31 października 2012

[Recenzja] Metallica - "Load" (1996)



Muzycy Metalliki nie śpieszyli się z nagraniem następcy "Czarnego albumu". Gdy już jednak weszli do studia, nagrali tyle materiału, że wystarczyło go na dwa wypełnione po brzegi longplaye. "Load" to pierwszy z nich. Czternaście utworów i prawie równie osiemdziesiąt minut muzyki. Muzyki, która zdecydowanie nie przypadła do gustu wszystkim, którzy liczyli na powrót do cięższego brzmienia. Zespół postawił na rozwój i kontynuowanie drogi obranej na poprzednim wydawnictwie. Członkowie zespołu chłonęli wszelkie nowości w ciężkim graniu i dlatego wyraźnie słychać tu naleciałości grunge'owe (raczej z okolic Alice in Chains i Soundgarden, niż Nirvany i Pearl Jam) i stonerowe, ale muzycy dali też wyraz swojej fascynacji southern rockiem.

Wbrew powszechnym opiniom na albumie nie brakuje ciężaru (choć nie jest to już thrashowy ciężar), czego dowodem takie utwory, jak np. "2 X 4", "The House Jack Built", "King Nothing" i "Cure". Za to zdecydowanie więcej tu luzu, czego przykładem takie kawałki, jak "Ain't My Bitch" czy "Poor Twisted Me", w których pojawiają się - po raz pierwszy w karierze Metalliki - solówki grane techniką slide. Wszystkie wspomniane wyżej utwory mają także naprawdę chwytliwe, ale niebanalne melodie. Choć pod względem melodyjności zdecydowanie bezkonkurencyjne są singlowe "Until It Sleeps" i "Hero of the Day". Choć ten drugi nieco za bardzo ciąży w stronę popowego banału. Świetnie wypadają natomiast takie utwory, jak zaostrzona ballada "Bleeding Me" (pozbawiona typowej dla tego rodzaju nagrań schematyczności) i hipnotyzujący "The Outlaw Torn". Ciekawostką jest bluesujący "Ronnie", z fajnymi zagrywkami gitar, ale zbyt rozwleczony i kiepsko zaśpiewany. "Wasting My Hate" i "Thorn Within" są natomiast zwykłymi wypełniaczami, które niepotrzebnie wydłużają całość. Najbardziej kontrowersyjnym utworem jest jednak "Mama Said" - akustyczna ballada zalatująca country. Fajnie wypada tu partia wokalna, ale ogólnie utwór jest nieco zbyt przesłodzony.

"Load" jest naprawdę fajnym urozmaiceniem dyskografii Metalliki, lecz nie do końca udanym - zdecydowanie powinien zostać skrócony o kilka utworów, bo w drugiej połowie robi się nieco męczący. Gdyby nie ten mankament, dałbym mu nawet wyższą ocenę o jeden punkt. Na więcej nie zasługuje, bo choć nie brakuje tu bardzo przyjemnych utworów, to wybitnych fragmentów nie ma tu wcale.

Ocena: 6/10



Metallica - "Load" (1996)

1. Ain't My Bitch; 2. 2 X 4; 3. The House Jack Built; 4. Until It Sleeps; 5. King Nothing; 6. Hero of the Day; 7. Bleeding Me; 8. Cure; 9. Poor Twisted Me; 10. Wasting My Hate; 11. Mama Said; 12. Thorn Within; 13. Ronnie; 14. The Outlaw Torn

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Jason Newsted - bass; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Bob Rock, James Hetfield i Lars Urlich


30 października 2012

[Recenzja] Metallica - "Metallica" (aka "The Black Album") (1991)



Piąty longplay Metalliki - zwyczajowo zwany "Czarnym albumem", gdyż oficjalnego tytułu brak - okazał się punktem zwrotnym w karierze zespołu. Muzycy postanowili całkiem zerwać ze swoim thrashowymi korzeniami i nagrać znacznie bardziej przystępny, melodyjny i łagodniejszy album. Nie spodobało się to wielu fanom, którzy w efekcie oskarżali grupę o sprzedanie się i zaczęli ją bojkotować. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, bo nowa muzyka - z dużą pomocą medialnej promocji, zwłaszcza w MTV - przyciągnęła nowe, znacznie większe grono odbiorców.

Zmiana stylu okazała się strzałem w dziesiątkę nie tylko pod względem komercyjnym. Wpłynęła pozytywnie także na samą muzykę. Poprzedni w dyskografii "...And Justice for All" był świadectwem zagubienia zespołu po śmierci Cliffa Burtona - dobitnie pokazuje kompozytorskie braki pozostałych muzyków. Uproszczenie kompozycji było najbardziej logicznym wyjściem z tej sytuacji. Przy okazji ujawnił się talent muzyków do pisania całkiem zgrabnych przebojów. Singlowym "Enter Sandman", "The Unforgiven" i "Nothing Else Matters" nic nie można zarzuć - poza tym, że zostały niemiłosiernie ograne przez stacje radiowe i sam zespół na koncertach. Może dlatego bardziej przemawiają do mnie dwa pozostałe, mniej popularne single: cięższe, ale chwytliwe "Sad But True" i "Wherever I May Roam" (ten ostatni nabrał ciekawego klimatu za sprawą partii elektrycznego sitaru). Na pewno warto też wyróżnić "My Friend of Misery", będący przede wszystkim popisem Jasona Newsteda - tak, tym razem wyraźnie słychać partie basu, co jest zasługą nowego producenta, Boba Rocka.

To jednak tylko połowa utworów. Reszta już tak dobrze nie wypada. Ewentualnie można jeszcze wyróżnić "Of Wolf and Man" i "The God That Failed" (choć ten drugi momentami brzmi jak repryza "Sad But True"). "Don't Tread on Me" i "Through the Never" to już zwykłe wypełniacze, a najszybsze na płycie "Holier Than Thou" i "The Struggle Within" są po prostu nijakie i zaniżają poziom. Spokojnie można było pozbyć się przynajmniej tych dwóch ostatnich kawałków, bo album i tak jest bardzo długi, z czasem trwania przekraczającym godzinę.

Eponimiczny album Metalliki jest powszechnie uznawany za klasykę muzyki rockowej, a co za tym idzie, często można spotkać ze skrajnymi opiniami na jego temat. Z jednej strony niesłusznie krytykuje się go za złagodzenie brzmienia - bo to akurat wyszło na dobre, muzycy właściwie zaczęli mierzyć siły na zamiary. A z drugiej - zbyt często uznawany jest za nie wiadomo jak wielkie arcydzieło (w czym przoduje pewien polski miesięcznik, kłamliwie określający się jedynym pismem rockowym w Polsce), choć w rzeczywistości jest to dość nierówny longplay, który w najgorszych momentach nie jest może jakimś badziewiem, ale w najlepszych nie jest niczym więcej, niż fajnym zbiorem mainstreamowych kawałków.

Ocena: 7/10



Metallica - "Metallica"  (1991)

1. Ender Sandman; 2. Sad But True; 3. Holier Than Thou; 4. The Unforgiven; 5. Wherever I May Roam; 6. Don't Tread on Me; 7. Through the Never; 8. Nothing Else Matters; 9. Of Wolf and Man; 10. The God That Failed; 11. My Friend of Misery; 12 The Struggle Within

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara, sitar elektryczny (5); Jason Newsted - bass; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Bob Rock, James Hetfield i Lars Urlich


29 października 2012

[Recenzja] Metallica - "...And Justice for All" (1988)



Album "Master of Puppets" osiągnął wieli sukces, czyniąc Metallikę jednym z najbardziej popularnych zespołów. Potwierdzeniem statu zespołu była możliwość supportowania Ozzy'ego Osbourne'a na jego amerykańskiej trasie. Następnie zespół udał się do Europy, gdzie grał trasę już jako headliner. Niestety, podczas pobytu w Szwecji doszło do tragicznego wypadku autokaru grupy, w wyniku którego zginął Cliff Burton. Pozostali muzycy postanowili jednak kontynuować karierę, a nowym basistą został Jason Newsted. Pierwszym wydawnictwem z nowym muzykiem była EPka "The $5.98 E.P. / $9.98 CD: Garage Days Re-Revisited", zawierająca same covery, a już rok później ukazał się album z premierowym materiałem, zatytułowany "...And Justice for All".

Longplay jest wyraźnie słabszy od poprzednich. Wielkim rozczarowaniem jest już samo brzmienie, z suchymi gitarami, płaską perkusją i zupełnie niesłyszalnym basem. Jeżeli zespół chciał w ten sposób podkreślić stratę basisty, zrobił to zupełnie niepotrzebnie - brak Burtona jest i tak od razu wyczuwalny. Ponieważ był on nie tylko świetnym basistą, ale - jako jedyny członek zespołu znający teorię muzyki - miał też umiejętność nadawania ciekawszego kształtu kompozytorskim pomysłom pozostałych muzyków. Podczas tworzenia "...And Justice for All" zabrakło kogoś, kto zająłby się oszlifowaniem utworów, przez co zwykle brzmią bardzo topornie, ociężale, a czasem po prostu chaotycznie.

Braki kompozytorskie i aranzacyjne Hetfielda, Ulricha i Hammeta słychać szczególnie w dziesięciominutowym utworze tytułowym, pełnym różnych przejść i zmian motywów, które zbyt często się powtarzają, a całość wyraźnie się nie klei. Albo w "One", w którym bardzo zgrabna część balladowa kontrastuje z kompletnie pozbawionym finezji, chaotycznym przyśpieszeniem. Albo "To Live Is to Die" (hołd dla Burtona, w którym Hetfield recytuje wiersz napisany przez zmarłego kolegę), z naprawdę ładnymi łagodniejszymi fragmentami i świetnymi solówkami, ale też z wyjątkowo topornymi riffami i perkusją. Przykłady można mnożyć. Potencjału na dobre utwory tutaj nie brakuje - poza powyższymi utworami warto wymienić "Blackened", "Eye of the Beholder" i "Harvester of Sorrow". Jednak przez specyficzną produkcję i brak szlifu, sprawiają wrażenie bardzo ociężałych, pozbawionych energii. Nieco więcej życia pojawia się dopiero w rozpędzonym finale albumu, "Dyers Eve".

"...And Justice for All" jest wyraźną oznaką kryzysu. Brak Cliffa Burtona zdecydowanie negatywnie wpłynął na kształt tego albumu. Mimo wszystko, mam do niego spory sentyment - był to pierwszy album Metalliki, jaki poznałem. Kupiłem go zupełnie w ciemno, praktycznie nie znając jego zawartości (kiedyś słyszałem "One", ale już go nawet nie pamiętałem). Nie spodziewałem się aż tak ciężkiej muzyki, jednak szybko się do niej przekonałem i przez miesiąc czy dwa nie słuchałem niczego innego, oprócz tego albumu.

Ocena: 7/10



Metallica - "...And Justice for All" (1988)

1. Blackened; 2. ...And Justice for All; 3. Eye of the Beholder; 4. One; 5. The Shortest Straw; 6. Harvester of Sorrow; 7. The Frayed Ends of Sanity; 8. To Live Is to Die; 9. Dyers Eve

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Lars Ulrich - perkusja; Jason Newsted
Producent: Flemming Rasmussen i Metallica


28 października 2012

[Recenzja] Metallica - "Master of Puppets" (1986)



Jeden z najsłynniejszych albumów metalowych. Cieszący się uznaniem także wśród osób nie słuchających tak ciężkiej muzyki na co dzień. To dlatego, że "Master of Puppets" to nie tylko metalowe łojenie, ale także przemyślane kompozycje i dobre melodie. Styl zespołu dojrzał, podobnie jak sami muzycy (w końcu zmężniał głos Hetfielda), co słychać nawet w tych bardziej agresywnych utworach. "Master of Puppets" nie wziął się jednak znikąd. Zespół po prostu rozwinął pomysły z poprzedniego longplaya.

Nawet struktura albumu jest niemal identyczna. Zwłaszcza pierwsza strona: na otwarcie rozpędzony, agresywny utwór z akustycznym wstępem ("Battery"), potem utwór tytułowy ("Master of Puppets"), następnie bardziej melodyjny kawałek ("The Thing That Should Not Be") i na koniec mocna ballada ("Welcome Home (Sanitarium)"). Każdy z nich brzmi dużo dojrzalej od swojego pierwowzoru. I o ile dwa ostatnie stawiam mniej więcej na równi z ich odpowiednikami z "Ride the Lightning", tak dwa pierwsze zdecydowanie wyżej. Niestety, druga strona znów wypada słabiej - zespół ponownie wrzucił tutaj parę wypełniaczy ("Disposable Heroes" i "Leper Messiah" - oba nieco ciekawsze od odpowiedników z poprzednika, ale i tak średnie) i długi utwór instrumentalny ("Orion", który nie oferuje niczego ciekawego, poza solówką Burtona). Poza tym, na poprzednim albumie pomiędzy słabszymi utworami umieszczony był świetny "Creeping Death", a tutaj ledwie przyzwoity "Damage Inc." (obok otwieracza najbardziej agresywny fragment albumu).

Mimo powtórzenia sprawdzonego schematu, "Master of Puppets" to naprawdę udany album, ciekawie rozwijający patenty z poprzednika. Znalazły się tu jedne z najbardziej rozpoznawalnych -i najlepszych - utworów zespołu. Choć nie obyło się też bez kilku słabszych momentów.

Ocena: 8/10



Metallica - "Master of Puppets" (1986)

1. Battery; 2. Master of Puppets; 3. The Thing That Should Not Be; 4. Welcome Home (Sanitarium); 5. Disposable Heroes; 6. Leper Messiah; 7. Orion; 8. Damage Inc.

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Cliff Burton - bass; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Metallica i Flemming Rasmussen


27 października 2012

[Recenzja] Metallica - "Ride the Lightning" (1984)



W ciągu roku dzielącego wydanie "Ride the Lightning" od premiery debiutanckiego "Kill 'em All", muzycy Metalliki poczynili znaczne postępy. Przede wszystkim jako kompozytorzy. Drugi album zespołu brzmi znacznie bardziej dojrzale i różnorodnie, choć wciąż słychać tu tę młodzieńczą energię i agresję. Na żadnym innym albumie sygnowanym tą nazwą nie ma tak dobrze wyważonych proporcji pomiędzy tymi dwoma elementami.

Akustyczny wstęp "Fight Fire with Fire" to tylko zmyłka - dalej zespół gra nawet bardziej zajadle, niż na poprzednim albumie. Utwór tytułowy nie jest dużo łagodniejszy. Oba mogłyby być mocnymi momentami debiutu. Ale już "For Whom the Bell Tolls" zaskakuje pomysłowym wstępem i bardziej wyrazistą melodią. Prawdziwym ciosem dla fanów metalowej łupanki okazał się natomiast "Fade to Black" - pierwsza w repertuarze zespołu ballada. Nie żadne tam smęcenie, po prostu bardzo ładny utwór, który dzięki zaostrzeniom nie odstaje wcale od reszty longplaya. Za to łagodniejsze momenty są bardzo fajnym urozmaiceniem całości. Druga strona albumu niestety nie robi tak dobrego wrażenia - z wyjątkiem mocarnego "Creeping Death", który świetnie łączy prawdziwy ciężar i... chwytliwą melodię. No dobrze, jest jeszcze instrumentalny "The Call of Ktulu", w którym zespół próbuje grać bardziej progresywnie. Jak na metalowców, wyszło im to całkiem nieźle. Ale już "Trapped Under Ice" i "Escape" to niestety zwykłe wypełniacze, sztampowe łupanki.

"Ride the Ligtning" to zdecydowanie mój ulubiony album Metalliki. Nagrywając go, muzycy wciąż byli bardzo młodzi i niedoświadczeni, co uzasadnia tą całą szczeniacką agresję, a przy okazji dodaje całości niesamowitej energii. Z drugiej strony, słychać tutaj, że stają się coraz lepszymi muzykami (oprócz Urlicha) i kompozytorami. Rozwój zespołu postępował wraz z kolejnymi wydawnictwami, ale im jego członkowie stawali się większymi profesjonalistami, tym mniej było słychać radości i chęci grania. Tutaj przeważa jeszcze to drugie, dzięki czemu "Ride the Lightning" jest tak dobrym albumem.

Ocena: 8/10



Metallica - "Ride the Lightning" (1984)

1. Fight Fire with Fire; 2. Ride the Lightning; 3. For Whom the Bell Tolls; 4. Fade to Black; 5. Trapped Under Ice; 6. Escape; 7. Creeping Death; 8. The Call of Ktulu

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Cliff Burton - bass; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Metallica, Flemming Rasmussen i Mark Whitaker


26 października 2012

[Recenzja] Metallica - "Kill 'em All" (1983)



Metallica skończyła się na "Kill 'em All" - to zdanie pojawia się praktycznie w każdej dyskusji na temat amerykańskiego zespołu. Faktem jest, że debiutancki album grupy rzeczywiście wyróżnia się na tle jej dyskografii. Już nigdy później muzycy nie grali tak agresywnej i bezkompromisowej muzyki, będącej połączeniem metalowego ciężaru i punkowego tempa. "Kill 'em All" to album, który zapoczątkował nowy styl ciężkiego grania, zwany thrash metalem. Całość aż kipi od młodzieńczej energii, jednak wyraźnie słychać też brak doświadczenia muzyków. Dominuje tu raczej toporne, proste metalowe granie (np. "Hit the Lights", "Motorbreath", "Whiplash"), ze szczeniackim wokalem Jamesa Hetfielda, prymitywną grą na perkusji Larsa Urlicha i chaotycznymi solówkami Kirka Hammeta. Jedynie basista Cliff Burton dysponował nieco większymi umiejętnościami, co najlepiej słychać w jego solowym popisie w pierwszej połowie instrumentalnego "(Anesthesia) Pulling Teeth" (w drugiej dołącza do niego Urlich i robi się zdecydowanie mniej ciekawie). Z drugiej strony, już tutaj słychać przebłyski większej dojrzałości kompozytorskiej, czego przykładem takie utwory, jak "The Four Horsemen", "Seek & Destroy" i "Phantom Lord". Dwa pierwsze są zresztą wciąż chętnie wykonywane przez zespół podczas koncertów.

"Kill 'em All" to bez wątpienia jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych metalowych albumów. Pomimo pewnych niedostatków, nadrabia swoją żywiołowością i świeżym podejściem muzyków. Jednak tak naprawdę, Metallica wcale na tym albumie się nie skończyła, a dopiero rozkręcała, by na następnych albumach pokazać na co naprawdę ją stać.

Ocena: 7/10



Metallica - "Kill 'em All" (1983)

1. Hit the Lights; 2. The Four Horsemen; 3. Motorbreath; 4. Jump in the Fire; 5. (Anesthesia) Pulling Teeth; 6. Whiplash; 7. Phantom Lord; 8. No Remorse; 9. Seek & Destroy; 10. Metal Milita

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Cliff Burton - bass; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Paul Curcio


25 października 2012

[Recenzja] Slayer - "World Painted Blood" (2009)




"World Painted Blood" został nagrany w tym samym składzie co poprzedni longplay, ale nie wypada już tak przekonująco. Właściwie tylko dla dwóch utworów warto zapoznać się z tym wydawnictwem. Pierwszy z nich to otwierający całość tytułowy "World Painted Blood". Złowieszcze riffy, średnie (jak na ten zespół) tempo, dość melodyjny refren oraz świetne przejście z mówioną partią wokalną - to wszystko razem składa się na jeden z najlepszych utworów w repertuarze grupy. Drugi z ciekawszych fragmentów longplaya, "Playing with Dolls", już tak rewelacyjny nie jest, aczkolwiek zwraca uwagę dość łagodnymi gitarami w zwrotkach. Jeżeli chodzi o resztę albumu, to właściwie tylko do "Americon" można się przyczepić - za bardzo przypomina eksperymenty zespołu z unowocześnianiem brzmienia (albumy "Diabolus in Musica" i "God Hates Us All). Natomiast cała reszta to solidne, typowo slayerowe kawałki. Brakuje w nich jednak czegoś, co by je wyróżniało.

Ocena: 5/10



Slayer - "World Painted Blood" (2009)

1. World Painted Blood; 2. Unit 731; 3. Snuff; 4. Beauty Through Order; 5. Hate Worldwide; 6. Public Display of Dismemberment; 7. Human Strain; 8. Americon; 9. Psychopathy Red; 10. Playing with Dolls; 11. Not of This God

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Jeff Hanneman - gitara; Kerry King - gitara; Dave Lombardo - perkusja
Producent: Greg Fidelman


24 października 2012

[Recenzja] Slayer - "Christ Illusion" (2006)



Do składu powrócił Dave Lombardo i zespół od razu nagrał album na poziomie swoich klasycznych dzieł z lat 1986-90. Słuchając wściekłych "Flesh Storm" czy "Cult" można mieć wątpliwości czy to na pewno kawałki z 2006 roku, czy może pozostałości po sesji nagraniowej "Reign in Blood". Z drugiej strony są tu także takie utwory, jak "Jihad", z nietypowym, spokojnym wstępem, czy wolny, miażdżący "Catatonic". Najlepsze fragmenty "Christ Illusion" to natomiast: szybki "Catalyst" z zabójczymi, wolniejszymi fragmentami; dość melodyjny "Black Serenade"; oraz wydany na singlu "Eyes of the Insane". Ten ostatni zdobył nagrodę Grammy za "Najlepsze metalowe wykonanie 2006". Co ciekawe, rok później tego samego zaszczytu dostąpił utwór "Final Six" - bonus w niektórych wydaniach albumu. Cały longplay okazał się natomiast największym sukcesem zespołu od czasu "Divine Intervention". "Christ Illusion" udowadnia, że po 25 latach kariery wciąż można być w najwyższej formie.

Ocena: 8/10



Slayer - "Christ Illusion" (2006)

1. Flesh Storm; 2. Catalyst; 3. Skeleton Christ; 4. Eyes of the Insane; 5. Jihad; 6. Consfearacy; 7. Catatonic; 8. Black Serenade; 9. Cult; 10. Supremist

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Jeff Hanneman - gitara; Kerry King - gitara; Dave Lombardo - perkusja
Producent: Rick Rubin i Josh Abraham


23 października 2012

[Recenzja] Slayer - "God Hates Us All" (2001)



Niektórzy uznają "God Hates Us All" za najlepszy album grupy, w którego nagrywaniu brał udział Paul Bostaph. Ten tytuł należy się jednak "Divine Intervention". Bo omawiany tu album jest niestety kontynuacją eksperymentalnego "Diabolus in Musica". Fakt, że więcej tutaj brutalności i agresji, momentami grupa nawet zbliża się do swoich klasycznych dokonań (rozpędzone "Disciple" i "Payback", wolniejszy "Bloodline"). Wciąż jednak bardzo mocno słyszalne są wpływy nowoczesnych odmian metalu. Na czym materiał bardzo traci, bo taki "God Send Death" byłby całkiem niezły, gdyby nie został na siłę unowocześniony. Nic za to nie uratowałoby "Threshold" - to czysty nu metal, w stylu Slipknot (sam Kerry King zachwycał się tą grupą, co wyklucza przypadek). Na tle całości jakoś się jeszcze broni "Seven Faces" z ciężkimi riffami i łagodniejszymi wstawkami - cóż jednak z tego, skoro w porównaniu ze starszymi utworami tego typu wypada bardzo blado. Tak jak cały album.

Ocena: 5/10



Slayer - "God Hates Us All" (2001)

1. Darkness of Christ; 2. Disciple; 3. God Send Death; 4. New Faith; 5. Cast Down; 6. Threshold; 7. Exile; 8. Seven Faces; 9. Bloodline; 10. Deviance; 11. War Zone; 12. Here Comes the Pain; 13. Payback

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Jeff Hanneman - gitara; Kerry King - gitara; Paul Bostaph - perkusja
Producent: Matt Hyde


22 października 2012

[Recenzja] Slayer - "Diabolus in Musica" (1998)



"Bitter Peace" rozpoczyna się od długiego, wolnego i bardzo ciężkiego wstępu, po półtorej minuty utwór wchodzi jednak na znacznie szybsze obroty. Kontrowersje budzi jednak partia wokalna, momentami niebezpiecznie zbliżająca się do skandowania charakterystycznego dla modnych wówczas stylistyk zwanych rap metalem i nu metalem. Kolejny na płycie "Death's Head" ostatecznie potwierdza, że muzycy postanowili na "Diabolus in Musica" pójść za współczesnymi trendami. Efekty takiego podejścia są różne. Utwory "Stain of Mind" czy "Love to Hate" (świetnie wykrzyczany przez Arayę) pozostawiają daleko w tyle prekursorów takiego grania. A jednym z najciekawszych fragmentów jest z pewnością "Desire", z mruczącym wokalem w zwrotkach i bardzo chwytliwym, śpiewanym refrenem. Ale przeważnie zawartość albumu jest znacznie poniżej poziomu, do którego przyzwyczaiła ta grupa (np. "Death's Head", "Overt Enemy", "Scrum"). Na szczęście grupa nie wyrzeka się całkiem swojego dotychczasowego stylu (thrashowe "Perversions of Pain" i "Screaming from the Sky"). Całość pozostawia mieszane odczucia.

Ocena: 6/10



Slayer - "Diabolus in Musica" (1998)

1. Bitter Peace; 2. Death's Head; 3. Stain of Mind; 4. Overt Enemy; 5. Perversions of Pain; 6. Love to Hate; 7. Desire; 8. In the Name of God; 9. Scrum; 10. Screaming from the Sky; 11. Point

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Jeff Hanneman - gitara; Kerry King - gitara; Paul Bostaph - perkusja
Producent: Slayer i Rick Rubin


21 października 2012

[Recenzja] Slayer - "Undisputed Attitude" (1996)



Album z coverami. Początkowo zawierać miał przeróbki wykonawców heavymetalowych i hardrockowych, muzycy wymieniali takie nazwy, jak Deep Purple, UFO, Judas Priest... Podobno nie brzmiało to zbyt dobrze (trudno w to jednak uwierzyć, słuchając nagranych niedługo później, świetnych coverów "Hand of Doom" Black Sabbath i "Born to Be Wild" Steppenwolf), więc ostatecznie na "Undisputed Attitude" trafiły przeróbki kawałków punkrockowych. Rezultat jest dość kiepski - wszystkie kawałki są utrzymane w tym samym tempie, a Tom Araya w każdym krzyczy dokładnie w ten sam sposób, przez co zupełnie nie da się ich od siebie odróżnić. Nawet dwa utwory Jeffa Hannemana wygrzebane z archiwum - napisane jeszcze w latach 80. "Can't Stand You" i "DDAMM" - zlewają się w całość z resztą. Dopiero na sam koniec pojawia się urozmaicenie, w postaci jedynego nowego utworu - napisanego przez Kerry'ego Kinga i Toma Arayę "Gemini". To jeden z najciekawszych i najlepszych utworów w dyskografii grupy, bardzo wolny, wgniatający w ziemię sabbathowym ciężarem i mrokiem, z wyjątkowo melodyjną partią wokalną. Prawdziwa perła na kompletnie niepotrzebnym wydawnictwie.

Ocena: 4/10



Slayer - "Undisputed Attitude" (1996)

1. Disintegration/Free Money; 2. Verbal Abuse/Leeches; 3. Abolish Government/Superficial Love; 4. Can't Stand You; 5. DDAMM; 6. Guilty of Being White; 7. I Hate You; 8. Filler/I Don't Want to Hear It; 9. Spiritual Law; 10. Mr. Freeze; 11. Violent Pacification; 12. Richard Hung Himself; 13. I'm Gonna Be Your God; 14. Gemini

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Jeff Hanneman - gitara; Kerry King - gitara; Paul Bostaph - perkusja
Producent: Dave Sardy i Slayer


20 października 2012

[Recenzja] Slayer - "Divine Intervention" (1994)



Z zespołem rozstał się perkusista Dave Lombardo, ale nie wpłynęło to na zmianę muzycznego wizerunku grupy. Paul Bostaph okazał się dobrym następcą Lombardo, a "Divine Intervention" to wciąż bardzo brutalne, thrashowe granie. Czasem z naciskiem na miażdżący ciężar, osiągnięty dzięki lekkiemu zwolnieniu tempa ("Killing Fields", tytułowy "Divine Intervention", "SS-3", "213"), ale rozpędzonych do granic możliwości kawałków też nie brakuje (np. "Sex. Murder. Art.", "Dittohead", "Circle of Beliefs", "Mind Control"). Zaskoczeniem jest na pewno balladowy wstęp "213", ale to tylko zmyłka - po czterdziestu sekundach do łagodnego motywu dochodzi sabbathowy riff, a niedługo później kawałek nabiera właściwego dla tej grupy tempa i ciężaru. Chociaż na tle utworów z "Reign in Blood" wypada bardzo... melodyjnie, wręcz przebojowo (jak na ten styl). Najbardziej nietypowym kawałkiem jest jednak "Serenity in Murder", wyróżniający się łagodnym śpiewem Toma Arayi we zwrotkach (w refrenie wydziera się już w typowym dla siebie stylu). A wszystko to razem składa się po prostu na solidny, slayerowy album. Na pewno nie najlepszy w dyskografii, ale wstydu grupie nie przynosi nawet przez sekundę.

Ocena: 7/10



Slayer - "Divine Intervention" (1994)

1. Killing Fields; 2. Sex. Murder. Art.; 3. Fictional Reality; 4. Dittohead; 5. Divine Intervention; 6. Circle of Beliefs; 7. SS-3; 8. Serenity in Murder; 9. 213; 10. Mind Control

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Jeff Hanneman - gitara; Kerry King - gitara; Paul Bostaph - perkusja
Producent: Toby Wright i Slayer


19 października 2012

[Recenzja] Slayer - "Seasons in the Abyss" (1990)



"Seasons in the Abyss" to szczytowe osiągnięcie grupy. To właśnie na tym albumie Slayer osiągnął idealną równowagę między agresją, a melodyjnością. W przeciwieństwie do poprzedniego albumu, oba te elementy nie występują na przemian, a przeważnie jednocześnie, jak w "War Ensemble" czy "Blood Red". "Spirit in Black" przypomina Metallikę z albumu "Master of Puppets", a konkretnie utwór tytułowy - w pamięć zapada równie mocno, choć czadu jest znacznie więcej. "Expendable Youth" i wolny "Dead Skin Mask" to utwory w klimacie poprzedniej płyty, w których zespół bardziej stawia na ciężar, niż prędkość, a Tom Araya śpiewa wyjątkowo łagodnie jak na siebie. Zaraz po nich rozbrzmiewa szaleńczo rozpędzony "Hallowed Point". "Temptation" i "Born of Fire" to kolejne przykłady bardziej agresywnego oblicza grupy. Album kończy jednak wolniejszy utwór tytułowy, "Seasons in the Abyss" - slayerowe opus magnum, najdoskonalsza kompozycja w całym dorobku grupy.

Ocena: 8/10



Slayer - "Seasons in the Abyss" (1990)

1. War Ensemble; 2. Blood Red; 3. Spirit in Black; 4. Expendable Youth; 5. Dead Skin Mask; 6. Hallowed Point; 7. Skeletons of Society; 8. Temptation; 9. Born of Fire; 10. Seasons in the Abyss

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Jeff Hanneman - gitara; Kerry King - gitara; Dave Lombardo - perkusja
Producent: Rick Rubin, Andy Wallance i Slayer


18 października 2012

[Recenzja] Slayer - "South of Heaven" (1988)



Ciężko byłoby nagrać album równie agresywny co "Reign in Blood", nie schodząc przy okazji z jego wysokiego poziomu. Nic więc dziwnego, ze na kolejnym albumie muzycy grupy postanowili zaprezentować zupełnie inne oblicze, będące wręcz przeciwieństwem "Reign". "South of Heaven" to wciąż czysty thrash metal, ale utwory są wolniejsze, dłuższe i bardziej melodyjne. Utwór tytułowy - jeden z najbardziej znanych w repertuarze grupy - po klimatycznym początku coraz bardziej wgniata w ziemię swym ciężarem. We wstępie podobnie zbudowanego "Spill the Blood" słychać nawet nieprzesterowane gitary. W takim obliczu Slayer wypada bardzo interesująco. Szybszy "Silent Scream" nie wypada przekonująco przez nie pasujący do niego melodyjny wokal. Ten za to świetnie sprawdza się w średnich - pod względem tempa - "Behind the Crooked Cross" i "Mandatory Suicide". W drugiej połowie albumu powraca agresja poprzedniej płyty, nie tylko w warstwie muzycznej ("Cleanse the Soul"), ale także wokalnej ("Ghost of War", "Read Between the Lines"). Ponadto na "South of Heaven" znalazła się niezbyt udana przeróbka "Dissident Aggressor" Judas Priest - co ciekawe, lżejsza od oryginału.

Ocena: 7/10



Slayer - "South of Heaven" (1988)

1. South of Heaven; 2. Silent Scream; 3. Live Undead; 4. Behind the Crooked Cross; 5. Mandatory Suicide; 6. Ghost of War; 7. Read Between the Lines; 8. Cleanse the Soul; 9. Dissident Aggressor; 10. Spill the Blood

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Jeff Hanneman - gitara; Kerry King - gitara; Dave Lombardo - perkusja
Producent: Rick Rubin i Slayer


17 października 2012

[Recenzja] Slayer - "Reign in Blood" (1986)



W chwili wydania był to najbardziej brutalny, najbardziej ekstremalny album w historii muzyki. Na "Reign in Blood" - trzecim studyjnym albumie Slayer - metalowy ciężar spotkał się z hardcore'ową prędkością i bezkompromisowością. Na album trafiło 10 utworów o łącznym czasie poniżej pół godziny - tak intensywnej muzyki w większej dawce nie dałoby się wysłuchać. Tym bardziej, ze jedynym urozmaiceniem i uspokojeniem są efekty dźwiękowe (odgłosy deszczu i burzy) poprzedzające i kończące "Raining Blood". Jednak na tle dzisiejszego ekstremalnego metalu "Reign in Blood" zachwyca... melodyjnością! Kompozycje są przemyślane, a chociaż Tom Araya wykrzykuje teksty z prędkością CKMu, to nie ma problemu ze zrozumieniem go - w przeciwieństwie do współczesnych przedstawicieli najcięższych odmian metalu, preferujących growl lub inny niezrozumiały bulgot. Na "Reign in Blood" wyróżniają się zwłaszcza dwa, prawie dwukrotnie dłuższe od pozostałych, utwory. Są to otwierający album "Angel of Death" oraz zamykający go "Raining Blood", które są najlepszym przykładem jak powinno grać się agresywny metal, żeby nadawał się on do słuchania. W obu zwracają uwagę genialne riffy, nierzadko określane najlepszymi w thrash metalu. Do klasyki gatunku należy także "Postmortem" - odrobinę wolniejszy w pierwszej połowie, a dopiero w drugiej obłąkańczo rozpędzony. Z pozostałymi utworami jest niestety pewien problem - są do siebie bardzo podobne, trudno rozróżnić kiedy jeden się kończy, a następny zaczyna. Razem jednak bez wątpienia tworzą jeden z najbardziej powalających albumów w historii metalu.

Ocena: 8/10



Slayer - "Reign in Blood" (1986)

1. Angel of Death; 2. Piece by Piece; 3. Necrophobic; 4. Altar of Sacrifice; 5. Jesus Saves; 6. Criminally Insane; 7. Reborn; 8. Epidemic; 9. Postmortem; 10. Raining Blood

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Jeff Hanneman - gitara; Kerry King - gitara; Dave Lombardo - perkusja
Producent: Rick Rubin i Slayer


15 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "Backspacer" (2009)



To był pierwszy album Pearl Jam, jaki poznawałem na bieżąco. Uczestniczyłem nawet w jednym z promujących go koncertów. Dlatego te mam do "Backspacer" pewien sentyment. Nie jest to oczywiście żadne wielkie dzieło - zresztą nikt nie powinien tego oczekiwać od tego zespołu, a już na pewno nie na tym etapie kariery. To po prostu zbiór jedenastu krótkich (trwających od niespełna trzech do niewiele ponad czterech minut), prostych kawałków, które niosą sporą dawkę energii, bezpretensjonalności i zaskakującego w przypadku tej grupy optymizmu. To najbardziej pozytywny, przepełniony radością album Pearl Jam. Nic dziwnego, że słucha się go tak przyjemnie.

Na albumie dominują energetyczne i bez wyjątku bardzo chwytliwe kawałki, czego przykładem "Gonna See My Friends", "Got Some", "The Fixer", "Johny Guitar", "Force of Nature", czy nieco bardziej stonowany, ale tak samo chwytliwy "Amongst the Waves". Całość jest dość zróżnicowana. Znalazło się tu miejsce dla akustycznych ballad, nieco w klimacie Led Zeppelin ("Just Breathe", "The End"). Jest też punkrockowy "Supersonic" (za którym nigdy nie przepadałem i wolałbym żeby go tu jednak nie było), jak również dwa nieco bardziej popowe utwory, w których dużą rolę odgrywają brzmienia klawiszowe ("Unthought Known", "Speed of Sound"), jednak dobrze wpasowują się one w charakter całości.

Może i żaden z zawartych tutaj utworów słuchany osobno nie robi wrażenia, ale razem tworzą naprawdę zgrabną i przyjemną całość, która dodaje pozytywnej energii i wprowadza w dobry nastrój. 

Ocena: 7/10



Pearl Jam - "Backspacer" (2009)

1. Gonna See My Friends; 2. Got Some; 3. The Fixer; 4. Johny Guitar; 5. Just Breathe; 6. Amongst the Waves; 7. Unthought Known; 8. Supersonic; 9. Speed of Sound; 10. Force of Nature; 11. The End

Skład: Eddie Vedder - wokal i gitara; Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara; Jeff Ament - bass; Matt Cameron - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Brendan O'Brien - pianino, dodatkowy wokal; Bruce Andrus, Richard Deane, Susan Welty - instr. dęte; Justin Bruns, Christopher Pulgram - skrzypce; Cathy Lynn - altówka; Danny Laufer - wiolonczela
Producet: Brendan O'Brien i Pearl Jam


11 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "Pearl Jam" (2006)



Kiedy zespół mający już kilka płyt na koncie decyduje się zatytułować nowy album swoją nazwą, jest to odbierane jako deklaracja muzyków, że właśnie to wydawnictwo jest esencją jego twórczości. nie polecam jednak zaczynać przygody z Pearl Jam od ich eponimicznego longplaya, bo można się zwyczajnie zniechęcić. Cztery lata po zaskakująco udanym "Riot Act" muzyków znów dopadła rutyna. Dynamiczny "Life Wasted" świetnie wywiązuje się z roli otwieracza, ale zaraz potem energia wyraźnie siada, brakuje dobrych melodii. Sytuacji nie poprawia kilka smętnych ballad ("Parachutes", "Come Back", "Gone", "Inside Job" - choć te dwie ostatnie mają nawet pewien urok). Poza wspomnianym "Life Wasted", jedynie "Unemployable", "Big Wave" i "Army Reserve" wnoszą nieco życia w ten nudny album. To jednak dość banalne kawałki, brzmiące prawie tak komercyjnie i tandetnie, jak twórczość - za przeproszeniem - Foo Fighters. Nie pozostaje nic innego, jak stwierdzenie, że to najgorszy z wydanych do tej pory albumów Pearl Jam.

Ocena: 4/10



Pearl Jam - "Pearl Jam" (2006)

1. Life Wasted; 2. World Wide Suicide; 3. Comatose; 4. Severed Hand; 5. Marker in the Sand; 6. Parachutes; 7. Unemployable; 8. Big Wave; 9. Gone; 10. Wasted Reprise; 11. Army Reserve; 12. Come Back; 13. Inside Job

Skład: Eddie Vedder - wokal, gitara; Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara; Jeff Ament - bass; Matt Cameron - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Boom Gaspar - instr. klawiszowe
Producent: Adam Kasper i Pearl Jam


10 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "Riot Act" (2002)



"Riot Act" przynosi spore zaskoczenie. W momencie, gdy wydawało się, że zespół będzie już tylko nagrywał coraz słabsze wersje tego samego albumu, w muzyków niespodziewanie wstąpiła nowa energia. Udało im się stworzyć najmocniejszy zestaw utworów od czasu "Vitalogy", a w wykonaniu w końcu słychać więcej życia i radości z grania. W porównaniu z "Binaural" poprawiło się też brzmienie.

Do pierwszej połowy albumu naprawdę trudno się przyczepić. Co prawda "Can't Keep" stanowi dość dziwne, zbyt spokojne otwarcie, ale sam utwór się broni. Czadowy "Save You" przynosi ogromną dawkę energii, bez popadania w punkową prostotę - jest tu i fajne tło organów elektrycznych i zwolnienie eksponujące grę sekcji rytmicznej. W spokojniejszym, naprawdę ładnym "Love Boat Captain" partia organów wysuwa się na pierwszy plan. "Cropduster" i "Ghost" to po prostu przyjemne, melodyjne kawałki. Potem zaczyna się najbardziej eksperymentalna - i najciekawsza - część albumu: kojarzący się z szantami "I Am Mine", folkowy "Thumbing My Way" i w końcu nieco taneczny "You Are" (ze świetną partią gitary, przetworzoną przez... automat perkusyjny). Zespół nigdy wcześniej nie grał niczego podobnego, ale we wszystkich przypadkach wyszło naprawdę dobrze. Ten ostatni należy do czołówki moich ulubionych utworów Pearl Jam.

Druga połowa longplaya już tak szczególnie nie wypada. Bronią się energetyczny "Get Right" i zgrabna, subtelna ballada "All or None", ale pomiędzy nimi umieszczono pięć zdecydowanie mniej udanych kawałków (smętny "Help Help", przegadany "Bu$hleaguer", dziwaczna miniaturka "Arc", oraz kompletnie nijakie "Green Disease" i " ½ Full"). Szkoda, że ani producent, ani sami muzycy, nie przeprowadzili większej selekcji materiału, bo przez tę końcówkę poziom albumu wyraźnie spada. Niemniej jednak "Riot Act" jest jednym z najbardziej udanych wydawnictw w dyskografii Pearl Jam.

Ocena: 7/10



Pearl Jam - "Riot Act" (2002)

1. Can't Keep; 2. Save You; 3. Love Boat Captain; 4. Cropduster; 5. Ghost; 6. I Am Mine; 7. Thumbing My Way; 8. You Are; 9. Get Right; 10. Green Disease; 11. Help Help; 12. Bu$hleaguer; 13. ½ Full; 14. Arc; 15. All or None

Skład: Eddie Vedder - wokal i gitara; Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara; Jeff Ament - bass; Matt Cameron - perkusja i instr. perkusyjne, gitara
Gościnnie: Boom Gaspar - instr. klawiszowe; Adam Kasper - pianino
Producent: Adam Kasper i Pearl Jam


9 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "Binaural" (2000)



Nowym perkusistą Pearl Jam został Matt Cameron (z rozwiązanego niedługo wcześniej Soundgarden), a tym samym ukształtował się (prawdopodobnie) ostateczny kształt zespołu. Tytuł szóstego albumu, "Binaural", odnosi się do binauralnej techniki nagrywania dźwięku, którą wykorzystano w kilku utworach. Głównie z tego powodu longplay uznawany jest za jeden z najbardziej eksperymentalnych w dorobku grupy. W rzeczywistości jest bardzo przewidywalny, w znacznej części po prostu powielający patenty z poprzednich albumów.

Zespół upodobał sobie przeplatanie prostych, surowych kawałków o punkrockowym rodowodzie (np. "Breakerfall", "Gods' Dice" i "Evacuation", które są wyjątkowo nieciekawym otwarciem, "Grievance") i smętnych ballad ("Light Years", "Parting Ways" i, zwłaszcza, "Thin Air" - nie przypadkiem kojarzący się z pearljamową przeróbką "Last Kiss" Wayne'a Cochrana, która w poprzednim roku spektakularnie podbiła amerykańskie stacje radiowe). Zwraca uwagę nienajlepsze, jakby przytłumione brzmienie (np. w "Of the Girl", "Rival"), wymęczony wokal Eddiego Veddera i jakby pozbawiona energii gra instrumentalistów. Z całości bronią się nieliczne pojedyncze utwory. Jak przywołujące psychodeliczny klimat późnych lat 60. "Nothing as It Seems" (z partią gitary w stylu George'a Harrisona) i "Of the Girl", albo nastrojowy "Sleight of Hand". Pewną nowość w twórczości zespołu, choć raczej wątpliwej jakości, stanowi "Soon Forget", wystękany przez Veddera jedynie z akompaniamentem ukulele.

"Binaural" jest świadectwem postępującego lenistwa i rutynowego podejścia muzyków. Kilka udanych utworów nie jest w stanie zapobiec odczuciu okropnego znudzenia podczas słuchania tego albumu.

Ocena: 5/10



Pearl Jam - "Binaural" (2000)

1. Breakerfall; 2. Gods' Dice; 3. Evacuation; 4. Light Years; 5. Nothing as It Seems; 6. Thin Air; 7. Insignificance; 8. Of the Girl; 9. Grievance; 10. Rival; 11. Sleight of Hand; 12. Soon Forget; 13. Parting Ways

Skład: Eddie Vedder - wokal, gitara, ukulele (12); Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara; Jeff Ament - bass, kontrabas; Matt Cameron - perkusja
Gościnnie: Mitchell Froom - instr. klawiszowe; April Cameron - altówka; Justine Foy - wiolonczela; Wendy Melvoin - instr. perkusyjne; Pete Thomas - instr. perkusyjne
Producent: Tchad Blake i Pearl Jam


8 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "Yield" (1998)



"Yield" uznawany jest za powrót Pearl Jam do typowo rockowego grania. W porównaniu z poprzednim wydawnictwem, faktycznie więcej tutaj tego typu muzyki. Czy to w postaci energetycznych, niemal punkowych kawałków - jak otwieracz "Brain of J." i singlowy "Do the Evolution" - czy bardziej klasycznie rockowych kompozycji, w rodzaju "Given to Fly" (z melodią przypominającą "Going to California" Led Zeppelin), "In Hiding" i "All Those Yesterdays". Ale na albumie znalazły się też bardziej popowe nagrania, jak akustyczny "Low Light" czy kojarzące się z indie rockiem "Wishlist" i "Pilate". Znalazły się tu także bardziej eksperymentalne kawałki, jak perkusyjna miniaturka oznaczona na trackliście czerwoną kropką i przegadany, nieco noise'owy "Push Me, Pull Me". Rozrzut stylistyczny jest zatem podobny do "Vitalogy", ale kompozycje są zdecydowanie słabsze. Może nie ma tutaj żadnej ewidentnej wpadki (poza przyłapaniem na ewidentnym plagiacie), ale też ani jednego utworu, który wybijałby się ponad przeciętność.

Ocena: 5/10



Pearl Jam - "Yield" (1998)

1. Brain of J.; 2. Faithfull; 3. No Way; 4. Given to Fly; 5. Wishlist; 6. Pilate; 7. Do the Evolution; 8. ; 9. MFC; 10. Low Light; 11. In Hiding; 12. Push Me, Pull Me; 13. All Those Yesterdays

Skład: Eddie Vedder - wokal i gitara; Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara, bass (7), dodatkowy wokal; Jeff Ament - bass, dodatkowy wokal; Jack Irons - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (8)
Producent: Brendan O'Brien i Pearl Jam


7 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "No Code" (1996)



Na "No Code" zespół zrywa całkowicie z grunge'owym brudem. Co prawda, pojawia się tu parę agresywnych kawałków, kojarzących się z "Vitalogy" ("Hail, Hail", oraz punkowe "Habit" i zaledwie minutowy "Lukin"), jednak dominuje dużo łagodniejsze, często akustyczne granie. Bardziej dynamicznie muzycy grają jeszcze tylko w przeciętnym "Mankind" (wyjątkowo śpiewanym przez Stone'a Gossarda) i świetnym "Smile" z bardzo fajną partią harmonijki. Natomiast już na otwarcie pojawia się delikatny "Sometimes", a podobnych nagrań jest tu znacznie więcej (chociażby bardzo ładne "Off He Goes" i "Present Tense"). Nie brakuje jednak urozmaiceń, bo w "Who Are You" pojawiają się nawet wpływy muzyki gospel, a "In My Tree" wyróżnia się jakby plemienną rytmiką. Ogólnie jest to całkiem przyjemny album, ale nieco zbyt smętny jako całość.

Ocena: 6/10



Pearl Jam - "No Code" (1996)

1. Sometimes; 2. Hail, Hail; 3. Who Are You; 4. In My Tree; 5. Smile; 6. Off He Goes; 7. Habit; 8. Red Mosquito; 9. Lukin; 10. Present Tense; 11. Mankind; 12. I'm Open; 13 Around the Bend

Skład: Eddie Vedder - wokal, gitara, harmonijka, sitar; Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara, pianino, wokal (11), dodatkowy wokal; Jeff Ament - bass, gitara, Chapman stick, dodatkowy wokal; Jack Irons - perkusja
Gościnnie: Brendan O'Brien - pianino
Producent: Brendan O'Brien i Pearl Jam


6 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "Vitalogy" (1994)



Nie sposób pisać o tym albumie pomijając wydarzenie z 5 kwietnia 1994 roku. Dla wielu jest to symboliczna data końca grunge'u (większość jego przedstawicieli wkrótce potem się rozpadała lub podążyła w inne muzyczne rejony). Śmierć Kurta Cobaina odcisnęła silne piętno także na tym albumie. "Vitalogy" przepełniony jest złością i poczuciem beznadziei. To najbardziej bezkompromisowe wydawnictwo w dyskografii Pearl Jam. Zespół nigdy wcześniej nie brzmiał tak agresywnie, wręcz punkowo, jak w "Last Exit", "Spin the Black Circle", "Whipping" czy "Satan's Bad". Brudne brzmienie jest dopełnieniem dekadenckiego charakteru albumu.

To jednak tylko jedna z twarzy, jakie zespół tutaj zaprezentował. Muzycy pozwolili sobie także na parę eksperymentów, które traktować trzeba raczej jako rozluźniające atmosferę żarty. Mamy tu więc dwa przerywniki - funkowy "Pry, To" i psychodeliczny "Aye Davanita", jak również śpiewany przez Veddera wyłącznie z akompaniamentem akordeonu "Bugs", oraz dziwaczny dźwiękowy kolaż "Hey Foxymophandlemama, That's Me" z dźwiękami zarejestrowanymi w... szpitalu psychiatrycznym. Dla równowagi są też bardziej konwencjonalne, melodyjne piosenki: "Not for You", "Tremor Christ", "Corduroy" i z początku balladowy, a potem świetnie się rozkręcający "Better Man". Znalazły się tu także dwie stuprocentowe ballady. "Nothingman" zaczyna się bardzo obiecująco, ale ostatecznie niewiele ma do zaoferowania. Za to "Immortality" to prawdziwa perła - najbardziej poruszający i najpiękniejszy utwór w dorobku grupy.

"Vitalogy" jest albumem nieco niespójnym, pokazującym wewnętrzne rozdarcie zespołu. Z jednej strony jest niezwykle szczery, pełen prawdziwej wściekłości (np. "Spin the Last Circle", "Last Exit") i bólu ("Immortality"), ale z drugiej - momentami bardzo zachowawczy, jakby zespół nie chciał stracić swojej pozycji w mainstreamie (np. "Better Man", "Not for You" - oba są jednak całkiem udane). Nie czepiałbym się natomiast tych wszystkich wygłupów, bo to one w znacznym stopniu tworzą niepowtarzalny klimat tego wydawnictwa. Warto też zwrócić uwagę na bardzo ładne wydanie kompaktowe albumu - opakowano je nie w plastikowe pudełko, a w elegancką okładkę imitującą książkę.

Ocena: 7/10



Pearl Jam - "Vitalogy" (1994)

1. Last Exit; 2. Spin the Black Circle; 3. Not for You; 4. Tremor Christ; 5. Nothingman; 6. Whipping; 7. Pry, To; 8. Corduroy; 9. Bugs; 10. Satan's Bed; 11. Better Man; 12. Aye Davanita; 13. Immortality; 14. Hey Foxymophandlemama, That's Me

Skład: Eddie Vedder - wokal i gitara, akordeon (9); Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara, melotron, dodatkowy wokal; Jeff Ament - bass, kontrabas, dodatkowy wokal; Dave Abbruzzese - perkusja
Gościnnie: Brendan O'Brien - instr. klawiszowe; Jimmy Shoaf - perkusja (10); Jack Irons - perkusja (14)
Producent: Brendan O'Brien i Pearl Jam


5 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "Vs." (1993)



"Vs." nie przyniósł zespołowi kolejnych hitów na miarę "Alive" i "Jeremy". Pod każdym innym względem jest jednak znacznie bardziej udanym albumem od debiutanckiego "Ten". Nieporównywalnie lepsze jest brzmienie. Tym razem rolę producenta powierzono prawdziwemu fachowcowi, Brendanowi O'Brienowi, który zadbał o odpowiednią dynamikę i klarowność. Lepsze są też same kompozycje. Energii i chwytliwych melodii z pewnością tu nie brakuje, co potwierdzają takie nagrania, jak "Go", "Dissident", "Rats", a zwłaszcza doskonały "Rearviewmirror". Więcej dzieje się w warstwie rytmicznej, czego dowodem nieco funkowe "Animal", "Blood" i przede wszystkim "W.M.A.". Bardzo przyjemne są wzbogacone akustycznymi brzmieniami "Daughter" i "Eldery Woman Behind the Counter in a Small Town". Najpiękniejszym momentem jest jednak klimatyczny "Indifference", wzbogacony brzmieniem elektrycznych organów. Zupełnie nie przekonuje mnie natomiast banalny "Glorified G".

"Vs." pokazuje rozwój zespołu, który nauczył się tworzyć ciekawsze i bardziej różnorodne kompozycje. Dzięki porządnemu brzmieniu można je jeszcze bardziej docenić.

Ocena: 8/10



Pearl Jam - "Vs." (1993)

1. Go; 2. Animal; 3. Daughter; 4. Glorified G; 5. Dissident; 6. W.M.A.; 7. Blood; 8. Rearviewmirror; 9. Rats; 10. Eldery Woman Behind the Counter in a Small Town; 11. Leash; 12. Indifference

Skład: Eddie Vedder - wokal, gitara (8,10); Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara; Jeff Ament - bass; Dave Abbruzzese - perkusja
Producent: Brendan O'Brien i Pearl Jam


4 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "Ten" (1991)



Pearl Jam był z grunge'owej "wielkiej czwórki" tym zespołem, któremu najbliżej było do klasycznego rocka z okolic Led Zeppelin, Neila Younga, Jimiego Hendrixa i The Who. Wpływy te słychać przede wszystkim na wczesnych albumach, jak debiutancki "Ten", powszechnie uznawany za jedno z najważniejszych wydawnictw lat 90. Już pierwszy album przyniósł grupie ogromną popularność. W znacznej mierze była to zasługa świetnie wybranych singli: przebojowych "Even Flow" (z niezłym riffem) i "Alive" (ze świetną, bardzo klasyczną solówką), zgrabnej ballady "Black" (wzbogaconej subtelnym pianinem), oraz "Jeremy" (nieco mniej ciekawego pod względem muzycznym, ale promowanego kontrowersyjnym, bardzo sugestywnym teledyskiem).

Jednak błędem - często popełnianym w przypadku tak słynnych albumów - jest ocenianie go przez pryzmat singli, nie zwracając uwagi na resztę repertuaru. A ta w przypadku "Ten" nie jest szczególnie porywająca. Już otwierający całość "Once", po intrygującym wstępie (rozwiniętym na koniec albumu, w postaci ukrytego nagrania "Master/Slave"), zmienia się w dość rozlazły i bezbarwny kawałek. Warto w tym miejscu wspomnieć o mocno przymulonym brzmieniu całego albumu, które pozbawia go dynamiki. Choć już samo wykonanie często jest zbyt anemiczne, jak we wspomnianym "Once" czy "Porch". Nawet w bardzie żywiołowym "Deep" w pewnym momencie siada napięcie - kawałek jest przede wszystkim zbyt długi. Dużo lepiej prezentuje się bardziej zwarty i energetyczny "Why Go", z wysuniętą na pierwszy plan sekcją rytmiczną. Całości dopełnia kilka smętnych ballad, z których najlepsze wrażenie sprawia "Oceans", kojarząca się z akustycznym wcieleniem Led Zeppelin.

"Ten" zdecydowanie nie jest albumem na 10/10, choć często bywa oceniany maksymalnie. Kilka dobrych kawałków (w większości singli) nie czyni go wielkim albumem. Zespół dopiero się wtedy rozkręcał, choć już na tym etapie miał wypracowane rozpoznawalny styl, którego najważniejszym elementem był charakterystyczny wokal Eddiego Veddera (za którym można nie przepadać - mi osobiście nie przeszkadza, ani nie zachwyca - ale nie można mu odmówić rozpoznawalności).

Ocena: 7/10



Pearl Jam - "Ten" (1991)

1. Once; 2. Even Flow; 3. Alive; 4. Why Go; 5. Black; 6. Jeremy; 7. Oceans; 8. Porch; 9. Garden; 10. Deep; 11. Release

Skład: Eddie Vedder - wokal; Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara; Jeff Ament - bass; Dave Krusen - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Rick Parashar - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Walter Gray - wiolonczela
Producent: Rick Parashar i Pearl Jam


Po prawej: okładka wydania winylowego


3 października 2012

[Recenzja] Temple of the Dog - "Temple of the Dog" (1991)



Temple of the Dog to efemeryczny projekt, którego pomysłodawcą był Chris Cornell. Wokalista chciał w ten sposób uczcić pamięć o swoim niedawno zmarłym przyjacielu, Andym Woodzie. Do współpracy zaprosił perkusistę Matta Camerona, z którym grał w grupie Soundgarden, a także dwóch członków zespołu Wooda, Mother Love Bone - gitarzystę Stone'a Gossarda i basistę Jeffa Amenta. Składu dopełnił drugi gitarzysta, Mike McCready.

Początkowo Cornell planował jedynie nagranie singla (z utworami "Say Hello 2 Heaven" i "Reach Down"), jednak muzycy szybko podjęli decyzję o zarejestrowaniu całego albumu. Sesja trwała dwa tygodnie na przestrzeni listopada i grudnia 1990 roku. Oprócz wyżej wymienionych muzyków, w studiu pojawił się także Eddie Vedder - wokalista zaangażowany przez Gossarda, Amenta i McCready'ego do ich nowego zespołu, Mookie Blaylock, wkrótce przemianowanego na Pearl Jam. Vedder wsparł wokalnie Cornella w kilku nagraniach.

Na albumie dominują raczej stonowane, wolne utwory, jak bardzo ładne "Say Hello 2 Heaven", "Call Me a Dog" i "Wooden Jesus", fajnie wzbogacony harmonijką "Time of Trouble" (nagrany też przez Pearl Jam, z innym tekstem i pod tytułem "Footsteps"), lekko orientalizujący "Four Walled World", oraz oparty na brzmieniu organów "All Night Thing". Dla równowagi, "Pushin' Forward Back" i "Your Saviour" to bardziej żywiołowe granie. Wyjątkowym utworem jest 11-minutowy "Reach Down" - wolny, ale dość ciężki, z długimi solówkami gitarzystów, które dodają odrobinę klimatu koncertowych improwizacji z lat 70. Od ogólnego klimatu albumu odstaje natomiast singlowy "Hunger Strike" - bardziej pogodny, piosenkowy, z duetem obu wokalistów. Przyjemne nagranie, ale bardziej pasowałoby na któryś z późniejszych albumów Pearl Jam.

Album spotkał się początkowo z chłodnym przyjęciem. Dopiero po sukcesie komercyjnym albumów "Badmotorfinger" Soundgarden i "Ten" Pearl Jam, zaczął cieszyć się większym uznaniem. Zupełnie zasłużenie, bo choć zdecydowanie nie jest to jeden z najlepszych albumów grunge'owych, to miano najpiękniejszego byłoby całkiem adekwatne. Longplay mógłby jednak być trochę krótszy, bo pod koniec robi się nieco nużący. 

Ocena: 7/10



Temple of the Dog - "Temple of the Dog" (1991)

1. Say Hello 2 Heaven; 2. Reach Down; 3. Hunger Strike; 4. Pushin' Forward Back; 5. Call Me a Dog; 6. Time of Trouble; 7. Wooden Jesus; 8. Your Saviour; 9. Four Walled World; 10. All Night Thing

Skład: Chris Cornell - wokal, harmonijka (6), bandżo (7); Stone Gossard - gitara; Mike McCready - gitara; Jeff Ament - bass; Matt Cameron - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Eddie Vedder - wokal (3), dodatkowy wokal (4,8,9); Rick Parashar - instr. klawiszowe (1,5,6,10)
Producent: Rick Parashar i Temple of the Dog


2 października 2012

[Recenzja] Soundgarden - "Down on the Upside" (1996)



"Down on the Upside" jest albumem nieco krótszym od poprzedniego, ale wciąż zbyt długim. Przy szesnastu kawałkach, o łącznym czasie przekraczającym godzinę, trudno utrzymać wysoki poziom. Jest tutaj parę naprawdę dobrych momentów, ale i kilka, których brak nie byłby żadną stratą. Głównym problemem tego wydawnictwa jest jednak brak spójności. Z jednej strony dużo tutaj wściekłych, punkowych kawałków (np. "No Attention", "Never Named", "An Unkind"), a z drugiej - ładnych, klimatycznych ballad (np. "Zero Chance", "Blow Up the Outside World", "Overfloater", "Boot Camp"). Te pierwsze brzmią strasznie szczeniacko, a drugie - naprawdę dojrzale. Podobny kontrast tworzą utwory o bardziej mainstreamowym charakterze (np. "Pretty Noose", "Rhinosaur", "Burden In My Hand", "Tighter & Tighter") zestawione z eksperymentami (psychodeliczny "Applebite" i ciekawie łączący brzmienie mandoliny z punkową agresją "Ty Cobb").

Utwory zawarte na "Down on the Upside" nie kleją się w spójną całość, a z poziomem poszczególnych utworów też bywa różnie. Nie brakuje tu naprawdę świetnych momentów (z "Blow Up the Outside World", "Applebite", "Tighter & Tighter" i "Overfloater" na czele), ale sąsiadują one ze znacznie słabszymi (jak dość banale "Switch Opens" i "Dusty", czy większość punkowych kawałków). Gdyby skrócić ten materiał do góra dziesięciu utworów, odbiór albumu byłby nieporównywalnie lepszy.

Ocena: 6/10



Soundgarden - "Down on the Upside" (1996)

1. Pretty Noose; 2. Rhinosaur; 3. Zero Chance; 4. Dusty; 5. Ty Cobb; 6. Blow Up the Outside World; 7. Burden In My Hand; 8. Never Named; 9. Applebite; 10. Never the Machine Forever; 11. Tighter & Tighter; 12. No Attention; 13. Switch Opens; 14. Overfloater; 15. An Unkind; 16. Boot Camp

Skład: Chris Cornell - wokal i gitara, mandolina (5), instr. klawiszowe (14); Kim Thayil - gitara; Ben Shepherd - bass, mandola (5), gitara (15), dodatkowy wokal; Matt Cameron - perkusja, syntezator (9), dodatkowy wokal
Gościnnie: Adam Kasper - pianino (9)
Producent: Adam Kasper i Soundgarden


1 października 2012

[Recenzja] Soundgarden - "Superunknown" (1994)



Album "Badmotorfinger" zwrócił na zespół uwagę, ale to "Superunknown" uczynił z niego prawdziwą gwiazdę. To w znacznym stopniu zasługa jednego utworu, "Black Hole Sun". Przygotowano do niego charakterystyczny teledysk, który bardzo chętnie i często prezentowało MTV - w tamtym czasie najbardziej wpływowe medium muzyczne. Sam utwór jest całkiem przyjemną balladą, ale na albumie znalazło się kilka lepszych kawałków. Na pewno "Let Me Drown", "My Wave", "Mailman" i "Spoonman", które łączą świetne melodie z energetycznym podkładem. Najzgrabniejszą melodię ma jednak nieco bardziej stonowany "Fell on Black Days". Bardzo dobrze wypada też nieco oniryczny "Head Down".

Ogólnie album, na tle wcześniejszych, wypada zdecydowanie łagodniej. Muzycy zrezygnowali z sabbathowego ciężaru na rzecz bardziej mainstreamowego grania, w którym nacisk położony jest przede wszystkim na zapadające w pamieć melodie. I nie ma w tym nic złego, dopóki utwory są tak fajne, jak te wyżej wymienione. "Superunknown" jest jednak bardzo długim albumem - piętnaście utworów o łącznym czasie siedemdziesięciu minut. Jeszcze żadnemu rockowemu wykonawcy nie udało się utrzymać wysokiego poziomu przez cały album o takiej długości. Ten nie jest wyjątkiem. Zdarzają się tu kawałki raczej nijakie (tytułowy, "Limo Wreck", "Fresh Tendrils", "Like Suicide"), a nawet zdecydowane wpadki (mdły "The Day I Tried to Live", punkowy bzdet "Kickstand", ospały "4th the July", czy niby-orientalna miniaturka "Half"). W sumie stanowią one ponad połowę tego albumu.

"Superunknown" to z jednej strony album kultowy, zawierający kilka niezapomnianych, naprawdę bardzo dobrych utworów, ale z drugiej - jako całość zbyt rozcieńczony i rozwleczony. Przydałoby się skrócić go o dobre pół godziny - i wtedy faktycznie mógłby to być wielki longplay.

Ocena: 7/10



Soundgarden - "Superunknown" (1994)

1. Let Me Drown; 2. My Wave; 3. Fell on Black Days; 4. Mailman; 5. Superunknown; 6. Head Down; 7. Black Hole Sun; 8. Spoonman; 9. Limo Wreck; 10. The Day I Tried to Live; 11. Kickstand; 12. Fresh Tendrils; 13. 4th the July; 14. Half; 15. Like Suicide

Skład: Chris Cornell - wokal i gitara; Kim Thayil - gitara; Ben Shepherd - bass, perkusja (6), wokal i gitara (14); Matt Cameron - perkusja, melotron
Producent: Michael Beinhorn i Soundgarden