31 października 2012

[Recenzja] Metallica - "Load" (1996)



Tego można się było spodziewać - po ogromnym sukcesie "Czarnego albumu" Metallica postanowiła pójść jeszcze bardziej w stronę przystępnego, radiowego grania. "Load" w żadnym wypadku nie jest albumem metalowym - to po prostu ciężki rock (a momentami - lekki). Można to uznać za zdradę dotychczasowych wielbicieli, można też za rozwój... Niestety, nawet wybierając tą drugą opcje, nie da się zaprzeczyć, że na tym longplayu po prostu brakuje dobrych utworów. "Ain't My Bitch" to najgorszy otwieracz albumu w całej dyskografii grupy; równie nijaka jest ponad połowa utworów z "Load". O zgrozę przyprawiają banalne pod względem muzycznym, popowo-country'owe "Hero of the Day" i "Mama Said".

Można tu jednak znaleźć kilka lepszych kawałków. Do nich zalicza się najcięższy na płycie "The House Jack Built", brzmiący jak skrzyżowanie stylu Alice in Chains z utworem "Black No. 1" Type O Negative (trochę to jednak dziwne, żeby uznany zespół inspirował się młodszymi od siebie wykonawcami). Całkiem niezły jest singlowy "Until It Sleeps" z wyraźnym brzmieniem gitary basowej. Półballadowy "Bleeding Me" może i nie zasługuje na postawienie w jednym rzędzie z "Fade to Black" czy "One", ale na tle całości jest to prawdziwa perła. A finałowy, intrygujący swoim klimatem "The Outlaw Torn", to świetne zakończenie albumu. Na tym niestety kończy się wyliczanka. Cztery udane kawałki na płycie zawierającej 14 utworów to fatalny wynik.

Ocena: 4/10



Metallica - "Load" (1996)

1. Ain't My Bitch; 2. 2 X 4; 3. The House Jack Built; 4. Until It Sleeps; 5. King Nothing; 6. Hero of the Day; 7. Bleeding Me; 8. Cure; 9. Poor Twisted Me; 10. Wasting My Hate; 11. Mama Said; 12. Thorn Within; 13. Ronnie; 14. The Outlaw Torn

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Jason Newsted - bass; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Bob Rock, James Hetfield i Lars Urlich


30 października 2012

[Recenzja] Metallica - "Metallica" (aka "The Black Album") (1991)



Piąty studyjny, niezatytułowany album Metalliki (powszechnie znany jako "Czarny") był pierwszym zdecydowanym krokiem zespołu w stronę muzycznego mainstreamu. W porównaniu z poprzednimi longplayami zawiera muzykę prostszą i bardziej przystępną. Otwierający album "Enter Sandman" jest praktycznie oparty na jednym motywie, a chwytliwością przebija wszystko, co zespół kiedykolwiek nagrał. Z kolei do "Nothing Else Matters" pasuje tylko jeden przymiotnik - delikatny. Nie można było użyć tego słowa w przypadku ballad z poprzednich płyt, które zawierały mocniejsze fragmenty. Tutaj ostrzej robi się tylko na parę sekund, kiedy rozbrzmiewa gitarowe solo. Łagodności nie brak też w "The Unforgiven", choć zwrotkom towarzyszą mocne gitary i bardziej zadziorny wokal Hetfielda, niż w bardzo melodyjnym refrenie.

Zespół jednak nie odszedł jeszcze całkiem od metalu, momentami robi się naprawdę ciężko ("Sad But True", "The God That Failed"). Sporo tutaj jednak nietypowych rozwiązań, jak w - najlepszych na płycie - orientalizującym "Wherever I May Roam", rozpoczynającym się partią sitaru, oraz "My Friend of Misery" z brzmiącą prog rockowo, instrumentalną częścią w środku. Znalazło się tu też kilka mniej udanych, niewyróżniających się niczym utworów (np. "Holier Than Thou", "Don't Tread on Me"). "Czarny album" jest jednak płytą, która odmieniła muzykę metalową, a przede wszystkim - przyczyniła się do wzrostu jej popularności.

Ocena: 7/10



Metallica - "Metallica"  (1991)

1. Ender Sandman; 2. Sad But True; 3. Holier Than Thou; 4. The Unforgiven; 5. Wherever I May Roam; 6. Don't Tread on Me; 7. Through the Never; 8. Nothing Else Matters; 9. Of Wolf and Man; 10. The God That Failed; 11. My Friend of Misery; 12 The Struggle Within

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara, sitar elektryczny (5); Jason Newsted - bass; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Bob Rock, James Hetfield i Lars Urlich


29 października 2012

[Recenzja] Metallica - "...And Justice for All" (1988)



"...And Justice for All" to album niezwykle dla mnie ważny - to dzięki niemu zacząłem odważniej sięgać po nową muzykę. Kupiłem go w ciemno, nie wiedząc nic o zespole, znając jedynie utwór "One", który dwa czy trzy lata wcześniej usłyszałem w radiu. Powody dla których akurat wtedy (był to styczeń 2006 roku) postanowiłem kupić ten album są dla mnie dziś niezbyt jasne. Być może z wrodzonej przekory - skoro wszyscy wokół słuchają hip hopu i techno, to ja zostanę metalem. Wcześniej jedynym metalowym zespołem, jakiego słuchałem, była grupa Scorpions. Nic więc dziwnego, że przy pierwszym odsłuchu "Justice" - a konkretnie utworu "Blackened" - byłem zdziwiony, że można grac aż tak ciężko. W utworze tytułowym było więcej melodyjnych fragmentów, ale tutaj zdziwienie wywołała jego długość - ten 9-minutowy utwór zdawał się trwać w nieskończoność. Zupełnie nie podobała mi się wtedy druga połowa "One" - w radiu prawdopodobnie ta część została wyciszona. Najbardziej kontrowersyjny wydał mi się fragment "To Live Is to Die" z recytacją, wówczas przypominającą mi znienawidzony rap. Mimo wszystkich wątpliwości, z każdym kolejnym przesłuchaniem coraz bardziej uwielbiałem ten album. Przez blisko miesiąc nie słuchałem niczego innego.

Obecnie mogę o tym albumie napisać znacznie więcej niż tylko o osobistych odczuciach na temat poszczególnych utworów. Przede wszystkim, "...And Justice for All" był dla zespołu pewnego rodzaju sprawdzianem. Miał pokazać czy muzycy są w stanie coś osiągnąć bez Cliffa Burtona. Tragicznie zmarły basista był jedynym członkiem grupy, posiadającym wykształcenie muzyczne. To jemu Metallica zawdzięczała rozbudowane pod względem strukturalnym utwory, z odniesieniami do muzyki klasycznej. Na "Justice", niestety, kawałki są nieco bałaganiarskie, wydają się mniej przemyślane, niż te z poprzednich dwóch albumów. Muzycy trochę przekombinowali, wrzucając do każdego utworu po kilka gitarowych solówek i jeszcze więcej perkusyjnych przejść. Czasami może męczyć słuchacza ("...And Justice for All",  "The Frayed Ends of Sanity"). Ciężko tez zrozumieć dlaczego w ogóle nie słychać nowego basisty, Jasona Newsteda. Wszystkie jego partie zostały w miksie całkowicie wyciszone. Brzmienie jest na pewno największą wadą tej płyty.

Zaletą są natomiast świetne utwory. Przede wszystkim wspomniany "One". W pierwszej części jest to typowa power ballada, z długim instrumentalnym wstępem, ładną melodią i zaostrzonym, chwytliwym refrenem. Natomiast druga część to nieco chaotyczna, metalowa rzeź. Jako całość utwór jest jednak genialny. Drugim arcydziełem z tego albumu jest "To Live Is to Die". Po granym na gitarach akustycznych wstępie, nagle wchodzą toporne, ciężkie riffy. Dopiero w połowie piątej minuty rozpoczyna się melodyjne solo, prowadzące do nagłego delikatnego wyciszenia. Dalej utwór powoli nabiera na sile, pojawia się owa recytacja - za tekst posłużył wiersz napisany przez Cliffa Burtona. Cała kompozycja jest właśnie hołdem dla tego muzyka. W końcu powraca akustyczny temat, tworzący klamrę z początkiem utworu.

Rozpędzony, szybki "Blackened", także jest na swój sposób melodyjny. Wbijający w ziemię, wolniejszy "Eye of the Beholder", z jedną z najlepszych solówek Kirka Hammeta, oraz nieco lżejszy, przebojowy "Harvester of Sorrow", to kolejne przykłady najlepszych fragmentów albumu. Świetny jest także finał w postaci najszybszego i najbardziej agresywnego "Dyers Eve". Nigdy natomiast nie przekonałem się do "The Shortest Straw" i "The Frayed Ends of Sanity". Prawdę mówiąc, zupełnie ich nie pamiętam, mimo kilkudziesięciu przesłuchań albumu. Natomiast utwór tytułowy nie jest zły, ale mógłby być trochę krótszy. Wiele motywów pojawia się kilkakrotnie, gdyby część powtórzeń pominąć - kawałek tylko by na tym zyskał.

"...And Justice for All" to ostatni longplay thrash metalowej Metalliki, kolejne albumy były coraz łagodniejsze i bardziej komercyjne. Chociaż na wydanym równo 20 lat później "Death Magnetic" zespół wrócił do swojego stylu z lat 80., to płyta ta sprawia raczej wrażenie wykalkulowanego produktu, niż artystycznego wyrazu. Tym bardziej docenić należy "Justice", jako udane pożegnanie prawdziwej Metalliki.

Ocena: 7/10



Metallica - "...And Justice for All" (1988)

1. Blackened; 2. ...And Justice for All; 3. Eye of the Beholder; 4. One; 5. The Shortest Straw; 6. Harvester of Sorrow; 7. The Frayed Ends of Sanity; 8. To Live Is to Die; 9. Dyers Eve

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Lars Ulrich - perkusja; Jason Newsted - niesłyszalny bass
Producent: Flemming Rasmussen i Metallica


28 października 2012

[Recenzja] Metallica - "Master of Puppets" (1986)



W 1986 roku Metallica supportowała Ozzy'ego Osbourne'a na jego amerykańskiej trasie; a podczas własnej trasy europejskiej doszło do tragicznego wypadku drogowego w wyniku którego zmarł Cliff Burton. Oba te wydarzenia miały z pewnością wpływ na wzrost zainteresowania zespołem. To właśnie wtedy zaczęła się jego ogólnoświatowa kariera. Oczywiście miało na to wpływ również wydanie "Master of Puppets" - albumu uznawanego za jedno z największych dokonań muzyki metalowej.

Trudno jednak nie oprzeć się wrażeniu, że trzeci longplay grupy to kopia poprzedniego, "Ride the Lightning". Utwory są ułożone według tego samego schematu: na początek agresywny utwór ze spokojnym wstępem ("Battery"), potem tytułowy, jako czwarty - półballada ("Welcome Home (Sanitarium)"), na otwarcie strony B winylowego wydania - dwa najsłabsze utwory ("Disposable Heroes", "Leper Messiah"), a pod koniec długi, nawiązujący do muzyki klasycznej utwór instrumentalny ("Orion"). W przypadku tego ostatniego jest małe odstępstwo - jest przedostatni na płycie, a nie ostatni (jak "Call of Ktulu" z "Ride").

Oczywiście, na albumie słychać pewien postęp, zwłaszcza w kwestii kompozytorskiej. Najlepszym przykładem rozbudowany utwór tytułowy z balladową częścią w środku. Ten utwór, a także "The Thing That Should Not Be" i - zwłaszcza - "Welcome Home (Sanitarium)", mają naprawdę dobre melodie, nic dziwnego, że trafiają także do osób nie słuchających metalu. Czystego thrashu nie ma tu zbyt wiele ("Battery", "Damage Inc."), co jednak zupełnie nie przeszkadza - "Master of Puppets" to bardzo dobry album, nawet jeśli jego druga strona jest znacznie słabsza od pierwszej.

Ocena: 8/10



Metallica - "Master of Puppets" (1986)

1. Battery; 2. Master of Puppets; 3. The Thing That Should Not Be; 4. Welcome Home (Sanitarium); 5. Disposable Heroes; 6. Leper Messiah; 7. Orion; 8. Damage Inc.

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Cliff Burton - bass; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Metallica i Flemming Rasmussen


27 października 2012

[Recenzja] Metallica - "Ride the Lightning" (1984)



"Ride the Lightning" to jedno ze szczytowych osiągnięć Metalliki, a wg mnie również jej najlepszy album. Zespół osiągnął na nim idealną równowagę między agresją "Kill 'em All", a wyrafinowaną muzyką znaną z kolejnych longplayów. Najlepszym przykładem otwierający "Fight Fire with Fire", który pomimo akustycznego wstępu, wściekłością przebija chyba wszystkie utwory z poprzedniej płyty. Na "Ride the Lightning" przeważają jednak bardziej melodyjne utwory, jak "For Whom the Bell Tolls" (z basową solówką Burtona we wstępie) czy "Creeping Death". Muzycy zdecydowali się nawet nagrać pierwszą power balladę - "Fade to Black". I chociaż na każdym kolejnym longplayu umieszczali przynajmniej jeden taki utwór, to właśnie ten jest najwspanialszym z nich. Niestety, album ma też słabsze punkty, na szczęście tylko dwa ("Trapped Under Ice", "Escape"). Zamykający "Ride the Lighning" instrumentalny "The Call of Ktulu" brzmi jak muzyka klasyczna grana przez zespół metalowy - to wpływ Cliffa Burtona, który jako jedyny z zespołu uczył się teorii muzyki.

Ocena: 8/10



Metallica - "Ride the Lightning" (1984)

1. Fight Fire with Fire; 2. Ride the Lightning; 3. For Whom the Bell Tolls; 4. Fade to Black; 5. Trapped Under Ice; 6. Escape; 7. Creeping Death; 8. The Call of Ktulu

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Cliff Burton - bass; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Metallica, Flemming Rasmussen i Mark Whitaker


26 października 2012

[Recenzja] Metallica - "Kill 'em All" (1983)



Debiutancki album Metalliki to zarazem pierwszy album thrash metalowy - odmiany metalu, która powstała przez połączenie stylu NWOBHM z wściekłością i szybkością punk rocka. "Kill 'em All" to głównie proste, agresywne utwory (np. "Hit the Lights", "Motorbreath", "Whiplash"). Słychać, że album nagrali bardzo młodzi muzycy - nie tylko wokal Jamesa Hetfielda jest jeszcze szczeniacki, ale i umiejętności wszystkich muzyków - może z wyjątkiem basisty, Cliffa Burtona - nie są jeszcze w pełni wyszkolone. Z drugiej strony, już tutaj potrafią zaskoczyć czymś bardziej dojrzałym (solówka Kirka Hammeta w "The Four Horsemen", czy najbardziej doskonały pod względem kompozytorskim "Seek & Destroy"). Zdarzają się utwory całkiem chwytliwe, jak na ten rodzaj muzyki oczywiście ("Jump in the Fire", "Seek & Destroy"). Najbardziej zaskakującym fragmentem jest instrumentalny "(Anesthesia) Pulling Teeth" - popis umiejętności Burtona (zepsuty niepotrzebnym wejściem perkusji w drugiej połowie). Jako całość "Kill 'em All" nie jest może wybitnym, ale na pewno udanym debiutem jednego z najważniejszych metalowych zespołów. Jego najlepsze fragmenty ("Seek & Destroy" i "The Four Horsemen") - mimo wielu stylistycznych zmian jakie Metallica później przeszła - do dzisiaj są obowiązkowymi punktami koncertów.

Ocena: 7/10



Metallica - "Kill 'em All" (1983)

1. Hit the Lights; 2. The Four Horsemen; 3. Motorbreath; 4. Jump in the Fire; 5. (Anesthesia) Pulling Teeth; 6. Whiplash; 7. Phantom Lord; 8. No Remorse; 9. Seek & Destroy; 10. Metal Milita

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Cliff Burton - bass; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Paul Curcio


25 października 2012

[Recenzja] Slayer - "World Painted Blood" (2009)




"World Painted Blood" został nagrany w tym samym składzie co poprzedni longplay, ale nie wypada już tak przekonująco. Właściwie tylko dla dwóch utworów warto zapoznać się z tym wydawnictwem. Pierwszy z nich to otwierający całość tytułowy "World Painted Blood". Złowieszcze riffy, średnie (jak na ten zespół) tempo, dość melodyjny refren oraz świetne przejście z mówioną partią wokalną - to wszystko razem składa się na jeden z najlepszych utworów w repertuarze grupy. Drugi z ciekawszych fragmentów longplaya, "Playing with Dolls", już tak rewelacyjny nie jest, aczkolwiek zwraca uwagę dość łagodnymi gitarami w zwrotkach. Jeżeli chodzi o resztę albumu, to właściwie tylko do "Americon" można się przyczepić - za bardzo przypomina eksperymenty zespołu z unowocześnianiem brzmienia (albumy "Diabolus in Musica" i "God Hates Us All). Natomiast cała reszta to solidne, typowo slayerowe kawałki. Brakuje w nich jednak czegoś, co by je wyróżniało.

Ocena: 5/10



Slayer - "World Painted Blood" (2009)

1. World Painted Blood; 2. Unit 731; 3. Snuff; 4. Beauty Through Order; 5. Hate Worldwide; 6. Public Display of Dismemberment; 7. Human Strain; 8. Americon; 9. Psychopathy Red; 10. Playing with Dolls; 11. Not of This God

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Jeff Hanneman - gitara; Kerry King - gitara; Dave Lombardo - perkusja
Producent: Greg Fidelman


24 października 2012

[Recenzja] Slayer - "Christ Illusion" (2006)



Do składu powrócił Dave Lombardo i zespół od razu nagrał album na poziomie swoich klasycznych dzieł z lat 1986-90. Słuchając wściekłych "Flesh Storm" czy "Cult" można mieć wątpliwości czy to na pewno kawałki z 2006 roku, czy może pozostałości po sesji nagraniowej "Reign in Blood". Z drugiej strony są tu także takie utwory, jak "Jihad", z nietypowym, spokojnym wstępem, czy wolny, miażdżący "Catatonic". Najlepsze fragmenty "Christ Illusion" to natomiast: szybki "Catalyst" z zabójczymi, wolniejszymi fragmentami; dość melodyjny "Black Serenade"; oraz wydany na singlu "Eyes of the Insane". Ten ostatni zdobył nagrodę Grammy za "Najlepsze metalowe wykonanie 2006". Co ciekawe, rok później tego samego zaszczytu dostąpił utwór "Final Six" - bonus w niektórych wydaniach albumu. Cały longplay okazał się natomiast największym sukcesem zespołu od czasu "Divine Intervention". "Christ Illusion" udowadnia, że po 25 latach kariery wciąż można być w najwyższej formie.

Ocena: 8/10



Slayer - "Christ Illusion" (2006)

1. Flesh Storm; 2. Catalyst; 3. Skeleton Christ; 4. Eyes of the Insane; 5. Jihad; 6. Consfearacy; 7. Catatonic; 8. Black Serenade; 9. Cult; 10. Supremist

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Jeff Hanneman - gitara; Kerry King - gitara; Dave Lombardo - perkusja
Producent: Rick Rubin i Josh Abraham


23 października 2012

[Recenzja] Slayer - "God Hates Us All" (2001)



Niektórzy uznają "God Hates Us All" za najlepszy album grupy, w którego nagrywaniu brał udział Paul Bostaph. Ten tytuł należy się jednak "Divine Intervention". Bo omawiany tu album jest niestety kontynuacją eksperymentalnego "Diabolus in Musica". Fakt, że więcej tutaj brutalności i agresji, momentami grupa nawet zbliża się do swoich klasycznych dokonań (rozpędzone "Disciple" i "Payback", wolniejszy "Bloodline"). Wciąż jednak bardzo mocno słyszalne są wpływy nowoczesnych odmian metalu. Na czym materiał bardzo traci, bo taki "God Send Death" byłby całkiem niezły, gdyby nie został na siłę unowocześniony. Nic za to nie uratowałoby "Threshold" - to czysty nu metal, w stylu Slipknot (sam Kerry King zachwycał się tą grupą, co wyklucza przypadek). Na tle całości jakoś się jeszcze broni "Seven Faces" z ciężkimi riffami i łagodniejszymi wstawkami - cóż jednak z tego, skoro w porównaniu ze starszymi utworami tego typu wypada bardzo blado. Tak jak cały album.

Ocena: 5/10



Slayer - "God Hates Us All" (2001)

1. Darkness of Christ; 2. Disciple; 3. God Send Death; 4. New Faith; 5. Cast Down; 6. Threshold; 7. Exile; 8. Seven Faces; 9. Bloodline; 10. Deviance; 11. War Zone; 12. Here Comes the Pain; 13. Payback

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Jeff Hanneman - gitara; Kerry King - gitara; Paul Bostaph - perkusja
Producent: Matt Hyde


22 października 2012

[Recenzja] Slayer - "Diabolus in Musica" (1998)



"Bitter Peace" rozpoczyna się od długiego, wolnego i bardzo ciężkiego wstępu, po półtorej minuty utwór wchodzi jednak na znacznie szybsze obroty. Kontrowersje budzi jednak partia wokalna, momentami niebezpiecznie zbliżająca się do skandowania charakterystycznego dla modnych wówczas stylistyk zwanych rap metalem i nu metalem. Kolejny na płycie "Death's Head" ostatecznie potwierdza, że muzycy postanowili na "Diabolus in Musica" pójść za współczesnymi trendami. Efekty takiego podejścia są różne. Utwory "Stain of Mind" czy "Love to Hate" (świetnie wykrzyczany przez Arayę) pozostawiają daleko w tyle prekursorów takiego grania. A jednym z najciekawszych fragmentów jest z pewnością "Desire", z mruczącym wokalem w zwrotkach i bardzo chwytliwym, śpiewanym refrenem. Ale przeważnie zawartość albumu jest znacznie poniżej poziomu, do którego przyzwyczaiła ta grupa (np. "Death's Head", "Overt Enemy", "Scrum"). Na szczęście grupa nie wyrzeka się całkiem swojego dotychczasowego stylu (thrashowe "Perversions of Pain" i "Screaming from the Sky"). Całość pozostawia mieszane odczucia.

Ocena: 6/10



Slayer - "Diabolus in Musica" (1998)

1. Bitter Peace; 2. Death's Head; 3. Stain of Mind; 4. Overt Enemy; 5. Perversions of Pain; 6. Love to Hate; 7. Desire; 8. In the Name of God; 9. Scrum; 10. Screaming from the Sky; 11. Point

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Jeff Hanneman - gitara; Kerry King - gitara; Paul Bostaph - perkusja
Producent: Slayer i Rick Rubin


21 października 2012

[Recenzja] Slayer - "Undisputed Attitude" (1996)



Album z coverami. Początkowo zawierać miał przeróbki wykonawców heavymetalowych i hardrockowych, muzycy wymieniali takie nazwy, jak Deep Purple, UFO, Judas Priest... Podobno nie brzmiało to zbyt dobrze (trudno w to jednak uwierzyć, słuchając nagranych niedługo później, świetnych coverów "Hand of Doom" Black Sabbath i "Born to Be Wild" Steppenwolf), więc ostatecznie na "Undisputed Attitude" trafiły przeróbki kawałków punkrockowych. Rezultat jest dość kiepski - wszystkie kawałki są utrzymane w tym samym tempie, a Tom Araya w każdym krzyczy dokładnie w ten sam sposób, przez co zupełnie nie da się ich od siebie odróżnić. Nawet dwa utwory Jeffa Hannemana wygrzebane z archiwum - napisane jeszcze w latach 80. "Can't Stand You" i "DDAMM" - zlewają się w całość z resztą. Dopiero na sam koniec pojawia się urozmaicenie, w postaci jedynego nowego utworu - napisanego przez Kerry'ego Kinga i Toma Arayę "Gemini". To jeden z najciekawszych i najlepszych utworów w dyskografii grupy, bardzo wolny, wgniatający w ziemię sabbathowym ciężarem i mrokiem, z wyjątkowo melodyjną partią wokalną. Prawdziwa perła na kompletnie niepotrzebnym wydawnictwie.

Ocena: 4/10



Slayer - "Undisputed Attitude" (1996)

1. Disintegration/Free Money; 2. Verbal Abuse/Leeches; 3. Abolish Government/Superficial Love; 4. Can't Stand You; 5. DDAMM; 6. Guilty of Being White; 7. I Hate You; 8. Filler/I Don't Want to Hear It; 9. Spiritual Law; 10. Mr. Freeze; 11. Violent Pacification; 12. Richard Hung Himself; 13. I'm Gonna Be Your God; 14. Gemini

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Jeff Hanneman - gitara; Kerry King - gitara; Paul Bostaph - perkusja
Producent: Dave Sardy i Slayer


20 października 2012

[Recenzja] Slayer - "Divine Intervention" (1994)



Z zespołem rozstał się perkusista Dave Lombardo, ale nie wpłynęło to na zmianę muzycznego wizerunku grupy. Paul Bostaph okazał się dobrym następcą Lombardo, a "Divine Intervention" to wciąż bardzo brutalne, thrashowe granie. Czasem z naciskiem na miażdżący ciężar, osiągnięty dzięki lekkiemu zwolnieniu tempa ("Killing Fields", tytułowy "Divine Intervention", "SS-3", "213"), ale rozpędzonych do granic możliwości kawałków też nie brakuje (np. "Sex. Murder. Art.", "Dittohead", "Circle of Beliefs", "Mind Control"). Zaskoczeniem jest na pewno balladowy wstęp "213", ale to tylko zmyłka - po czterdziestu sekundach do łagodnego motywu dochodzi sabbathowy riff, a niedługo później kawałek nabiera właściwego dla tej grupy tempa i ciężaru. Chociaż na tle utworów z "Reign in Blood" wypada bardzo... melodyjnie, wręcz przebojowo (jak na ten styl). Najbardziej nietypowym kawałkiem jest jednak "Serenity in Murder", wyróżniający się łagodnym śpiewem Toma Arayi we zwrotkach (w refrenie wydziera się już w typowym dla siebie stylu). A wszystko to razem składa się po prostu na solidny, slayerowy album. Na pewno nie najlepszy w dyskografii, ale wstydu grupie nie przynosi nawet przez sekundę.

Ocena: 7/10



Slayer - "Divine Intervention" (1994)

1. Killing Fields; 2. Sex. Murder. Art.; 3. Fictional Reality; 4. Dittohead; 5. Divine Intervention; 6. Circle of Beliefs; 7. SS-3; 8. Serenity in Murder; 9. 213; 10. Mind Control

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Jeff Hanneman - gitara; Kerry King - gitara; Paul Bostaph - perkusja
Producent: Toby Wright i Slayer


19 października 2012

[Recenzja] Slayer - "Seasons in the Abyss" (1990)



"Seasons in the Abyss" to szczytowe osiągnięcie grupy. To właśnie na tym albumie Slayer osiągnął idealną równowagę między agresją, a melodyjnością. W przeciwieństwie do poprzedniego albumu, oba te elementy nie występują na przemian, a przeważnie jednocześnie, jak w "War Ensemble" czy "Blood Red". "Spirit in Black" przypomina Metallikę z albumu "Master of Puppets", a konkretnie utwór tytułowy - w pamięć zapada równie mocno, choć czadu jest znacznie więcej. "Expendable Youth" i wolny "Dead Skin Mask" to utwory w klimacie poprzedniej płyty, w których zespół bardziej stawia na ciężar, niż prędkość, a Tom Araya śpiewa wyjątkowo łagodnie jak na siebie. Zaraz po nich rozbrzmiewa szaleńczo rozpędzony "Hallowed Point". "Temptation" i "Born of Fire" to kolejne przykłady bardziej agresywnego oblicza grupy. Album kończy jednak wolniejszy utwór tytułowy, "Seasons in the Abyss" - slayerowe opus magnum, najdoskonalsza kompozycja w całym dorobku grupy.

Ocena: 8/10



Slayer - "Seasons in the Abyss" (1990)

1. War Ensemble; 2. Blood Red; 3. Spirit in Black; 4. Expendable Youth; 5. Dead Skin Mask; 6. Hallowed Point; 7. Skeletons of Society; 8. Temptation; 9. Born of Fire; 10. Seasons in the Abyss

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Jeff Hanneman - gitara; Kerry King - gitara; Dave Lombardo - perkusja
Producent: Rick Rubin, Andy Wallance i Slayer


18 października 2012

[Recenzja] Slayer - "South of Heaven" (1988)



Ciężko byłoby nagrać album równie agresywny co "Reign in Blood", nie schodząc przy okazji z jego wysokiego poziomu. Nic więc dziwnego, ze na kolejnym albumie muzycy grupy postanowili zaprezentować zupełnie inne oblicze, będące wręcz przeciwieństwem "Reign". "South of Heaven" to wciąż czysty thrash metal, ale utwory są wolniejsze, dłuższe i bardziej melodyjne. Utwór tytułowy - jeden z najbardziej znanych w repertuarze grupy - po klimatycznym początku coraz bardziej wgniata w ziemię swym ciężarem. We wstępie podobnie zbudowanego "Spill the Blood" słychać nawet nieprzesterowane gitary. W takim obliczu Slayer wypada bardzo interesująco. Szybszy "Silent Scream" nie wypada przekonująco przez nie pasujący do niego melodyjny wokal. Ten za to świetnie sprawdza się w średnich - pod względem tempa - "Behind the Crooked Cross" i "Mandatory Suicide". W drugiej połowie albumu powraca agresja poprzedniej płyty, nie tylko w warstwie muzycznej ("Cleanse the Soul"), ale także wokalnej ("Ghost of War", "Read Between the Lines"). Ponadto na "South of Heaven" znalazła się niezbyt udana przeróbka "Dissident Aggressor" Judas Priest - co ciekawe, lżejsza od oryginału.

Ocena: 7/10



Slayer - "South of Heaven" (1988)

1. South of Heaven; 2. Silent Scream; 3. Live Undead; 4. Behind the Crooked Cross; 5. Mandatory Suicide; 6. Ghost of War; 7. Read Between the Lines; 8. Cleanse the Soul; 9. Dissident Aggressor; 10. Spill the Blood

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Jeff Hanneman - gitara; Kerry King - gitara; Dave Lombardo - perkusja
Producent: Rick Rubin i Slayer


17 października 2012

[Recenzja] Slayer - "Reign in Blood" (1986)



W chwili wydania był to najbardziej brutalny, najbardziej ekstremalny album w historii muzyki. Na "Reign in Blood" - trzecim studyjnym albumie Slayer - metalowy ciężar spotkał się z hardcore'ową prędkością i bezkompromisowością. Na album trafiło 10 utworów o łącznym czasie poniżej pół godziny - tak intensywnej muzyki w większej dawce nie dałoby się wysłuchać. Tym bardziej, ze jedynym urozmaiceniem i uspokojeniem są efekty dźwiękowe (odgłosy deszczu i burzy) poprzedzające i kończące "Raining Blood". Jednak na tle dzisiejszego ekstremalnego metalu "Reign in Blood" zachwyca... melodyjnością! Kompozycje są przemyślane, a chociaż Tom Araya wykrzykuje teksty z prędkością CKMu, to nie ma problemu ze zrozumieniem go - w przeciwieństwie do współczesnych przedstawicieli najcięższych odmian metalu, preferujących growl lub inny niezrozumiały bulgot. Na "Reign in Blood" wyróżniają się zwłaszcza dwa, prawie dwukrotnie dłuższe od pozostałych, utwory. Są to otwierający album "Angel of Death" oraz zamykający go "Raining Blood", które są najlepszym przykładem jak powinno grać się agresywny metal, żeby nadawał się on do słuchania. W obu zwracają uwagę genialne riffy, nierzadko określane najlepszymi w thrash metalu. Do klasyki gatunku należy także "Postmortem" - odrobinę wolniejszy w pierwszej połowie, a dopiero w drugiej obłąkańczo rozpędzony. Z pozostałymi utworami jest niestety pewien problem - są do siebie bardzo podobne, trudno rozróżnić kiedy jeden się kończy, a następny zaczyna. Razem jednak bez wątpienia tworzą jeden z najbardziej powalających albumów w historii metalu.

Ocena: 8/10



Slayer - "Reign in Blood" (1986)

1. Angel of Death; 2. Piece by Piece; 3. Necrophobic; 4. Altar of Sacrifice; 5. Jesus Saves; 6. Criminally Insane; 7. Reborn; 8. Epidemic; 9. Postmortem; 10. Raining Blood

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Jeff Hanneman - gitara; Kerry King - gitara; Dave Lombardo - perkusja
Producent: Rick Rubin i Slayer


15 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "Backspacer" (2009)



"Backspacer" to najkrótszy i najbardziej pogodny album Pearl Jam. Bardzo równy, ale dość zróżnicowany. Przeważają kawałki chwytliwe, których melodie nawet po jednym przesłuchaniu pozostaną na długo w głowie (np. "The Fixer", "Amongst the Waves", "Got Some", "Johny Guitar"). Na swoim dziewiątym albumie zespół proponuje zarówno akustyczne ballady ("Just Breathe", "The End" - obie nieco w klimacie spokojniejszego Led Zeppelin), jak i kawałki bliższe punk rocka (najmniej udany na płycie "Supersonic") czy nawet hard rocka (świetny, riffowy "Force of Nature"). Wolniejsze "Unthought Known" i "Speed of Sound" wyróżniają się przestrzennym brzmieniem; w pierwszym zaskakuje klawiszowa solówka. Zupełnie nie dziwi radiowa popularność singlowych kawałków ("The Fixer", "Got Some", "Just Breathe" i "Amongst the Waves"), zresztą każdy z tych 11 utworów mógłby być wydany na małej płycie - "Backspacer" to najbardziej chwytliwy album w całej karierze Pearl Jam.

Ocena: 8/10



Pearl Jam - "Backspacer" (2009)

1. Gonna See My Friends; 2. Got Some; 3. The Fixer; 4. Johny Guitar; 5. Just Breathe; 6. Amongst the Waves; 7. Unthought Known; 8. Supersonic; 9. Speed of Sound; 10. Force of Nature; 11. The End

Skład: Eddie Vedder - wokal i gitara; Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara; Jeff Ament - bass; Matt Cameron - perkusja; dodatkowo: Brendan O'Brien - instr. klawiszowe
Producet: Brendan O'Brien i Pearl Jam


12 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "Lost Dogs" (2003)



"Lost Dogs" to obszerna - 30 utworów na dwóch dyskach - kompilacja utworów Pearl Jam, które nie znalazły się na żadnym z wydanych do tamtej pory longplayów. To świetne uzupełnienie dyskografii, szkoda jedynie, że nie wyczerpujące tematu. Inną wadą jest niezachowanie chronologii. Zebrane tu utwory można podzielić na trzy grupy. Pierwsza to utwory wcześniej znane i popularne. Jak "Last Kiss" z repertuaru Wayne'a Cochrana, największy singlowy sukces Pearl Jamu (2. miejsce na liście Billboardu). Albo ballada "Yellow Ledbetter", która także okazała się radiowym hitem, mimo że była tylko stroną B singla "Jeremy". Niestety, właśnie w tej grupie są największe braki - nie ma utworów "State of Love and Trust" i "Breath" z soundtracku "Singles", ani popularnej przeróbki "Crazy Mary" Victorii Williams. Dwa pierwsze zostały rok później wydane na kompilacji największych przebojów zespołu, "Rearviewmirror (Greatest Hits 1991-2003)", natomiast "Szalona Mary" na płycie sygnowanej nazwą zespołu ukazała się dopiero w 2011 roku - jako bonus na reedycji albumu "Vs.".

Druga grupa to utwory wcześniej wydane, ale niezbyt popularne - przede wszystkim strony B singli. Znalazły się tu m.in. świeże "Down", "Undone" i "Other Side" z 2002 roku, ale też "Alone" z 1993 (w innej wersji niż na singlu "Go"), oraz jeden z najstarszych utworów grupy, "Footsteps" (wcześniej nagrany przez Temple of a Dog, z innym tekstem, pod tytułem "Times of Trouble"). Do tej samej grupy zaliczają się kawałki z różnych składanek (m.in. "Leaving Here" i "Gremmie Out of Control") oraz świątecznych singli ("Strangest Tribe", "Drifting". "Let Me Sleep"). Największą atrakcję stanowią utwory z trzeciej grupy - nigdy wcześniej nie wydane. W sumie jest ich 11 i przeważnie nie brzmią wcale jak odrzuty. Świetnie wypadają hard rockowe pozostałości po debiutanckiej sesji, "Hold On" i "Brother" (w tym drugim usunięto wokal Veddera, a zastąpiono go dodatkowymi partiami gitar; wersja z nagranym na nowo śpiewem znalazła się na reedycji "Ten" z 2009 roku). Zaskakująco dobrze wypadają odrzuty z - nie najlepszego przecież - "Binaural" (m.in. "Sad" i "Fatal"). Na końcu albumu zamieszono ukryty utwór "4/20/02", poświęcony pamięci Layne'a Stanley'a, zmarłego wokalisty Alice in Chains.

Ocena: 7/10



Pearl Jam - "Lost Dogs" (2003)

CD1: 1. All Night; 2. Sad; 3. Down; 4. Hitchhiker; 5. Don't Gimme No Lip; 6. Alone; 7. In the Moonlight; 8. Education; 9. Black, Red, Yellow; 10. U; 11. Leaving Here; 12. Gremmie Out of Control; 13. Whale Song; 14. Undone; 15. Hold On; 16. Yellow Ledbetter
CD2: 1. Fatal; 2. Other Side; 3. Hard to Imagine; 4. Footsteps; 5. Wash; 6. Dead Man; 7. Strangest Tribe; 8. Drifting; 9. Let Me Sleep; 10. Last Kiss; 11. Sweet Lew; 12. Dirty Frank; 13. Brother; 14. Bee Girl

Skład: Eddie Vedder - wokal i gitara; Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara; Jeff Ament - bass; Dave Krusen - perkusja; Dave Abbruzzese - perkusja; Jack Irons - perkusja; Matt Cameron - perkusja
Producent: Brendan O'Brien, Pearl Jam, Rick Parashar


11 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "Riot Act" (2002)



Niedoceniany album, często uznawany za najsłabszy w pearljamowej dyskografii. Niesłusznie, to dobry longplay, może tylko za długi o jakieś dwa, trzy utwory. "Riot Act" to przede wszystkim czadowe, ale chwytliwe utwory. Poza najbardziej znanym "Save You" warto wspomnieć także o "Cropduster", "Ghost", "Green Disease" czy "Bu$hleaguer". Ballad jest tym razem w sam raz (a nie zbyt wiele, jak chociażby na "No Code"). "I Am Mine" i "Love Boat Captain" zostały wydane na singlach, ale jeszcze lepsza jest finałowa "All or None" z długim gitarowym solem. Najwspanialszym utworem z tego albumu jest jednak eksperymentalny "You Are" autorstwa Matta Camerona, z elektronicznie przetworzoną gitarą. Wciągający, uzależniający utwór, jakiego chyba nikt nie spodziewał się po tej grupie. Grany na żywo wypada jeszcze lepiej niż na płycie.

Ocena: 6/10



Pearl Jam - "Riot Act" (2002)

1. Can't Keep; 2. Save You; 3. Love Boat Captain; 4. Cropduster; 5. Ghost; 6. I Am Mine; 7. Thumbing My Way; 8. You Are; 9. Get Right; 10. Green Disease; 11. Help Help; 12. Bu$hleaguer; 13. ½ Full; 14. Arc; 15. All or None

Skład: Eddie Vedder - wokal i gitara; Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara; Jeff Ament - bass; Matt Cameron - perkusja i gitara
Producent: Adam Kasper i Pearl Jam


8 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "Yield" (1998)



"Yield" to powrót do ostrzejszego brzmienia, znanego z pierwszych trzech albumów Pearl Jam, choć oczywiście nie jest to album grunge'owy. Mocne otwarcie w postaci "Brain of J." i "Faithfull" pokazuje, że zespół wrócił do najwyższej formy. "No Way" zaskakuje dziwnym brzmieniem gitar. Linia wokalna w spokojnych zwrotkach "Given to Fly" przypomina "Going to California" Led Zeppelin, zaś mocniejszy refren należy do najbardziej chwytliwych w dorobku grupy. Na kontrastach między zwrotkami a refrenem skonstruowany jest także "Pilate".

Czadowy "Do the Evolution" to największy, obok "Given to Fly", przebój z tej płyty. Przebojowy potencjał mają też mniej znane utwory "MFC" oraz "In Hiding". Znalazło się także miejsce dla kilku nastrojowych utworów, bardziej jednak udanych niż na poprzednim albumie ("Wishlist", "Low Light", "All Those Yesterdays") oraz niezbyt ciekawych przerywników ("", "Push Me, Pull Me"). Ogólnie jednak, "Yield" to album solidny, wyjątkowo udany, jak na czas w którym powstał, gdyż druga połowa lat 90. była najgorszym okresem dla muzyki rockowej.

Ocena: 7/10



Pearl Jam - "Yield" (1998)

1. Brain of J.; 2. Faithfull; 3. No Way; 4. Given to Fly; 5. Wishlist; 6. Pilate; 7. Do the Evolution; 8. ; 9. MFC; 10. Low Light; 11. In Hiding; 12. Push Me, Pull Me; 13. All Those Yesterdays

Skład: Eddie Vedder - wokal i gitara; Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara; Jeff Ament - bass; Jack Irons - perkusja
Producent: Brendan O'Brien i Pearl Jam


7 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "No Code" (1996)



W 1996 roku grunge należał już do przeszłości. Chociaż Pearl Jam - jako jedyny z najważniejszych przedstawicieli tego nurtu - nie zakończył działalności i nowe albumy wydawał regularnie przez drugą połowę  lat 90. i całą następną dekadę, to począwszy od "No Code" z grungem nie miał już nic wspólnego. Czwarty album to w ogóle najbardziej wyciszona płyta w studyjnej dyskografii grupy. Już na otwarcie spokojny, akustyczny "Sometimes". Nie jest to bynajmniej jedyny taki utwór, w podobnym klimacie utrzymane są chociażby ocierający się o gospel "Who Are You", oparty na plemiennym rytmie "In My Tree", czy "Off He Goes".

Z drugiej strony zespół proponuje bardziej agresywne, punkowe "Hail, Hail", "Habit" oraz "Lukin". Są też zwykłe rockowe piosenki, jak "Smile" czy "Red Mosquito". I właśnie w nich Pearl Jam wypada najbardziej przekonująco. Jednym z najlepszych utworów jest także częściowo balladowy "Present Tense". Wyłącznie jako ciekawostkę należy traktować "Mankind", zaśpiewany wyjątkowo przez Stone'a Gossarda. W chwili wydania "No Code" musiał być wielkim rozczarowaniem dla fanów grupy. Dzisiaj prezentuje się jako całkiem udane otwarcie nowego etapu w działalności Pearl Jam.

Ocena: 5/10



Pearl Jam - "No Code" (1996)

1. Sometimes; 2. Hail, Hail; 3. Who Are You; 4. In My Tree; 5. Smile; 6. Off He Goes; 7. Habit; 8. Red Mosquito; 9. Lukin; 10. Present Tense; 11. Mankind; 12. I'm Open; 13 Around the Bend

Skład: Eddie Vedder - wokal i gitara; Mike McCready - gitara i pianino; Stone Gossard - gitara i wokal; Jeff Ament - bass; Jack Irons - perkusja
Producent: Brendan O'Brien i Pearl Jam


6 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "Vitalogy" (1994)



Otwierające album "Last Exit" i "Spin the Black Circle" to proste, brudne, niemal punkowe utwory. Podobnych kawałków jest tu jeszcze kilka ("Whipping", "Satan's Bed"), można je uznać za hołd dla zmarłego kilka miesięcy przed nagraniem "Vitalogy" lidera Nirvany, Kurta Cobaina. W takim wydaniu Pearl Jam jednak nie wypada zbyt interesująco, a wręcz słabo. O wiele lepiej wypadają utwory bardziej typowe dla grupy, bardziej melodyjne. Jak "Not for You", "Tremor Christ", "Corduroy", a zwłaszcza "Better Man", który po spokojnej części fajnie się rozkręca. Jeszcze bardziej udane są ballady ("Nothingman", "Immortality"). Jednak mimo kilku wspaniałych utworów, "Vitalogy" jako całość nie jest zbyt udany. Więcej tu fragmentów nietypowych i dziwnych ("Pry, To", "Bugs", "Aye Davanita", "Hey Foxymophandlemama"), niż... Pearl Jamu.

Ocena: 7/10



Pearl Jam - "Vitalogy" (1994)

1. Last Exit; 2. Spin the Black Circle; 3. Not for You; 4. Tremor Christ; 5. Nothingman; 6. Whipping; 7. Pry, To; 8. Corduroy; 9. Bugs; 10. Satan's Bed; 11. Better Man; 12. Aye Davanita; 13. Immortality; 14. Hey Foxymophandlemama, That's Me

Skład: Eddie Vedder - wokal i gitara; Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara; Jeff Ament - bass; Dave Abbruzzese - perkusja
Producent: Brendan O'Brien i Pearl Jam


5 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "Vs." (1993)



Drugi album Pearl Jam od debiutanckiego "Ten" różni się przede wszystkim brzmieniem, producent Brendan O'Brien zadbał, żeby było odpowiednio przejrzyste. Sama muzyka aż tak bardzo się nie zmieniła, chociaż zespół wzbogacił swoje środki wyrazu, czasem zahaczając o funk ("Animal", "Blood", "Rats"), kiedy indziej proponując akustyczne ballady ("Daughter", "Eldery Woman Behind the Counter in a Small Town"). Sporym zaskoczeniem jest finałowy "Indifference", spokojny utwór w klimacie lat 70-ych, z wyraźnym basem i organami w tle. Na albumie przeważają jednak utwory czadowe, jak niesamowicie chwytliwy "Rearviewmirror" oraz pozostające nieco w jego cieniu "Go", "Dissident" i "Leash".

Pod wieloma względami "Vs." przewyższa "Ten", nie zawiera jednak tak ponadczasowych przebojów jak poprzedni album. Najbardziej znane "Daughter" i "Rearviewmirror" to po prostu bardzo dobre utwory, podczas gdy "Alive" i "Jeremy" stały się hymnami pokolenia grunge'u.

Ocena: 9/10



Pearl Jam - "Vs." (1993)

1. Go; 2. Animal; 3. Daughter; 4. Glorified G; 5. Dissident; 6. W.M.A.; 7. Blood; 8. Rearviewmirror; 9. Rats; 10. Eldery Woman Behind the Counter in a Small Town; 11. Leash; 12. Indifference

Skład: Eddie Vedder - wokal i gitara; Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara; Jeff Ament - bass; Dave Abbruzzese - perkusja
Producent: Brendan O'Brien i Pearl Jam


4 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "Ten" (1991)



Pearl Jam, podobnie jak każdy zespół zaliczany do grunge'u, już od początku działalności posiadał swój własny unikalny styl. W przeciwieństwie do bliższych metalu Soundgarden i Alice in Chains czy punkowej Nirvany, w tym przypadku najbliżej było do tradycyjnego hard rocka i klasycznego rocka. Dzięki głębokiemu głosowi Eddiego Veddera i nieprzeciętnym - widocznych nawet pod warstwą grunge'owego brudu - umiejętnościom muzyków, już podczas pierwszej wspólnej sesji udało się stworzyć dzieło wybitne. "Ten" to album znacznie bardziej dojrzały od debiutów wyżej wymienionych grup. Mimo dużej aktywności twórczej zespołu przez kolejne 20 lat, to ten longplay pozostaje ich największym dokonaniem.

Okładka wydania winylowego.
Dojrzałość "Ten" nie objawia się w zróżnicowaniu albumu. Co prawda, są tu zarówno utwory czadowe ("Even Flow", "Why Go"), jak i poruszające ballady ("Black", "Garden"), jednak wszystkie charakteryzuje surowe, duszne brzmienie. O dojrzałości świadczą przede wszystkim same utwory, o których dzisiaj już można powiedzieć - ponadczasowe. Jak "Alive" z zdającą się ciągnąć w nieskończoność, świetną solówką Mike'a McCready'ego - najwspanialszy grunge'owy hymn, przy którym "Smells Like Teen Spirit" Nirvany  jest niczym więcej niż radiowym hitem. Albo "Jeremy", który za sprawą tekstu (o chłopcu, który zastrzelił się na oczach swojej klasy) i kontrowersyjnego teledysku, przyczynił się do wzrostu zainteresowania zespołem. Muzycznie jest to także utwór ciekawy, zwłaszcza wstęp grany przez Jeffa Amenta na 12-strunowym basie. Innym wspaniałym utworem jest wspomniany "Black" - jedna z najpiękniejszych ballad lat 90-ych. Ale właściwie każdy z tych 11 utworów zasługuje na uwagę.

Zespół stworzył zresztą tyle świetnego materiału, że nie wszystkie najlepsze utwory zmieściły się na płycie. Najbardziej szkoda "Yellow Ledbetter", ballady w stylu Jimiego Hendrixa (trafiła na stronę B singla "Jeremy") oraz dynamicznego, niezwykle chwytliwego "State of Love and Trust" (jego późniejsza, lepsza wersja trafiła na soundtrack "Singles" z 1992 roku, a oryginalna na reedycję "Ten" z 2009). Innym wartym uwagi utworem z tamtego okresu jest przebojowy "Brother" (obecny na wspomnianej reedycji, wcześniej znany tylko w wersji instrumentalnej, zamieszczonej na kompilacji "Lost Dogs").

Ocena: 8/10



Pearl Jam - "Ten" (1991)

1. Once; 2. Even Flow; 3. Alive; 4. Why Go; 5. Black; 6. Jeremy; 7. Oceans; 8. Porch; 9. Garden; 10. Deep; 11. Release

Skład: Eddie Vedder - wokal; Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara; Jeff Ament - bass; Dave Krusen - perkusja
Producent: Rick Parashar i Pearl Jam


3 października 2012

[Recenzja] Temple of the Dog - "Temple of the Dog" (1991)



Temple of the Dog był jednorazowym projektem, mającym na celu upamiętnienie Andy'ego Wooda, zmarłego w 1990 roku wokalistę Mother Love Bone. Na pomysł nagrania tego albumu (początkowo tylko singla) wpadł wokalista Soundgarden, Chris Cornell. Do współpracy zaprosił perkusistę swojej grupy, Matta Camerona, oraz byłych muzyków Mother Love Bone, Stone'a Gossarda i Jeffa Amenta. Składu dopełnił gitarzysta Mike McCready. W czasie powstawania albumu instrumentaliści stworzyli kilka utworów nie pasujących do Temple of the Dog - trafiły one do repertuaru założonej równolegle grupy Pearl Jam, w której składzie znaleźli się Gossard, Ament i McCready (od 1998 roku gra w niej także Cameron). W kilku utworach na "Temple of the Dog" w roli drugiego wokalisty pojawił się także przyszły frontman Pearl Jam, Eddie Vedder.

Muzyka zawarta na "Temple of the Dog", w większości napisana przez Cornella, znacznie różni się od tego, co tworzył z Soundgarden - lżejsza, klasycznie rockowa. Przeważają utwory spokojniejsze, balladowe, przejmująco zaśpiewane ("Say Hello 2 Heaven", "Call Me a Dog", "Wooden Jesus"). W bardziej dynamicznych fragmentach, też wielkiego czadu nie ma ("Pushin' Forward Back", "Your Saviour", "Four Walled World"), może poza 11-minutowym "Reach Down", będącym głównie popisem gitarzystów. Najważniejszym utworem jest natomiast singlowy "Hunger Strike", świetny duet Cornella z Vedderem.

"Temple of the Dog" to prawdopodobnie najpiękniejszy, najbardziej przejmujący album grunge'owy. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów zarówno Pearl Jam, jak i Chrisa Cornella.

Ocena: 8/10



Temple of the Dog - "Temple of the Dog" (1991)

1. Say Hello 2 Heaven; 2. Reach Down; 3. Hunger Strike; 4. Pushin' Forward Back; 5. Call Me a Dog; 6. Time of Trouble; 7. Wooden Jesus; 8. Your Saviour; 9. Four Walled World; 10. All Night Thing

Skład: Chris Cornell - wokal i gitara; Stone Gossard - gitara; Mike McCready - gitara; Jeff Ament - bass; Matt Cameron - perkusja
Gościnnie: Eddie Vedder - wokal (3,4,8,9)
Producent: Rick Parashar i Temple of the Dog


2 października 2012

[Recenzja] Soundgarden - "Down on the Upside" (1996)



16 utworów spokojnie wystarczyłoby na dwa albumy. Inna sprawa, że "Down on the Upside" nawet po skróceniu o połowę, byłby mało ciekawy. Po sabbathowych riffach i ciężarze poprzednich płyt Soundgarden zostało tylko wspomnienie. Nawet w porównaniu z "Superuknown" jego następca brzmi znacznie łagodniej, a przy tym mniej chwytliwie. Przeważają utwory spokojne, balladowe, a mocniejszym bliżej do alternatywnego rocka niż metalowej odmiany grunge'u ("Pretty Noose", "Rhisosaur"), a w najlepszym przypadku do punk rocka... wzbogaconego brzmieniem mandoliny ("Ty Cobb"). Oczywiście, jest tu też kilka bardziej udanych fragmentów, jak ballada "Blow Up the Outside World", dość ciężki - jak na ten album - "Tighter & Tighter", czy psychodeliczny "Overfloater". Jednak "Down on the Upside" pozostaje najmniej udanym albumem w dotychczasowej dyskografii grupy, która po jego wydaniu zawiesiła działalność na długie lata. Pozostaje mieć nadzieję, że przerwa wyszła zespołowi na dobre i zapowiadany na 13 listopada nowy album, "King Animal", okaże się znacznie lepszy.

Ocena: 4/10



Soundgarden - "Down on the Upside" (1996)

1. Pretty Noose; 2. Rhinosaur; 3. Zero Chance; 4. Dusty; 5. Ty Cobb; 6. Blow Up the Outside World; 7. Burden In My Hand; 8. Never Named; 9. Applebite; 10. Never the Machine Forever; 11. Tighter & Tighter; 12. No Attention; 13. Switch Opens; 14. Overfloater; 15. An Unkind; 16. Boot Camp

Skład: Chris Cornell - wokal i gitara; Kim Thayil - gitara; Ben Shepherd - bass; Matt Cameron - perkusja
Producent: Adam Kasper i Soundgarden


1 października 2012

[Recenzja] Soundgarden - "Superunknown" (1994)



"Superunknown" to już zupełnie inny Soundgarden. Bardziej melodyjny, piosenkowy, lżejszy. Zmiany widać najlepiej na przykładzie dwóch najbardziej znanych utworów pochodzących z tego albumu, psychodelicznej balladzie "Black Hole Sun" oraz "Fell on Black Days" - po prostu rockowej piosence, bliższej chociażby Pearl Jam, niż "Badmotorfinger". Zresztą w riffowych "Let Me Drown", "My Wave" czy "Spoonman" także melodyjność jest głównym wyznacznikiem - nie ciężar. Grupa nie rezygnuje jednak całkiem z ciężkiego brzmienia, czego przykładem "Mailman", w którym zwłaszcza Cornell wspina się na wyżyny swoich umiejętności. Z kolei "Head Down" przypomina o bardziej eksperymentalnej stronie twórczości grupy, a "Limo Wreck" - o inspiracji Black Sabbath.

Wyżej wymienione utwory świadczą o zróżnicowaniu albumu, ale też rozwoju zespołu. Problemem "Superunknown" jest jednak jego objętość - 15 utworów, o łącznym czasie 70 minut. To zdecydowanie za długo, tym bardziej, że od "The Day I Tried to Live" zaczyna nużyć. Ostatnim sześciu utworom nie można co prawda nic zarzucić (poza dziwnym "Half", śpiewanym przez basistę, Bena Shepherda - niepotrzebny żart, zaniżający poziom płyty), ale zespół powinien zostawić je na następny album, lub wydać EP. Najciekawiej z nich wypadają ostry i szybki "Kickstand" oraz wolny "4th the July". Mimo wszystko, "Superunknown" jest słusznie uznawany za jedno z największych dzieł - wówczas już mijającej - epoki grunge'u.

Ocena: 8/10



Soundgarden - "Superunknown" (1994)

1. Let Me Drown; 2. My Wave; 3. Fell on Black Days; 4. Mailman; 5. Superunknown; 6. Head Down; 7. Black Hole Sun; 8. Spoonman; 9. Limo Wreck; 10. The Day I Tried to Live; 11. Kickstand; 12. Fresh Tendrils; 13. 4th the July; 14. Half; 15. Like Suicide

Skład: Chris Cornell - wokal i gitara; Kim Thayil - gitara; Ben Shepherd - bass, perkusja (6), wokal i gitara (14); Matt Cameron - perkusja i melotron
Producent: Michael Beinhorn i Soundgarden