30 września 2012

[Recenzja] Soundgarden - "Badmotorfinger" (1991)



"Badmotorfinger" to trzeci album Soundgarden, ale pierwszy, który spotkał się z ogólnym uznaniem. Ukazał się w przełomowym dla grunge'u roku 1991. A ściślej rzecz biorąc - to właśnie ten album, obok "Nevermind" Nirvany i "Ten" Pearl Jam, przyczynił się do wzrostu popularności muzyki z Seattle. Muzyka grupy czerpie z pionierów heavy metalu, Black Sabbath i Led Zeppelin, ale też z rocka psychodelicznego, co stworzyło unikalne połączenie. Idealnie z taką muzyką komponuje się wysoki wokal Chrisa Cornella - jednego z najlepszych wokalistów ostatnich dwóch dekad.

Pierwsze cztery utwory na "Badmotorfinger" to kwintesencja stylu Soundgarden - bardziej przebojowe "Rusty Cage" i "Outshined", miażdżący "Slaves & Bulldozers" oraz zakręcony psychodeliczno-metalowy "Jesus Christ Pose". Innym świetnym utworem jest "Room a Thousand Years Wide" z sakofonowym solem (instrument ten słychac także w "Drawing Flies"). Album jest zresztą bardzo zróżnicowany. "Face Pollution" zdradza inspiracje punk rockiem, a "Somewhere" i "Search with My Good Eye Closed" pokazują bardziej eksperymentalne, nieco lżejsze oblicze grupy. Kilka mniej udanych utworów ("Drawing Flies", "Mind Riot") nie obniża wartości tego longplaya.

Ocena: 7/10



Soundgarden - "Badmotorfinger" (1991)

1. Rusty Cage; 2. Outshined; 3. Slaves & Bulldozers; 4. Jesus Christ Pose; 5. Face Pollution; 6. Somewhere; 7. Search with My Good Eye Closed; 8. Room a Thousand Years Wide; 9. Mind Riot; 10. Drawing Flies; 11. Holy Water; 12. New Damage

Skład: Chris Cornell - wokal i gitara; Kim Thayil - gitara; Ben Shepherd - bass; Matt Cameron - perkusja
Gościnnie: Scott Granlund - saksofon (8,10), Ernst Long - trąbka (8,10)
Producent: Terry Date i Soundgarden


29 września 2012

[Recenzja] "Re-Machined: A Tribute to Deep Purple's 'Machine Head'" (2012)



40-ta rocznica ukazania się tak ważnego albumu, jak "Machine Head" Deep Purple, to dobry powód do wydania kompilacji-hołdu. Znalazły się tu covery wszystkich utworów z oryginalnego albumu, w takiej samej kolejności, jak na oryginalnym albumie - jeśli pominąć fakt zdublowania "Smoke on the Water" (pierwsza wersja otwiera album, druga jest już we właściwym miejscu) i dodania "When a Blind Man Cries", który oryginalnie był tylko stroną B singla "Never Before". Jak to zwykle bywa w przypadku tego typu kompilacji, poziom utworów jest różny. Najbardziej rozczarowują chyba obie wersje "Smoke on the Water". Pierwsza, w wykonaniu Carlosa Santany, przepełniona jest popisowymi solówkami gitarzysty, przez które mniejszą rolę odgrywa słynny riff. Ale najbardziej odpycha partia wokalna, w wykonaniu Jacoby'ego Shaddixa z numetalowego Papa Roach, która zupełnie nie pasuje do tego kawałka. To jednak jeszcze nic przy tym, co z utworem zrobili Flaming Lips - absolutnie niesłuchalną, elektroniczną parodię. Reszta wykonawców na szczecie podeszła z większym szacunkiem do oryginałów. Koncertowe wykonanie "Highway Star" przez supergrupę Chickenfoot (w składzie: Sammy Hagar i Michael Anthony z Van Halen, gitarzysta Joe Satriani i perkusista Red Hot Chili Peppers, Chad Smith) może nie powala, ale też nie odpycha. Podobnie sprawa wygląda z "Maybe I'm a Leo", wykonanym przez byłego wokalistę Deep Purple, Glenna Hughesa (który jako członek grupy nie miał okazji śpiewać tego kawałka).

Pierwszym (i jedynym) utworem, który wyróżnia się zdecydowanie na plus, jest "Pictures of Home" w wykonaniu Black Label Society, brzmiący po prostu jak autorska kompozycja grupy - tak właśnie powinny brzmieć covery. Zupełnie nijako wypada za to wersja "Never Before" w wykonaniu kolejnej supergrupy - Kings of Chaos" (wokalista Def Leppard - Joe Elliott, gitarzysta Steve Stevens, oraz dawna sekcja rytmiczna Guns N' Roses - Duff McKagan i Matt Sorum). Z kolei "Lazy" jest zdominowany przez solowe popisy Jimmy'ego Barnesa, Brada Whitforda  i Joe'ego Bonamassy. Rozczarowaniem okazał się niestety także "Space Truckin'" w wersji Iron Maiden. Wydawałoby się, że to dla nich idealny kawałek - a przynajmniej dla Bruce'a Dickinsona, który przecież nie ukrywa wpływu Iana Gillana na swój sposób śpiewania. Wyszło jednak bardzo przeciętnie, znacznie poniżej poziomu tego zespołu. Choć i tak jest nieźle w porównaniu z tym, co Metallica zrobiła z "When a Blind Man Cries". Na przykładzie tego kawałka najlepiej słychać jaka jest różnica między Anglikami i Amerykanami. Solówki są grane zupełnie bez wyczucia, z jakim grał je Ritchie Blackmore, a do tego pojawia się tu zupełnie niepotrzebne zaostrzenie w końcówce, rujnujące cały klimat utworu. Bardzo słabo wypada także przesłodzony śpiew Jamesa Hetfielda.

"Re-Machined: A Tribute to Deep Purple's Machine Head" nie jest zbyt udanym hołdem dla Deep Purple i "Machine Head". Można tłumaczyć występujących tu wykonawców, że takich utworów nie da się zagrać lepiej. Ale w takim razie po co w ogóle próbować?

Ocena: 4/10



Various Artists - "Re-Machined: A Tribute to Deep Purple's Machine Head" (2012)

1. Carlos Santana & Jacoby Shaddix - "Smoke on the Water"; 2. Chickenfoot - "Highway Star" (live); 3. Glenn Hughes & Chad Smith - "Maybe I'm a Leo"; 4. Black Label Society - "Pictures of Home"; 5. Kings of Chaos - "Never Before"; 6. Flaming Lips - "Smoke on the Water"; 7. Jimmy Barnes, Brad Whitford  & Joe Bonamassa - "Lazy"; 8. Iron Maiden - "Space Truckin'"; 9. Metallica - "When a Blind Man Cries"

Różne składy i producenci


28 września 2012

[Recenzja] Witchcraft - "Legend" (2012)



Przez pięć lat, które upłynęły od wydania "The Alchemist", wiele się zmieniło. Przede wszystkim skład. Z poprzedniego zostali tylko wokalista/gitarzysta Magnus Pelander i basista Ola Henriksson. Na miejsce gitarzysty Johna Hoylesa przyszło aż dwóch nowych muzyków, Tom Jondelius i Simon Solomon, a nowym perkusistą został Oscar Johansson. Zmiany dotknęły też samej muzyki. Zamiast brzmienia retro, znanego z poprzednich wydawnictw Witchcraft, mamy tu nowoczesną, trochę przytłaczającą produkcję. Nie ma też tak bogatego instrumentarium jak na wspomnianym "The Alchemist" - są tylko gitary, bass i perkusja. Na szczęście nie zmieniły się inspiracje zespołu - na "Legend" wciąż wyraźnie czerpią z rocka lat 70.

"Deconstruction" rozpoczyna się wolnym doom metalowym riffem, ale wkrótce nabiera tempa - szybkie fragmenty kojarzą się z sabbathowym "Paranoid". Żeby bardziej zamieszać, w drugiej połowie pojawia się balladowe zwolnienie, a końcówka to znów ciężkie, wolne riffy. "Flag of Fate",  "It's Not Because of You"  i "Ghost House" to po prostu bardzo chwytliwe hardrockowe czady. Pomiędzy nimi umieszczony został wolniejszy, nieco progrockowy "An Alternative to Freedom", czarujący zmianami nastroju i gitarowymi partiami granymi techniką slide. Jeszcze bardziej zaskakuje "White Light Suicide", momentami ocierający się o mocniejszy pop, choć nie brak w nim też fragmentów stricte hardrockowych. Kontrastuje z nim agresywny "Democracy" - najkrótszy na albumie, ale bardzo zróżnicowany. Napięcie trochę spada w balladowym "Dystopia", ale całość ratuje miażdżący finał w postaci 12-minutowego "Dead End". To świetne podsumowanie całego albumu - metalowe riffowanie przeplata się tu z fragmentami progresywnymi, szybkie momenty z wolnymi, a ciężar z akustycznymi gitarami.

Winylowe wydanie dodatkowo zawiera utwór "By Your Definition" - udany, ale niewiele wnoszący do całości. Na szczęście na żadne wydanie "Legend" nie trafił przekombinowany "Take Me With You When You Die" ze strony B singla "It's Not Because of You". Kawałek ten zupełnie nie pasuje do reszty twórczości Witchcraft.

"Legend" może rozczarować wielbicieli poprzednich albumów Witchcraft. Chociaż sam jestem rozczarowany uwspółcześnieniem brzmienia przez zespół, doceniam jego chęć rozwoju. A longplay i tak przynosi solidną porcję ciężkiego rocka, w zupełnie niemodnym, za to wciąż interesującym, stylu.

Ocena: 8/10



Witchcraft - "Legend" (2012)

1. Deconstruction; 2. Flag of Fate; 3. It's Not Because of You; 4. An Alternative to Freedom; 5. Ghost House; 6. White Light Suicide; 7. Democracy; 8. Dystopia; 9. Dead End

Skład: Magnus Pelander - wokal i gitara; Tom Jondelius - gitara; Simon Solomon - gitara; Ola Henriksson - bass; Oscar Johansson - perkusja
Producent: Jens Bogren


27 września 2012

[Recenzja] Witchcraft - "The Alchemist" (2007)



Album "The Alchemist" został wydany zaledwie pięć lat temu, a brzmi jak jakieś zaginione dzieło z początku lat 70. W porównaniu z poprzednimi albumami Witchcraft, "The Alchemist" wydaje się nieco lżejszy, choć grupa wciąż gra przede wszystkim dynamiczne utwory, oparte na doom metalowych riffach w stylu Black Sabbath czy Pentagram (np. "Walking Between the Lines", "Hey Doctor"). Być może jest to kwestia większego nacisku na wyrazistość melodii - zespół nie miał wcześniej w repertuarze tak chwytliwych utworów, jak "Walking Between the Lines", "If Crimson Was Your Colour", czy - przede wszystkim - "Remembered".

Z każdym kolejnym utworem, longplay coraz bardziej zachwyca. Prawdziwa magia rozpoczyna się wraz z wolniejszym "Samaritian Burden", opartym na wyrazistej linii basu i zakończeniem wzbogaconym o brzmienia akustyczne. Ale to i tak nic przy rewelacyjnym "Remembered". W zasadniczej części utworu riffowe zwrotki kontrastują z łagodnym refrenem, a na koniec pojawia się świetna solówka na saksofonie, które idealnie wtapia się w sabbathowe riffy. Jest jeszcze ponad 11-minutowy tytułowy "The Alchemist", składający się z trzech części. Pierwsza to ciągłe zmiany klimatu. Obok mocnych riffów, pojawiają się fragmenty balladowe o nieco folkowym charakterze. Część druga, prog rockowa, to delikatne dźwięki gitar i melotronu, które jednak stają się coraz bardziej intensywne. W ostatniej części, zespół wraca do mocnego riffowania.

"The Alchemist" to jeden z najwspanialszych albumów ostatniej dekady, będący niezwykłą podróżą do najlepszych lat muzyki rockowej.

Ocena: 9/10

PS. Japońskie wydanie uzupełnia przeróbka utworu "Sweet Honey Pie" z repertuaru Roky'ego Ericksona. Jest to ładna akustyczna ballada, która jednak zupełnie nie pasuje do reszty albumu. O wiele bardziej nadawałby się autorski, typowy dla grupy "I Know You Killed Someone" - strona B wydanego rok wcześniej singla "If Crimson Was Your Colour".



Witchcraft - "The Alchemist" (2007)

1. Walking Between the Lines; 2. If Crimson Was Your Colour; 3. Leva; 4. Hey Doctor; 5. Samaritian Burden; 6. Remembered; 7. The Alchemist

Skład: Magnus Pelander - wokal i gitara; John Hoyles - gitara; Ola Henriksson - bass; Fredrik Jansson - perkusja
Gościnnie: Tom Hakava - instr. klawiszowe; Anders Andersson - saksofon (6)
Producent: Tom Hakava


26 września 2012

[Recenzja] Witchcraft - "Firewood" (2005)



Drugi album szwedzkiego Witchcraft ukazał się zaledwie rok po poprzednim, ale już od pierwszych sekund słychać postęp. Zdecydowanie lepsze jest brzmienie - na debiucie było trochę przytłumione, tutaj jest o wiele bardziej wyraziste. Nie jest to jednak brzmienie współczesne. "Firewood", podobnie jak poprzedni album grupy, brzmi jakby został nagrany jakieś trzydzieści lat wcześniej. Nie zmieniły się również inspiracje zespołu - choć trochę większy nacisk został położony na doom metalowe riffy, które zdecydowanie dominują na całym albumie. Wystarczy posłuchać świetnego "Wooden Cross (I Can't Wake the Dead)" - który zwraca uwagę nie tylko nośnym riffem, ale także długimi solówkami - aby wiedzieć, czego spodziewać się po całości. Album ma więcej takich mocnych punktów, żeby wspomnieć tylko o "Chylde of Fire", "If Wishes Were Horses", "You Suffer", czy brzmiącym jak zaginiony utwór Black Sabbath "Queen of Bees".

O rozwoju grupy świadczy kompozycja "Sorrow Evoker". Inspiracja folkiem była już słyszalna na poprzednim longplayu, ale tutaj została dodatkowo podkreślona dzięki wykorzystaniu gitary akustycznej i fletu.  Dość nietypowo brzmi także finałowy "Attention!", o bardziej jamowej strukturze. Na tej samej ścieżce, po pięciu minutach ciszy, umieszczony jest jeszcze "ukryty" cover "When the Screams Come" Pentagram. Wersja Witchcraft niespecjalnie odbiega od oryginału, ale i tak jest świetna. W wydaniu winylowym "Firewood", zamiast tego bonusu, pojawia się inny - autorski "The Invisible". Bardzo udany, spokojniejszy utwór. Dziwne, że nieobecny na podstawowym wydaniu, bo ciekawie urozmaica całość. Mógłby zająć miejsce trochę bezbarwnego "Mr Haze".

Ocena: 8/10



Witchcraft - "Firewood" (2005)

1. Chylde of Fire; 2. If Wishes Were Horses; 3. Mr Haze; 4. Wooden Cross (I Can't Wake the Dead); 5. Queen of Bees; 6. Merlin's Daughter; 7. I See a Man; 8. Sorrow Evoker; 9. You Suffer; 10. Attention!

Skład: Magnus Pelander - wokal i gitara; John Hoyles - gitara; Ola Henriksson - bass; Jonas Arnesén - perkusja
Gościnnie: Will Summers - flet (8)
Producent: Witchcraft i Jens Henriksson


25 września 2012

[Recenzja] Witchcraft - "Witchcraft" (2004)



Kiedy w 2000 roku Magnus Pelander, wokalista i gitarzysta szwedzkiej grupy Norrsken, założył Witchcraft, miał to być jednorazowy projekt, którego celem było nagranie singla w hołdzie dla jego dwóch idoli - Bobby'ego Lieblinga (z doom metalowego Pentagram) i Roky'ego Ericksona (niegdyś członka pionierów rocka progresywnego - The 13th Floor Elevators). Singiel "No Angel or Demon" dotarł jednak do Lee Dorriana (Cathedral/ex-Napalm Death), który zaproponował muzykom kontrakt ze swoją wytwórnią, Rise Above Records. W ten sposób Witchcraft przerodził się w regularny zespół, a w 2004 roku światło dzienne ujrzał jego debiutancki album, zatytułowany po prostu "Witchcraft".

Twórczość grupy to połączenie tradycyjnych doom metalowych riffów w stylu Black Sabbath i Pentagram (jest tu nawet cover tej drugiej grupy, "Please Don't Forget Me", a w japońskim wydaniu znalazł się jeszcze jeden - "Yes I Do") z melodiami i solówkami inspirowanymi twórczością Ericksona. Zawartość longplaya to przede wszystkim chwytliwe piosenki, w rodzaju "No Angel or Demon", "I Want You to Know", czy śpiewanego po szwedzku "Schyssta lögner". Czasem zdarza się, że grupa proponuje coś bardziej posępnego, bliższego doomowych inspiracji ("The Snake", "Lady Winter", "You Bury Your Head"), ale potrafi grać też łagodniej ("What I Am"). O ambicjach grupy świadczą jednak przede wszystkim dwa utwory - rozbudowany, pełen zmian motywów "Witchcraft", oraz zdradzający inspirację folkiem "Her Sisters They Were Weak".

Jak na debiutancki album, "Witchcraft" wypada całkiem przekonująco. Muzycy, bezpośrednio nawiązując do swoich idoli, potrafią zabrzmieć dość oryginalnie. Jednak dopiero kolejne ich albumy pokażą na co naprawdę ich stać.

Ocena: 7/10



Witchcraft - "Witchcraft" (2004)

1. Witchcraft; 2. The Snake; 3. Please Don't Forget Me; 4. Lady Winter; 5. What I Am; 6. Schyssta lögner; 7. No Angel or Demon; 8. I Want You to Know; 9. It's So Easy; 10. You Bury Your Head; 11. Her Sisters They Were Weak

Skład: Magnus Pelander - wokal i gitara; John Hoyles - gitara; Mats Arnesen - bass (1-6,8-11); Ola Henriksson - bass (7); Jonas Arnesen - perkusja
Producent: Witchcraft i Jens Henriksson


24 września 2012

[Recenzja] Steve Harris - "British Lion" (2012)



Fani Iron Maiden niechętnie odnieśliby się do jakichkolwiek zmian w brzmieniu grupy. Nic więc dziwnego, że Steve Harris - lider, basista i autor większości materiału Żelaznej Dziewicy - postanowił nagrać album solowy, na którym zaprezentował kompozycje zupełnie inne od tego, co proponuje w swoim zespole. Pomysł był dobry, niestety "British Lion" rozczarowuje.

Spora w tym wina wokalisty, Richarda Taylora (a raczej Harrisa za wybór właśnie jego - czyli sytuacja identyczna, jak z Bayleyem w Ironach), którego barwa głosu i delikatny sposób śpiewania sprawdziłyby się w utworach popowych, może nawet poprockowych, ale nie w ciężkim rocku, a właśnie mocniejsze utwory tu przeważają. Mocniejsze, jednak nie metalowe. Jedynie główny motyw "Us Against the World", za sprawą charakterystycznej galopady basu i duetu gitar grających unisono, kojarzy się z Iron Maiden. Jednak wraz z wejściem partii wokalnej wszelkie podobieństwo znika.

Harris zaś nie popisał się jako kompozytor - chociaż deklarował, że tworząc album inspirował się hard i progrockowymi wykonawcami z lat 70., to w większości utworów zbliża się raczej do współczesnego mainstreamowego rocka (np. "Judas", a zwłaszcza okropny "Eyes of the Young", kojarzący się z amerykańskim "collage rockiem"). Bardziej udane są czadowe "This Is My God" i "These Are the Hands", które jednak sporo tracą ze względu na wspomniany wokal.

Właściwie tylko jeden utwór naprawdę może zachwycić - najdłuższy na płycie, progresywny "A World Without Heaven", zwłaszcza jego instrumentalne fragmenty. Chociaż pod względem wokalnym wyjątkowo nie jest najgorzej - momentami Taylor brzmi prawie jak David Coverdale. Prawie... Dobrze wypadł jeszcze tylko w akustycznym "The Lesson" (nie słuchać tu zapowiadanych wpływów Pink Floyd), w którym śpiewa nieco zachrypniętym głosem.

"British Lion" nie jest albumem dla fanów Iron Maiden, prędzej trafi w gust wielbicieli np. Nickelback, Alter Bridge czy innych komercyjnych, post-grunge'owych grup. A w najlepszym wypadku - do fanów łagodniejszego wcielenia Whitesnake, a może nawet Deep Purple z płyt "Stormbringer" i "Come Taste the Band". Za mało tu jednak indywidualizmu Steve'a Harrisa, który tak słychać w nagraniach Ironów. "British Lion" nie brzmi jak jego album solowy, a longplay zespołu, w którym każdy członek jest na równych prawach.

Ocena: 3/10



Steve Harris - "British Lion" (2012)

1. This Is My God; 2. Lost Worlds; 3. Karma Killer; 4. Us Against the World; 5. The Chosen Ones; 6. A World Without Heaven; 7. Judas; 8. Eyes of the Young; 9. There Are the Hands; 10. The Lesson

Skład: Steve Harris - bass; Richard Taylor - wokal; David Hawkins - gitara i instr. klawiszowe; Grahame Leslie - gitara; Simon Dawson - perkusja
Producent: Steve Harris i Kevin Shirley


23 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Iron Man 2" (2010)



Teoretycznie jest to soundtrack do filmu "Iron Man 2". Teoretycznie, bo w filmie pojawiają się tylko dwa z zawartych tutaj utworów - "Shoot to Thrill" i "Highway to Hell". Poza tym kilka innych zostało wykorzystane w trailerach i innych materiałach promocyjnych ("Thunderstruck", "War Machine" i "The Razors Edge"), natomiast utwór "Back in Black" pojawił się w pierwszej części filmu. Reszta utworów nie ma nic wspólnego z obrazem, ale mogłaby się w nim pojawić, ze względu na tematykę tekstów. Lepiej jednak potraktować "Iron Man 2" jako kompilację największych przebojów grupy. Jest to bowiem interesujący przekrój przez całą karierę grupy, od wczesnych przebojów nagranych jeszcze z Bonem Scottem jako wokalistą (m.in. "T.N.T." i "Let There Be Rock") po całkiem świeże nagranie "War Machine" z wydanego dwa lata wcześniej "Black Ice".

Wydawnictwo jest jednak tym bardziej interesujące, że obok wielkich przebojów (np. "Back in Black", "Thunderstruck", "Highway to Hell") znalazły się na nim także utwory mniej znane, często prezentujące naprawdę wysoki poziom (np. "Cold Hearted Man", "Evil Walks", "The Razors Edge"). Z drugiej strony można wymienić kilka utworów, których tu nie ma, a powinny się znaleźć: "You Shook Me All Night Long", "Hells Bells" i "For Those About to Rock (We Salute You)". To przecież także wielkie przeboje. Trzeba jednak pamiętać, że wszystkie trzy były obecne na poprzednim soundtrackowym albumie AC/DC, "Who Made Who" z 1986 roku. Oba wydawnictwa świetnie się zatem uzupełniają i jeśli ktoś nie chce kupować całej dyskografii zespołu, to spokojnie może się ograniczyć do tych dwóch kompilacji, opcjonalnie uzupełniając je najlepszym ze studyjnej dyskografii albumem "Highway to Hell".

Warto dodać, że kompilacja ukazała się w kilku formatach. Wersja podstawowa na pojedynczym CD, ten sam materiał na podwójnym winylu, rozszerzona wersja CD + DVD (na którym znalazł się nowy teledysk do "Shoot to Thrill", zawierający ujęcia z filmu, oraz kilka innych klipów, głównie koncertowych), oraz najbardziej wypasiona wersja, która oprócz płyt CD i DVD zawiera również plakat przedstawiający zespół podczas koncertów, naklejki nawiązujące do okładki, oraz komiks o Iron Manie, a wszystko to zapakowane w książkę z twardą oprawą w formacie A4. 

Ocena: 8/10



AC/DC - "Iron Man 2" (2010)

1. Shoot to Thrill; 2. Rock 'n' Roll Damnation; 3. Guns for Hire; 4. Cold Hearted Man; 5. Back in Black; 6. Thunderstruck; 7. If You Want Blood (You've Got It); 8. Evil Walks; 9. T.N.T.; 10. Hell Ain't a Bad Place to Be; 11. Have a Drink on Me; 12. The Razors Edge; 13. Let There Be Rock; 14. War Machine; 15. Highway to Hell

Skład: Brian Johnson - wokal (1,3,5,6,8,11,12,14); Bon Scott - wokal (2,4,7,9,10,13,15); Angus Young - gitara; Malcom Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass (1-8,11,12,14,15); Mark Evans - bass (9,10,13); Phil Rudd - perkusja (1-5,7-11,13-15); Chris Slade - perkusja (6,12)
Producent: Robert John "Mutt" Lange (1,5,8,11), George Young i Harry Vanda (2,4,7,9,10,13,15), Malcolm Young i Angus Young (3), Bruce Fairbairn (6,12), Brendan O'Brien (14)


21 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Black Ice" (2008)



Osiem lat trzeba było czekać na następce "Stiff Upper Lip". Ale było warto. "Black Ice" to najlepszy album AC/DC od wielu lat, co najmniej od czasu "The Razors Edge". Całość rozpoczyna się od singlowego "Rock 'n' Roll Train" - jednego z największych przebojów grupy. To bardzo typowy dla grupy kawałek - utrzymany w szybkim tempie, bardzo energetyczny i melodyjny; równie dobrze mógłby być nagrany dziesięć, dwadzieścia lat temu. Nie trzeba słuchać tego albumu ani być jasnowidzem, żeby wiedzieć, że zdecydowana większość utworów - jeśli nie wszystkie - są utrzymane w podobnym stylu, różniąc się tylko tempem i różnymi niuansami. Niemniej jednak kilka utworów zasługuje na szczególne wyróżnienie. Pod względem chwytliwej melodii bezkonkurencyjne są "Anything Goes" - godna kontynuacja takich utworów grupy, jak "You Shook Me All Night Long" i "Moneytalks" - oraz lżejszy "Rock 'n' Roll Dream". Równie dobre efekty grupa osiąga, gdy gra ciężej - z takich utworów największe wrażenie robi "War Machine", opartym na wyrazistej linii basu, a tuż za nim plasują się "Decibel" i tytułowy "Black Ice". Na albumie znalazło się także miejsce na bardziej zaskakujący "Stormy May Day", z partią gitary graną techniką slide i niższym śpiewem Briana Johnsona pod koniec. Poza tymi dwoma elementami jest to jednak typowy utwór AC/DC.

Wszystkie wersje okładki.
Największym minusem "Black Ice" jest jego długość. Znalazło się tutaj aż piętnaście utworów o łącznym czasie przekraczającym pięćdziesiąt pięć minut, co jest rekordem w przypadku tej grupy. Biorąc pod uwagę podobieństwo wszystkich utworów, longplay w pewnym momencie zaczyna po prostu nudzić. Wymienione wyżej utwory stanowią mniej niż połowę całego albumu. Wśród pozostałych ciężko byłoby wskazać jakieś ewidentnie słabsze punkty, ale też bez żalu można by wyrzucić te najbardziej przeciętne, jak "Money Made" i "Rocking All the Way".

Ocena: 7/10



AC/DC - "Black Ice" (2008)

1. Rock 'n' Roll Train; 2. Skies on Fire; 3. Big Jack; 4. Anything Goes; 5. War Machine; 6. Smash 'n' Grab; 7. Spoilin' for a Fight; 8. Wheels; 9. Decibel; 10. Stormy May Day; 11. She Likes Rock 'n' Roll; 12. Money Made; 13. Rock 'n' Roll Dream; 14. Rocking All the Way; 15. Black Ice

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Brendan O'Brien


20 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Stiff Upper Lip" (2000)



W latach 70. i 80. albumy AC/DC ukazywały się najwyżej z dwuletnimi przerwami. W latach 90. przerwy wydłużyły się do pięciu lat. Tyle trzeba było czekać na "Ballbreaker" i tyle samo na jego następce, "Stiff Upper Lip". W przypadku poprzedniego albumu długie wyczekiwanie zostało nagrodzone kilkoma niezłymi kompozycjami, otoczonymi jednak kilkoma słabszymi kawałkami. Na "Stiff Upper Lip" jest zupełnie inaczej. Tym razem muzycy przygotowali bardzo równy materiał. Równy i nudny. Powtarza się zatem problem z "Fly on the Wall". Podobnie jak tam, także tutaj można odnieść wrażenie, że w kółko leci ten sam utwór. Pół biedy, gdyby chociaż był to dobry utwór. Ale wszystkie kawałki ze "Stiff Upper Lip", podobnie jak wcześniej na "Fly on the Wall", są do bólu przeciętne i niczym się nie wyróżniające. No, może z wyjątkiem żywszych "Can't Stop Rock 'n' Roll", "Satellite Blues" i "Give It Up". Cała reszta jest całkowicie pozbawiona energii, z której przecież ten zespół zawsze słynął. Melodie też do niczego. Zamiast chwytliwych refrenów dostajemy tutaj głównie monotonne powtarzanie tytułu lub jakiejś innej frazy (np. "Stiff Upper Lip", "Meltdown", "Safe in New York City"). Zapamiętywanych riffów i solówek też nie można tutaj uświadczyć. Trzeba być naprawdę oddanym fanem AC/DC, żeby dać radę przesłuchać ten album w całości.

Ocena: 4/10



AC/DC - "Stiff Upper Lip" (2000)

1. Stiff Upper Lip; 2. Meltdown; 3. House of Jazz; 4. Hold Me Back; 5. Safe in New York City; 6. Can't Stand Still; 7. Can't Stop Rock 'n' Roll; 8. Satellite Blues; 9. Damned; 10. Come and Get It; 11. All Screwed Up; 12. Give It Up

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass; dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: George Young


19 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Ballbreaker" (1995)



Album "Ballbreaker" czasem uznawany jest za najsłabszy w dyskografii AC/DC (zapewne głównie przez obrońców beznadziejnego "Fly on the Wall"). Longplay ma jednak całkiem sporo interesujących fragmentów. Już na otwarcie pojawia się "Hard as a Rock" - całkiem spory przebój, zawierający wszystko, co powinna mieć wzorowa piosenka AC/DC: charakterystyczne riffy i solówki braci Young, skrzekliwy śpiew Briana Johnsona, chwytliwą melodię i mnóstwo energii. Niewiele gorzej pod tym względem prezentują się dwa pozostałe kawałki wydane na singlach, czyli "Hail Caesar" i "Cover You in Oil". Ale są tu też utwory nieco odbiegające od tego, do czego przyzwyczaili nas muzycy AC/DC. Jak bardziej wyrafinowany pod względem muzycznym "The Furor". Albo łagodniejszy, momentami wręcz popowy (!) "Burnin' Alive". Oba wypadają naprawdę świetnie.

Oczywiście, nie wszystkie utwory trzymają równy poziom; trafiają się tutaj zwykłe niewypały (przede wszystkim "Boogie Man" i "Caught with Your Pants Down"). Ale przecież większości albumom AC/DC można zarzucić nierówność materiału - wyjątek stanowią tutaj tylko "Highway to Hell" i "Back in Black" (na których wszystkie utwory trzymają wysoki poziom), oraz "Fly on the Wall" (na którym wszystkie utwory są do bólu nijakie).

Ocena: 6/10



AC/DC - "Ballbreaker" (1995)

1. Hard as a Rock; 2. Cover You in Oil; 3. The Furor; 4. Boogie Man; 5. The Honey Roll; 6. Burnin' Alive; 7. Hail Caesar; 8. Love Bomb; 9. Caught with Your Pants Down; 10. Whiskey on the Rocks; 11. Ballbreaker

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Rick Rubin i Mike Fraser


18 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "The Razors Edge" (1990)



Przed nagraniem "The Razors Edge" nastąpiły dwie istotne zmiany kadrowe. Po pierwsze, perkusista Simon Wright odszedł do zespołu Dio (z którym nagrał album "Lock Up the Wolves"), a jego miejsce zajął Chris Slade, znany m.in. z albumów Toma Jonesa, Manfred Mann's Earth Band i supergrupy The Firm, w której grał u boku Paula Rodgersa (ex-Free, Bad Comapany) i Jimmy'ego Page'a (ex-Led Zeppelin). Większy wpływ na nowy materiał miało jednak zatrudnienie producenta Bruce'a Fairbairna, który wcześniej pracował m.in. z Aerosmith i Bon Jovi. Fairbairn zapewnił "The Razors Edge" bardzo wypolerowane i selektywne brzmienie, które jednak nie wykluczało niemal heavy metalowego ciężaru. Ogromny sukces albumu jest jednak przede wszystkim zasługą braci Young, którzy dostarczyli najlepszy materiał od czasu "Back in Black".

Album rozpoczyna się od jednego z najsłynniejszych, najbardziej rozpoznawalnych utworów AC/DC - "Thunderstuck". Osobiście nigdy za nim nie przepadałem, zawsze drażniło mnie to mruczenie ze wstępu, a i dalsza część utworu niespecjalnie mnie porywa. Należę jednak do mniejszości, bo to właśnie przede wszystkim "Thunderstuck" zapewnił albumowi ponad 5-milionową sprzedaż w samych Stanach (pozostałe dwa single, "Moneytalks" i "Are You Ready", też całkiem nieźle radziły sobie w notowaniach, ale nie cieszyły się aż taką popularnością). Kolejne utwory robią na mnie jednak lepsze wrażenie. Gdyby zespół nie nagrał "Thunderstuck", równie dobrze w roli otwieracza sprawdziłby się rozpędzony, kipiący energią "Fire Your Guns". Z kolei w "Moneytalks" nacisk położony jest przede wszystkim na melodię - być może najbardziej chwytliwą od czasu "You Shook Me All Night Long". A na pewno najbardziej zapadającą w pamięć z całego "The Razors Edge". Jakże inny klimat przynosi kompozycja tytułowa - ponura i poważna tekstowo, przypominająca nieco "Two's Up" z poprzedniego albumu, "Blow Up Your Video". To jeden z najbardziej niesamowitych utworów w dorobku zespołu.

Za pomyłkę można uznać natomiast "Mistress for Christmas". Niby typowy dla grupy kawałek (poza dzwoneczkami na początku), ale ze względu na tytuł bardziej pasujący na świąteczny singiel, niż album, którego słucha się przez cały rok. Nie mogę się natomiast przyczepić do dwóch kolejnych utworów: "Rock Your Heart Out", z uwypukloną partią gitary basowej, oraz ciężkiego "Are You Ready", z wielogłosowymi partiami wokalnymi. To kolejne mocne punkty albumu. "Got You by the Balls" i "Shot of Love" to także wzorowe AC/DC - melodyjne i bardzo energetyczne. Niestety, gdzieś w okolicach tego drugiego, longplay zaczyna nużyć. "Let's Make It" i "Goodbye & Good Riddance to Bad Luck" nie wnoszą już nic nowego - nic by się nie stało, gdyby zostały pominięte. Odrobinę świeżości przynosi za to finałowy "If You Dare", utrzymany w nieco glam metalowym stylu. Niekoniecznie takie granie chciałoby się słyszeć w wykonaniu AC/DC, ale jako jednorazowy eksperyment może zaciekawić.

"The Razors Edge" ukazał się w czasie, gdy już chyba nikt nie wierzył, że zespół jest w stanie nagrać drugi "Highway to Hell" lub drugi "Back in Black". Nie jest to co prawda album równie dobry, jak oba wymienione, ale okazał się wystarczająco udany, aby przywrócić wiarę w grupę i znów uczynić z niej jednego z czołowych przedstawicieli hard rocka.

Ocena: 7/10



AC/DC - "The Razors Edge" (1990)

1. Thunderstruck; 2. Fire Your Guns; 3. Moneytalks; 4. The Razors Edge; 5. Mistress for Christmas; 6. Rock Your Heart Out; 7. Are You Ready; 8. Got You by the Balls; 9. Shot of Love; 10. Let's Make It; 11. Goodbye & Good Riddance to Bad Luck; 12. If You Dare

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Chris Slade - perkusja
Producent: Bruce Fairbairn


17 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Blow Up Your Video" (1988)



Jest lepiej niż na poprzednich dwóch albumach, nieudanych "Flick of the Switch" i "Fly on the Wall", które zresztą razem wzięte rozeszły się w mniejszej ilości egzemplarzy, niż sam "Blow Up Your Video". Dobre wrażenie robi zwłaszcza początek i koniec longplaya. "Blow Up Your Video" rozpoczyna się dwoma bardzo chwytliwymi kawałkami, które zresztą promowały go na singlach: "Heatseeker" i "That's the Way I Wanna Rock 'n' Roll". Oba całkiem zasłużenie nieźle sobie radziły w notowaniach. To takie typowe dla AC/DC granie z ogromną dawką energii i dobrych melodii, czego bardzo brakowało na poprzednich albumach. Pod względem muzycznym znacznie ciekawsze są jednak dwa inne utwory: "Ruff Stuff" i "Two's Up". W pierwszym zaskakuje spokojny wstęp, po którym jednak wszystko wraca do ejsidisowej normy - jest zatem bardzo dynamicznie i przebojowo. Bardziej nietypowy jest drugi z nich, utrzymany w wolnym tempie i wyróżniający się wyjątkowo ciężkim, jak na ten zespół, riffem. Niestety, pozostałe sześć utworów jest bardzo przewidywalne i brakuje im wyrazistości. Co jednak nie zmienia faktu, że "Blow Up Your Video" to najlepszy album AC/DC od czasu "For Those About to Rock", a może nawet od czasu "Back in Black".

Ocena: 6/10



AC/DC - "Blow Up Your Video" (1988)

1. Heatseeker; 2. That's the Way I Wanna Rock 'n' Roll; 3. Meanstreak; 4. Go Zone; 5. Kissin' Dynamite; 6. Nick of Time; 7. Some Sin for Nuthin'; 8. Ruff Stuff; 9. Two's Up; 10. This Means War

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Simon Wright - perkusja
Producent: Harry Vanda i George Young


16 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Who Made Who" (1986)



"Who Made Who" to specyficzne wydawnictwo w dyskografii zespołu - traktowane jako regularny album, chociaż tylko w 1/3 składający się z premierowych utworów. Longplay jest soundtrackiem do filmu "Maximum Overdrive" Stephena Kinga (w Polsce znanego jako "Maksymalne przyśpieszenie" lub "Bunt maszyn"). Specjalnie na potrzeby tego obrazu zespół stworzył przebojowy kawałek "Who Made Who", należący do najlepszych utworów grupy z lat 80., a także siedem instrumentalnych kompozycji, z których tylko dwie trafiły na album ("D.T.", "Chase the Ace"). W filmie i na soundtracku pojawiło się też kilka wcześniej znanych utworów grupy, pochodzących głównie z nowszych albumów ("You Shook Me All Night Long" i "Hells Bells" z "Back in Black", tytułowa kompozycja z "For Those About to Rock", a także "Sink the Pink" i "Shake Your Foundations" z "Fly on the Wall), ale znalazło się również miejsce na jedną kompozycję z czasów Bona Scotta ("Ride On", oryginalnie wydaną na "Dirty Deeds Done Dirt Cheap"). Chociaż utwory powstały w różnym czasie i w różnych składach, całość brzmi dość spójnie. Ale mimo to, trudno nie traktować "Who Made Who" wyłącznie jako bardzo ubogiej składanki, na której pominięto większość przebojów grupy, z "Highway to Hell" i "Back in Black" na czele.

Ocena: 6/10



AC/DC - "Who Made Who" (1986)

1. Who Made Who; 2. You Shook Me All Night Long; 3. D.T.; 4. Sink the Pink; 5. Ride On; 6. Hells Bells; 7. Shake Your Foundations; 8. Chase the Ace; 9. For Those About to Rock (We Salute You)

Skład: Brian Johnson - wokal (1,2,4,6,7,9); Bon Scott - wokal (5); Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal (1-4,6-9); Mark Evans - bass (5); Simon Wright - perkusja (1,3,4,7,8); Phil Rudd - perkusja (2,5,6,9)
Producent: Harry Vanda i George Young (1,3,5,8), Robert John "Mutt" Lange (2,6,9), Angus Young i Malcolm Young (4,7)


15 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Fly on the Wall" (1985)



Jeszcze przed ukończeniem albumu "Flick of the Switch" z zespołu odszedł perkusista Phil Rudd. Odświeżenie składu na "Fly on the Wall" (zastępcą ruda został Simon Wright, późniejszy muzyk grupy Dio) nie pomogło jednak AC/DC wyjść z kryzysu. To longplay jeszcze słabszy od poprzedniego, na którym nie ma absolutnie niczego godnego uwagi. Znalazło się tutaj dziesięć utworów, ale równie dobrze mógłby być jeden powtórzony dziesięciokrotnie. Wrażenie byłoby takie samo. Każdy kawałek (może z wyjątkiem wolniejszego "Danger") brzmi tak samo, ma niemal identyczne, bardzo proste riffy i solówki braci Young i zupełnie identyczne partie wokalne Briana Johnsona, którego wysoki głos i infantylny sposób śpiewania stał się na tym albumie straszne irytujący. Zupełnie nie można tych utworów od siebie odróżnić, żaden nie wyróżnia się niczym charakterystycznym, choćby bardziej chwytliwym refrenem. Wszystkie są tak samo nijakie. Potwierdzają to niskie pozycje w notowaniach wszystkich singli z tego albumu ("Danger", "Sink the Pink" i "Shake Your Foundations"). Longplay tylko dla największych wielbicieli AC/DC.

Ocena: 4/10



AC/DC - "Fly on the Wall" (1985)

1. Fly on the Wall; 2. Shake Your Foundations; 3. First Blood; 4. Danger; 5. Sink the Pink; 6. Playing with Girls; 7. Stand Up; 8. Hell or High Water; 9. Back in Business; 10. Send for the Man

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Simon Wright - perkusja
Producent: Angus Young i Malcolm Young


14 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Flick of the Switch" (1983)



Już poprzedni album, "For Those About to Rock" mógł budzić pewne obawy, a "Flick of the Switch" dobitnie je potwierdza: zespół przechodził w tamtym czasie poważny kryzys twórczy. Tytuł pierwszego utworu na tym albumie brzmi "Rising Power", ale zarówno do niego, jak i większości longplaya, raczej pasowałby tytuł "spadek mocy". Twórczość zespołu wciąż jest tu bardzo energetyczna i melodyjna, ale ewidentnie zaczęło brakować muzykom pomysłów na wyraziste utwory. Hasło "każdy utwór AC/DC jest taki sam" pasuje tutaj jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek w przeszłości. Wszystkie kawałki zlewają się w całość; rzadko kiedy coś w nich przyciąga uwagę. Czasem zdarza się jakiś lepszy riff ("Nervous Shakedown", "Deep in the Hole", "Brain Shake"), który nie jest jednak w stanie uratować nijakich kompozycji. Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest "Guns for Hire". Jedyny tutaj utwór, który przez całe trzy minuty przykuwa uwagę. Inna sprawa, że gdyby trafił na "Back in Black" lub "For Those About to Rock", byłby tam tylko wypełniaczem.

Ocena: 5/10



AC/DC - "Flick of the Switch" (1983)

1. Rising Power; 2. This House Is on Fire; 3. Flick of the Switch; 4. Nervous Shakedown; 5. Landslide; 6. Guns for Hire; 7. Deep in the Hole; 8. Bedlam in Belgium; 9. Badlands; 10. Brain Shake

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: AC/DC


13 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "For Those About to Rock" (1981)



Album "Black in Black" okazał się tak wielkim sukcesem, że po zakończeniu promującej go trasy muzycy mogliby spokojnie przejść na emeryturę. Jednak zamiast tego, już niewiele ponad rok później wydali kolejny album, "For Those About to Rock", który również okazał się sukcesem - przynajmniej komercyjnym. Tuż po wydaniu sprzedawał się tak dobrze, że w Stanach doszedł na szczyt listy Billboardu, podczas gdy "Back in Black" doszedł "zaledwie" do 4. miejsca. Inna sprawa, że ogółem sprzedało się mniej egzemplarzy - jak dotąd "For Those..." zdobył 12 platynowych płyt na całym świecie, podczas gdy jego poprzednik - 22 w samych Stanach, a na świecie ponad 50... Nie ma zresztą co ukrywać - wysoka sprzedaż "For Those..." tuż po premierze wynikała przede wszystkim z renomy, jaką grupa zdobyła dzięki "Back in Black". Zawartość muzyczna prezentuje się nieco słabiej.

Całość otwiera jednak jeden z najlepszych i najbardziej znanych utworów Australijczyków, "For Those About to Rock (We Salute You)". To wielki rock'n'rollowy hymn, który zapada w pamięć już po pierwszym przesłuchaniu. Do dzisiaj stanowi obowiązkowy punkt koncertów AC/DC - jako jeden z nielicznych utworów z dyskografii zespołu po 1980 roku. Problem w tym, że żaden z dziewięciu pozostałych kawałków nie zbliża się poziomem do tytułowego. Większość z nich to takie typowe dla zespołu, bardzo melodyjne i chwytliwe granie w szybkim tempie - jednak nie wyróżniające się absolutnie niczym na tle kilkudziesięciu im podobnych (np. "Put the Finger on You", "Let's Get It Up", "Breaking the Rules"). O wiele lepiej wypadają tutaj wolniejsze kawałki: "Evil Walks" (z autentycznie przebojowym refrenem), "C.O.D.", "Night of the Long Knives" (kolejny świetny refren), oraz intrygujący finał albumu, "Spellbound".

"For Those About to Rock" jest albumem nierównym i momentami bardzo sztampowym, ale nie wypada go nie znać - to mimo wszystko klasyka melodyjnego ciężkiego rocka. Choć gdyby zabrakło tu utworu tytułowego, można by już mówić o artystycznej porażce.

Ocena: 7/10



AC/DC - "For Those About to Rock" (1981)

1. For Those About to Rock (We Salute You); 2. Put the Finger on You; 3. Let's Get It Up; 4. Inject the Venom; 5. Snowballed; 6. Evil Walks; 7. C.O.D.; 8. Breaking the Rules; 9. Night of the Long Knives; 10. Spellbound

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Robert John "Mutt" Lange


12 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Back in Black" (1980)



Śmierć Bona Scotta mogła być końcem AC/DC, a jednak bracia Young postanowili kontynuować działalność grupy. Już kilka miesięcy później, wraz z nowym wokalistą, Brianem Johnsonem, nagrali i wydali "Back in Black" - drugie ze swoich największych dzieł. Pod względem przebojowości jest nawet lepiej, niż na "Highway to Hell" - tak chwytliwie, jak w "You Shook Me All Night Long" jeszcze nie grali. A jednak utwór zachowuje hardrockowy charakter. Innym przebojem z albumu jest utwór tytułowy. Ale kawałków o przebojowym potencjale jest tu więcej, chociażby "Shoot to Thrill", "Let Me Put My Loving Into You" oraz "Have a Drink on Me". Jednym z najciekawszych fragmentów jest "Hells Bells" z majestatycznym wstępem i jednym z ciekawszych riffów zespołu. Ale nie zabrakło wpadki - ostatni na płycie, wolny "Rock 'n' Roll Ain't Noise Pollution" zwyczajnie nudzi. Jeden nieudany utwór można wybaczyć, jednak kontrast pomiędzy nim, a resztą albumu jest ogromny.

Ocena: 8/10



AC/DC - "Back in Black" (1980)

1. Hells Bells; 2. Shoot to Thrill; 3. What Do You Do for Money Honey; 4. Given the Dog a Bone; 5. Let Me Put My Loving Into You; 6. Back in Black; 7. You Shook Me All Night Long; 8. Have a Drink on Me; 9. Shake a Leg; 10. Rock 'n' Roll Ain't Noise Pollution

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara; Cliff Williams - bass; Phil Rudd - perkusja
Producent: Robert John "Mutt" Lange


11 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Highway to Hell" (1979)



Wydany zaledwie pół roku przed śmiercią Bona Scotta album "Highway to Hell" okazał się pierwszy prawdziwym sukcesem komercyjnym AC/DC poza rodzimą Australią. Złośliwi powiedzą, że zainteresowanie grupą zwiększyło się właśnie po śmierci wokalisty. Jednak longplay już wcześniej doszedł do wysokich miejsc na listach sprzedaży w Wielkiej Brytanii i Stanach (w tym drugim kraju do 17. pozycji, podczas gdy poprzednie wydawnictwa lądowały w drugiej setce notowania). To przede wszystkim zasługa tytułowego utworu "Highway to Hell" - pierwszego ogromnego przeboju AC/DC na całym świecie, w czym spora zasługa charakterystycznego riffu Malcoma Younga i niesamowicie nośnego refrenu, które zna chyba każdy, nawet jeśli zupełnie nie interesuje się muzyką rockową.

Okładka wydania australijskiego.
Co jednak ciekawe, album nie przyniósł więcej przebojów. Na singlach zostały wydane także żywiołowy "Girls Got Rhythm" i bardzo melodyjny "Touch Too Much" (z fantastycznymi riffami, solówkami i linią wokalną - być może najlepszymi w całej dyskografii zespołu), ale żaden z nich nie cieszył się większym powodzeniem. Być może większy sukces odniosłyby "Shot Down in Flames" i "If You Want Blood (You've Got It)", które bardzo dobrze sprawdziły się na żywo i do dziś stanowią żelazne punkty koncertów. Albo mocny "Walk All Over You", z bardzo interesującymi wielogłosami w refrenie. Zresztą prawie każdy utwór na tym albumie poraża ogromną dawką energii i melodyjności - nawet te mniej wyraziste utwory, jak "Beating Around the Bush" i "Get It Hot". Dopiero pod koniec muzycy zwalniają tempo, w piosenkowym "Love Hungry Man" (opartym przede wszystkim na wyrazistej linii basu) i w zaskakująco klimatycznym bluesie "Night Prowler". Te dwa utwory najlepiej ukazują rozwój grupy. Choć tak naprawdę cały album jest bardzo dojrzały.

"Highway to Hell" wzniósł zespół na nowy, znacznie wyższy poziom, zarówno pod względem komercyjnym, jak i artystycznym.

Ocena: 9/10



AC/DC - "Highway to Hell" (1979)

1. Highway to Hell; 2. Girls Got Rhythm; 3. Walk All Over You; 4. Touch Too Much; 5. Beating Around the Bush; 6. Shot Down in Flames; 7. Get It Hot; 8. If You Want Blood (You've Got It); 9. Love Hungry Man; 10. Night Prowler

Skład: Bon Scott - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Robert John "Mutt" Lange


10 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Powerage" (1978)



"Powerage", pierwszy album nagrany z brytyjskim basistą Cliffem Williamsem w składzie, jest zarazem pierwszym, który na całym świecie został wydany z taką samą okładką. Jednak oryginalne wydania europejskie znacznie różniły się od (wydanych prawie miesiąc później) australijskiego i amerykańskiego. Przede wszystkim zawierały dodatkowy utwór "Cold Hearted Man". W najstarszych europejskich tłoczeniach brakuje natomiast utworu "Rock 'n' Roll Damnation", który nie był jeszcze ukończony, gdy album trafił do tłoczni (utwór powstał pod naciskiem wytwórni, która stwierdziła, że na albumie brakuje kawałka nadającego się na singiel). Ponadto, w oryginalnym wydaniu brytyjskim jest inny miks niektórych utworów (np. "Down Payment Blues" został skrócony o bluesową kodę, za to w "Kick in the Teeth" pojawia się dodatkowy akord na otwarcie) i mocniejsze, cięższe brzmienie całości. Na rynek amerykański przygotowywany został lżejszy miks i zrezygnowano z utworu "Cold Hearted Man". Niestety, to właśnie taka wersja "Powerage" stała się międzynarodowym standardem we wszystkich wydaniach na CD.

Album rozpoczyna wspomniany "Rock 'n' Roll Damnation" - dość lekki utwór, z wyrazistą melodią i nośnym refrenem, faktycznie idealnie nadający się do radia. Ale wbrew opinii wytwórni, longplay zawiera sporo innych utworów, które z powodzeniem mogłyby być wydane na singlach. Przede wszystkim bardzo chwytliwy blues "Down Payment Blues", posiadający jedną z lepszych melodii w całej twórczości zespołu. Choć z drugiej strony, jak na standardy zespołu jest to utwór bardzo długi i rozbudowany. Ten sam powód dyskwalifikuje także łagodniejszy "Gone Shootin'" i pełen ciekawych riffów - zgodnie z tytułem - "Riff Raff". Ale już energetyczne "Sin City", "Kick in the Teeth", "Gimme a Bullet" i "Up to My Neck in You" to idealne kandydatury to promocji albumu na małych płytkach. Na całym albumie zespół nie schodzi poniżej pewnego poziomu (tylko "What's Next to the Moon" nie wyróżnia się niczym szczególnym), ale gdybym miał wybrać jeden najlepszy utwór, byłby to bez wątpienia ten najbardziej niedoceniony (przynajmniej do czasu umieszczenia go na kompilacji "Iron Man 2" w 2010 roku), czyli "Cold Hearted Man". To w ogóle jeden z najbardziej udanych utworów w całej dyskografii zespołu, po prostu genialny w swojej prostocie.

"Powerage" może i nie zalicza się do najlepszych pozycji w dyskografii AC/DC, ale to solidny album przedstawiający zespół w najwyższej formie.

Ocena: 7/10



AC/DC - "Powerage" (1978)

1. Rock 'n' Roll Damnation; 2. Gimme a Bullet; 3. Down Payment Blues; 4. Gone Shootin'; 5. Riff Raff; 6. Sin City; 7. Up to My Neck in You; 8. What's Next to the Moon; 9. Cold Hearted Man; 10. Kick in the Teeth

Skład: Bon Scott - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Harry Vanda i George Young


9 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Let There Be Rock" (1977)



Na okładce europejskiego wydania "Let There Be Rock" po raz pierwszy pojawiło się słynne logo zespołu. A sam album to pierwsze klasyczne wydawnictwo grupy. Niemal pozbawione słabych punktów. Dwa pierwsze utwory, "Go Down" i "Dog Eat Dog" może i nie wyróżniają się niczym szczególnym, ale to porywające, pełne energii granie. Brzmieniowo jest jednak znacznie ciężej niż na poprzednich wydawnictwach, momentami gitary brzmią wręcz heavy metalowo. Pierwszym ważniejszym utworem jest tytułowy "Let There Be Rock". Zwraca uwagę zadziornym gitarowym riffem, bardzo wyraźną linią basu, świetnymi solówkami i chwytliwą linią wokalną. Nic dziwnego, że stał się jednym z największych przebojów grupy. Pierwszą stronę winylowego wydania kończy ciężki, ale zarazem przebojowy "Bad Boy Boogie".

Okładka wydania australijskiego.
Drugą stronę otwiera natomiast "Overdose", ze zmyłką w postaci balladowego wstępu, później zaś typowo ejsidisowy. To jeden z najbardziej niedocenianych utworów grupy, niemal zapomniany, choć porywający chwytliwą partią Bona Scotta i długimi solówkami Angusa Younga. Od reszty albumu odstaje natomiast spokojniejszy, monotonny blues "Crapsody in Blue". W Stanach zastąpił go bardziej pasujący do całości "Problem Child" (z niewydanego tam "Dirty Deeds Done Dirt Cheap"). Co ciekawe, ogólnoświatowe kompaktowe reedycje albumu również zawierają ten utwór, zamiast "Crapsody in Blue". Nie do końca zrozumiałe posunięcie, które jednak wyszło zdecydowanie na dobre. Dzięki temu album jest spójniejszy i ani przez chwilę nie nudzi. Wszystkie wydania albumu kończą się natomiast dwoma przebojowymi utworami - "Hell Ain't a Bad Place to Be" i "Whole Lotta Rosie", które wraz z tytułowym "Let There Be Rock" do dziś są stałymi punktami koncertów grupy.

"Let There Be Rock" to jeden z najlepszych albumów wydanych przez AC/DC. W moim osobistym rankingu zajmuje drugie miejsce na podium, pomiędzy "Highway to Hell" i "Back in Black".

Ocena: 8/10



AC/DC - "Let There Be Rock" (1977)

1. Go Down; 2. Dog Eat Dog; 3. Let There Be Rock; 4. Bad Boy Boogie; 5. Overdose; 6. Crabsody in Blue; 7. Hell Ain't a Bad Place to Be; 8. Whole Lotta Rosie

Skład: Bon Scott - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Mark Evans - bass; Phil Rudd - perkusja
Producent: Harry Vanda i George Young


8 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Dirty Deeds Done Dirt Cheap" (1976)



Europejskie wydanie "Dirty Deeds Done Dirt Cheap" ukazało się dwa miesiące po australijskim, z kilkoma zmianami. Po pierwsze, oryginalną, niezbyt urodziwą okładkę zastąpiła grafika przygotowana przez słynną firmę Hipgnosis, współpracującą przede wszystkim z zespołami z nurtu rocka progresywnego - i może właśnie dlatego nowa okładka zupełnie nie pasuje do zawartej na albumie muzyki. Druga, ważniejsza zmiana, to znacząca modyfikacja tracklisty: wyrzucono "R.I.P. (Rock in Peace)" i singlowy "Jailbreak", zamiast których zamieszono "Love at First Feel" i "Rocker" (pierwszy z nich w ogóle nie był wydany w Australii, drugi pochodzi z wydanego tylko tam albumu "T.N.T."). W Stanach album ukazał się w takiej samej wersji, ale... dopiero w 1981 roku (już po śmierci Bona Scotta i nagranym bez niego, multiplatynowym "Back in Black"). Pięć lat wcześniej amerykański wydawca uznał, że longplay jest zbyt słaby, aby sprzedawać go na tamtejszym rynku (na którym "High Voltage" odniósł komercyjną klapę). Czy jednak rzeczywiście jest to słaby album?

Okładka wydania australijskiego.
Cóż, jest to po prostu typowy album AC/DC: mało oryginalny, przewidywalny, monotonny. Mający jednak świetne momenty, jak bardzo przebojowe "Dirty Deeds Done Dirt Cheap" i "Problem Child". Jest tu wszystko, co najlepsze w twórczości grupy: energia, czad i dobre melodie. Podobny poziom prezentują także "Love at First Feel" i oparty na  wyrazistej partii basu "Squealer". Ciekawym momentem albumu jest natomiast niewątpliwie bluesowa ballada "Ride On", znacznie odbiegająca od tego, z czym kojarzy się ten zespół. Ale są też na albumie zdecydowanie słabsze momenty. Sztampowy "There's Gonna Be Some Rockin" i zdecydowanie przydługi, na siłę wydłużony "Ain't No Fun (Waiting 'Round to Be a Millionaire)" można jeszcze potraktować jako nieszkodliwe wypełniacze. Kompletnym niewypałem są natomiast dwa pozostałe kawałki - "Big Balls" z odpychającą bełkotliwą recytacją Bona Scotta, oraz nieudany pastisz rock and rolla, "Rocker". Wielka szkoda, że to one znalazły się na europejskim/amerykańskim wydaniu, a nie o wiele bardziej udane "R.I.P. (Rock in Peace)" i "Jailbreak".

"Dirty Deeds Done Dirt Cheap" to najsłabszy album AC/DC z czasów Bona Scotta. Spokojnie można sobie odpuścić zapoznanie z nim, gdyż jego najlepsze fragmenty można poznać z innych albumów: "Problem Child" jest dostępny na współczesnych wydaniach albumu "Let There Be Rock", "Ride On" został powtórzony na "Who Made Who", zaś utwór tytułowy znalazł się na koncertowym "Live".

Ocena: 6/10



AC/DC - "Dirty Deeds Done Dirt Cheap" (1976)

1. Dirty Deeds Done Dirt Cheap; 2. Love at First Feel; 3. Big Balls; 4. Rocker; 5. Problem Child; 6. There's Gona Be Some Rockin'; 7. Ain't No Fun (Waiting 'Round to Be a Millionaire); 8. Ride On; 9. Squealer

Skład: Bon Scott - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Mark Evans - bass (1-5,7-9); Phil Rudd - perkusja
Gościnnie: George Young - bass (6)
Producent: Harry Vanda i George Young


7 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "High Voltage" (1976)



Dwa pierwsze albumy AC/DC, "High Voltage" i "T.N.T." (oba z 1975 roku), ukazały się wyłącznie w Australii. Dopiero rok później zespół rozpoczął podbijanie całego świata. Chociaż międzynarodowy debiut również otrzymał tytuł "High Voltage", znalazły się na nim tylko dwa - w dodatku najsłabsze - utwory z australijskiego wydawnictwa o tym samym tytule ("Little Lover" i "She's Got Balls"); pozostałe siedem utworów zaczerpnięto z bardziej dopracowanego i nagranego w aktualnym składzie "T.N.T.". Styl AC/DC już w tamtym czasie był w pełni rozwinięty - już na tym longplayu zespół prezentuje wszystkie patenty, które będzie stosował przez całą swoją karierą. Najprościej mówiąc, jest to bardzo melodyjna, przebojowa odmiana hard rocka - a właściwie mocniejsza wersja rock and rolla. Jako urozmaicenie, od czasu do czasu pojawia się trochę bluesowego zabarwienia ("The Jack", "Little Lover", "She's Got Balls").

Całość rozpoczyna jeden z najbardziej pomysłowych utworów grupy, "It's a Long Way to the Top (If You Wanna Rock 'n' Roll)". Niby jest to typowa dla tej grupy piosenka, z wyrazistą melodią, ostrymi gitarami braci Young i zadziornym śpiewem Bona Scotta, ale urozmaicona.. brzmieniem dud (zagrał na nich Scott, mający - podobnie jak bracia Young - szkockie pochodzenie). Wyszło naprawdę świetnie i oryginalnie. Może nawet szkoda, że zespół nie poszedł dalej w tą stronę i nie wprowadził na stałe do swojej muzyki szkockich elementów. Pozostałe utwory, choć bardziej zachowawcze i mniej oryginalne, przynajmniej pod względem chwytliwych melodii wypadają równie dobrze. Wyróżnić trzeba przede wszystkim "Rock 'n' Roll Singer", tytułowy "High Voltage", oraz najbardziej znany utwór z tego albumu, "T.N.T.". W sumie otrzymujemy tutaj 45-minutową dawkę bardzo energetycznego i równie melodyjnego grania. Może i mało ambitnego, ale bardzo przyjemnego.

Ocena: 6/10

Okładki australijskich albumów "High Voltage" i "T.N.T.", oraz pierwszego europejskiego wydania "High Voltage".

PS. Pozostałe utwory z australijskich albumów również zostały wydane ogólnoświatowo, ale na różnych wydawnictwach i w różnym czasie. Publikacji najwcześniej doczekał się utwór "Rocker" (z "T.N.T."), który trafił na europejskie wydanie albumu "Dirty Deeds Done Dirt Cheap" (1976). W 1984 roku ukazała się z kolei EPka "'74 Jailbreak", zawierająca cztery utwory z "High Voltage" ("Baby, Please Don't Go", "Soul Stripper", "You Ain't Got a Hold on Me", "Show Business"). Następnie przeróbka "School Days" Chucka Berry'ego (z "T.N.T.") trafiła na kompilację "Volts" (1997), a jako ostatnie zostały wydane dwa utwory z "High Voltage" - "Stick Around" i bardzo nietypowy dla AC/DC, balladowy "Love Song" - które znalazły się dopiero na kompilacji "Backtracks" (2009).



AC/DC - "High Voltage" (1976)

1. It's a Long Way to the Top (If You Wanna Rock 'n' Roll); 2. Rock 'n' Roll Singer; 3. The Jack; 4. Live Wire; 5. T.N.T.; 6. Can I Sit Next to You Girl; 7. Little Lover; 8. She's Got Balls; 9. High Voltage

Skład: Bon Scott - wokal, dudy (1); Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Mark Evans - bass (1-6,9); Phil Rudd - perkusja (1-6,9)
Gościnnie: George Young - bass (7); John Proud - perkusja (7); Rob Bailey - bass (8); Peter Clack - perkusja (8)
Producent: Harry Vanda i George Young


6 września 2012

[Recenzja] Heaven & Hell - "The Devil You Know" (2009)



"The Devil You Know" to tak naprawdę 16-ty studyjny album Black Sabbath (a trzeci w składzie, który wcześniej nagrał "Mob Rules" i "Dehumanizer"), jednak ze względu na to, że oficjalnie wciąż istniał oryginalny skład - z Ozzym Osbournem i Billem Wardem - odnowiony skład z Ronniem Jamesem Dio i Vinnym Appicem musiał występować i nagrywać pod innym szyldem. Wybrano Heaven & Hell - od tytułu pierwszej płyty Sabbath z Dio (na której bębnił jeszcze Ward). Pierwsze trzy utwory stworzone przez to wcielenie grupy powstały w 2007 roku i uzupełniły kompilację "Black Sabbath: The Dio Years" ("The Devil Cried", "Shadow of the Wind", "Ear in the Wall"). Dwa lata później został wydany album pełnowymiarowy - "The Devil You Know".

Pod względem brzmienia longplayowi najbliżej do "Dehumanizer" - ten sam ciężar, wolne tempo, podobny styl kompozycji. Tylko wokal Ronniego nieco już słabszy - jednak zaskakująco mocny, jak na wokalistę z takim stażem. Za to riffy i solówki Iommiego są jeszcze lepsze niż na wspomnianym albumie, co słychać już w otwierającym "Atom and Evil". Ciężkich riffów nie brak w bardziej chwytliwych  "Fear" i "Double the Pain", a pomiędzy nimi umieszczono prawdziwe metalowe arcydzieło - "Bible Black" ze spokojnym wstępem, będącym - oczywiście - zmyłką. "Rock and Roll Angel" wyróżnia się melodyjnością, oraz spokojnym fragmentem z solówką brzmiącą bardzo floydowo.

W drugiej części płyty pojawia się kilka szybszych utworów ("The Turn of the Screw", "Eating the Cannibals", "Neverwhere"). Wolny "Follow the Tears" wypada trochę nijako na tle pozostałych utworów. "Breaking Into Heaven" dobrze kończy ten album, choć nie jest to finał na miarę "Lonely Is the Word" z "Heaven and Hell" ani "Over and Over" z "Mob Rules". A jednak "The Devil You Know" to album bardzo udany. Wydawało się, że jest początkiem długiej współpracy, która zaowocuje jeszcze kilkoma dziełami na tym poziomie. Niestety, "The Devil You Know" okazał się ostatnim albumem, w jakiego nagrywaniu brał udział Ronnie James Dio - wokalista zmarł 16 maja 2010.

Ocena: 7/10



Heaven & Hell - "The Devil You Know" (2009)

1. Atom and Evil; 2. Fear; 3. Bible Black; 4. Double the Pain; 5. Rock and Roll Angel; 6. The Turn of the Screw; 7. Eating the Cannibals; 8. Follow the Tears; 9. Neverwhere; 10. Breaking Into Heaven

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Vinny Appice - perkusja
Producent: Ronnie James Dio, Tony Iommi, Geezer Butler i Mike Exeter


5 września 2012

[Recenzja] Heaven & Hell - "Live from Radio City Music Hall" (2007)



Po nagraniu trzech nowych utworów na kompilację "The Dio Years", Tony Iommi, Ronnie James Dio, Geezer Butler i Vinny Appice postanowili wyruszyć w trasę koncertową. Jednak nie pod szyldem Black Sabbath, pod którym dotąd występowali, a pod zupełnie nową nazwą - Heaven & Hell. Było to nawiązanie do tytułu pierwszego albumu Black Sabbath nagranego z Dio (aczkolwiek jeszcze bez Appice'a, który dopiero na promującej go trasie zajął miejsce Billa Warda). Zmiana nazwy wiązała się z faktem, że wciąż oficjalnie funkcjonował - mimo braku aktywności - skład Black Sabbath z Ozzym Osbournem i Wardem. Warto też pamiętać, że jakiś czas wcześniej Iommi, pozwany przez Osbourne'a, stracił wyłączność na prawo do nazwy Black Sabbath. Użycie nowego szyldu okazało się jednak strzałem w dziesiątkę. A także swego rodzaju wybawieniem. Muzycy nie musieli już wykonywać kompozycji oryginalnego składu Black Sabbath (a Dio niespecjalnie radził sobie z tym materiałem - vide koncertówka "Live Evil" z 1982 roku). Mogli całkowicie skupić się na materiale z "lat Dio", czyli z albumów "Heaven and Hell" i "Mob Rules", wydanych na początku lat 80., oraz "Dehumanizer" z 1992 roku.

"Live from Radio City Music Hall" to zapis jednego z pierwszych koncertów Heaven & Hell, który miał miejsce 30 marca 2007 roku Nowym Jorku. Muzycy zaprezentowali obszerne fragmenty trzech wspomnianych wyżej albumów, sięgając także po mniej znane utwory (jak "Computer God", "Falling Off the Edge of the World" czy "Lonely Is the World"), a także dwie nowe kompozycje, "The Devil Cried" i "Shadow of the Wind", nieodbiegające poziomem od klasycznego repertuaru. Zespół jest tutaj w świetnej formie. Na scenie są tylko trzy instrumenty (sporadycznie wspierane klawiszami, obsługiwanymi przez schowanego przed wzrokiem publiczności Scotta Warrena), a mimo to udało się osiągnąć potężne brzmienie. Spora w tym zasługa Geezera Butlera, którego basowe partie idealnie uzupełniają się z gitarą Tony'ego Iommiego. Instrumentaliści nie unikają dłuższych improwizacji, czego przykładem wzbogacony fajnym zwolnieniem "Voodoo", czy - przede wszystkim - rozbudowane do ponad piętnastu minut wykonanie "Heaven and Hell". Nie mogło zabraknąć perkusyjnej solówki Vinny'ego Appice'a - rozbrzmiewa tuż po "The Devil Cried". W dobrej formie jest też Ronnie James Dio. Co prawda nie dysponujący już tak szeroką skalą, jak dawniej, często zmuszony jest śpiewać niżej (akurat w balladowym wstępie "The Sign of the Southern Cross" wyszło to na lepsze), wciąż jednak prezentuje poziom niedostępny dla większości wokalistów. Ciągle był też doskonałym frontmanem, o czym można przekonać się oglądając wersję DVD "Live from Radio City Music Hall" (zawierającą dokładnie ten sam repertuar muzyczny plus kilka dokumentalnych bonusów).

Brakowało takiej koncertówki, dobrze podsumowującej dokonania Black Sabbath z Ronniem Jamesem Dio. Dobrze, że muzycy zapomnieli o dawnych urazach (wokalista dwukrotnie opuszczał zespół w atmosferze konfliktu) i jeszcze raz postanowili ze sobą współpracować. Dzięki temu możemy cieszyć się słuchając świetnych wykonań klasycznych utworów na "Live from Radio City Music Hall", ale też nowym materiałem, który grupa wówczas stworzyła (to na "The Dio Years" i wydanym dwa lata później albumie "The Devil You Know").

Ocena: 9/10



Heaven & Hell - "Live from Radio City Music Hall" (2007)

CD1: 1. E5150 / After All (the Dead); 2. The Mob Rules; 3. Children of the Sea; 4. Lady Evil; 5. I; 6. The Sign of the Southern Cross; 7. Voodoo; 8. The Devil Cried
CD2: 1. Computer God; 2. Falling Off the Edge of the World; 3. Shadow of the Wind; 4. Die Young; 5. Heaven and Hell; 6. Lonely Is the Word; 7. Neon Knights

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Vinny Appice - perkusja
Gościnnie: Scott Warren - instr. klawiszowe
Producent: Barry Ehrmann, Gloria Butler, Wendy Dio, Ralph Baker


2 września 2012

[Recenzja] Dio - "Master of the Moon" (2004)



Mam problem z tym albumem. Niby wszystko jest tu w porządku - klasyczny heavy metal w stylu lat 80., bez udziwniania, jak w czasach albumów "Strange Highways" i "Angry Machines". Można tylko przyczepić się do śpiewu Ronniego Jamesa Dio - wokalista brzmi tu o wiele starzej niż jeszcze na wydanym dwa lata wcześniej "Killing the Dragon" (szczególnie słychać to na początku "The Man Who Would Be King", gdzie śpiewa wyłącznie z akompaniamentem pianina). Inna wada "Master of the Moon" to brak wyrazistych utworów. Wszystkie utrzymane są w podobnym, średnim tempie (wyjątkiem szybszy "Living the Lie") i przeważnie brakuje im czegokolwiek charakterystycznego. Nawet jeśli już zdarza się jakiś ciekawszy riff ("One More for the Road", "Shivers", "Death by Love"), to utworów ciężko słuchać przez wymęczone partie wokalne. Co ciekawe, na koncertach z tamtego czasu Dio śpiewał znacznie lepiej (vide album "Holy Diver Live").

"Master of the Moon" to album, który szkodzi wizerunkowi jednego z najwspanialszych wokalistów rockowych. Wielka szkoda, że to właśnie on zamyka studyjną dyskografię jego grupy.

Ocena: 4/10



Dio - "Master of the Moon" (2004)

1. One More for the Road; 2. Master of the Moon; 3. The End of the World; 4. Shivers; 5. The Man Who Would Be King; 6. The Eyes; 7. Living the Lie; 8. I Am; 9. Death by Love; 10. In Dreams

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Craig Goldy - gitara i instr. klawiszowe; Jeff Pilson - bass; Simon Wright - perkusja; Scott Warren - instr. klawiszowe
Producent: Ronnie James Dio


1 września 2012

[Recenzja] Dio - "Killing the Dragon" (2002)



Podobnie jak na poprzednim albumie w dyskografii, "Magica", grupie Dio na "Killing the Dragon" bliżej do jej twórczości z lat 80., niż następnej dekady. Tym razem nie jest to na szczęście nadęty, pełen patosu album koncepcyjny, a zwykły zbiór dziesięciu niepowiązanych ze sobą kawałków. Wiele z nich ma spory potencjał komercyjny - dwadzieścia lat wcześniej byłyby to spore przeboje. Dotyczy to nie tylko singlowego "Push" (niebezpiecznie ocierającego się o plagiat "Breathless" z "The Last in Line"), ale także "Along Comes a Spider", "Scream" czy "Better in the Dark". Ten ostatni to mój zdecydowany faworyt z tego albumu, ze świetną partią Jimmy'ego Baina w części instrumentalnej.

Na "Killing the Dragon" oprócz "przebojów" znalazły się też utwory trochę bardziej ambitne. Przede wszystkim podniosły, wręcz hymnowy "Rock & Roll". Utwór rozpoczyna się gitarą akustyczną, ale szybko nabiera ciężaru (a w tle znów przyjemnie pulsuje bas Baina). Inną kompozycją robiąca tak wielkie wrażenie jest "Throw Away Children". Zwłaszcza jego kulminacja, z dziecięcym chórem, który w zestawieniu z mroczną muzyką brzmi naprawdę przerażająco. Szkoda tylko, że zespół, mając takie utwory, zakończył album bezbarwnymi "Before the Fall" i "Cold Feet". Nie wnoszą one już nic nowego do całości, tylko nudzą. Co niestety ma odbicie w ocenie albumu.

Ocena: 7/10



Dio - "Killing the Dragon" (2002)

1. Killing the Dragon; 2. Along Comes a Spider; 3. Scream; 4. Better in the Dark; 5. Rock & Roll; 6. Push; 7. Guilty; 8. Throw Away Children; 9. Before the Fall; 10. Cold Feet

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Doug Aldrich - gitara; Jimmy Bain - bass i instr. klawiszowe; Simon Wright - perkusja
Gościnnie: Scott Warren - instr. klawiszowe (9); King Harbour Children's Choir - chór (8)
Producent: Ronnie James Dio