyna się od fortepianowego motywu zaczerpniętego z "Toccaty d-moll" Johanna Sebastiana Bacha, to już po chwili rozpoczyna się zasadnicza, czysto thrashowa część "Last Rites / Loved to Death" z wściekłym śpiewem, czy też raczej krzykiem Mustaine'a. Podobnie jest w utworze tytułowym, zaś w "Skull Beneath the Skin" jest już bardziej melodyjnie. W obu obliczach grupa wypada dobrze, choć jeszcze trochę niedojrzale. 

"These Boots" to parodia utworu "These Boots Are Made for Walking" Nancy Sinatry, ze zmienionym tekstem, pełnym wulgaryzmów (wypikanych na reedycjach albumu). Dalej jest już bardziej poważnie. "Rattlehead" to bez wątpienia jeden z najlepszych utworów z wczesnego etapu kariery Megadeth, niestety nie grany zbyt często na koncertach. W "Chosen Ones" znowu robi się ostrzej, natomiast "Looking Down the Cross" to próba stworzenia bardziej rozbudowanego utworu, średnio udana. Na koniec utwór najważniejszy - "Mechanix", czyli pierwotna wersja "The Four Horsemen", znanego z debiutu Metalliki.

Ocena: 5/10



Megadeth - "Killing Is my Business... And Business Is Good!" (1985)

1. Last Rites / Loved to Death; 2. Killing Is My Business... and Business Is Good!; 3. Skull Beneath the Skin; 4. These Boots; 5. Rattlehead; 6. Chosen Ones; 7. Looking Down the Cross; 8. Mechanix

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Chris Poland - gitara; Dave Ellefson - bass; Gar Samuelson - perkusja
Producent: Dave Mustaine, Karat Faye


6 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "Beyond Magnetic" EP (2011)



"Beyond Magnetic" to EPka wydana z okazji 30-lecia istnienia zespołu. Zawiera cztery wcześniej nieopublikowane utwory, zarejestrowane podczas sesji "Death Magnetic". Wszystkie spokojnie mogłyby trafić na tamten album. Pasują nie tylko pod względem stylistycznym, ale także utrzymują ten sam poziom. Szkoda zwłaszcza, że na album nie trafił mocny, ale chwytliwy "Hate Train" - pasowałby bardziej niż "The Unforgiven III". Natomiast najbardziej od reszty odstawałby "Hell and Back". Utwór jest utrzymany w lżejszym klimacie "Czarnego albumu" - przynajmniej do połowy, kiedy zupełnie niepotrzebnie zaczyna się nudna, mocniejsza część. Jako całość lepiej wypada "Just a Bullet Away" (w pierwszej części riffowy, w dalszej balladowy, potem znowu ciężki), który pod tytułem "Shine" miał znaleźć się na stronie B singla "The Day That Never Comes". Jeszcze lepszy jest "Rebel of Babylon", podobnie jak pozostałe utwory łączący mocne riffy z łagodniejszymi fragmentami. "Beyond Magnetic" jest zatem udanym suplementem do "Death Magnetic" - tym bardziej dziwi, czemu ten materiał musiał czekać ponad trzy lata na wydanie.

Ocena: 6/10



Metallica - "Beyond Magnetic" EP (2011)

1. Hate Train; 2. Just a Bullet Away; 3. Hell and Back; 4. Rebel of Babylon

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Robert Trujillo - bass; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Rick Rubin


5 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "Death Magnetic" (2008)



Po latach eksperymentów i grania wszystkiego, tylko nie tego, co najlepiej im wychodziło, muzycy Metalliki najwyraźniej doszli do wniosku, że najwięcej zyskają nagrywając album thrash metalowy. O ile najprawdopodobniej zdecydowały o tym względy komercyjne i finansowe, a nie oczekiwania fanów, to ci ostatni dostali w końcu album, o jakim od dawna marzyli. 

Kolejność utworów to bezpośrednie nawiązanie do albumów "Ride the Lightning", "Master of Puppets" i "...And Justice for All". Także spokojny wstęp "That Was Just Your Life" przypomina o tamtych płytach. Takich nawiązań jest znacznie więcej, chociażby półballadowy "The Day That Never Comes" to wręcz autoplagiat "One", a momentami kojarzy się także z "Fade to Black". W "The End of the Line" słychać podobieństwo do "Creeping Death", a w "My Apocalypse" - do "Battery" lub "Dyers Eve". Nie są to utwory na poziomie ich prototypów, ale w sumie niewiele gorsze. W końcu też po latach przerwy nagrali utwór instrumentalny ("Suicide & Redemption").

Zupełnie nie przekonuje natomiast nawiązanie do twórczości z lat 90., czyli trzecia część "The Unforgiven". Nawet jeśli pominąć kiczowaty, podniosły wstęp z fortepianem i smykami, to utwór ten zupełnie nie pasuje do reszty płyty. Co prawda jest dużo bardziej udany od "dwójki", ale od "jedynki" dzieli go przepaść. Najlepiej na "Death Magnetic" wypadają utwory, które łączą dawne brzmienie grupy z niestosowanymi przez nich wcześniej patentami, wniesionymi do grupy przez nowego basistę, Roba Trujillo ("Broken, Beat & Scarred", "All Nightmare Long", "Cyanide"). 

Niestety, jak to często bywa w przypadku tej grupy, album zawodzi brzmieniem - został zbyt głośno zremasterowany, co przełożyło się na utratę dynamiki i zbytnie przesterowanie dźwięku. Chociaż muzycy bronili się, że było to zamierzone działanie, w celu uzyskania koncertowego brzmienia - album praktycznie nie nadaje się do słuchania. Na szczęście istnieje jeszcze wersja płyty wykorzystana w grze "Guitar Hero III: Legends of Rock", gdzie mastering został wykonany właściwie.

Ocena: 7/10



Metallica - "Death Magnetic" (2008)

1. That Was Just Your Life; 2. The End of the Line; 3. Broken, Beat & Scarred; 4. The Day That Never Comes; 5. All Nightmare Long; 6. Cyanide; 7. The Unforgiven III; 8. The Judas Kiss; 9. Suicide & Redemption; 10. My Apocalypse

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Robert Trujillo - bass; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Rick Rubin


4 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "St. Anger" (2003)



Najbardziej znienawidzony (przez fanów i krytyków) album zespołu. I właściwie trudno się temu dziwić. Po pierwsze, przeszkadza fatalna, stylizowana na garażową, produkcja (perkusja brzmi, jakby Ulrich grał na garnkach). Po drugie, same utwory są po prostu rozczarowujące. Muzycy postanowili nagrać coś modnego, nowoczesnego - wyraźnie słychać inspirację nu metalem (skandowane partie wokalne, brak gitarowych solówek). Rezultat jest po prostu straszny - wszystkie "utwory" zawarte na "St. Anger" są chaotyczne, oparte na niewielu motywach, a mimo tego ciągnące się po siedem, osiem minut. I każdy zmierza donikąd, nie ma w nich żadnych punktów kulminacyjnych.

Trudno stwierdzić do kogo jest ten album adresowany. Na pewno nie do wielbicieli wcześniejszych dokonań Metalliki. Natomiast wielbiciele grup w stylu Korn czy Limp Bizkit odrzucą "St. Anger" ze względu na niewypolerowane brzmienie i mało komercyjny charakter wydawnictwa. Podobno dobrze się słucha tej płyty, kiedy jest się wkurzonym - jednak o wiele lepiej sięgnąć wtedy np. po "Reign in Blood" Slayera, czy nawet któryś ze wczesnych albumów samej Metalliki. Agresji tyle samo, nawet więcej, a przy tym znacznie większa różnorodność motywów, mimo krótszego czasu trwania. I o niebo (piekło?) lepsze brzmienie.

Muzycy twierdzą, że za chaos i fatalne brzmienie albumu winę ponosi producent, Bob Rock (występujący tutaj także w roli basisty). Całkowicie przeczą temu jednak przygotowane przez Rocka, bez udziału zespołu, singlowe wersje utworów "St. Anger" i "Some Kind of Monster". Skrócone o połowę, bardziej poukładane i brzmiące o wiele lepiej. Pokazują, że można było uratować ten materiał, gdyby muzycy zgodzili się poświęcić więcej czasu (niekoniecznie własnego) na miksy. Na pewno nie powstała by rzecz wybitna - bo stworzony przez nich materiał jest kiepski - ale przynajmniej nadająca się do słuchania.

Ocena: 2/10



Metallica - "St. Anger" (2003)

1. Frantic; 2. St. Anger; 3. Some Kind of Monster; 4. Dirty Window; 5. Invisible Kid; 6. My World; 7. Shoot Me Again; 8. Sweet Amber; 9. The Unnamed Feelings; 10. Purify; 11. All Within My Hands

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Lars Ulrich - perkusja
Gościnnie: Bob Rock - bass
Producent: Bob Rock i Metallica


3 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "S&M" (1999)



Metallica nie była pierwszym zespołem rockowym, który połączył siły z orkiestrą - wystarczy wspomnieć o wydanym dokładnie 30 lat wcześniej "Concerto for Group and Orchestra" Deep Purple. Jednak to właśnie "S&M" rozpoczął trwającą praktycznie do dziś modę na łączenie muzyki rockowej/metalowej z symfoniczną. Zaczyna się całkiem nieźle, od tematu "The Ecstasy of Gold" Ennio Morricone, granego przez samą orkiestrę (utwór był wykorzystywany jako intro już na wcześniejszych trasach, wówczas jednak puszczany z taśmy). Zespół dołącza do symfoników w "The Call of Ktulu", utworze który już w oryginalnej wersji miał sporo z muzyki klasycznej. W nowej wersji partie orkiestry idealnie dopełniają tę kompozycję.

Dalej niestety robi się dość chaotycznie. Począwszy od "Master of Puppets", przez większość utworów "S&M" brzmi jak dwie różne płyty, przypadkowo na siebie nałożone. Tylko w niektórych kawałkach udało stworzyć spójne brzmienie, przede wszystkim w dwóch premierowych, udanych "No Leaf Clover" i "- Human". Ogólnie symfonicy mają problem z dopasowaniem się do starszych kompozycji (np. "The Thing That Shoud Not Be", "One"), zaś dość dobrze wypadają w nowszych, jak "Until It Sleeps" oraz większości utworów z "Czarnego albumu", z "Nothing Else Matters", "Wherever I May Roam" i "Enter Sandman" na czele (ale już w "Of Wolf and Man" panuje totalny bałagan). O wiele lepiej niż w wersji studyjnej wypada natomiast "The Memory Remains", głównie jednak dzięki braku wokalizy Marianne Faithfull.

Pomysł na "S&M" był ciekawy, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Muzycy Metalliki i członkowie orkiestry są kompletnie ze sobą niezgrani, przez co w większości utworów można odnieść wrażenie, jakby jednocześnie były grane dwie zupełnie inne kompozycje.

Ocena: 4/10



Metallica - "S&M" (1999)

CD1: 1. The Ecstasy of Gold; 2. The Call of Ktulu; 3. Master of Puppets; 4. Of Wolf and Man; 5. The Thing That Should Not Be; 6. Fuel; 7. The Memory Remains; 8. No Leaf Clover; 9. Hero of the Day; 10. Devil's Dance; 11. Bleeding Me
CD2: 1. Nothing Else Matters; 2. Until It Sleeps; 3. For Whom the Bell Tolls; 4. - Human; 5. Wherever I May Roam; 6. The Outlaw Torn; 7. Sad But True; 8. One; 9. Enter Sandman; 10. Battery

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Jason Newsted - bass; Lars Ulrich - perkusja
Gościnnie: Michael Kamen - dyrygent; San Francisco Symphony Orchestra - orkiestra
Producent: Bob Rock, James Hetfield, Lars Ulrich, Michael Kamen


2 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "Garage Inc." (1998)



"Garage Inc." to przykład albumu wydanego z braku pomysłów, jedynie w celu podtrzymania zainteresowania zespołem. Pierwszy, podstawowy dysk zawiera nagrane specjalnie z myślą o tym wydawnictwie przeróbki innych wykonawców. Przeważnie niezbyt udane. Do stylu ówczesnej Metalliki zupełnie nie pasują utwory Black Sabbath ("Sabbra Cadabra") czy Misfits ("Die, Die My Darling"). Jeszcze gorzej, gdy zespół sięga po wykonawców z zupełnie innej bajki, jak Nick Cave ("Loverman") i Lynyrd Skynyrd ("Tuesday's Gone"). Dobrze natomiast wypadli w repertuarze Diamond Head ("It's Electric") i Blue Öyster Cult ("Astronomy") - zresztą pierwsza z tych grup zawsze była największą inspiracją dla Metalliki. Najbardziej udana jest jednak interpretacja "Turn the Page" Boba Segera, nieco zaostrzona w stosunku do oryginału. Sporą popularnością cieszył się natomiast wydany na singlu "Whiskey in the Jar" (stara irlandzka pieśń, spopularyzowana przez Thin Lizzy, na którego wersji Metallica się wzorowała).

Druga płyta to już zupełnie inna sprawa. Też kowery, ale pochodzące z lat 1984-95, wcześniej wydane na EPce "The $5.98 E.P.: Garage Days Re-Revisited" (1987) oraz stronach B singli. Taka kolekcja to prawdziwy skarb dla fanów Metalliki. Pod względem muzycznym jest ciekawiej niż na pierwszym dysku. Grupa sięgała po utwory wykonawców, którymi się inspirowała, a więc głównie zespoły z nurtu NWOBHM ("The Small Hours" Holocaust, "Blitzkrieg" Blitzkrieg, "Killing Time" Sweet Savage, oraz trzy utwory Diamond Head: "Helpless", "Am I Evil?" i "The Prince") i punk rockowe (połączone "Last Caress" i "Green Hell" Misfits, "So What?" Anti-Nowhere League). Dobrze wypadają w repertuarze Budgie ("Crash Course in Brain Surgery" i "Breadfan"), a najciekawszym fragmentem jest chyba "Stone Cold Crazy" Queen, który już w oryginale brzmiał, jakby stworzono go z myślą o Metallice - wówczas jeszcze nieistniejącej. Całość zamykają cztery utwory z repertuaru Motörhead.

Ocena: 5/10

PS. Po wydaniu "Garage Inc." Metallica dalej chętnie nagrywała własne wersje cudzych utworów, jednak już nie na strony B swoich singli, a na tzw. "tribute albumy". Pojawili się na płytach składających hołd The Ramones (2003, utwór "53rd & 3rd", który wraz z kilkoma innymi kowerami tej grupy trafił także na singiel "St. Anger"), Ennio Morricone (2007, "The Ecstasy of Gold"), Iron Maiden (2008, "Remember Tomorrow") oraz Deep Purple (2012, "When a Blind Man Cries"). Ponadto, w 2010 wraz z Rayem Daviesem z The Kinks nagrali nową wersję przeboju tej grupy, "You Really Got Me".



Metallica - "Garage Inc." (1998)

CD1: 1. Free Speech for the Dumb; 2. It's Electric; 3. Sabbra Cadabra; 4. Turn the Page; 5. Die, Die My Darling; 6. Loverman; 7. Mercyful Fate; 8. Astronomy; 9. Whiskey in the Jar; 10. Tuesday's Gone; 11. The More I See
CD2: 1. Helpless; 2. The Small Hour; 3. The Wait; 4. Crash Course in Brain Surgery; 5. Last Caress/Green Hell; 6. Am I Evil?; 7. Blitzkrieg; 8. Breadfan; 9. The Prince; 10. Stone Cold Crazy; 11. So What?; 12. Killing Time; 13. Overkill; 14. Damage Case; 15. Stone Dead Forever; 15. Too Late Too Late

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Jason Newsted - bass; Cliff Burton - bass (CD2: 6,7); Lars Ulrich - perkusja
Producent: Bob Rock, James Hetfield, Lars Urlich, Mark Whitaker


1 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "ReLoad" (1997)



Gimme fuel, gimme fire / Gimme that which I desire - tymi słowami rozpoczyna się siódmy studyjny album Metalliki, a zaśpiewane zostały tak, że ciężko wyrzucić je z pamięci. Cały utwór "Fuel" należy do najlepszych, jakie zespół stworzył w latach 90. i zdaje się potwierdzać słowa muzyków, że "ReLoad" nie jest płytą z odrzutami po "Load", ale zawiera utwory napisane podczas tej samej sesji, które nie mogły być wtedy wydane, bo potrzebne było więcej czasu na ich dopracowanie. Rzeczywiście brzmienie jest tu bogatsze, jednak nie wyszło to na dobre. Całkiem niezły "The Memory Remains" został kompletnie rozwalony przez skrzeczące jęczenie zaproszonej gościnnie Marianne Faithfull. Zaś dodanie skrzypiec i liry korbowej w zwyczajnie nudnym, akustycznym "Low Man's Lyric" tylko pogłębia wrażenie kiczu.

Przed premierą najwięcej można było oczekiwać od "The Unforgiven II". Niestety, nie jest to utwór na miarę słynnego utworu z "Czarnego albumu". O ile tekst jest kontynuacją tamtej historii, tak muzycznie bliżej do popowo-country'owych koszmarków z "Load" ("Hero of the Day" i "Mama Said"). Podobnie jak na poprzednim longplayu, także tutaj sporo nijakich kawałków. Poza "Fuel" pozytywnie wyróżniają się jeszcze tylko mocniejszy "Devil's Dance" oraz zamykający całość "Fixxxer". Nie da się ukryć, że gdyby muzycy wybrali po 4-5 najlepszych utworów z "Load" i "ReLoad", i z nich skompilowali jeden album, powstał by całkiem niezły longplay*. Zamiast tego ukazały się dwa osobne wydawnictwa, po brzegi wypełnione muzyką - w większości nieudaną.

Ocena: 4/10

* Wg mnie najbliższa ideału byłaby następująca tracklista: 1. Fuel; 2. The Memory Remains (bez udziału M. Faithfull); 3. The House Jack Built; 4. Bleeding Me; 5. Fixxxer; 6. Devil's Dance; 7. Until It Sleeps; 8. The Outlaw Torn



Metallica - "ReLoad" (1997)

1. Fuel; 2. The Memory Remains; 3. Devil's Dance; 4. The Unforgiven II; 5. Better Than You; 6. Slither; 7. Carpe Diem Baby; 8. Bad Seed; 9. Where the Wild Things Are; 10. Prince Charming; 11. Low Man's Lyric; 12. Attitiude; 13. Fixxxer

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Jason Newsted - bass; Lars Ulrich - perkusja
Gościnnie: Marianne Faithfull - wokal (2); Bernardo Bigalli - skrzypce (11); David Miles - lira korbowa (11); Jim McGillveray - instr. perkusyjne
Producent: Bob Rock, James Hetfield i Lars Urlich