30 września 2012

[Recenzja] Soundgarden - "Badmotorfinger" (1991)



Jak każdy słuchający rocka nastolatek, na początku swojej muzycznej drogi przechodziłem fascynację Nirvaną. Kilka lat później największym uwielbieniem darzyłem Pearl Jam. Dziś jednak z zespołów grunge'owych najbardziej cenię Alice in Chains i Soundgarden. Choć w przypadku tego drugiego, nigdy nie udało mi się przekonać do jego najwcześniejszych dokonań (debiutanckiego "Ultramega OK" i jego następcy, "Louder Than Love"). Dla mnie Soundgarden zaczyna się od trzeciego albumu, "Badmotorfinger". Zresztą dla samego zespołu także było to przełomowe wydawnictwo, po którego premierze został zauważony w muzycznym świecie.

Na tle wcześniejszej twórczości, "Badmotorfinger" wyróżnia się na pewno lepszym, mocniejszym brzmieniem. Ale przede wszystkim, muzycy rozwinęli się jako kompozytorzy. Takie utwory, jak "Rusty Cage", "Outshined", "Slaves & Bulldozers", "Jesus Christ Pose" czy "Holy Water" fantastycznie łączą dobre melodie i sabbathowy ciężar. Wpływ Black Sabbath na grupę jest niekwestionowany, jednak nie ma tutaj zbyt oczywistych nawiązań ani bezrefleksyjnego kopiowania. Muzycy stworzyli swój własny styl, na miarę lat 90. Słychać tu zresztą także inne wpływy, jak punk rock ("Face Pollution"), rock tzw.  alternatywny ("Somewhere"), a nawet pojawia się odrobina psychodelii ("Search with My Good Eye Closed", "Mind Riot"). Świetnym - i niekonwencjonalnym, jak na taką muzykę - pomysłem było dodanie partii saksofonu i trąbki w "Room a Thousand Years Wide" i "Drawing Flies". Ten pierwszy to zresztą mój ulubiony kawałek w całym repertuarze Soundgarden. Jest tu wszystko, za co cenię zespół, a dodatkowo wspomniane dęciaki dodają lekko jazzowego posmaku. Nie przekonuje mnie natomiast finałowy "New Damage", który nie wnosi już nic ciekawego i tylko niepotrzebnie wydłuża album.

Mocnym elementem zespołu jest Chris Cornell, który ze wszystkich grunge'owych wokalistów ma zdecydowanie najlepszy głos i największe umiejętności śpiewania. Nie można jednak zapomnieć o umiejętności Kima Thayila do tworzenia świetnych riffów, ani o sekcji rytmicznej, która nie ogranicza się do konwencjonalnego akompaniamentu. Wśród zespołów grunge'owych Soundgarden wyróżnia się bardziej eksperymentalnym podejściem, objawiającym się poprzez kombinowanie z nietypowym strojeniem gitar lub nieoczywistym metrum. Na "Badmotorfinger" otrzymujemy to wszystko w bardziej dojrzałej formie, niż na wcześniejszych wydawnictwach. Album jest jednak nieco za długi i przez to pod koniec robi się lekko nużący.

Ocena: 8/10



Soundgarden - "Badmotorfinger" (1991)

1. Rusty Cage; 2. Outshined; 3. Slaves & Bulldozers; 4. Jesus Christ Pose; 5. Face Pollution; 6. Somewhere; 7. Search with My Good Eye Closed; 8. Room a Thousand Years Wide; 9. Mind Riot; 10. Drawing Flies; 11. Holy Water; 12. New Damage

Skład: Chris Cornell - wokal i gitara; Kim Thayil - gitara; Ben Shepherd - bass; Matt Cameron - perkusja
Gościnnie: Scott Granlund - saksofon (8,10), Ernst Long - trąbka (8,10)
Producent: Terry Date i Soundgarden


29 września 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Coda" (1982)



Historia Led Zeppelin skończyła się 25 września 1980 roku, wraz ze śmiercią Johna Bonhama (który w stanie upojenia alkoholowego udusił się własnymi wymiocinami). Pozostali muzycy zdecydowali się nie kontynuować działalności, co było najlepszym możliwym wyjściem. Zwłaszcza, że zarówno ostatni album grupy, "In Through the Out Door", jak i późniejsze dokonania Jimmy'ego Page'a i Roberta Planta, dobitnie pokazują, że zespół nie byłby już w stanie nagrać niczego na poziomie swoich wczesnych dokonań. Co prawda, muzycy na przestrzeni kolejnych dekad zagrali jeszcze pod szyldem Led Zeppelin kilka pojedynczych, okazjonalnych występów, ale dzięki godnej podziwu upartości Planta nigdy nie doszło do rozmieniania się na drobne przez sentymentalne trasy koncertowe czy nagranie nowego materiału.

Na pocieszenie dla fanów, muzycy postanowili wydać jeszcze jeden album z premierowym - ale nagranym jeszcze przed śmiercią perkusisty - materiałem. "Coda" to zbiór nagrań z lat 1970-78. Znalazły się tu trzy odrzuty z najsłabszego albumu, po jednym odrzucie z "Led Zeppelin III" i "Houses of the Holy", których nie zdecydowano się wykorzystać na "Physical Graffiti", a także trzy przypadkowe nagrania koncertowe. Brzmi niezbyt obiecująco. Nie jest jednak tak tragicznie, jak można przeczytać w innych recenzjach.

Początek jest naprawdę mocny. "We're Gonna Grove" to naprawdę świetny, energetyczny kawałek z funkową rytmiką. Utwór pochodzi z repertuaru soulowego wokalisty Bena E. Kinga. Tutejsza wersja została zarejestrowana podczas koncertu 9 stycznia 1970 w londyńskiej Royal Albert Hall, ale na potrzeby tego wydawnictwa Page dodał gitarowe nakładki i usunął odgłosy publiczności. Z próby przed tym samym występem pochodzi tutejsza wersja bluesowego standardu "I Can't Quit You Baby", powalająca znacznie większą ekspresją, niż wersja z debiutanckiego albumu. Pomiędzy tymi dwoma utworami został umieszczony całkiem przyjemny, folkowy "Poor Tom" z sesji "Trójki". Całkiem przyzwoicie wypada także odrzut z "Houses of the Holy" - energetyczny "Walter's Walk".

Nieco słabiej wypada jednak druga strona winylowego wydania. "Bonzo's Montreux" to po prostu perkusyjne solo Johna Bonhama, zarejestrowane podczas koncertu (dokładna data nie jest znana, ale był to prawdopodobnie 1976 rok), do którego na potrzeby "Cody" Jimmy Page dodał irytujące elektroniczne efekty. Trzy pozostałe kawałki to pozostałości po sesji "In Through the Out Door". Napisany przez cały skład "Darlene" razi kiczowatym brzmieniem klawiszy i dość banalną melodią. Banalnie wypada także "Ozone Baby" autorstwa Page'a i Planta, ale przynajmniej ma bardziej organiczne brzmienie. Ten sam duet napisał także surowy "Wearing and Tearing", brzmiący jak swego rodzaju odpowiedź na popularny wówczas punk rock. Dziwny to utwór, ale w sumie bardziej udany, niż cokolwiek z ostatniego właściwego albumu grupy.

Kompaktowe reedycje zawierają cztery dodatkowe utwory. "Baby Come On Home", zarejestrowany podczas sesji nagraniowej debiutu, zaskakuje swoim soulowym charakterem. Ciekawie usłyszeć takie oblicze Led Zeppelin, ale dobrze, że utwór nie trafił na tamten album, bo w ogóle na niego by nie pasował. "Travelling Riverside Blues" to z kolei fajna wersja starego bluesa Roberta Johnsona, zarejestrowana na żywo 24 czerwca 1970 roku. Trzy dni później, także podczas koncertu, zarejestrowano natomiast "White Summer / Black Mountain Side" - świetny, ośmiominutowy popis Page'a na gitarze akustycznej, przywołujący klimat hindustańskich rag. Całości dopełnia bardzo przyjemny, nieco folkowy "Hey, Hey, What Can I Do" - jedyna w historii zespołu niealbumowa strona B singla (z płytki "Immigrant Song").

"Coda" to w sumie ciekawe i udane uzupełnienie podstawowej dyskografii Led Zeppelin. I zdecydowanie lepsze jej zwieńczenie, niż "In Through the Out Door" - nawet zbiór odrzutów okazał się bardziej udanym wydawnictwem od tamtego albumu.

Ocena: 6/10



Led Zeppelin - "Coda" (1982)

1. We're Gonna Grove; 2. Poor Tom; 3. I Can't Quit You Baby; 4. Walter's Walk; 5. Ozone Baby; 6. Darlene; 7. Bonzo's Montreux; 8. Wearing and Tearing

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka; Jimmy Page - gitara, instr. klawiszowe; John Paul Jones - bass, instr. klawiszowe; John Bonham - perkusja i instr. klawiszowe
Producent: Jimmy Page


[Recenzja] Led Zeppelin - "In Through the Out Door" (1979)



Po wydaniu "Presence" grupa zamilkła na ponad trzy lata. Muzycy w tym czasie pogrążali się w nałogach (John Bonham w alkoholowym, Jimmy Page w heroinowym), lub przeżywali osobiste tragedie (śmierć syna Roberta Planta). Przygotowanie nowego materiału spoczęło głównie na barkach Johna Paula Jonesa, który wraz z Plantem jest współautorem wszystkich siedmiu utworów z "In Through the Out Door" (pod pięcioma z nich podpisany jest także Page). Jones miał również istotny wpływ na brzmienie albumu, które jest znacznie bardziej wygładzone od wcześniejszych wydawnictw, w dużej części zdominowane przez syntezatory.

Niestety, album rozczarowuje nie tylko brzmieniem. Nie ma na nim ani jednego utworu, który byłby w całości udany. Najlepiej wypada otwieracz, "In the Evening", oparty na bardzo prostym, ale chwytliwym riffie Page'a. Ostateczny efekt psuje jednak przekombinowana struktura i tandetne brzmienie klawiszy, zapowiadające już kolejną dekadę. Dalej jest już naprawdę fatalnie. Barowy "South Bound Saurez", popowy, inspirowany sambą "Fool in the Rain", oraz brzmiący jak pastisz Elvisa Presleya "Hot Dog" rażą banałem, nijakim wykonaniem i ogólną przeciętnością. Kiczowatym brzmieniem syntezatorów odpychają natomiast dziesięciominutowy "Carouselambra" i singlowy przebój "All My Love". Ten ostatni został napisany przez Planta w hołdzie dla zmarłego syna, ale nie zmienia to faktu, że jest to żenująca piosenka z banalną melodią i tandetnym brzmieniem. Finałowy "I'm Gonna Crawl" to natomiast powrót do bluesowych korzeni, niestety całkiem pozbawiony dawnej energii i pasji, a dodatkowo zepsuty okropnym brzmieniem.

"In Through the Out Door" to zaskakująco słaby album zespołu, który nigdy wcześniej nie schodził poniżej wysokiego poziomu. Słabych kompozycji nie ratuje rzemieślnicze wykonanie ani okropne brzmienie. Jako ciekawostkę można dodać, że album w wersji winylowej ukazał się z sześcioma różnymi okładkami (przedstawiającymi tę samą scenę z różnej perspektywy). Kupującym nie dano jednak możliwości wyboru, gdyż longplay był sprzedawany w brązowym papierze zasłaniającym rzeczywistą okładkę.

Ocena: 4/10

Wszystkie wersje okładki albumu.



Led Zeppelin - "In Through the Out Door" (1979)

1. In the Evening; 2. South Bound Saurez; 3. Fool in the Rain; 4. Hot Dog; 5. Carouselambra; 6. All My Love; 7. I'm Gonna Crawl

Skład: Robert Plant - wokal; Jimmy Page - gitara; John Paul Jones - bass, instr. klawiszowe, mandolina; John Bonham - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Jimmy Page


28 września 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "The Song Remains the Same" (1976)



"The Song Remains the Same" to pierwsza koncertówka w dyskografii Led Zeppelin. Zawiera materiał zarejestrowany trzy lata wcześniej, podczas serii koncertów w nowojorskim Madison Square Garden (w dniach 27-29 lipca 1973 roku). Niestety, repertuar pozostawia nieco do życzenia. Utwory w rodzaju "Celebration Day", "The Song Remains the Same" i "The Rain Song" nie należą przecież do najlepszych w dorobku grupy. Zdecydowanie przydługie solo perkusyjne w "Moby Dick" też nie wpływa korzystnie na odbiór całości. A przecież zespół podczas wspomnianych koncertów wykonywał także takie klasyczne kompozycje, jak "Black Dog", "Heartbreaker" czy "Since I've Been Loving You", które dołączono dopiero na kompaktowej reedycji z 2007 roku.

Jednak oryginalne winylowe wydanie także ma sporo do zaoferowania. Energetyczny "Rock and Roll" świetnie sprawdza się w roli otwieracza. Wspomniany "The Song Remains the Same" wypada tu lepiej niż w wersji studyjnej, za sprawą cięższego brzmienia. Pełne luzu wykonanie "Stairway to Heaven" i rozbudowany "Whole Lotta Love" (wzbogacony cytatami z bluesowych i rhythm'n'bluesowych standardów) świetnie oddają klimat koncertów z tamtych lat, gdy studyjne wersje utworów były tylko punktem wyjścia do porywających improwizacji. Najbardziej rozimprowizowane jest jednak wykonanie "Dazed and Confused" - blisko dwadzieścia minut dłuższe od wersji albumowej. Utwór został wzbogacony m.in. ciekawym balladowym fragmentem, a także dłuższymi popisami Jimmy'ego Page'a, grającego na gitarze smyczkiem. Ale utworem, który najwięcej zyskał na żywo, jest zdecydowanie "No Quarter". Tutejsze wykonanie jest naprawdę niezwykłe. Zespołowi udało się wykreować tutaj niesamowity klimat, w czym zasługa głównie Johna Paula Jonesa, grającego na pianinie elektrycznym, choć gra pozostałych muzyków również zachwyca. Zastanawiam się nawet, czy to nie najwspanialsze dwanaście i pół minuty w całej dyskografii Led Zeppelin.

Choć "The Song Remains the Same" nie jest pozbawiony wad, zdecydowanie warto zapoznać się z tym wydawnictwem. 

Ocena: 8/10



Led Zeppelin - "The Song Remains the Same" (1976)

LP1: 1. Rock and Roll; 2. Celebration Day; 3. The Song Remains the Same; 4. The Rain Song; 5. Dazed and Confused
LP2: 1. No Quarter; 2. Stairway to Heaven; 3. Moby Dick; 4. Whole Lotta Love

Skład: Robert Plant - wokal; Jimmy Page - gitara, theremin; John Paul Jones - bass, instr. klawiszowe; John Bonham - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Jimmy Page


[Recenzja] Led Zeppelin - "Presence" (1976)



Decyzja o nagraniu tego albumu została podjęta spontanicznie. Samochodowy wypadek Roberta Planta, w wyniku którego wokalista odniósł poważne obrażenia, zmusił zespół do odwołania wielkiej ogólnoświatowej trasy koncertowej, która miała rozpocząć się pod koniec sierpnia 1975 roku. Miało to jednak swoje zalety. Wycofany z życia publicznego Plant, w ramach rekonwalescencji zaszył się w Malibu, gdzie z nadmiaru wolnego czasu zajął się pisaniem tekstów. Wkrótce dołączył do niego Jimmy Page, który na spokojnie stworzył do nich muzykę. Przed końcem roku materiał na nowy album był już gotowy (duet sięgnął także po gospelową pieśń "Nobody Fault But Mine" - po raz pierwszy nagraną przez Blind Williego Johnsona w 1927 roku - znacznie ją jednak zmieniając, dzięki czemu brzmi jak ich własna kompozycja). Sesja nagraniowa odbyła się na przełomie listopada i grudnia. Zajęła zaledwie 18 dni, chociaż nie obyło się bez utrudnień - Plant wciąż był przykuty do inwalidzkiego wózka.

"Presence" jest, niestety, kolejnym dowodem na postępujące wypalenie twórcze muzyków. Choć otwieracz zdecydowanie tego nie zapowiada. Dziesięciominutowy "Achilles Last Stand", napędzany galopującą grą sekcji rytmicznej, świetnie zaśpiewany przez Planta i pełen fantastycznych partii Page'a, to jeden z najlepszych utworów w całym dorobku Led Zeppelin. Bardzo udany jest także zamykający album wolny blues "Tea for One", w którym Page gra jedne z najbardziej poruszających partii w swojej karierze. Szkoda, że pozostałe kawałki są wyraźnie słabsze. Bronią się hardrockowe "For Your Life" i "Nobody Fault But Mine", choć pierwszy mógłby być znacznie krótszy, a w drugim drażni jęczenie Planta (są w nim za to bardzo fajne partie gitary i harmonijki). Dużo tu jednak ewidentnych wypełniaczy, do których zaliczyć trzeba: funkowy "Royal Orleans", sztampowy rock and roll "Candy Store Rock" i strasznie banalny "Hots on for Nowhere".

"Presence" jest na pewno najbardziej surowym albumem w całej dyskografii zespołu. Muzycy zrezygnowali z instrumentów klawiszowych, akustycznej gitar i innych dodatków, z wyjątkiem harmonijki w jednym utworze. Nie pomogło to jednak odzyskać dawnej energii i kreatywności - a w każdym razie nie w wystarczającym stopniu, by utrzymać wysoki poziom przez cały album. Zespół wyraźnie zaczął też tracić swoją pozycję w rockowym mainstreamie. Recenzje "Presence" były mieszane, z przewagą chłodnych, a sprzedaż najniższa w całej historii Led Zeppelin.

Ocena: 7/10



Led Zeppelin - "Presence" (1976)

1. Achilles Last Stand; 2. For Your Life; 3. Royal Orleans; 4. Nobody Fault But Mine; 5. Candy Store Rock; 6. Hots on for Nowhere; 7. Tea for One

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka (4); Jimmy Page - gitara; John Paul Jones - bass; John Bonham - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Jimmy Page


27 września 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Physical Graffiti" (1975)



Zespół nie planował wydania dwupłytowego albumu. Gdy jednak zakończyły się prace nad materiałem, okazało się, że jego długość przekracza optymalną pojemność płyty winylowej. Zamiast zrezygnować z części utworów lub nieco je skrócić, zdecydowano się na bardziej kontrowersyjne posunięcie - rozszerzenie "Physical Graffiti" do dwóch płyt i zapełnienie miejsca odrzutami z poprzednich longplayów. O ile część z nich faktycznie zasłużyła na lepszy los, niż gnicie w archiwach, tak inne zdecydowanie nie powinny ich opuszczać. Powstał bardzo nierówny album. Często można spotkać się z opiniami, że pierwsza płyta jest zdecydowanie bardziej udana od drugiej i gdyby zespół ograniczył się tylko do niej, "Physical Graffiti" byłby kolejnym wielkim dziełem. W rzeczywistości nie jest to takie proste.

Biorąc pod uwagę ogólny poziom, pierwsza płyta faktycznie wypada znacznie lepiej, ale nie jest pozbawiona wad. Już na otwarcie pojawia się całkiem bezbarwny "Custard Pie". Zaraz potem rozbrzmiewa jednak porywający "The Rover" - niesamowicie chwytliwy, pełen świetnych zagrywek Page'a. Aż trudno uwierzyć, że to jeden z odrzutów - napisany został już podczas prac nad "Led Zeppelin III", tutaj jednak zamieszczono wersję nagraną podczas sesji "Houses of the Holy" (na którym byłby drugim najlepszym - po "No Quarter" utworem). Wysoki poziom utrzymuje jedenastominutowy blues " In My Time of Dying", oparty na tradycyjnej pieśni, ale podpisany jako autorska kompozycja - jak zwykle muzycy nadali zupełnie nowej jakości, co nieco ich usprawiedliwia. "Houses of the Holy", kolejny odrzut z tego albumu, to niestety tylko prosta, banalna piosenka. Zaraz potem rozbrzmiewa jednak świetny "Trampled Under Foot", inspirowany twórczością Steviego Wondera. To przede wszystkim popis Johna Paula Jonesa, odpowiadającego za fantastyczną partię basu i klawisze, dodające funkowego charakteru. Pierwszą płytę kończy słynny "Kashmir" - oparty na mocarnym, orientalizującym riffie, ale niepotrzebnie wzbogacony pretensjonalną orkiestracją.

Druga płyta, faktycznie jest dużo słabsza. W nowych utworach brakuje dobrych pomysłów. W hardrockowym "In the Light" nic nie wnoszą długie popisy Jonesa na syntezatorze. "Ten Years Gone" brzmi jak nowa, słabsza wersja "The Rain Song". Zupełnie nijaki jest natomiast "Sick Again", który dodatkowo pod koniec robi się mocno chaotyczny. W "The Wanton Song" pojawia się za to całkiem fajny riff i sporo energii, lecz ogólnie utwór wypada dość przeciętnie (choć moim zdaniem sprawdziłby się w roli otwieracza dużo lepiej od "Custard Pie"). Ze starszych kawałków najlepsze wrażenie sprawiają dwa utwory napisane w czasie pobytu Page'a i Planta w chacie na walijskiej wsi, gdzie tworzyli materiał na trzeci album. Instrumentalny "Bron-Yr-Aur" to fantastyczny popis umiejętności gitarzysty, nagrany podczas sesji "Trójki". Przyjemnie wypada także lekko ocierający się o stylistykę country, melodyjny "Down by the Seaside" - odrzut z "Czwórki". Ale są też ewidentne gnioty, jak "Night Flight", "Boogie with Stu" i "Black Country Woman", słusznie pominięte na wcześniejszych albumach (dwa pierwsze zostały zarejestrowane podczas sesji "IV", ostatni powstał w trakcie nagrywania "Houses of the Holy").

Skrócenie "Physical Graffiti" do jednej płyty winylowej byłoby najlepszym rozwiązaniem. Jednak wtedy znów najprawdopodobniej zostałyby pominięte tak dobre utwory, jak "The Rover" i "Bron-Yr-Aur". Zatem ostatecznie dobrze się stało, że album ukazał się w takiej formie, nawet jeśli jest bardzo nierówny i obok rewelacyjnych momentów zawiera kompletne niewypały.

Ocena: 7/10



Led Zeppelin - "Physical Graffiti" (1975)

LP1: 1. Custard Pie; 2. The Rover; 3. In My Time of Dying; 4. Houses of the Holy; 5. Trampled Under Foot; 6. Kashmir
LP2: 1. In the Light; 2. Bron-Yr-Aur; 3. Down by the Seaside; 4. Ten Years Gone; 5. Night Flight; 6. The Wanton Song; 7. Boogie with Stu; 8. Black Country Woman; 9. Sick Again

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka, gitara (LP2:7); Jimmy Page - gitara, mandolina, sitar; John Paul Jones - bass, instr. klawiszowe, mandolina, gitara; John Bonham - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Iman Karniparinpil - drumla (LP1:6); Ian Stewart - pianino (LP2:7)
Producent: Jimmy Page


26 września 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Houses of the Holy" (1973)



Piąty album Led Zeppelin różni się od poprzednich. Chociażby ze względu na tytuł, nie będący kolejną cyfrą lub ciągiem tajemniczych symboli, a po prostu tytułem jednego z utworów nagranych podczas sesji. Inna sprawa, że kompozycja "Houses of the Holy" ostatecznie na album nie trafiła (znalazła się dopiero na następnym longplayu, "Physical Graffiti"). W każdym razie był to pierwszy normalny tytuł w dyskografii zespołu. Ale to nie jedyna zmiana. Poważną metamorfozę przeszła również sama muzyka. Już poprzednie dwa albumy, "Led Zeppelin III" i "IV" świadczyły o tym, że muzycy mają znacznie większe ambicje, niż granie przez całą karierę ciężkiego blues rocka, od jakiego zaczynali. Na wspomnianych albumach doszły wpływy folkowe, więcej grania o charakterze akustycznym. Na "Houses of the Holy" muzycy idą o krok dalej, poszerzając granice swojego stylu o nowe, jeszcze bardziej zaskakujące inspiracje. Zarazem jednak niemal całkiem zrywając ze swoimi korzeniami.

Muzyków chyba trochę już zmęczyło ciężkie granie, bo już otwierający album utwór "The Song Remains the Same" na tle wcześniejszych dokonań Led Zeppelin wyróżnia się łagodniejszym brzmieniem, choć braku energii nie można mu zarzucić. Zwraca uwagę bardziej dojrzała gra instrumentalistów, za to dość irytująco wypada wysoka partia wokalna Roberta Planta. Już drugi na płycie "The Rain Song" to ballada, oparta na brzmieniu gitary akustycznej i melotronu. Całkiem urokliwa, lecz nieco przydługa. "Over the Hills and Far Away" z początku również oparty jest na akustycznym brzmieniu, ale po chwili nabiera ciężaru. Hardrockowym brzmieniem charakteryzują się jeszcze tylko "Dancing Days" i "The Ocean". Reszta albumu ma bardziej eksperymentalny charakter. Zespół zaskakuje zupełnie nieoczekiwanymi wpływami - funku ("The Crunge") i reggae ("D'yer Mak'er"). Urozmaica to album, ale niekoniecznie podnosi jego poziom. Za to rewelacyjnie wypada lekko jazzujący "No Quarter", intrygujący niesamowitym klimatem, tworzonym głównie przez Johna Paula Jonesa na elektrycznym i akustycznym pianinie, oraz syntetycznym basie. Są tu też świetne, dość nietypowe gitarowe Jimmy'ego Page'a i bardziej stonowany śpiew Planta. Fantastyczny utwór, jeden z najlepszych w dorobku Led Zeppelin.

"Houses of the Holy" zespół stracił swoją młodzieńczą energię, ale za to zaprezentował bardziej dojrzały materiał, który broni się nie gorzej, niż jego wcześniejsze dokonania. 

Ocena: 8/10



Led Zeppelin - "Houses of the Holy" (1973)

1. The Song Remains the Same; 2. The Rain Song; 3. Over the Hills and Far Away; 4. The Crunge; 5. Dancing Days; 6. D'yer Mak'er; 7. No Quarter; 8. The Ocean

Skład: Robert Plant - wokal; Jimmy Page - gitara, theremin (7); John Paul Jones - bass i instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; John Bonham - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Jimmy Page


25 września 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Led Zeppelin IV" (1971)



Czwarty album Led Zeppelin (powszechnie znany jako "Led Zeppelin IV", choć oficjalnego tytułu brak) jest naznaczony czymś, co można nazwać syndromem wielkiego przeboju. Dany album oceniany jest pozytywnie przez pryzmat jednego utworu i uznawany dzięki niemu za największe dokonanie danego wykonawcy. Tak też jest w przypadku "Czwórki". Ogromna popularność "Stairway to Heaven" (którego nawet nie wypuszczono na singlu, z obawy przed okaleczeniem go wersją "radiową") sprawiła, że to właśnie ten longplay jest zwykle wymieniany w przeróżnych "profesjonalnych" zestawieniach jako najwspanialsze dzieło Led Zeppelin. Choć nie jest ani najrówniejszym, ani najbardziej nowatorskim/wpływowym dokonaniem zespołu.

Inna sprawa, że "Stairway to Heaven" to faktycznie wybitne osiągnięcie w kategorii mainstreamowego rocka. Utwór wspaniale się rozwija, od balladowego początku do hardrockowego finału, zachwycając przepiękną melodią i urozmaiconą aranżacją (w której wykorzystano m.in. różne rodzaje gitar, flet i elektryczne pianino). Perkusyjne wejście Johna Bonhama i solówka Jimmy'ego Page'a należą do najwspanialszych momentów dyskografii Led Zeppelin. Na pochwałę zasługuje również fantastyczna partia wokalna Roberta Planta, choć napisany przez niego tekst nie ma żadnego sensu.

Niestety, pozostałe z zawartych tutaj utworów nawet nie zbliżają się do tego poziomu. Choć jest parę mocnych punktów. Przede wszystkim finałowy "When the Levee Breaks". Tytuł i fragmenty tekstu muzycy pożyczyli z kompozycji Memphis Minnie, ale dodali wspaniałą muzykę, z potężnymi bębnami Bonhama (później wielokrotnie samplowanych), oraz fantastycznymi partiami gitary i harmonijki. Dość monotonny charakter zdecydowanie nie jest tu wadą, a wręcz dodaje klimatu. Świetnie wypada także hardrockowy riffowiec "Black Dog". Wyróżnić warto też "Four Sticks" z wykorzystaniem syntezatora i ciekawą warstwą rytmiczną, nadającą nieco orientalnego charakteru. Po prostu przyjemne są natomiast takie kawałki, jak folkowy "Going to California" i piosenkowy "Misty Mountain Hop" (w obu pojawiają się instrumentalne smaczki, w postaci partii odpowiednio mandoliny i elektrycznego pianina). Natomiast "Rock and Roll" to zwyczajny, sztampowy... rock and roll, zagrany jednak z większym ciężarem i potężną dawką energii, dzięki czemu świetnie sprawdzał się na żywo. Nie przekonuje mnie jedynie "The Battle of Evermore" - kolejny folkowy kawałek, z niezbyt udanym duetem wokalnym Planta i Sandy Denny (wokalistki folkrockowego Fairport Convention).

Zeppelinowa "Czwórka" jest albumem zwykle przecenianym. Zespół po prostu rozwija tutaj pomysły z poprzednich albumów, czasem z naprawdę rewelacyjnym skutkiem, ale kiedy indziej co najwyżej przeciętnym. Nie jest to więc album ani nowatorski, ani wyrównany pod względem jakości poszczególnych utworów. To jednak wciąż muzyka utrzymana na bardzo wysokim poziomie. I jeden z tych albumów, których po prostu nie wypada nie znać.

Ocena: 8/10



Led Zeppelin - "Led Zeppelin IV" (1971)

1. Black Dog; 2. Rock and Roll; 3. The Battle of Evermore; 4. Stairway to Heaven; 5. Misty Mountain Hop; 6. Four Sticks; 7. Going to California; 8. When the Levee Breaks

Skład: Robert Plant - wokal, instr. perkusyjne (2,4), harmonijka (8); Jimmy Page - gitara, mandolina (3); John Paul Jones - bass, gitara (3), instr. klawiszowe (4-6), flet (4), mandolina (7); John Bonham - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ian Stewart - pianino (2); Sandy Denny - wokal (3)
Producent: Jimmy Page


24 września 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Led Zeppelin III" (1970)



Na przełomie lat 60. i 70. bluesrockowa formuła była już praktycznie wyczerpana. Pociągnęło to za sobą wiele konsekwencji. Rozpadł się Cream (co prawda z przyczyn personalnych), a niejako na jego miejsce powstał bardziej eklektyczny Blind Faith. Jimi Hendrix na kilkanaście miesięcy przed śmiercią zwrócił się w stronę bardziej funkowego grania, planował też współpracę z Milesem Davisem. Nawet tacy, jak się wydawało, tradycjonaliści, jak John Mayall i Fleetwood Mac, zaczęli eksperymentować z innymi stylami. Tymczasem w siłę rosła scena hardrockowa. Po debiucie Black Sabbath i wydaniu "In Rock" przez Deep Purple, Led Zeppelin nie był już najciężej brzmiącym zespołem rockowym. Muzycy zostali postawieni pod ścianą. I znaleźli rozwiązanie - zamiast konkurować z innymi, postanowili pójść w nieco innym kierunku.

W połowie 1970 roku, Jimmy Page i Robert Plant zamieszkali na pewien czas w walijskiej chacie z XVIII wieku, niemającej dostępu do bieżącej wody ani elektryczności. Tworzony w takich warunkach materiał w zupełnie naturalny sposób przybrał folkowy charakter. Ostatecznie muzycy postanowili nagrać album składający się w połowie z nagrań elektrycznych, a w połowie z akustycznych. Połówki te miały odpowiadać stronom płyty winylowej, ale w celu lepszego wyrównania czasu trwania obu stron, zdecydowano się zamienić miejscami utwory "Friends" i "Tangerine".

Album rozpoczyna się od niesamowicie energetycznego "Immigrant Song", który zasłużenie stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów grupy. Ale dwa pozostałe hardrockowe nagrania, "Celebration Day" i "Out on the Tiles" już nie robią tak dobrego wrażenia. Sugerują za to, że muzyków nieco zmęczyła taka stylistyki. Pomiędzy nimi pojawia się jednak doskonały "Since I've Been Loving You". To archetypowy dwunastotaktowy blues w wolnym tempie, ale zagrany tak porywająco, że nie sposób się nim nie zachwycać. Ekspresyjna partia wokalna Planta i emocjonalna gra Page'a nawet po kilkudziesięciu przesłuchaniach wciąż robią niesamowite wrażenie. Cichym bohaterem jest grający na organach John Paul Jones. A skrzypiąca perkusja Johna Bonhama dodaje fajnego klimatu. Bardzo lubię też "Tangerine" - uroczą piosenkę skomponowaną przez Jimmy'ego jeszcze w czasach The Yardbirds (wówczas nosiła tytuł "Knowing That I'm Losing You").

W folkowej części albumu zespół zastosował nietypowe dla siebie instrumentarium, jak mandolina, bandżo, dulcimer, kontrabas, smyczki i różne perkusjonalia, a nawet syntezator Mooga, dominuje jednak gitara akustyczna. Muzycy sięgnęli po tradycyjne pieśni folkowe "The Maid Freed from the Gallows" (tutaj jako "Gallows Pole") i "Hats Off to Harper" (z lekko zmodyfikowanym tytułem, aby oddać hołd Royowi Harperowi, dzięki któremu Page zainteresował się folkiem), a także napisali własne kawałki w tym stylu - "That's the Way" i "Bron-Yr-Aur Stomp". Świetnie udało im się oddać w tych nagraniach klimat XVIII-wiecznej, brytyjskiej wsi. Nieco odmienny charakter ma "Friends", który nawiązuje raczej do muzyki orientalnej.

"Led Zeppelin III" to bardzo udane odświeżenie stylu zespołu, który zaprezentował tutaj szersze horyzonty, dodając do swojej twórczości wpływy folkowe. Co prawda nie wszystkie utwory trzymają wysoki poziom, ale te najlepsze są naprawdę porywające.

Ocena: 8/10



Led Zeppelin - "Led Zeppelin III" (1970)

1. Immigrant Song; 2. Friends; 3. Celebration Day; 4. Since I've Been Loving You; 5. Out on the Tiles; 6. Gallows Pole; 7. Tangerine; 8. That's the Way; 9. Bron-Yr-Aur Stomp; 10. Hats Off to (Roy) Harper

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka; Jimmy Page - gitara, banjo, dulcimer, bass (8), dodatkowy wokal; John Paul Jones - bass, instr. klawiszowe, mandolina, kontrabas (9), aranżacja instr. smyczkowych, dodatkowy wokal; John Bonham - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Jimmy Page


23 września 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Led Zeppelin II" (1969)



Wkrótce po wydaniu debiutanckiego albumu, muzycy Led Zeppelin zabrali się za przygotowanie kolejnego wydawnictwa. Longplay zdążył się ukazać jeszcze w tym samym, 1969 roku. Mimo tego, słychać tu pewien postęp. Na "Dwójce" zespół zaczyna powoli odchodzić od swoich bluesowych korzeni, na rzecz stuprocentowego hard rocka.

Utwory w rodzaju "Whole Lotta Love", "Heartbreaker", "Living Loving Maid (She's Just a Woman)" i "Moby Dick" porażają potężną dawką energii, ciężkim brzmieniem i rewelacyjnymi riffami. Ale zespół nie ogranicza się tylko do prostego czadowania, bo w takim "Whole Lotta Love" znalazł się także bardziej eksperymentalny fragment z wykorzystaniem thereminu i możliwości stereofonicznego miksu. Na albumie nie brakuje łagodniejszych momentów, czego przykładem bardziej piosenkowe "Ramble On" i "Thank You", w których pojawia się brzmienie gitary akustycznej (i elektrycznych organów w tym drugim). Znajdziemy tu też sporą dawkę bluesowego luzu, za sprawą takich utworów, jak "What Is and What Should Never Be", "The Lemon Song" i - przede wszystkim - "Bring It On Home". Pewnym novum w twórczości zespołu jest wspomniany "Moby Dick" - instrumentalny kawałek, w znaczniej części składający z perkusyjnej solówki Johna Bonhama (inspiracją zapewne był "Toad" tria Cream). To akurat, moim zdaniem, najsłabszy moment albumu, jednak sam riff z otwarcia i zakończenia jest naprawdę wyśmienity.

Niestety, znów nie obyło się bez kontrowersji związanych z autorstwem niektórych kompozycji. "Whole Lotta Love" dość mocno opiera się na melodii i tekście "You Need Love" Williego Dixona. Zespół bezpośrednio nawiązał do twórczości Dixona także w "Bring It On Home" - spokojniejszy wstęp i zakończenie tego utworu to nic więcej, jak odegranie tak samo zatytułowanej kompozycji słynnego bluesmana. Podobno zespół chciał w ten sposób oddać mu hołd, ale utwór został podpisany wyłącznie nazwiskami Page'a i Planta. W połowie lat 80. Dixon zdecydował się upomnieć o swoje prawa. W wyniku decyzji sądu został dopisany jako współautor "Whole Lotta Love" i jedyny autor "Bring It On Home". Trzeba jeszcze wspomnieć o utworze "The Lemon Song", opartym na dwóch różnych kompozycjach - "Killing Floor" Howlin' Wolf (muzyka) i "Travelin' Riverside Blues" Roberta Johnsona (fragment tekstu). O ile w przypadku "Whole Lotta Love" i "The Lemon Song" zespół wniósł zupełnie nową jakość, co pozwala przymknąć oko na kwestię autorstwa, tak "Bring It On Home" jest w znacznej części ordynarnym plagiatem.

Mimo pewnych zastrzeżeń natury etycznej, "Led Zeppelin II" to kolejny fantastyczny materiał zespołu, porywający zarówno samymi kompozycjami, jak i ich wykonaniem. Po ponad czterdziestu latach od wydania wciąż brzmi bardzo ekscytująco. Dziś może nawet bardziej niż wtedy, jeśli wziąć pod uwagę, że przez cztery dekady naprawdę nielicznym albumom hardrockowym udało się zbliżyć do tego poziomu.

Ocena: 10/10



Led Zeppelin - "Led Zeppelin II" (1969)

1. Whole Lotta Love; 2. What Is and What Should Never Be; 3. The Lemon Song; 4. Thank You; 5. Heartbreaker; 6. Living Loving Maid (She's Just a Woman); 7. Ramble On; 8. Moby Dick; 9. Bring It On Home

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka; Jimmy Page - gitara, theremin; John Paul Jones - bass, organy, dodatkowy wokal; John Bonham - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Jimmy Page


22 września 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Led Zeppelin" (1969)



Debiutancki album Led Zeppelin zmienił oblicze muzyki rockowej. Co prawda, pod względem stricte muzycznym mamy tutaj do czynienia właściwie z typowym dla drugiej połowy lat 60. blues rockiem, ale brzmieniowo jest to już zupełnie nowa jakość. Zespół nie zdecydował się zatrudniać producenta z zewnątrz - wszystkim osobiście zajął się Jimmy Page, który w ciągu kilku lat pracy jako muzyk sesyjny nauczył się sporo o pracy w studiu. Zdobyte doświadczenie pomogło mu stworzyć wyjątkowo ciężkie, jak na tamte czasy, brzmienie. Szczególnie potężnie brzmi tutaj perkusja, nagrywana w zupełnie innowacyjny sposób (m.in. za pomocą mikrofonów umieszczonych wewnątrz bębnów).

Zespół powstał latem 1968 roku, gdy Page został jedynym członkiem The Yardbirds. Po dodaniu nowych muzyków - wokalisty Roberta Planta, basisty Johna Paula Jonesa i perkusisty John Bonhama - zespół przyjął nazwę New Yardbirds, szybko zmienioną na Led Zeppelin. Już we wrześniu rozpoczęły się nagrania na debiutancki album. Muzycy nie mieli wiele czasu na stworzenie nowego materiału, więc musieli kombinować. Sięgnęli zatem po utwory wykonywane już przez The Yardbirds ("I'm Confused" i "White Summer" - tutaj pod tytułami "Dazed and Confused" i "Black Mountain Side"), jak i do repertuaru innych wykonawców (m.in. dwie kompozycje Williego Dixona, "You Shook Me" i "I Can't Quit You Baby", zagrane z większym czadem i energią, ale zachowujące bluesowy charakter).

Niestety, nie zawsze wspomniany został autor oryginału. W przypadku "Babe, I'm Gonna Leave You" była to zwykła pomyłka - muzycy po prostu nie wiedzieli, że utwór skomponowała folkowa pieśniarka Anne Bredon, więc podpisali go jako tradycyjny. Zupełnie świadomie przywłaszczyli sobie natomiast autorstwo "Dazed and Confused" i "How Many More Times". Pierwszy został w rzeczywistości skomponowany przez Jake'a Holmesa, drugi natomiast został zbudowany na chwytliwym motywie z utworu "The Hunter" Alberta Kinga, a wokalnie nawiązuje do "How Many More Years" Howlin' Wolfa. Trzeba jednak oddać muzykom, że potrafili tym przeróbkom nadać zupełnie nowego charakteru. "Dazed and Confused" praktycznie nie ma już nic wspólnego z niepozorną folkową piosenką Holmesa - zmienił się w porywający, nieco jamowy utwór, porażający ciężarem i zachwycający popisami muzyków. W tym utworze, a także w "How Many More Times", pojawiają się fragmenty, w których Page zagrał na gitarze smyczkiem - to również wartość dodatnia (choć już wcześniej grał w ten sposób w "Beck's Bolero" z albumu "Truth" The Jeff Beck Group). Również "Babe, I'm Gonna Leave You" nabrał nowej jakości, łącząc balladowe, akustyczne momenty, z prawdziwie hardrockowym czadem. Tym razem uwagę zwraca przede wszystkim wokalny popis Planta.

Zupełnie premierowego materiału nie ma tu wiele - tylko energetyczny "Good Times, Bad Times", rozpędzony, już stricte hardrockowy "Communication Breakdown", oraz zaskakująco łagodny, piosenkowy "Your Time Is Gonna Come", w którym pierwszoplanową rolę pełni partia elektrycznych organów w wykonaniu Jonesa. Ten ostatni utwór, wraz z następującym po nim, akustycznym instrumentalem "Black Mountain Side" (w którym Page'owi towarzyszy tylko Viram Jasani na nadającej hindustańskiego klimatu tabli), stanowi bardzo przyjemne urozmaicenie albumu.

Można potępiać muzyków za przywłaszczanie sobie cudzych kompozycji, ale nie zmienia to faktu, że debiutancki album Led Zeppelin jest jednym z najbardziej wpływowych wydawnictw w historii rocka, który od ponad czterdziestu lat nieustannie inspiruje kolejne pokolenia muzyków (jeśli nie bezpośrednio, to pośrednio). Ale to też po prostu jeden z najlepszych rockowych albumów. Zespół osiągnął tu poziom nieosiągalny dla większości rockowych, a zwłaszcza hardrockowych wykonawców.

Ocena: 10/10



Led Zeppelin - "Led Zeppelin" (1969)

1. Good Times, Bad Times; 2. Babe, I'm Gonna Leave You; 3. You Shook Me; 4. Dazed and Confused; 5. Your Time Is Gonna Come; 6. Black Mountain Side; 7. Communication Breakdown; 8. I Can't Quit You Baby; 9. How Many More Times

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka, bass; Jimmy Page - gitara, dodatkowy wokal; John Paul Jones - bass, organy, dodatkowy wokal; John Bonham - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Viram Jasani - tabla (6)
Producent: Jimmy Page

Po prawej: okładka pierwszego wydania brytyjskiego.


21 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Black Ice" (2008)



Po ośmiu latach od wydania beznadziejnego "Stiff Upper Lip", AC/DC wróciło z nowym albumem, który okazał się kolejnym wielkim sukcesem. Pamiętam, jak stacje radiowe do znużenia katowały singlowy "Rock 'n' Roll Train", choć to tylko kolejny bardzo typowy dla grupy kawałek, do tego dość nachalnie kojarzący się z "Highway to Hell". Na "Black Ice" jest, oczywiście, pod dostatkiem takich schematycznych nagrań. Album zawiera w sumie piętnaście utworów, co w przypadku tak jednostajnej muzyki jest totalnym przegięciem.

Na szczęście, znajdziemy tu też parę smaczków, na które trzeba jednak poczekać do drugiej połowy płyty. W "Decibel" i "Stormy May Day" pojawiają się zupełnie niespodziewane urozmaicenia wokalne - na początku pierwszego i końcu drugiego Brian Johnson śpiewa niższym głosem! I od razu brzmi nieporównywalnie lepiej. W "Stormy May Day" dodatkowo pojawiają się gitarowe partie grane techniką slide. Dzięki tym dodatkom, jest to jeden z najlepszych kawałków w całej dyskografii zespołu. Fajnie wypada także łagodniejszy, przebojowy "Rock 'n' Roll Dream". Z pierwszej połowy albumu najlepsze wrażenie robi oparty na wyrazistej linii basu "War Machine". Porażką jest natomiast strasznie banalny i cukierkowaty "Anything Goes". Pozostałe kawałki ani nie przeszkadzają, ani nie zachwycają, ale jest ich zdecydowanie za dużo, przez co zwyczajnie nudzą.

Gdyby skrócić "Black Ice" do trzydziestu paru minut, mógłby to być najlepszy album AC/DC od czasu "Back in Black". Jednak 55 minut ledwo rozróżnialnych od siebie kawałków (z paroma zaskakującymi przebłyskami) skutecznie zniechęca do tego materiału i całego zespołu. Naprawdę nie rozumiem, skąd tak wielka popularność tak nudnego zespołu. W ciągu ostatnich 30 lat udało im się nagrać tyle dobrej muzyki, że z trudem dałoby się z niej skompilować jeden album, który byłby zaledwie niezły. Cała reszta to zupełnie niepotrzebne odgrywanie tego samego pomysłu.

Ocena: 5/10



AC/DC - "Black Ice" (2008)

1. Rock 'n' Roll Train; 2. Skies on Fire; 3. Big Jack; 4. Anything Goes; 5. War Machine; 6. Smash 'n' Grab; 7. Spoilin' for a Fight; 8. Wheels; 9. Decibel; 10. Stormy May Day; 11. She Likes Rock 'n' Roll; 12. Money Made; 13. Rock 'n' Roll Dream; 14. Rocking All the Way; 15. Black Ice

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Brendan O'Brien

Po prawej: wszystkie wersje okładki.


19 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Ballbreaker" (1995)



Nie dajcie się zwieść futurystycznej okładce. "Ballbreaker" to do bólu klasyczne AC/DC. Mamy tu nawet powrót składu z "Back in Black" (i dwóch następnych longplayów), gdyż do zespołu zdecydował się wrócić Phil Rudd. Grupa od początku kariery nagrywa takie same albumy, które różnią się między sobą tylko ilością (lub brakiem) udanych kawałków. Tym razem nie ma ich wielu. Wyróżnia się przede wszystkim "The Furor", w którym zespół znów gra nieco wolniej i poważniej - jak w utworze tytułowym z "The Razors Edge". Tym razem jednak nie jest to tak udane nagranie, z powodu irytującej partii wokalnej Johnsona. Poza tym warto zwrócić uwagę na chwytliwy, choć banalny "Hard as a Rock" (jeden z większych przebojów grupy) i melodyjny "Burnin' Alive". Pozostałe kawałki są zupełnie nijakie i nie wyróżniają się niczym na tle ponad setki identycznych kawałków AC/DC.

Ocena: 4/10



AC/DC - "Ballbreaker" (1995)

1. Hard as a Rock; 2. Cover You in Oil; 3. The Furor; 4. Boogie Man; 5. The Honey Roll; 6. Burnin' Alive; 7. Hail Caesar; 8. Love Bomb; 9. Caught with Your Pants Down; 10. Whiskey on the Rocks; 11. Ballbreaker

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Rick Rubin i Mike Fraser


18 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "The Razors Edge" (1990)



Album "The Razors Edge" uznawany jest za powrót AC/DC do formy. Coś w tym jest, bo po serii kompletnie nijakich albumów z lat 80., niespodziewanie wróciła dawna energia i radość z grania. Być może była to zasługa kolejnej zmiany perkusisty (Chris Slade zastąpił Simona Wrighta, który kilka lat wcześniej zajął miejsce Phila Rudda). A może nowego producenta, Bruce'a Fairbairna, który zapewnił solidne, odpowiednio ciężkie brzmienie (będące miłą odmianą po amatorskiej produkcji samych muzyków na "Flick of the Switch" i "Fly on the Wall"). 

Na "The Razors Edge" znalazła się najlepsza kompozycja, jaką kiedykolwiek nagrał zespół - utwór tytułowy, który za sprawą wolniejszego tempa, dość posępnego nastroju, a nawet swego rodzaju powagi, bardzo mocno wyróżnia się na tle reszty repertuaru AC/DC. Album przyniósł też kilka popularnych singli. "Thunderstruck" to w ogóle jeden z najbardziej znanych kawałków grupy. Pierwszy, jaki poznałem. I raczej mnie zniechęcił, niż zachęcił do dalszego zagłębiania się w twórczość Australijczyków. Tak, jak wtedy, tak i teraz strasznie denerwuje mnie warstwa wokalna. A muzycznie, cóż, po prostu bardzo typowo dla tego zespołu. Niemal równie irytuje mnie kolejny z singli "Are You Ready". Natomiast kiedyś przeze mnie lubiany "Moneytalks" (ostatni z singli), teraz okazuje się strasznie banalny. O reszcie albumu w sumie nawet nie warto wspominać - to po prostu cholernie typowe dla grupy kawałki, które absolutnie niczym się nie wyróżniają. Choć jedne drażnią nieco mniej (np. "Fire Your Guns") od innych (np. "Mistress for Christmas", "Let's Make It").

Najlepszy album AC/DC od dekady, od czasu "Back in Black", i tak jest tylko kolejnym rzemieślniczym produktem, przygotowanym ze sprawdzonych, ogranych patentów. Choć utwór tytułowy pokazuje, że muzycy są w stanie stworzyć coś odbiegającego od schematu. Zabrakło tylko odwagi. A może po prostu są najbardziej leniwym i najnudniejszym zespołem na świecie.

Ocena: 5/10



AC/DC - "The Razors Edge" (1990)

1. Thunderstruck; 2. Fire Your Guns; 3. Moneytalks; 4. The Razors Edge; 5. Mistress for Christmas; 6. Rock Your Heart Out; 7. Are You Ready; 8. Got You by the Balls; 9. Shot of Love; 10. Let's Make It; 11. Goodbye & Good Riddance to Bad Luck; 12. If You Dare

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Chris Slade - perkusja
Producent: Bruce Fairbairn


13 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "For Those About to Rock" (1981)



Album "Black in Black" okazał się tak wielkim sukcesem, że po zakończeniu promującej go trasy muzycy mogliby spokojnie przejść na emeryturę. Jednak zamiast tego, już niewiele ponad rok później wydali kolejny album, "For Those About to Rock (We Salute You)", który również okazał się sukcesem - przynajmniej komercyjnym. Tuż po wydaniu sprzedawał się tak dobrze, że w Stanach doszedł na szczyt listy Billboardu, podczas gdy "Back in Black" doszedł "zaledwie" do 4. miejsca. Inna sprawa, że ogółem sprzedało się mniej egzemplarzy - jak dotąd "For Those..." zdobył 12 platynowych płyt na całym świecie, podczas gdy jego poprzednik - 22 w samych Stanach, a na świecie ponad 50... Nie ma zresztą co ukrywać - wysoka sprzedaż "For Those..." tuż po premierze wynikała przede wszystkim z renomy, jaką grupa zdobyła dzięki "Back in Black". Zawartość muzyczna prezentuje się dużo słabiej.

Całość otwiera jednak jeden z najsłynniejszych utworów Australijczyków, "For Those About to Rock (We Salute You)". To niemal hymn grupy, który wciąż stanowi obowiązkowy punkt każdego koncertu - jako jeden z nielicznych utworów z dyskografii zespołu po 1980 roku. Prawdę mówiąc, jego fenomen nie jest dla mnie zbytnio zrozumiały - to po prostu kolejny bardzo typowy dla grupy, energetyczny kawałek, z dość sztampową melodią, powtarzanymi od lat patentami instrumentalnymi i irytującym wokalem. Choć na tle całości i tak jest dość niezły. Kawałki w rodzaju  "Let's Get It Up", "Inject the Venom", "Snowballed" i "Night of the Long Knives" jeszcze bardziej irytują swoją wtórnością, przesadną prostotą i banalnymi melodiami. Broni się właściwie tylko wolniejszy "Evil Walks", wyróżniający się dość niezłą melodią.

"For Those About to Rock (We Salute You)", jak się okazało, był początkiem kompletnego wypalenia zespołu, które - z małymi zwyżkami formy - trwa do dzisiaj. Powtarzanie wciąż tych samych patentów stawało się coraz bardziej irytujące, zwłaszcza w połączeniu z coraz bardziej nijakimi kompozycjami.  

Ocena: 4/10



AC/DC - "For Those About to Rock (We Salute You)" (1981)

1. For Those About to Rock (We Salute You); 2. Put the Finger on You; 3. Let's Get It Up; 4. Inject the Venom; 5. Snowballed; 6. Evil Walks; 7. C.O.D.; 8. Breaking the Rules; 9. Night of the Long Knives; 10. Spellbound

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Robert John "Mutt" Lange


12 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Back in Black" (1980)



Album "Back in Black" odniósł niewyobrażalny sukces. Do dziś sprzedało się ponad 50 milionów egzemplarzy tego wydawnictwa, co plasuje go na drugim miejscu najlepiej sprzedających się albumów wszech czasów i wszech gatunków. Jak to w ogóle możliwe w przypadku tak zwyczajnego albumu hardrockowego, który nawet w swoim gatunku jest dość przeciętny? W znacznym stopniu jest to z pewnością efekt niespodziewanej śmierci Bona Scotta, zaledwie pięć miesięcy przed premierą "Back in Black" (który zarejestrowano już bez jego udziału). Reszty dopełnił cholernie dobry marketing. To jedyne racjonalne wytłumaczenie.

Album cierpi na przypadłość wielu powszechnie uznawanych za klasyczne wydawnictw, które nie mają do zaoferowania wiele/nic (niepotrzebne skreślić), oprócz paru przebojów. Tytułowy "Back in Black" i łagodniejszy "You Shook Me All Night Long" wciąż są katowane do porzygu przez stacje radiowe, a wraz z "Shoot to Thrill" i "Hells Bells" stanowią stały punkt koncertów. To dobre utwory, choć nie ma w nich absolutnie niczego wyjątkowego, co wyróżniałoby je spośród setek innych prostych, rockowych przebojów. Podobny poziom prezentuje jeszcze "Let Me Put My Loving Into You" i ewentualnie "Have a Drink on Me". Reszta nagrań jest już zupełnie przeciętna, a szczyt kompletniej nijakości zostaje osiągnięty w finałowym "Rock 'n' Roll Ain't Noise Pollution".

W sumie pod względem muzycznym album prezentuje podobny poziom do "Let There Be Rock" i "Highway to Hell". co najwyżej brakuje jakiegoś urozmaicenia w postaci wolniejszego kawałka w bluesowym klimacie. Znacznie słabiej wypada jednak warstwa wokalna. O ile wysoki, skrzeczący głos Bona Scotta był naturalny, tak u jego następcy, Brian Johnson, śpiewanie w ten sposób jest wymuszone, a efekt brzmi bardzo infantylnie i irytująco, wręcz żałośnie. O ile w swojej poprzedniej grupie, Geordie, Johnson starał się zróżnicować swoje partie, tak w AC/DC śpiewa cały czas dokładnie tak samo, co na dłuższą metę jest bardzo męczące, zwłaszcza że w warstwie muzycznej też niewiele się dzieje.

Popularność "Back in Black" zdecydowanie wyprzedza jakość zawartej tutaj muzyki, wciąż jednak jest to jedno z bardziej udanych wydawnictw zespołu.

Ocena: 6/10



AC/DC - "Back in Black" (1980)

1. Hells Bells; 2. Shoot to Thrill; 3. What Do You Do for Money Honey; 4. Given the Dog a Bone; 5. Let Me Put My Loving Into You; 6. Back in Black; 7. You Shook Me All Night Long; 8. Have a Drink on Me; 9. Shake a Leg; 10. Rock 'n' Roll Ain't Noise Pollution

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara; Cliff Williams - bass; Phil Rudd - perkusja
Producent: Robert John "Mutt" Lange


11 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Highway to Hell" (1979)



Wydany zaledwie pół roku przed śmiercią Bona Scotta album "Highway to Hell" okazał się pierwszy prawdziwym sukcesem komercyjnym w karierze AC/DC (choć już wcześniejsze wydawnictwa sprzedawały się całkiem nieźle). Na zainteresowanie tym longplayem z pewnością wpłynęła wspomniana tragedia. Jednak trzeba przyznać, że to jedno z najlepszych wydawnictw zespołu. Zaledwie rok po słabym "Powerage", muzykom udało się wrócić do dobrej formy kompozytorskiej i stworzyć jeden z najlepszych zbiorów utworów w swojej karierze, jeśli nie najlepszy (choć poważnym konkurentem jest "Let There Be Rock").

Najbardziej znanym utworem jest oczywiście tytułowy "Highway to Hell" - oparty na od razu rozpoznawalnym riffie (który bez problemu mógłby zagrać każdy początkujący gitarzysta), z równie zapamiętywanym refrenem. Jednak album ma do zaoferowania znacznie więcej. Potężnej dawki energii i chwytliwych melodii nie brakuje w takich utworach, jak "Shot Down in Flames", "If You Want Blood (You've Got It)" czy "Girls Got Rhythm", choć najbardziej stadionowe refreny - pomijając kawałek tytułowy - znajdziemy w "Walk All Over You" i "Love Hungry Man". Świetnie wypadają też te nieco bardziej stonowane utwory, jak bardzo melodyjny "Touch Too Much" (mój faworyt z tego albumu) i bluesowy "Night Prowler". Niestety, nie obyło się bez mniej udanych fragmentów, czego przykładem banalne "Beating Around the Bush" i "Get It Hot".

W kategorii mainstreamowego, nastawionego na samą rozrywkę rocka, jest to zdecydowanie jeden z najlepszych albumów. Warto też zauważyć, że "Highway to Hell" to pierwszy album zespołu, od którego wydania z poszczególnych kontynentów przestały różnić się zawartością (aczkolwiek wydanie australijskie ma nieco zmodyfikowaną okładkę).

Ocena: 7/10



AC/DC - "Highway to Hell" (1979)

1. Highway to Hell; 2. Girls Got Rhythm; 3. Walk All Over You; 4. Touch Too Much; 5. Beating Around the Bush; 6. Shot Down in Flames; 7. Get It Hot; 8. If You Want Blood (You've Got It); 9. Love Hungry Man; 10. Night Prowler

Skład: Bon Scott - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Robert John "Mutt" Lange

Po prawej: okładka wydania australijskiego.


10 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Powerage" (1978)



"Powerage", pierwszy album nagrany z brytyjskim basistą Cliffem Williamsem w składzie, jest zarazem pierwszym, który na całym świecie został wydany z taką samą okładką. Jednak oryginalne wydania europejskie znacznie różnią się od (wydanych prawie miesiąc później) australijskiego i amerykańskiego. Przede wszystkim, zawierają jeden dodatkowy utwór, "Cold Hearted Man". Na najstarszych europejskich tłoczeniach brakuje natomiast kawałka "Rock 'n' Roll Damnation", który nie był jeszcze ukończony, gdy album trafił do tłoczni (utwór powstał pod naciskiem wytwórni, która stwierdziła, że brakuje kawałka nadającego się na singiel). Ponadto, oryginalne wydanie brytyjskie ma inny miks niektórych utworów (np. "Down Payment Blues" został skrócony o bluesową kodę, za to w "Kick in the Teeth" pojawia się dodatkowy akord na otwarcie) i mocniejsze, cięższe brzmienie całości. Na rynek amerykański i austraijski przygotowywany został lżejszy miks i zrezygnowano z utworu "Cold Hearted Man". Niestety, to właśnie taka wersja "Powerage" stała się standardem we wszystkich międzynarodowych wydaniach na CD.

Zawartość "Powerage" teoretycznie nie różni się od innych albumów AC/DC. To wciąż bardzo energetyczne granie, oparte na tych kilku patentach, które zespół powtarza od debiutu. Tym razem zabrakło jednak dobrych zapamiętywalnych melodii, przez co utwory są po prostu bezbarwne i trudne do rozróżnienia między sobą. Może nieco ponad przeciętność wybija się "Sin City", który - jako jedyny utwór z tego albumu - na dobre wszedł do koncertowego repertuaru grupy. Jednak jedynym naprawdę udanym fragmentem tego longplaya jest... "Cold Hearted Man", wyróżniający się na tle całości nieco wolniejszym tempem i bardziej wyrazistą melodią. Brak tego utworu na większości wydań "Powerage" i miałkość pozostałych nagrań, czynią ten album najnudniejszym wydawnictwem zespołu z lat 70., a zarazem drugim najsłabszym z tego okresu (po "Dirty Deeds Done Dirt Cheap").

Ocena: 5/10



AC/DC - "Powerage" (1978)

1. Rock 'n' Roll Damnation; 2. Gimme a Bullet; 3. Down Payment Blues; 4. Gone Shootin'; 5. Riff Raff; 6. Sin City; 7. Up to My Neck in You; 8. What's Next to the Moon; 9. Cold Hearted Man; 10. Kick in the Teeth

Skład: Bon Scott - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Harry Vanda i George Young


9 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Let There Be Rock" (1977)



Trzeci (a czwarty w Australii) album AC/DC, "Let There Be Rock", podobnie jak poprzednie ukazał się w kilku wersjach. Wydania australijskie i europejskie zawierają dokładnie te same utwory, ale mają zupełnie inne okładki (w europejskiej wersji po raz pierwszy pojawiło się charakterystyczne logo zespołu). W Stanach album ukazał się z tą samą okładką, co europejskie wydania, ale za to wprowadzono jedną zmianę w repertuarze - nagranie "Crabsody in Blue" zostało zastąpione przez utwór "Problem Child" (z poprzedniego albumu zespołu, "Dirty Deeds Done Dirt Cheap", który na tamtejszym rynku ukazał się dopiero w 1981 roku). Obecne, międzynarodowe wydania albumów AC/DC bazują na wydaniach amerykańskich, co oznacza, że "Problem Child" jest obecny na dwóch różnych albumach, podczas gdy "Crabsody in Blue" - na żadnym (można go jednak znaleźć w boksie "Backtracks" z 2009 roku).

Choć "Let There Be Rock" pozornie nie różni się od innych albumów zespołu, jest to jeden z najmocniejszych zbiorów utworów, jakie zostały przez niego kiedykolwiek nagrane. Tytułowy "Let There Be Rock", "Whole Lotta Rosie", "Bad Boy Boogie" i "Hell Ain't a Bad Place to Be" zasłużenie stały się jednymi z najbardziej sztandarowych utworów Australijczyków, granymi podczas większości występów na żywo. Wcale nie gorzej wypadają "Go Down", "Dog Eat Dog" i "Overdose", które aż kipią od energii. Niewątpliwie właśnie żywiołowość jest największym atutem AC/DC. I dlatego nieco słabszym fragmentem albumu jest wspomniany wcześniej "Crabsody in Blue" - typowy wolny blues, niestety zagrany zupełnie bez emocji i zaangażowania, przez co zamiast zachwycać, zwyczajnie nudzi. Dlatego, mimo wszystko, lepiej poszukać wydania z "Problem Child", który doskonale wpasowuje się w ten album (aczkolwiek czyni go bardziej monotonnym).

"Let There Be Rock" należy do ścisłej czołówki najlepszych albumów AC/DC. Jest tu wszystko, co powinno być zawarte w tak prostej muzyce: niezłe kompozycje z zapamiętywanymi melodiami, pełne energii i luzu wykonanie, oraz brak jakiejkolwiek pretensjonalności.

Ocena: 7/10




AC/DC - "Let There Be Rock" (1977)

1. Go Down; 2. Dog Eat Dog; 3. Let There Be Rock; 4. Bad Boy Boogie; 5. Overdose; 6. Crabsody in Blue; 7. Hell Ain't a Bad Place to Be; 8. Whole Lotta Rosie

Skład: Bon Scott - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Mark Evans - bass; Phil Rudd - perkusja
Producent: Harry Vanda i George Young


Po prawej: okładka wydania australijskiego.


8 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Dirty Deeds Done Dirt Cheap" (1976)



Istnieją dwie wersje tego albumu: wydanie australijskie i międzynarodowe. Europejskie wydanie ukazało się dwa miesiące po australijskim, z zupełnie inną okładką (zaprojektowaną przez znaną z współpracy z Pink Floyd firmą Hipgnosis) i dwiema istotnymi zmianami w trackliście - pominięto utwory "Jailbreak" i "R.I.P. (Rock in Peace)", a dodano starszy "Rocker" (z australijskiego albumu "T.N.T.") i premierowy "Love at First Feel". Ponadto część utworów została skrócona. W Stanach album ukazał się w takiej samej formie, jak w Europie, ale wydano go tam dopiero w 1981 roku. Pięć lat wcześniej uznano, że wokal jest zbyt bełkotliwy i album nie będzie się przez to dobrze sprzedawać. Dopiero po ogromnym sukcesie albumów "Highway to Hell" i "Back in Black" zdecydowano się opublikować ten materiał.

Muzyka zawarta na "Dirty Deeds Done Dirt Cheap" to typowa dla AC/DC energetyczna, prosta i melodyjna odmiana hard rocka. Niestety, większość kawałków jest zupełnie nijaka i zbyt do siebie podobna. A niektóre są naprawdę słabe, żeby wspomnieć tylko o "Big Balls", z faktycznie bełkotliwą, odpychającą partią wokalną, albo chaotycznym "Rocker" lub nieznośnie banalnych "There's Gonna Be Some Rockin'" i "Ain't No Fun (Waiting 'Round to Be a Millionaire)" (ten ostatni w dodatku zdaje się ciągnąć w nieskończoność). Zupełnie przeciętne są oba utwory pominięte na ogólnoświatowych wydaniach, choć i tak (nieznacznie) lepsze od tych, którymi je zastąpiono.  Jako tako bronią się utwór tytułowy, "Problem Child" i "Squealer", nieco lepsze pod względem melodycznym, ale znów sprawiające wrażenie rozciągniętych na siłę. Miłym urozmaiceniem jest natomiast bardzo standardowy wolny blues "Ride On". Można go jednak znaleźć na innych wydawnictwach (jak składanki "Who Made Who" i "Volts"), więc nie trzeba sobie zawracać głowy tym albumem.

"Dirty Deeds Done Dirt Cheap" to po prostu cholernie nudny longplay, świadczący o niewyobrażalnym lenistwie muzyków (zwłaszcza gitarzystów), którzy nauczyli się paru prostych patentów i postanowili powielać je przez resztę swojego życia. Nie ma tu niczego, czego byśmy nie słyszeli na "High Voltage", ale utwory sprawiają wrażenie bardziej wymuszonych. Większość z nich jest zresztą tylko pretekstem do tego, by Angus Young mógł się popisywać swoimi nużącymi solówkami, których nie sposób od siebie rozróżnić.

Ocena: 4/10




AC/DC - "Dirty Deeds Done Dirt Cheap" (1976)

AU: 1. Dirty Deeds Done Dirt Cheap; 2. Ain't No Fun (Waiting 'Round to Be a Millionaire); 3. There's Gonna Be Some Rockin'; 4. Problem Child; 5. Squealer; 6. Big Balls; 7. R.I.P. (Rock in Peace); 8. Ride On; 9. Jailbreak

EU/US: 1. Dirty Deeds Done Dirt Cheap; 2. Love at First Feel; 3. Big Balls; 4. Rocker; 5. Problem Child; 6. There's Gona Be Some Rockin'; 7. Ain't No Fun (Waiting 'Round to Be a Millionaire); 8. Ride On; 9. Squealer

Skład: Bon Scott - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara; Mark Evans - bass; Phil Rudd - perkusja
Producent: Harry Vanda, George Young

Po prawej: okładka wydania australijskiego.


7 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "High Voltage" (1976)



Zanim AC/DC stał się międzynarodową gwiazdą, nagrał dwa albumy wydane wyłącznie w rodzimej Australii oraz w Nowej Zelandii: "High Voltage" i "T.N.T.". Oba po raz pierwszy ukazały się w 1975 roku i nigdy nie zostały oficjalnie wznowione poza wspomnianymi krajami. Gdy zespół wyruszył na podbój Europy i Stanów, postanowiono opublikować na tych kontynentach wydawnictwo będące kompilacją utworów z obu australijskich albumów. Pomimo tytułu "High Voltage", większość materiału pochodzi z "T.N.T." - jedynie utwory "Rocker" i przeróbka "School Days" Chucka Berry'ego zostały zastąpione przez "Little Lover" i "She's Got Balls" z debiutu.

Już na tym etapie AC/DC miał w pełni wypracowany swój ostateczny styl, będący energetyczną mieszanką rock and rolla i bluesa z podkręconym brzmieniem. Zespół już wtedy stawiał na maksymalną prostotę i łatwe do zapamiętania melodie, ale muzykom zależało jeszcze, by poszczególne utwory czymś się od siebie rozróżniały. Stąd w "It's a Long Way to the Top (If You Wanna Rock 'n' Roll)" pojawia się partia Bona Scotta grana na dudach (ciekawe nawiązanie do szkockich korzeni wokalisty, oraz gitarzystów Angusa i Malcoma Youngów). Jest tu też parę po prostu bluesrockowych kawałków, jak "The Jack" czy "She's Got Balls". Zresztą na australijskim wydaniu "High Voltage" pojawiła się nawet łagodna ballada, "Love Song" - na szczęście nie powtórzono tego przesłodzonego kawałka na międzynarodowym wydaniu.

Okładki australijskich albumów "High Voltage" i "T.N.T.", oraz pierwszego europejskiego wydania "High Voltage".

Jeżeli chodzi o pozostałe kawałki z australijskich albumów, to te również zostały w końcu opublikowane w innych krajach. "Rocker" jeszcze w tym samym roku trafił na europejskie wydanie albumu "Dirty Deeds Done Dirt Cheap". Następnie na wydanej w 1984 roku EPce "'74 Jailbreak" znalazły się cztery utwory z debiutu ("Baby, Please Don't Go", "Soul Stripper", "You Ain't Got a Hold on Me", "Show Business"). "School Days" trafił na kompilację "Volts" (1997), a boks "Backtracks" (2009) przyniósł dwa ostatnie kawałki z debiutu ("Stick Around" i "Love Song").

"High Voltage" okazał się umiarkowanym sukcesem w Stanach i kilku europejskich krajach, ale przed zespołem była jeszcze długa droga na szczyt. Jednak już tutaj znalazły się wszystkie elementy, dzięki którym zdobył popularność. "High Voltage" to zbiór bardzo prostych, melodyjnych piosenek, pozbawionych czegokolwiek ambitnego, bo i nie o to w tej muzyce chodzi, a o samą zabawę. AC/DC to dobry zespół dla młodych słuchaczy, którzy dopiero zaczynają się interesować muzyką. Ale jest to też jeden z tych zespołów, z których się wyrasta wraz z muzycznym rozwojem i poszerzaniem horyzontów. Co, niestety, ma miejsce tylko u niektórych słuchaczy.

Ocena: 6/10



AC/DC - "High Voltage" (1976)

1. It's a Long Way to the Top (If You Wanna Rock 'n' Roll); 2. Rock 'n' Roll Singer; 3. The Jack; 4. Live Wire; 5. T.N.T.; 6. Can I Sit Next to You Girl; 7. Little Lover; 8. She's Got Balls; 9. High Voltage

Skład: Bon Scott - wokal, dudy (1); Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Mark Evans - bass (1-6,9); Phil Rudd - perkusja (1-6,9)
Gościnnie: George Young - bass (7); John Proud - perkusja (7); Rob Bailey - bass (8); Peter Clack - perkusja (8)
Producent: Harry Vanda i George Young


6 września 2012

[Recenzja] The Doors - "L.A. Woman" (1971)



"L.A. Woman" to ostatni album, na którym wystąpił Jim Morrison. Wokalista zmarł w lipcu 1971 roku, niespełna trzy miesiące po premierze longplaya. To zarazem pierwsze wydawnictwo The Doors, którego producentem nie jest Paul Rothchild. Co prawda był on początkowo zaangażowany w pracę, ale zrezygnował z powodu przygnębienia po śmierci Janis Joplin i rosnącego zirytowania słabnącym zaangażowaniem Morrisona. Miał też zastrzeżenia do nowego materiału zespołu, zwłaszcza utworu "Love Her Madly", który uważał za krok wstecz. Produkcją zajęli się ostatecznie sami muzycy i Bruce Botnick, który od początku pełnił rolę inżyniera dźwięku na ich albumach. Tradycyjnie w studiu zespołowi towarzyszył sesyjny basista - tym razem był to Jerry Scheff, znany ze współpracy z Elvisem Presleyem. Po raz pierwszy zespół zatrudnił także dodatkowego gitarzystę, Marca Benno, który zagrał w czterech utworach.

Zespół rejestrował utwory praktycznie na żywo, dogrywając później tylko dodatkowe partie klawiszy. Część materiału powstawała na bieżąco, już w studiu. Jednak zespół sięgnął też po starsze pomysły. "L'America" (skrót od "Latin America") został napisany rok wcześniej na zamówienie reżysera Michelangelo Antonioniego, na potrzeby filmu "Zabriskie Point", gdzie jednak ostatecznie nie został użyty. "Crawling King Snake" - bluesowy standard nieznanego autorstwa, spopularyzowany przez Johna Lee Hookera - oraz "The WASP (Texas Radio and the Big Beat)" były natomiast wykonywane przez zespół podczas koncertów już w poprzedniej dekadzie.

Pod względem muzycznym jest to bezpośrednia kontynuacja bluesowego stylu z "Morrison Hotel", ale i jego wzbogacenie. Oprócz oczywiście "Crawling King Snake", mocno bluesowo wypadają także takie utwory, jak świetny, energetyczny "Been Down So Long" (jedyny utwór The Doors bez klawiszy - Ray Manzarek gra na rytmicznej gitarze), wolne "Cars Hiss by My Window" i "The WASP" z mówionymi partiami wokalnymi, oraz rozpędzony, nieco knajpiany "L.A. Woman". Poza tym są tu fragmenty, nawiązujące do wcześniejszych dokonań grupy. "Love Her Madly" faktycznie brzmi jak nagranie z okresu, powiedzmy, "Waiting for the Sun" (pomijając bardziej przepity głos Morrisona), ale to naprawdę fajny, melodyjny kawałek. Podobnie jak pogodny "Hyacinth House" (w którym Manzarek podczas swojej solówki cytuje "Polonez As-dur op. 53" Fryderyka Chopina). Czymś ewidentnie nowym jest natomiast funkujący "The Changeling", w którym słychać wyraźny wpływ Jamesa Browna. Albo zróżnicowany "L'America", którego posępny początek i zakończenie  kojarzą się nieco ze stylistyką Black Sabbath. Czy w końcu ten najważniejszy utwór - finałowy "Riders on the Storm". Choć inspiracją był utwór country "Ghost Riders in the Sky", muzycy stworzyli prawdziwe psychodeliczne arcydzieło, z dodającymi fantastycznego klimatu odgłosami burzy i jazzującymi partiami elektrycznego pianina.

"L.A. Woman" to doskonałe zwieńczenie dyskografii The Doors, a w każdym razie album, który powinien nim być*. Zespołowi zdecydowanie służy taka bluesowa stylistyka, słychać, że muzycy dobrze się w niej czują. Jednocześnie próbują tutaj nowych rzeczy, co też wspaniale im wychodzi. A nawet jeśli czasem robią krok wstecz, to jakość tych nagrań nie pozwala na krytykę. 

Ocena: 9/10

* Po śmierci Jima Morrisona, Ray Manzarek, Robby Krieger i John Densmore nagrali jeszcze dwa albumy pod szyldem The Doors, na których sami podzielili się partiami wokalnymi: "Other Voices" (1971) i "Full Circle" (1972). Po kilku latach wydali jeszcze "An American Prayer" (1978), na którym wykorzystali głos Jima Morrisona, recytującego swoje wiersze, i nagrali do niego podkład muzyczny. Dziś sami najchętniej by wymazali z pamięci cały ten etap swojej kariery. Szkoda, że tak mądrzy okazali się dopiero po fakcie. 



The Doors - "L.A. Woman" (1971)

1. The Changeling; 2. Love Her Madly; 3. Been Down So Long; 4. Cars Hiss by My Window; 5. L.A. Woman; 6. L'America; 7. Hyacinth House; 8. Crawling King Snake; 9. The WASP (Texas Radio and the Big Beat); 10. Riders on the Storm

Skład: Jim Morrison - wokal; Ray Manzarek - instr. klawiszowe, gitara (3); Robby Krieger - gitara; John Densmore - perkusja
Gościnnie: Jerry Scheff - bass (1-5,7-10); Marc Benno - gitara (3-5,8)
Producent: Bruce Botnick i The Doors


5 września 2012

[Recenzja] The Doors - "Absolutely Live" (1970)



"Absolutely Live", pierwsza koncertówka The Doors, uznawana jest za prawdziwie nowatorskie wydawnictwo. Zamiast zapisu jednego występu, znalazły się tutaj utwory pochodzące z różnych koncertów (zagranych pomiędzy lipcem 1969 roku, a majem 1970). Czasem nawet poszczególne utwory zostały sklejone z fragmentów różnych wykonań. Wszystko w celu stworzenia "definitywnego koncertu", jak określił to sam Paul Rothchild. Producent twierdził, że mógł dokonać nawet dwóch tysięcy cięć. Gdy jednak w ramach serii "Bright Midnight Archives" (wydawanej od 2000 roku) opublikowane zostały kompletne zapisy występów The Doors z tego okresu, dociekliwi fani odkryli, że większość materiału z "Absolutely Live" pochodzi z dwóch koncertów (z 17 i 18 stycznia 1970 roku w nowojorskim Felt Forum), a wszystkie cięcia można policzyć na palcach jednej ręki.

Mimo wszystko jest to całkiem ciekawe i wartościowe uzupełnienie podstawowej dyskografii zespołu. "Absolutely Live" nie miał być po prostu zbiorem odegranych na żywo przebojów, a jak najlepszym dokumentem koncertowych możliwości zespołu. Tutaj w końcu można usłyszeć prawdziwe oblicze The Doors - z Rayem Manzarkiem jednocześnie grającym na klawiszach partie solowe i linie basu (w studiu te drugie odgrywali głównie sesyjni basiści), z grającym znacznie swobodniej i bardziej agresywnie (ale zarazem nieco niedbale) Robbym Kriegerem i starającym się trzymać w ryzach ich popisy Johnem Densmore'em, a także z łapiącym doskonały kontakt z publicznością Jimem Morrisonem.

Cieszy nieoczywisty wybór utworów, nieograniczający się do wyboru nagrań z regularnych albumów. Jest tylko "Medley" z fragmentami m.in. "Alabama Song", "Back Door Man" i "Five to One", oraz fajnie rozbudowane wersje "When the Music's Over", "Break on Through" i "Soul Kitchen". Prócz tego znalazły się tu głównie covery i premierowe autorskie kompozycje. Jeśli chodzi o przeróbki, zespół sięgnął do bluesowej klasyki. "Who Do You Love?" Bo Diddleya nabrał w tej wersji bardziej psychodelicznego charakteru, świetnie wypada tu pulsująca linia basu i partia gitary, która w zwrotkach imituje harmonijkę, by po zakończeniu każdej z nich zaatakować pełną mocą. Równie energetyczny, ale wykonany bardziej tradycyjnie "Close to You" Muddy'ego Watersa wyróżnia się natomiast partią wokalną, za którą wyjątkowo odpowiada Manzarek (i całe szczęście, że nie śpiewał więcej).

Zaskakująco udane okazują się kawałki premierowe: bluesowy, ale wzbogacony psychodelicznymi organami "Build Me a Woman", typowo doorsowka, bardzo zgrabna ballada "Universal Mind", a także kolejny blues, "Love Hides" (niestety, zagrany tylko jako fragment "Medley"). Każdy z nich mógłby trafić na "Morrison Hotel" i nie odstawałby tam poziomem. A jest tu jeszcze pełne, czternastominutowe wykonanie "Celebration of the Lizard". To jedyny w swoim rodzaju utwór, bardzo niekonwencjonalny, łączący zamiłowania Morrisona (autora tej kompozycji) do muzyki, poezji i teatru. Całość składa się z kilku części, wśród których nie brakuje dobrych pomysłów muzycznych, ale są też ciekawe momenty o bardziej ilustracyjnym charakterze, z teatralnymi deklamacjami frontmana.

Na "Absolutely Live" nie ma może wirtuozerskich popisów czy wybitnej interakcji między muzykami, ale jest świetny klimat, pokazujący, że koncerty The Doors były czymś więcej, niż zwykłym rockowym koncertem, miały w sobie coś z intelektualnego przedstawienia. Studyjne albumy nie oddają w pełni tego fenomenu. Zaletą tego wydawnictwa jest także ciekawy repertuar, który sporo wnosi do repertuaru zespołu. 

Ocena: 8/10



The Doors - "Absolutely Live" (1970)

LP1: 1. Who Do You Love?; 2. Medley: Alabama Song / Back Door Man / Love Hides / Five to One; 3. Build Me a Woman; 4. When the Music's Over
LP2: 1. Close to You; 2. Universal Mind; 3. Break on Through (to the Other Side) #2; 4. Celebration of the Lizard (Lions in the Street / Wake Up! / A Little Game / The Hill Dwellers / Not to Touch the Earth / Names of the Kingdom / The Palace of Exile); 5. Soul Kitchen

Skład: Jim Morrison - wokal; Ray Manzarek - instr. klawiszowe, wokal (LP2:1), dodatkowy wokal; Robby Krieger - gitara; John Densmore - perkusja
Producent: Paul A. Rothchild