4 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Blackout" (1982)



Po komercyjnych sukcesach albumów "Lovedrive" i "Animal Magnetism", grupa Scorpions znalazła się na progu światowej kariery. Właśnie wtedy doszło do wydarzenia, przez które w jednej chwili wszystko mogło legnąć w gruzach. Podczas sesji nagraniowej kolejnego albumu Klaus Meine zaniemógł wokalnie i wszystko wskazywało na to, że nieprędko będzie mógł wrócić do śpiewania, o ile w ogóle. Pozostali muzycy zaangażowali nowego frontmana, Amerykanina Dona Dokkena, jednak nic nie wynikło z tej współpracy (niedoszły wokalista założył później własną grupę, Dokken, wykonującą nieciekawy i bardzo wtórny heavy metal). Tymczasem Meine poddał się operacji, dzięki której cudownie odzyskał głos, aczkolwiek nigdy już nie wrócił do formy, jaką prezentował wcześniej. Po jego powrocie, zespół dokończył album, któremu nadano tytuł "Blackout". Longplay okazał się największym komercyjnym sukcesem w dotychczasowej karierze grupy i do dziś jest powszechnie uznawany za jedno z jej największych osiągnięć.

W przypadku Scorpions sukces komercyjny nie szedł jednak w parze z sukcesem artystycznym. Im bardziej grupa stawała się popularna, tym mniej wartościową muzykę grała. Na "Blackout" dominuje bardzo sztampowo zagrany hard rock, któremu nie można odmówić energii i chwytliwości, lecz przy okazji kiczowaty i banalny. W tej muzyce nie ma niczego wyrafinowanego ani ambitnego. To proste, popowe piosenki, oparte na zwrotkowo-refrenowym schemacie, ale podane w ostrym, rockowym przebraniu. Czasami czerpiące to, co najgorsze z mającego wówczas swoje pięć minut heavy metalu - vide agresywne refreny utworu tytułowego i "Can't Live Without You", czy cały "Now!" - co brzmi naprawdę żałośnie. Chociaż taki "Dynamite", wyróżniający się niezłym riffem, jest całkiem przyzwoity. Dla równowagi, w innych utworach pojawiają się balladowe wstawki z płaczliwym śpiewem Meine'a - "No One Like You" i "You Give Me All I Need" (swoją drogą, ten wcześniejszy to pierwszy przebój zespołu w Stanach). Oczywiście nie mogło zabraknąć stuprocentowej ballady. "When the Smoke Is Going Down" to w sumie ładny utwór, ale strasznie płytki, muzycznie i tekstowo. Próbą urozmaicenia całości jest powolny, ciężki i dość długi "China White" - niestety, brakuje tu klimatu, jaki ma pełniący podobną rolę na "Animal Magnetism" utwór tytułowy. Na amerykańskim wydaniu znalazła się alternatywna wersja tego utworu, z inną gitarową solówką Rudolfa Schenkera - w obu przypadkach są to jednak nieciekawe piski.

"Blackout" to prawdziwy przegląd przez niemal wszystko, co najbardziej sztampowe, banalne i kiczowate w ciężkim rocku lat 80. (zabrakło chyba tylko tandetnych brzmień syntezatora). Jest to album wyłącznie dla miłośników takiej stylistyki, tzn. komercyjnego rocka ze wspomnianej dekady. Jednak nawet w ramach tej stylistyki, jest to materiał bardzo wtórny, z nijakimi kompozycjami i przeciętnym wykonaniem.

Ocena: 4/10



Scorpions - "Blackout" (1982)

1. Blackout; 2. Can't Live Without You; 3. No One Like You; 4. You Give Me All I Need; 5. Now!; 6. Dynamite; 7. Arizona; 8. China White; 9. When the Smoke Is Going Down

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara, dodatkowy wokal; Matthias Jabs - gitara, dodatkowy wokal; Francis Buchholz - bass, dodatkowy wokal; Herman Rarebell - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Dieter Dierks


7 komentarzy:

  1. Klasyk. Płyta niemal doskonała. Najmniej podoba mi się China White. Reszta piosenek jest na niesamowitym poziomie. Ocena 9/10 :D.

    OdpowiedzUsuń
  2. Od kiedy muzyka musi być wyrafinowana czy ambitna żeby była dobra?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że widzisz tylko biel i czerń, bez odcieni szarości. Żeby była dobra, musi być choć trochę ambitna i/lub wyrafinowana. Nie chodzi o to, żeby zespół rockowy grał jak jakiś Bethoveen czy Mozart, ale żeby chciał osiągnąć coś więcej, niż tylko czysto komercyjne profity ze swojej twórczości. A na "Blackout" nie ma żadnych prób zaprezentowania czegoś atrakcyjnego pod względem artystycznym.

      Usuń
  3. Fajnie, że odświeżasz recki takich albumów, będzie tego więcej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ale w nieregularnych odstępach czasu. Trochę opinii zdążyło się zdezaktualizować.

      Usuń
  4. W sumie zgadzam się z recenzją. Jak dla mnie ten zespół to tylko dwie pierwsze płyty (szczególnie genialny utwór tytułowy z "Fly to the Rainbow"), na kilku kolejnych jest jeszcze kilka przyjemnych fragmentów, ale ogólnie nie warto nawet zawracać sobie nimi głowy. Dawno temu nawet lubiłem ten zespół, ale już praktycznie nie pamiętałem ich płyt, więc ostatnio sobie postanowiłem przypomnieć. Na początku było spoko, ale później z każdą kolejną płytą coraz gorzej. Na "Blackout" wymiękłem. Ta płyta tak strasznie mnie wynudziła i była tak denna, że daję sobie spokój z tym zespołem raczej na długo. Żałuję czasu straconego na słuchanie ich płyt i na pewno do nich nie wrócę (z wyjątkiem dwóch pierwszych oczywiście).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Lonesome Crow" jest super, a albumy z Rothem niby fajne, ale strasznie nierówne. Na każdym są rzeczy świetne, przeciętne i kompletne gnioty. Z tych czterech longplayów można by skompilować jeden naprawdę dobry. I w sumie szkoda, że nie skończyli kariery po odejściu Rotha. Wówczas mieliby status podobny do np. Lucifer's Friend czy Atomic Rooster, a tak stali się pośmiewiskiem.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.