31 sierpnia 2012

[Recenzja] Dio - "Magica" (2000)



Z zespołem znów rozstał się perkusista Vinny Appice (zastąpił go Simon Wright, znany z AC/DC), wrócili natomiast Craig Goldy i Jimmy Bain (poprzedni album z ich udziałem to "Dream Evil" z 1987 roku). Nie z tego jednak powodu "Magica" jest wyjątkowym albumem w dyskografii Dio. Na tle pozostałych wyróżnia się, ponieważ jest jedynym albumem koncepcyjnym w dorobku zespołu. I niestety, jak czasem bywa w przypadku tego typu wydawnictw, mamy do do czynienia z przerostem formy nad treścią. Zupełnie niepotrzebna jest obecność aż dwóch wstępów ("Discovery", "Magica Theme"), spokojnie wystarczyłaby też repryza jednego kawałka, a nie dwóch ("Magica (Reprise)", "Lord of the Last Day (Reprise)"). Najbardziej irytuje jednak patetyczny "The Magica Story" - ponad 18-minutowa narracja Ronniego Jamesa Dio, z delikatnym, ambientowym podkładem.

Jeżeli jednak chodzi o utwory umieszczone pomiędzy wstępami i repryzami, to wypadają one naprawdę dobrze. Nie jest to nowoczesny metal, jak na albumach "Strange Highways" i "Angry Machines", ani oznaka tęsknoty za brzmieniem Black Sabbath, jak "Lock Up the Wolves". Grupa Dio wróciła tutaj do swoich korzeni - do przebojowego grania na pograniczu hard rocka i heavy metalu, z jakiego słynęła w latach 80. Może jeszcze "Lord of the Last Day" nie robi wielkiego wrażenia, ale już "Fever Dreams" i "Turn to Stone" to klasyczny, bardzo chwytliwy Dio. Im zresztą dalej, tym lepiej. Np. rozbudowany, podniosły "Eriel", trochę w klimacie Rainbow. Albo wspaniała, może nawet najlepsza z całego repertuaru zespołu, ballada "As Long as It's Not About Love". Choć najbardziej niesamowitym utworem jest "Losing My Insanity", oparty na folkowym motywie - najpierw granym na gitarze akustycznej, z towarzyszeniem fletu, później przejętym gitarę elektryczną. Fantastyczny kawałek. Kolejna podniosła kompozycja, "Otherworld", jest już tylko przysłowiową wisienką na torcie.

Ronnie James Dio planował kolejne dwie części albumu, "Magica 2" i "Magica 3", zespół zarejestrował nawet z myślą o nich jeden utwór ("Electra", wydany na singlu w 2010 roku). Niestety, plany te, przez śmierć wokalisty 16 maja 2010 roku, nie zostały zrealizowane.

Ocena: 7/10



Dio - "Magica" (2000)

1. Discovery; 2. Magica Theme; 3. Lord of the Last Day; 4. Fever Dreams; 5. Turn to Stone; 6. Feed My Head; 7. Eriel; 8. Challis; 9. As Long as It's Not About Love; 10. Losing My Insanity; 11. Otherworld; 12. Magica (Reprise); 13. Lord of the Last Day (Reprise); 14. The Magica Story

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Craig Goldy - gitara; Jimmy Bain - bass; Simon Wright - perkusja; Scott Warren - instr. klawiszowe
Producent: Ronnie James Dio


30 sierpnia 2012

[Recenzja] Dio - "Angry Machines" (1996)



Krótko mówiąc, "Angry Machines" to kontynuacja poprzedniego albumu Dio, "Strange Highways". Jest równie ciężki i nowoczesny, ale na szczęście bardziej melodyjny. Riffy Tracy'ego G dalej są bardzo toporne, a solówki nieciekawe, czasem jednak udaje mu się zagrać jakiś zapadający w pamięć motyw ("Institutional Man"). W porównaniu z poprzednikiem więcej tutaj chwytliwych linii wokalnych Ronniego Jamesa Dio. Takie utwory, jak "Hunter of the Heart" czy "Big Sister", z trochę lżejszym brzmieniem mogłyby dołączyć do największych przebojów grupy z lat 80. Do najbardziej interesujących fragmentów albumu zalicza się "Stay Out of My Mind", z zaskakującą, orkiestrowo-industrialną częścią środkową. Choć najbardziej zaskakującym utworem jest finałowy "This Is Your Life". Łagodna ballada, oparta wyłącznie na akompaniamencie fortepianu, i wzbogacona smyczkowym tłem. Zarówno aranżacja, jak i melodia, wywołują skojarzenia z twórczością grupy Queen.

Ocena: 6/10



Dio - "Angry Machines" (1996)

1. Institutional Man; 2. Don't Tell the Kids; 3. Black; 4. Hunter of the Heart; 5. Stay Out of My Mind; 6. Big Sister; 7. Double Monday; 8. Golden Rules; 9. Dying in America; 10. This Is Your Life

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Tracy G - gitara; Jeff Pilson - bass; Vinny Appice - perkusja; Scott Warren - instr. klawiszowe
Producent: Ronnie James Dio


29 sierpnia 2012

[Recenzja] Dio - "Strange Highways" (1993)



Po kolejnym odejściu z Black Sabbath, Ronnie James Dio i Vinny Appice odnowili działalność grupy Dio, wraz z dwoma nowymi muzykami: gitarzystą Tracym G (właść. Grijalva) i basistą Jeffem Pilsonem (ex-Dokken). Nagrany w tym składzie "Strange Highways" znacznie różni się stylistycznie od wcześniejszych albumów zespołu. Ciężkie brzmienie może wywoływać skojarzenia z wydanym rok wcześniej "Dehumanizer" Black Sabbath, ale ogólnie jest trochę bardziej nowocześnie. Zaletą albumu jest marginalna rola brzmień klawiszowych (pojawiają się tylko w utworze tytułowym). Wadą natomiast jest brak wyrazistych melodii. Przeważnie mamy tu do czynienia z topornym riffowaniem, które zmierza donikąd - brakuje przebojowych refrenów, zapamiętywalnych solówek - w ogóle gra Tracy'ego jest bardzo przeciętna. Jednym z najbardziej żenujących fragmentów albumu jest "Give Her the Gun", brzmiący jak nieudana kopia sabbathowego "Children of the Sea". Do lepszych fragmentów zaliczyć można natomiast "One Foot in the Grave" i "Bring Down the Rain", w których pojawiają się śladowe ilości melodii. Można do nich dodać także "Hollywood Black" - ale to akurat utwór, którego zalążek powstał w czasie pracy nad albumem "Dehumanizer".

Unowocześnienie stylu nie wyszło grupie na dobre. "Strange Highways" to jeden z najsłabszych albumów w dyskografii Dio.

Ocena: 4/10



Dio - "Strange Highways" (1993)

1. Jesus, Mary & the Holy Ghost; 2. Firehead; 3. Strange Highways; 4. Hollywood Black; 5. Evilution; 6. Pain; 7. One Foot in the Grave; 8. Give Her the Gun; 9. Blood from a Stone; 10. Here's to You; 11. Bring Down the Rain

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Tracy G - gitara; Jeff Pilson - bass i instr. klawiszowe; Vinny Appice - perkusja
Producent: Mike Fraser


28 sierpnia 2012

[Recenzja] Dio - "Lock Up the Wolves" (1990)



Nagrany w całkiem odmienionym składzie - w grupie pozostał tylko Ronnie Dio - piąty studyjny album prezentuje zupełnie inne oblicze grupy. Utwory są wolniejsze i cięższe, bliższe twórczości Black Sabbath - tytułowy "Lock Up the Wolves", "Between Two Hearts" czy "Evil on Queen Street" spokojnie mogłyby znaleźć się w jej repertuarze. W końcu zrezygnowano też z kiczowatych syntezatorów. Jeśli już słuchać klawisze, to na dalszym planie ("Hey Angel", "Lock Up the Wolves"). Mocnym punktem albumu są solówki niedocenionego gitarzysty Rowana Robertsona.

Początek albumu może rozczarować, bo "Wild One" to najsłabszy otwieracz w dotychczasowej dyskografii Dio. Ale już "Born on the Sun" wyróżnia się świetnym riffem i chwytliwymi melodiami. Rażą tylko chórki w końcówce. Bardziej przebojowe są "Hey Angel" i "Night Music". Natomiast "Between Two Hearts" to mocna ballada, przywodząca na myśl Sabbathowe "Children of the Sea" czy "Sign of the Southern Cross" - i jest to równie udany utwór. A jeszcze lepszy jest mroczny "Lock Up the Wolves" - riffy brzmią jakby grał je sam Tony Iommi. Mimo ciężaru i tutaj refren jest niezwykle chwytliwy. Lekkim zaskoczeniem może być ciężki blues "Evil on Queen Street". Szybki "Walk on Water" bliższy jest poprzednich płyt Dio, choć produkcja jest znacznie mocniejsza. "Twisted" i "Why They Are Watching Me" robią tutaj za wypełniacze, ale nic nie można im zarzucić - na poprzednich dwóch albumach byłyby jednymi z najlepszych utworów. Kolejna mocna ballada, "My Eyes", to świetne zakończenie albumu .

Słuchając "Lock Up the Wolves" można jednak odnieść wrażenie, że Ronnie James Dio zatęsknił za Black Sabbath. Potwierdza to fakt, że już rok później znowu stał na czele tej grupy. Niestety, przed kolejnym odejściem Ronniego, zespół zdążył nagrać tylko jeden album, "Dehumanizer".

Ocena: 7/10



Dio - "Lock Up the Wolves" (1990)

1. Wild One; 2. Born on the Sun; 3. Hey Angel; 4. Between Two Hearts; 5. Night Music; 6. Lock Up the Wolves; 7. Evil on Queen Street; 8. Walk on Water; 9. Twisted; 10. Why They Are Watching Me; 11. My Eyes

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Rowan Robertson - gitara; Teddy Cook - bass; Simon Wright - perkusja; Jens Johansson - instr. klawiszowe
Producent: Tony Platt i Ronnie James Dio


27 sierpnia 2012

[Recenzja] Dio - "Dream Evil" (1987)



Zmiana gitarzysty - z Viviana Campbella na Craiga Goldy'ego - nie wpłynęła na zmianę muzyki Dio. To kontynuacja stylu znanego z "Sacred Heart", aczkolwiek same kompozycje wydają się ciekawsze. Ich największą wadą utworów wciąż są kiczowate brzmienia syntezatorów. Na szczęście tym razem pełniące odrobinę mniejszą rolę. Przeważnie wykorzystane są we wstępach ("Night People", "Sunset Superman"), rzadziej jako tło słyszalne przez cały utwór ("Naked in the Rain" - poza tym szczegółem całkiem udany - i "When a Woman Cries") lub w refrenie ("I Could Have Been a Dreamer"). Bardziej wyeksponowane są w "All the Fools Sailed Away", ale w tym wypadku - wyjątkowo - nie przeszkadzają. To bardzo dobry utwór, w typowy dla grupy sposób łączący fragmenty balladowe z zaostrzeniami. Ponadto na albumie znalazły się przebojowe "Dream Evil", "Overlove" i "Faces in the Window", w których na szczęście obyło się bez wyraźnie słyszalnych instrumentów klawiszowych.

Nie jest to tak udany album, jak "Holy Diver" i "The Last in Line", ale warto się z nim zapoznać.

Ocena: 6/10



Dio - "Dream Evil" (1987)

1. Night People; 2. Dream Evil; 3. Sunset Superman; 4. All the Fools Sailed Away; 5. Naked in the Rain; 6. Overlove; 7. I Could Have Been a Dreamer; 8. Faces in the Window; 9. When a Woman Cries

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Craig Goldy - gitara; Jimmy Bain - bass; Vinny Appice - perkusja; Claude Schnell - instr. klawiszowe
Producent: Ronnie James Dio


26 sierpnia 2012

[Recenzja] Dio - "Sacred Heart" (1985)



Udający nagranie koncertowe "King of Rock and Roll" to kolejny świetny otwieracz, utrzymany w stylu poprzednich albumów Dio. Niestety, reszta utworów zdecydowanie rozczarowuje. Sporą część z nich zepsuto charakterystycznymi dla tamtych czasów, drażniącymi brzmieniami syntezatora (np. "Sacred Heart", "Hungry for Heaven"). Chociaż przebojowemu "Rock 'n' Roll Children" nawet te kiczowate klawisze nie są w stanie zaszkodzić - utwór jest nieźle skomponowany, a świetna linia melodyczna daje pole do popisu Ronniemu. Na te całości można wyróżnić jeszcze "Another Lie" i "Like the Beat of the Heart", chociaż na poprzednich dwóch albumach pełniły co najwyżej rolę wypełniaczy. Ostatnim trzem utworom brakuje czegokolwiek, co by je wyróżniało - po prostu nudzą. Podsumowując, jest to jeden z najsłabszych albumów zespołu, a na pewno najsłabszy z wydanych w latach 80. Chociaż z innymi aranżacjami mógłby być jednym z lepszych.

Ocena: 5/10

Okładka "Intermission".
PS. Reedycja z 2012 roku została wzbogacona o kolejny kiczowaty utwór, "Hide in the Rainbow" (z soundtracku filmu "Żelazny Orzeł"), koncertowe nagrania ze stron B promujących album singli ("We Rock", "The Last in Line" i "Like the Beat of a Heart"), a także o kompletną zawartość EPki "Intermission", oryginalnie wydanej w 1986 roku. Składały się na nią głównie nagrania koncertowe  ("King of Rock 'n' Roll", "Rainbow in the Dark", "Sacred Heart", "Rock 'n' Roll Children", "We Rock"), zarejestrowane jeszcze z Vivianem Campbellem, jednak większość jego partii została w studiu zastąpiona partiami Craiga Goldy'ego, który w tamtym czasie został nowym gitarzystą Dio. EPka - a więc także wspomniana reedycja - przyniosła także jeden studyjny utwór nowego składu, bardzo przeciętny "Time to Burn", którego aranżacja nie odbiega od innych utworów Dio z tego okresu.



Dio - "Sacred Heart" (1985)

1. King of Rock and Roll; 2. Sacred Heart; 3. Another Lie; 4. Rock 'n' Roll Children; 5. Hungry for Heaven; 6. Like the Beat of the Heart; 7. Just Another Day; 8. Fallen Angels; 9. Shoot, Shoot

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Vivian Campbell - gitara; Jimmy Bain - bass; Vinny Appice - perkusja; Claude Schnell - instr. klawiszowe
Producent: Ronnie James Dio


25 sierpnia 2012

[Recenzja] Dio - "The Last in Line" (1984)



Drugi album grupy Dio pamiętny jest przede wszystkim za sprawą dwóch utworów - pierwszego i ostatniego. Otwierający całość "We Rock" to prawdziwa petarda, koncertowy wymiatacz. Idealnie sprawdzał się na zakończenie każdego występu. Zupełnie inaczej prezentuje się finałowy "Egypt (The Chains Are On)" - potężny, monumentalny utwór, oparty na ciężkim, monotonnym riffie. Jednocześnie bardzo klimatyczny, przywołujący nastrój takich kompozycji Rainbow, jak "Gates of Babylon" czy "Stargazer". Już te dwa utwory powodują, że "The Last in Line" nie jest albumem przeciętnym. Ale przecież jest tu jeszcze siedem innych utworów. Większość z nich prezentuje jednak podobny poziom. Wyróżnia się przede wszystkim kawałek tytułowy - rozpoczynający się balladowo, ale po chwili nabierający ciężaru.

Na albumie przeważa czysto metalowe, riffowe granie. Zróżnicowanie polega głównie na tempie - czasem jest trochę wolniej ("Breathless", "One Night in the City", "Eat Your Heart Out"), ale szybszych momentów nie brakuje ("I Speed at Night", "Evil Eyes" i wspomniany już "We Rock"). Nieporozumieniem wydaje się natomiast "Mystery". Ewidentnie słychać, że powstał z myślą o radiowym singlu. Zespół powtarza tu patent z "Rainbow in the Dark", czyli schowanie gitar pod kiczowatym, syntezatorowym motywem. O ile jednak tamten utwór bronił się dzięki fajnej melodii, "Mystery" jest po prostu tandetny. Dodać warto, że tym razem Ronnie James Dio nie musiał sam grać na klawiszach, bo skład poszerzył się o nowego muzyka, Claude'a Schnella. Na "The Last in Line" na szczęście brzmień klawiszowych nie ma jeszcze o wiele więcej, niż na debiutanckim "Holy Diver", dzięki czemu jest to równie dobra płyta.

Ocena: 8/10



Dio - "The Last in Line" (1984)

1. We Rock; 2. The Last in Line; 3. Breathless; 4. I Speed at Night; 5. One Night in the City; 6. Evil Eyes; 7. Mystery; 8. Eat Your Heart Out; 9. Egypt (The Chains Are On)

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Vivian Campbell - gitara; Jimmy Bain - bass; Vinny Appice - perkusja; Claude Schnell - instr. klawiszowe
Producent: Ronnie James Dio


24 sierpnia 2012

[Recenzja] Dio - "Holy Diver" (1983)



Zespół Dio został założony przez wokalistę Ronniego Jamesa Dio, tuż po tym jak w 1982 roku odszedł z Black Sabbath, w wyniku fałszywych oskarżeń o zmianę miksów koncertowego albumu "Live Evil". W tym samym czasie zespół opuścił także perkusista Vinny Appice - był więc idealnym kandydatem na bębniarza Dio. Składu dopełnili dawny znajomy Ronniego z Rainbow, basista Jimmy Bain, a także młody gitarzysta Vivian Cambell, występujący wcześniej w  Sweet Savage, nieco zapomnianym reprezentancie Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu (ich sztandarowy utwór "Killing Time" został później zcoverowany przez Metallikę). Ci właśnie muzycy wzięli udział w nagrywaniu debiutanckiego albumy grupy, "Holy Diver" - powszechnie uznawanego za jej największe dokonanie.

Utwory zawarte na "Holy Diver" wydają się być wypadkową stylów poprzednich zespołów Ronniego. Do Black Sabbath nawiązują przede wszystkim dwa najwolniejsze utwory - tytułowy "Holy Diver", oparty na podobnej linii basu, co "Heaven and Hell", oraz "Shame on the Night" z ciężką, miażdżącą końcówką. Pomijając jednak klawiszowy wstęp pierwszego z tych kawałków, nie ma w nich nic z sabbathowego mroku. "Rainbow in the Dark" jest z kolei bliższy przebojowego hard rocka Rainbow - to stuprocentowy hit, oparty na naprawdę nośnym riffie. Szkoda tylko, że na pierwszy plan wybija się tutaj kiczowaty motyw klawiszy. Przeważnie grupa stawia jednak na szybkie heavy metalowe czady, niepozbawione jednak chwytliwych melodii (np. "Stand Up and Shout", "Straight Through the Heart"). Nawet kiedy zaczynają balladowo, szybko wracają do mocnego riffowania (najlepszy na płycie "Don't Talk to Strangers", oraz słabszy "Invisible").

Longplay jest dość równy, ale zdarzają się małe spadki poziomu. Najsłabiej wypada chyba "Caught in the Middle" z zbyt komercyjnym refrenem, a tuż za nim lokuje się wspomniany "Invisible", który na początku jest zbyt przesłodzony, zaś główny riff za bardzo przypomina ten z poprzedzającego go "Straight Through the Heart". Jeśli jednak porównać "Holy Diver" z wydanymi w tym samym roku albumami "Born Again" Black Sabbath i "Bent Out of Shape" Rainbow - nawet te najsłabsze utwory jawią się jako całkiem udane.

W 2012 roku "Holy Diver" doczekał się dwupłytowej reedycji Deluxe Edition. Bonusowy dysk zawiera trzy utwory ze stron B singli (studyjny "Evil Eyes", który później trafił na drugi album grupy, "The Last in Line", oraz koncertowe wersje "Stand Up and Shout" i "Straight Through the Heart"), a także sześć utworów zarejestrowanych podczas radiowej audycji King Biscuit Flower Hour, 30 października 1983 roku (w tym własne "Stand Up and Shout", "Shame on the Night", "Holy Diver" i "Rainbow in the Dark", jak również "Children of the Sea" z repertuaru Black Sabbath i "Man on the Silver Mountain" Rainbow).

Ocena: 8/10



Dio - "Holy Diver" (1983)

1. Stand Up and Shout; 2. Holy Diver; 3. Gypsy; 4. Caught in the Middle; 5. Don't Talk to Strangers; 6. Straight Through the Heart; 7. Invisible; 8. Rainbow in the Dark; 9. Shame on the Night

Skład: Ronnie James Dio - wokal i syntezatory; Vivian Campbell - gitara; Jimmy Bain - bass; Vinny Appice - perkusja
Producent: Ronnie James Dio


23 sierpnia 2012

[Recenzja] "The Ronnie James Dio Story: Mightier Than a Sword" (2011)



Wydana pośmiertelnie kompilacja upamiętniająca dokonania Ronniego Jamesa Dio jest dowodem, że utwory nagrane w różnym stylu, przez różnych muzyków na przestrzeni wielu lat, ale z charakterystycznym wokalistą, nie muszą być ponownie nagrane (jak zrobił np. Ian Gillan na "Gillan's Inn"), żeby brzmieć spójnie. Niewątpliwą zaletą dwupłytowego wydawnictwa "Mightier Than a Sword" jest duży wybór utworów z najważniejszych etapów kariery Dio, a także zachowanie chronologii, dzięki czemu rzeczywiście można prześledzić historię tego muzyka.

Choć Ronnie swoją karierę zaczął już pod koniec lat 50., historia opowiadana tą kompilacją zaczyna się dopiero w 1974 roku - od utworu "Caroline County Ball" z tak samo zatytułowanego, drugiego albumu boogierockowej grupy Elf. Nie jest to najlepszy utwór tego zespołu, ale dość reprezentatywny. Niespodzianką dla wielu fanów wokalisty będzie z pewnością musicalowy "Love Is All", pochodzący z rock opery "The Butterfly Ball and the Grasshopper's Feast" Rogera Glovera. Za to później otrzymujemy solidną porcję utworów Rainbow. Choć można narzekać na brak chociażby "Man on the Silver Mountain", to ogólnie dobór utworów jest trafny: od niezwykłych ballad "Temple of the King" i "Catch the Rainbow" z debiutu, przez monumentalny "Stargazer" i koncertowe wykonanie "Kill the King", po chwytliwy "Long Live Rock 'n' Roll" i orientalizujący "Gates of Babylon".

Kolejnym etapem twórczości Ronniego było dołączenie do Black Sabbath. Wybór utworów z pierwszej wspólnej płyty, "Heaven and Hell", jest wprost idealny: "Die Young", utwór tytułowy i "Children of the Sea". Nie zabrakło również "Neon Knights", tyle że zamieszczony został w koncertowej wersji, nagranej w 2007 roku (także przez Black Sabbath, ale pod szyldem Heaven & Hell). Rozczarowuje natomiast reprezentacja "Mob Rules" - utwór tytułowy, "Voodoo" i "Country Girl" nie są jej najlepszymi fragmentami. Zostając przy Black Sabbath, na kompilacji znalazły się jeszcze trzy utwory: "I" z niedocenianego albumu "Dehumanizer", "Shadow of the Wind" z kompilacji "The Dio Years", oraz "Bible Black" z jedynej studyjnej płyty Heaven & Hell, "The Devil You Know".

Pomiędzy kolejnymi rozstaniami i powrotami do Sabbath, wokalista nagrywał albumy z własnym zespołem, nazwanym po prostu Dio. Wybór z 10 studyjnych płyt grupy jest bardzo skromny - 7 utworów - ale w pełni zadowalający. Od przebojów z początku kariery ("Holy Diver", "Rainbow in the Dark" ,"We Rock") przez świetną balladę "All the Fools Sailed Away", po utwory z ostatnich lat ("Push" i "One More for the Road"). Niewybaczalny wydaje się tylko brak "Don't Talk to Strangers", "Straight Through the Heart" i "The Last in Line", ale tylko pozornie - w końcu to nie składanka grupy Dio, a przekrój przez całą karierę Ronniego.

"The Ronnie James Dio Story: Mightier Than a Sword" jest idealnym wprowadzeniem do twórczości jednego z najwybitniejszych wokalistów hardrockowych i heavy metalowych. Jeśli się spodoba - następnym krokiem powinno być kupienie takich albumów, jak "Ritche Blackmore's Rainbow", "Rising", "Long Live Rock 'n' Roll", "Heaven and Hell", "Mob Rules", "Holy Diver", "The Last in Line" i "Dehumanizer". Bo wstyd ich nie znać.

Ocena: 7/10



Various Artists - "The Ronnie James Dio Story: Mightier Than a Sword" (2011)

CD1: 1. Caroline County Ball; 2. Love Is All; 3. Temple of the King; 4. Catch the Rainbow; 5. Stargazer; 6. Run with The Wolf; 7. Kill the King (live); 8. Long Live Rock 'n' Roll; 9. Lady of the Lake; 10. Gates of Babylon; 11. Die Young; 12. Heaven and Hell; 13. Children of the Sea
CD2: 1. The Mob Rules; 2. Voodoo; 3. Country Girl; 4. Holy Diver; 5. Rainbow in the Dark; 6. We Rock; 7. Rock' n' Roll Children; 8. All the Fools Sailed Away; 9. I; 10. Push; 11. One More for the Road; 12. Shadow of the Wind; 13. Neon Knights (Live); 14. Bible Black

Skład: Ronnie James Dio - wokal (wszystkie utwory), instr. klawiszowe (CD2: 4,5); Steve Edwards - gitara (CD1: 1); Mickey Lee Soule - instr. klawiszowe (CD1: 1,3,4); Craig Gruber - bass (CD1: 1,3,4); Gary Driscoll - perkusja (CD1: 1,3,4); Roger Glover - bass (CD1: 2); Ritchie Blackmore - gitara (CD1: 3-10), bass (CD1: 8,9); Tony Carey - instr. klawiszowe (CD1: 5-7); Jimmy Bain - bass (CD1: 5-7; CD2: 4-8,10); Cozy Powell - perkusja (CD1: 5-10); David Stone - instr. klawiszowe (CD1: 10); Bob Daisley - bass (CD1: 10); Tony Iommi - gitara (CD1: 11-13, CD2: 1-3,9,12-14); Geezer Butler - bass (CD1: 11-13, CD2: 1-3,9,12-14); Geoff Nicholls - instr. klawiszowe (CD1: 11-13, CD2: 1-3,9); Bill Ward - perkusja (CD1: 11-13); Vinny Appice - perkusja (CD2: 1-9,12-14); Vivian Campbell - gitara (CD2: 4-7); Claude Schnell - instr. klawiszowe (CD2: 7,8); Craig Goldy - gitara (CD2: 8,11); Doug Aldrich - gitara (CD2: 10); Simon Wright - perkusja (CD2: 10,11); Jeff Pilson - bass (CD2: 11)
Producent: Roger Glover; Martin Birch; Ritchie Blackmore; Ronnie James Dio; Reinhold Mack; Tony Iommi; Geezer Butler


21 sierpnia 2012

[Recenzja] Dust - "Hard Attack" (1972)



"Hard Attack" to album dużo bardziej zróżnicowany i dojrzały od debiutu Dust. Słychać to już w otwierającym go "Pull Away / So Many Times", łączącym fragmenty spokojne i czadowymi, przy czym całość jest bardzo chwytliwa. Przypomina też nieco Wishbone Ash, ale w ostrzejszej wersji. Inne świetne utwory, to metalowe "Suicide" (z świetnym solem na basie i delikatną gitarową końcówką zatytułowaną "Entranco") i "Learning to Die", w których jednak słychać także wpływy rocka progresywnego. Czysto metalowy jest jedynie instrumentalny "Ivory".

W pozostałych utworach grupa pokazuje zupełnie inne oblicze. "Walk in the Soft Rain" czy "I Been Thinkin'" to spokojne, bardzo melodyjne utwory, ciekawie dopełniające ten album. Jednak w "Thusly Spoken" i "How Many Horses" trio chyba posunęło się nieco za daleko. Pierwszy to poprockowa ballada ze smykami, drugi ociera się o country. Są to bardzo przyjemne utwory, jednak trochę nie na miejscu. Nie przekonuje też "All in All", wcale nie tak odległy od tego, co Marc Bell miał wkrótce grać z Ramonesami. Jedynie partia basu przypomina, że mamy do czynienia z zespołem hard rockowym.

"Hard Attack" to bardzo udany album. Szkoda jedynie, że zamiast eksperymentów nie trafiło tu więcej utworów w stylu "Pull Away / So Many Times" i "Suicide". Jeszcze większa szkoda, że wkrótce po wydaniu tej płyty Dust przestał istnieć. Na koniec warto dodać, że jako okładkę albumu wykorzystano wcześniej opublikowany obraz Franka Frazetta'y, zatytułowany "Snow Giants".

Ocena: 7/10



Dust - "Hard Attack" (1972)

1. Pull Away / So Many Times; 2. Walk in the Soft Rain; 3. Thusly Spoken; 4. Learning to Die; 5. All in All; 6. I Been Thinkin'; 7. Ivory; 8. How Many Horses; 9. Suicide / Entranco

Skład: Richie Wise - wokal i gitara; Kenny Aaronson - bass; Marc Bell - perkusja
Producent: Kenny Kerner i Kenny Aaronson


20 sierpnia 2012

[Recenzja] Dust - "Dust" (1971)



Założony pod koniec lat 60. Dust to jeden z pionierów heavy metalu w Stanach. Dziś jest zespołem kultowym, jednak znanym tylko nielicznym. Zespól działał zaledwie trzy lata i pozostawił po sobie dwa albumy, debiutancki "Dust" z 1971 i wydany rok później "Hard Attack". Przed całkowitym zapomnieniem grupę uratowała późniejsza działalność jej członków. Wokalista/gitarzysta Richie Wise oraz autor tekstów/producent Kenny Kerner produkowali dwa pierwsze albumy Kiss ("Kiss" i "Hotter Than Hell", oba wydane w 1974); basista Kenny Aaronson został muzykiem sesyjnym, współpracował m.in. z Edgarem Winterem, Joan Jett i Billym Idolem; największą popularność zdobył jednak perkusista Marc Bell, który w 1978 dołączył do The Ramones, przyjmując nazwisko Marky Ramone.

"Stone Woman" i "Chasin' Ladies" to jeszcze dość typowy, przeciętny hard rock, w "Goin' Easy" słychać echa bluesa. Dopiero bardziej zadziorny "Love Me Hard", wzbogacony akustycznym przejściem, pokazuje na co stać muzyków. Na pewno nie był to przeciętny zespół, jak wiele innych, którym też nie udało się zrobić kariery. Potwierdza to najlepszy na płycie, prawie 10-minutowy, psychodeliczno-metalowy odlot, "From a Dry Camel", pełen świetnych gitarowych solówek i riffów, oparty na wyrazistym motywie gitary basowej, przez co może kojarzyć się nieco z "Dazed and Confused" Led Zeppelin. Uspokojenie przynosi pół akustyczny "Often Shadows Felt", kolejny świetny utwór. Album kończy szybki, instrumentalny "Loose Goose", brzmiący jak podmetalizowany rock and roll.

Ocena: 7/10



Dust - "Dust" (1971)

1. Stone Woman; 2. Chasin' Ladies; 3. Goin' Easy; 4. Love Me Hard; 5. From a Dry Camel; 6. Often Shadows Felt; 7. Loose Goose

Skład: Richie Wise - wokal i gitara; Kenny Aaronson - bass; Marc Bell - perkusja
Producent: Kenny Kerner i Kenny Aaronson


19 sierpnia 2012

[Recenzja] Slash - "Slash" (2010)



Na swoim debiutanckim albumie Slash skorzystał ze sprawdzonej wcześniej przez wielu artystów metody. Do zaśpiewania każdego utworu zaprosił innego, mniej lub bardziej, ale zawsze znanego wokalistę. Rola Slasha - w Guns N' Roses czy Velvet Revolver często pierwszoplanowa - tutaj zeszła na dalszy plan. W jakim sensie? Otóż np. "Crucify the Dead" ze śpiewem Ozzy'ego Osbourne'a brzmi jak jego solowy utwór, a "Doctor Alibi" z udziałem Lemmy'ego Kilmistera spokojnie mógłby trafić na album Motörhead. Nie inaczej jest z utworami śpiewanymi przez Chrisa Cornella ("Promise"), Iana Astbury z The Cult ("Ghost"), Iggy'ego Popa ("We're All Gonna Die") oraz właściwie każdym innym. Na tym tle wyróżnia się - najlepszy na płycie - "Beautiful Dangerous". Zaskakujące jest, że znana dotychczas z zupełnie innego rodzaju muzyki Fergie ma tak mocny, rockowy głos. Ale to jedyny utwór w którym Slash nie dostosowuje się do stylu śpiewającego w nim wokalisty.

Niestety, z albumu gitarzysty pamięta się tylko wokale, żadnej solówki. Nie ma tu ani jednej, która chociaż w połowie dorównywałaby tej słynnej z "November Rain"... A propos Gunsów, Slash zaprosił na płytę trzech byłych członków tego zespołu. Nie skorzystał jednak z okazji by zebrać ich w jednym utworze. I tak gitarzysta Izzy Stradlin gra w "Ghost", basistę Duffa McKagana słychać w instrumentalnym "Watch This" (z Davem Grohlem na perkusji), a Steven Adler bębni w bonusowym "Baby Can't Drive", w którym wystąpili także Flea z RHCP oraz zakasujący duet wokalny, Alice Cooper i pop gwiazdka Nicole Scherzinger. Wśród bonusów znalazło się także gunsowe "Paradise City" z udziałem Fergie i raperów z Cypress Hill.

Dodać trzeba, że aż w dwóch utworach zaśpiewał niejaki Myles Kennedy. To akurat najsłabsze fragmenty albumu, głównie za sprawą odpychającej barwy głosu Kennedy'ego. Zupełnie niezrozumiałe jest dlaczego to właśnie on został wokalistą na trasie koncertowej promującej płytę oraz na następnym albumie, "Apocalyptic Love". Szkoda, ze Slash nie zaproponował tego Fergie...

"Slash" ze względu na ilość zaproszonych gości jest albumem bardzo niespójnym, ale z drugiej strony właśnie to stanowi o jego sile - chyba każdy wielbiciel rocka znajdzie tu coś dla siebie, bez względu na to, czy słucha lżejszej, czy mocniejszej odmiany tej muzyki.

Ocena: 6/10



Slash - "Slash" (2010)

1. Ghost; 2. Crucify the Dead; 3. Beautiful Dangerous; 4. Back from Cali; 5. Promise; 6. By the Sword; 7. Gotten; 8. Doctor Alibi; 9. Watch This; 10. I Hold On; 11. Nothing to Say; 12. Starlight; 13. Saint Is a Sinner Too; 14. We're All Gonna Die

Skład: Slash - gitara
Gościnnie: Chris Chaney - bass (1-8,10-14), gitara (13); Josh Freese - perkusja (1-8,10,11,13,14); Lenny Castro - instr. perkusyjne (2-7,10,14); Ian Astbury - wokal (1); Izzy Stradlin - gitara (1); Ozzy Osbourne - wokal (2); Fergie - wokal (3); Myles Kennedy - wokal (4,12); Chris Cornell - wokal (5); Andrew Stockdale - wokal (6); Adam Levine - wokal (7); Lemmy Kilmister - wokal i bass (8); Duff McKagan - bass (9); Dave Grohl - perkusja (9); Kid Rock - wokal (10); Matthew "Shadows" Sanders - wokal (11); Rocco DeLuca - wokal (13); Iggy Pop - wokal (14)
Producent: Eric Valentine i Big Chris Flores


18 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Comeblack" (2011)



Ledwo ukazał się pożegnalny album "Sting in the Tail", a już zapowiedziane zostało kolejne wydawnictwo Scorpions, "Comeblack", zaś w planach jest następne o podobnym charakterze. O jakim? "Comeblack" to zbiór największych hitów zespołu nagranych na nowo, wraz z kilkoma coverami. Natomiast kolejne wydawnictwo będzie zawierało zarejestrowane współcześnie niewydane wcześniej utwory grupy z lat 80. i 90. Premiera odbędzie się prawdopodobnie w 2013 roku. Póki co, przyjrzyjmy się więc bliżej "Comeblack".

Nagrywanie ponownie swoich największych hitów jest samo w sobie mocno kontrowersyjne, ale można to zrobić z pomysłem. Tutaj pomysłu ewidentnie zabrakło. Fakt, że np. w "The Zoo" czy "Rock You Like a Hurricane", a zwłaszcza w "Rhythm of Love", brzmienie jest lepsze, ale brak im duszy, którą miały wersje oryginalne Jeszcze bardziej widać to na przykładzie "Blackout", w którym Klaus Meine nie jest w stanie wykrzyczeć refrenu tak, jak 30 lat wcześniej. Najbardziej pozbawione sensu było nagranie nowej wersji "Wind of Change" - akurat album "Crazy World", z którego ten utwór pochodzi, był pierwszym z zadowalającą produkcją. Nawet dzisiaj, po 22 latach od jego wydania, nie ma do czego się przyczepić.

W utworach innych wykonawców najbardziej zaskakuje, że mimo identycznych aranżacji brzmią jak... autorskie kawałki Scorpions! A przecież wcale nie sięgnęli do twórczości mało znanych wykonawców - jest tu i kawałek The Beatles ("Across the Universe") i The Rolling Stones ("Ruby Tuesday"), i The Kinks ("All Day and All of the Night"). Są też wielkie przeboje mniej popularnych wykonawców, jak "Tainted Love" Glorii Jones (wzorem była jednak wersja Soft Cell) czy "Children of the Revolution" T.Rex. Jednak poza tym, że tak dobrze wpasowały się w styl Scorpions - zupełnie nie zachwycają. Brzmią jak kawałki nagrane na strony B singli, z braku własnych pomysłów.

To wszystko czyni z "Comeblack" wyłącznie wydawniczą ciekawostkę, służąca wyłudzeniu kasy od najwierniejszych fanów. W Japonii album został wzbogacony o trzy utwory: nagrany na nowo "Big City Nights", francuskojęzyczną wersję "Still Loving You" z udziałem popowej wokalistki Amandine Bourgeois, oraz przeróbkę  "Shapes of Things" The Yardbirds.

Ocena: 2/10



Scorpions - "Comeblack" (2011)

1. Rhythm of Love; 2. No One Like You; 3. The Zoo; 4. Rock You Like a Hurricane; 5. Blackout; 6. Wind of Change; 7. Still Loving You; 8. Tainted Love; 9. Children of the Revolution; 10. Across the Universe; 11. Tin Soldier; 12. All Day and All of the Night; 13. Ruby Tuesday

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Paweł Mąciwoda - bass; James Kottak - perkusja
Producent: Mikael Nord Andersson i Martin Hansen


17 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Sting in the Tail" (2010)



Zapowiadany jako ostatni studyjny album Scorpions z premierowym materiałem to kolejny po "Unbreakable" ukłon ku twórczości zespołu z lat 80. Zresztą cztery zamieszczone tu utwory to odrzuty z tamtej płyty ("Slave Me", "No Limit", "Turn You On", "The Best Is Yet to Come"). O ile jednak tamten album jedynie lekko nawiązywał stylistycznie do tamtych lat, tak "Sting in the Tail" spokojnie mógłby ukazać się tuż po "Love at First Sting". Jedyne co przypomina o tym, że mamy do czynienia z albumem nagranym współcześnie jest nowoczesna, trochę nienaturalna produkcja - co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, że producentami zostali Mikael Nord Andersson i Martin Hansen, wcześniej współpracujący z pseudo-rockowym The Rasmus.

"Sting in the Tail" to album zróżnicowany - choć nie tyle pod względem aranżacyjnym (pomijając obowiązkowy podział na utwory czadowe i ballady), co jakościowym. Najbardziej udanym utworem jest zdecydowanie mocna ballada "The Good Die Young", utrzymana raczej w mrocznym klimacie, co idealnie pasuje do tekstu. Przed ukazaniem się albumu niepokoił mnie gościnny udział w tym utworze byłej wokalistki Nightwish, Tarji Turunen. Damsko-męskie wokale nie są tym czego oczekuje od tej grupy (zresztą Scorpionsi już próbowali tego w "Here in My Heart" z "Moment of Glory" i wyszło okropnie). Na szczęście udział Tarji ograniczył się do zaśpiewania operowego tła w zwrotkach, które równie dobrze mogłoby pochodzić z klawiszy.

Z kawałków czadowych najlepsze wrażenie robią chwytliwe "Turn You On" i "Raised on Rock". Dobrze wypada jeszcze ciężki "Let's Rock!", choć jest może trochę zbyt toporny. Niestety większość pozostałych utworów tego typu sprawia wrażenie wymuszonych wypełniaczy ("No Limit", "Rock Zone", "Spirit of Rock"), inne drażnią z powodu udziwnionych partii wokalnych ("Sting in the Tail" i "Slave Me"). Scorpionsi nie byliby sobą, gdyby nie dostarczyli też kilku łagodniejszych ballad. Za sprawą uroczej melodii i udanych partii solowych broni się "Lorelei", ale już "SLY" wypada kiczowato - w dodatku brzmi jak kiepska podróbka "Send Me An Angel". Jest jeszcze podniosły, niemal hymnowy "The Best Is Yet to Come" - idealnie pasujący na zakończenie ostatniej płyty zespołu. Którą jednak "Sting in the Tail" na pewno nie będzie (już nie jest, jeśli liczyć "Comeblack" jako pełnoprawny album).

Ocena: 6/10

PS. W Stanach pominięto "Let's Rock!", natomiast w Japonii dodano balladowo-czadowy "Thunder and Lightning". Kilka miesięcy po premierze standardowej edycji ukazała się dwupłytowa "Premium Edition", na której dysk audio został wzbogacony o utwory "Dreamers" i "Too Far" z japońskiego wydania "Unbreakable", "Miracle" z niealbumowego singla z 2005 roku, nową wersję "The Good Die Young" oraz o "Thunder and Lightning"; drugi dysk stanowi natomiast DVD, zawierające koncertowe rejestracje utworów "Sting in the Tail" i "The Best Is Yet to Come".



Scorpions - "Sting in the Tail" (2010)

1. Raised on Rock; 2. Sting in the Tails; 3. Slave Me; 4. The Good Die Young; 5. No Limit; 6. Rock Zone; 7. Lorelei; 8. Turn You On; 9. Let's Rock!; 10. SLY; 11. Spirit of Rock; 12. The Best Is Yet to Come

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Paweł Mąciwoda - bass; James Kottak - perkusja
Gościnnie: Tarja Turunen - wokal (4)
Producent: Mikael Nord Andersson i Martin Hansen


16 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Humanity: Hour I" (2007)



"Unbreakable", pomimo powrotu do ciekawszej stylistyki, raczej utwierdzał w przekonaniu, że Scorpionsi najlepsze lata mają już dawno za sobą. Dlatego tym większym zaskoczeniem okazał się kolejny album, "Humanity: Hour I". Kluczem do sukcesu okazało się unowocześnienie brzmienia (jednak nie poprzez dodanie elektroniki, jak na "Eye II Eye"), przy jednoczesnym szacunku dla tradycyjnego hard rocka. Otwieracz płyty, "Hour I", miażdży ciężkimi gitarami o obniżonym stroju, a jednocześnie porywa chwytliwym refrenem. Równie chwytliwy jest "The Game of Life", który - dla odmiany - pod względem muzycznym jest do bólu klasyczny, główny riff to niemal cytat z "Rock You Like a Hurricane". Te dwa utwory najlepiej pokazują czego można się spodziewać po całym albumie.

"We Were Born to Fly" to taka mocna ballada, utwór który powinien przypaść do gustu zarówno zwolennikom cięższego Scorpions z lat 80., jak i tego łagodniejszego z następnej dekady. Do tych drugich zespół puszcza oko w "The Future Never Dies", w którym kluczową rolę odgrywają brzmienia pianina i lekka orkiestracja - nie przekroczono jednak granicy kiczu. "You're Lovin' Me to Death", we zwrotkach oparty na dość topornym riffie, podczas refrenu okazuje się najbardziej chwytliwym kawałkiem z tego longplaya. Wrażenie robi śpiew Meine'a, który wrócił do najlepszej formy - słychać to zresztą także w pozostałych utworach. "321" to kolejny miażdżący ciężarem czad, niepozbawiony jednak przebojowego refrenu.

Najbardziej kontrowersyjnym utworem jest "Love Will Keep Us Alive", o zdecydowanie komercyjnej melodii i brzmieniu. Podobne klimaty przynoszą "Your Last Song" i "Love Is War". Pomiędzy nimi pojawia się jednak świetny "We Will Rise Again", w którym łagodniejsze zwrotki zestawiono z nowoczesnym, metalowym czadem. Równie udany mógłby być riffowy "The Cross", gdyby nie psuł go gościnny udział wokalny Billy'ego Corgana z The Smashing Pumpkins. Album kończy jednak prawdziwe arcydzieło - poruszająca power ballada "Humanity". Utwór, który od razu dołączył do kanonu najważniejszych i najlepszych utworów Scorpions.

Mimo udanej zawartości muzycznej longplaya, nie sposób zlekceważyć pewnej kwestii. Od czasu "Face the Heat" w procesie komponowania zespół korzystał z pomocy producentów i zawodowych songwritterów - zawsze jednak większość kompozycji była podpisywana nazwiskami samych muzyków. Tymczasem na "Humanity: Hour I" każdy utwór jest dziełem jednego członka grupy (Meine'a, Schenkera lub Jabsa) i od dwóch do czterech ludzi spoza zespołu. Zarówno to, jak i gościnny udział, takich muzyków jak Corgan, Eric Bazilian (The Hooters) i John 5 (współpracownik m.in. Roba Zombie i Marlina Mansona), powoduje, że album sprawia wrażenie produktu, a nie muzycznego dzieła.

Ocena: 7/10

PS. W Japonii, a także w międzynarodowych wydaniach winylowym i limitowanym CD, "Humanity: Hour I" został wzbogacony o trzy utwory: singlowe wersje "Humanity" i "Love Will Keep Us Alive", a także całkiem udany utwór "Cold", który na pewno podniósłby poziom albumu, gdyby znalazł się na nim zamiast "Your Last Song" lub "Love Is War", o "Love Will Keep Us Alive" nie wspominając.



Scorpions - "Humanity: Hour I" (2007)

1. Hour I; 2. The Game of Life; 3. We Were Born to Fly; 4. The Future Never Dies; 5. You're Lovin' Me to Death; 6. 321; 7. Love Will Keep Us Alive; 8. We Will Rise Again; 9. Your Last Song; 10. Love Is War; 11. The Cross; 12. Humanity

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Paweł Mąciwoda - bass; James Kottak - perkusja
Gościnnie: John 5 - gitara (1); David Campbell - orkiestracja (4,12); Russ Irwin - pianino (4); Eric Bazilian - gitara (7); Billy Corgan - wokal (11)
Producent: James Michael i Desmond Child


15 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Unbreakable" (2004)



Po nieudanych albumach z drugiej połowy lat 90. i przypominaniu starych hitów w nowych, dziwnych aranżacjach, wydawało się, że Scorpionsi już nigdy nie nagrają nic interesującego. A jednak, jeszcze na początku XXI wieku, zatęsknili za mocniejszym brzmieniem. Do nagrania nowego albumu zabrali się już w 2002 roku. Jego producentem początkowo miał być Dieter Dierks, który współpracował z zespołem w latach 1975-88. Niestety, muzycy i producent nie byli w stanie się dogadać. Jedynym znanym owocem tamtej sesji są dwie udane kompozycje, które uzupełniły kompilacyjny album "Bad for Good: The Very Best of Scorpions" (cięższy "Cause I Love You" oraz bardzo chwytliwy "Bad for Good").

Ostatecznie nad kształtem nowego albumu czuwał Erwin Musper, wcześniej odpowiedzialny za produkcję "Pure Instinct". Jeszcze przed rozpoczęciem sesji zespół rozstał się z basistą Ralphem Rieckermannem. Jego następca miał zostać wybrany podczas przesłuchań. Spore szanse mieli Barry Sparks (współpracujący wcześniej m.in. z byłymi gitarzystami Scorpions, Michaelem Schenkerem i Uliem Jonem Rothem) oraz Ingo Powitzer - obaj nawet zagrali w kilku utworach, które trafiły na album. Ostatecznie jednak nowym basistą został Paweł Mąciwoda (ex-TSA).

Tyle historii, przejdźmy do zawartości "Unbreakable". Zaskoczeniem jest już otwierający całość utwór "New Generation". Ciężki, nowoczesny, o niemal symfonicznym rozmachu. Reszta albumu jest już zdecydowanie mniej eksperymentalna. Przeważają tutaj czadowe, melodyjne kompozycje. Część z nich spokojnie mogłaby trafić na któryś z albumów Scorpions, wydanych w latach 80. (np. "Love 'em or Leave 'em", "Blood Too Hot"), innym bliżej do czasów "Crazy World"/"Face the Heat" (np. "Deep and Dark", "My City, My Town"). Oczywiście nie mogło zabraknąć ballad. Najlepsze wrażenie sprawia "Through My Eyes", oparta na tradycyjnej powerballadowej strukturze (łagodne zwrotki-ciężkie refreny), z wstępem będącym niemal cytatem "When the Smoke Is Going Down". Znacznie mniej udane są fortepianowy "Maybe I Maybe You" (przypominający o eksperymentach z poprzednich płyt) oraz mdły, nużący "She Said".

Kontrowersje wywołać może także "Remember the Good Times". Już ze względu na dopisek "Retro Garage Mix" przy tytule, mimo że to jedyna wersja tego kawałka. Przede wszystkim jednak ze względu na partię wokalną - głos Klausa Meine'a brzmi tutaj jakby został sztucznie odmłodzony. A propos, to właśnie warstwa wokalna jest największym minusem "Unbreakable". Głos Klausa jest tutaj nieco zdarty. Na szczęście były to tylko przejściowe problemy, jak pokazały późniejsze wydawnictwa grupy (zwłaszcza DVD "Live at Wacken Open Air 2006"). Mimo tych kilku wad, album jest naprawdę udany. Świetny powrót do korzeni.

Japońskie wydanie "Unbreakable" zawiera dwa dodatkowe, spokojne utwory, balladę "Dreamers" oraz popowy "Too Far", bliski zawartości albumu "Eye II Eye" (na szczęście pozbawiony elektroniki). Przeznaczenie ich na bonusy, to kolejny dowód, że muzycy nauczyli się czegoś na błędach - w latach 90. zdarzało im się marnować na stronach B singli fajne, rockowe kawałki (np. "Partners in Crime", "She's Knocking at My Door"), podczas gdy brakowało takich na przepełnionych balladami albumach.

Ocena: 7/10



Scorpions - "Unbreakable" (2004)

1. New Generation; 2. Love 'em or Leave 'em; 3. Deep and Dark; 4. Borderline; 5. Blood Too Hot; 6. Maybe I Maybe You; 7. Someday Is Now; 8. My City My Town; 9. Through My Eyes; 10. Can You Feel It; 11. This Time; 12. She Said; 13. Remember the Good Times (Retro Garage Mix)

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Paweł Mąciwoda - bass (1,3,5-12); James Kottak - perkusja
Gościnnie: Koen van Baal - instr. klawiszowe; Barry Sparks - bass (2,4); Ingo Powitzer - bass (13)
Producent: Erwin Musper, Scorpions


14 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Acoustica" (2001)



Czwarty album koncertowy Scorpions wyróżnia się na tle poprzednich tym, że został zarejestrowany podczas koncertów bez prądu. "Acoustica" była zapewne reklamowana hasłem w stylu: największe hity grupy w zupełnie nowych aranżacjach. Wszystko się zgadza. Inna sprawa, że nowe wersje nie mogą się równać z oryginałami. Czadowe kawałki, jak "The Zoo" czy "Rock You Like a Hurricane" (tutaj pod tytułem "Hurricane 2001") tracą wszystkie swoje atuty. Wcale nie lepiej wypadają ballady. Siłą "Still Loving You" było przecież zestawienie łagodnych fragmentów z ciężkimi, a tutaj cały jest łagodny. Jeszcze bardziej zepsuto "Holiday" - te nagłe przyśpieszenia w refrenie to pomysł wręcz idiotyczny. Zyskał natomiast "Always Somewhere", ale głównie dlatego, że Klaus zrezygnował z histerycznej maniery, z jaką śpiewał ten utwór na albumie "Lovedrive".

Zaletą albumu jest za to obecność utworów niedostępnych na innych wydawnictwach grupy. Świetnie wypadają przeróbki "Dust in the Wind" Kansas i "Love of My Life" Queen - w tej drugiej Meine udowadnia, że jako wokalista może się równać z samym Freddiem Mercurym. Nieszczególnie, bo po prostu nudno, wypada trzeci cover - "Drive" The Cars. Zespół zaprezentował też kilka własnych, nowych kompozycji. Najciekawsza okazuje się zgrabna ballada "Life Is Too Short". Całkiem niezły jest też "When Love Kills Love" (którego studyjna, znacznie gorsza wersja, została wydana na singlu). Mdły i przesłodzony okazuje się natomiast "I Wanted to Cry (But the Tears Wouldn't Come)".

Czwarta, także nieco mdła, nowość zaprezentowana podczas akustycznych koncertów - "Back to You" - została pominięta na CD, ale jest obecna w wydaniu DVD. Podobny los spotkał pięć innych utworów - w tym nie wiadomo czemu "Rhythm of Love" i "Under the Same Sun", które ze wszystkich zagranych wypadły zdecydowanie najlepiej - a nawet lepiej od studyjnych pierwowzorów. Pierwszy z nich można znaleźć także w japońskim wydaniu albumu. A skoro już mowa o wydawniczych różnicach - w niektórych wydaniach "Hurricane 2001" został zastąpiony przez "Is There Anybody There?".

"Acoustica" to kolejny nieudany eksperyment zespołu. Sama idea nie była zła, ale osiągnięty rezultat jest słaby. Album jako całość jest monotonny, a w jego odbiorze dodatkowo przeszkadza, że większość utworów jest już doskonale znana ze znacznie lepszych wersji. Warto jednak sięgnąć po niego ze względu na te pozostałe.

Ocena: 4/10



Scorpions - "Acoustica" (2001)

1. The Zoo; 2. Always Somewhere; 3. Life Is Too Short; 4. Holiday; 5. You And I; 6. When Love Kills Love; 7. Dust in the Wind; 8. Send Me An Angel; 9. Catch Your Train; 10. I Wanted to Cry (But the Tears Wouldn't Come); 11. Wind of Change; 12. Love of My Life; 13. Drive; 14. Still Loving You; 15. Hurricane 2001

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Ralph Rieckermann - bass; James Kottak - perkusja
Gościnnie: Christian Kolonovits - instr. klawiszowe; Johan Daansen - gitara; Mario Argandona - instr. perkusyjne; Ariana Arcu - wiolonczela
Producent: Scorpions i Christian Kolonovits


13 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Moment of Glory" (2000)



"Moment of Glory" to album nagrany z orkiestrą - zarejestrowany jednak w studiu, a nie na żywo, jak "Concerto for Group and Orchestra" Deep Purple i "S&M" Metalliki. Trudno jednak uniknąć porównań z tym drugim, ze względu na to, że ukazał się niecały rok wcześniej. Wypadają one jednak na korzyść dzieła Scorpions, gdzie nie ma wrażenia, że nałożono na siebie przypadkowe, zupełnie nie pasujące do siebie utwory zespołu i orkiestry (może z wyjątkiem "Deadly Sting Suite"). Na "Moment of Glory" orkiestra albo dubluje motywy grane przez zespół, albo też sama je wykonuje.

"Rock You Like a Hurricane", przemianowany na "Hurricane 2000", rozpoczyna się podniosłym orkiestrowym wstępem, po którym wchodzi główny riff - przez chwilę słychać samą gitarę, jednak zaraz dołączają symfonicy. Ich rola w tym utworze ogranicza się tylko do tworzenia tła - które zresztą niezbyt pasuje do tego utworu. Dominującą rolę orkiestra odgrywa w łagodnym "Moment of Glory" - jedynym nowym utworze, stworzonym specjalnie na to wydawnictwo. I jednym z najsłabszych, jakie tu się znalazły. "Send Me an Angel" i "Wind of Change" nabrały symfonicznego rozmachu - w takich aranżacjach wypadają ciekawiej, niż na albumie "Crazy World". W pierwszym z nich część partii wokalnej wykonuje popowy wokalista Zucchero - ma to jednak wyłącznie komercyjny cel, jego zachrypnięty głos raczej psuje ten utwór, niż dodaje mu wdzięku.

"Crossfire" rozpoczyna się fragmentem rosyjskiej pieśni "Moscow Nights", granym wyłącznie przez orkiestrę, choć pojawia się tu też piękna gitarowa solówka. Główna część utworu jest ciekawie przearanżowana, szkoda jednak, że pozbawiona wokalu. Instrumentalny jest także wspomniany "Deadly Sting Suite", czyli połączone w całość utwory "He's a Woman - She'a a Man" i "Dynamite". Kawałek brzmi bardzo chaotycznie, zwłaszcza na początku, gdzie symfonicy grają zupełnie co innego niż zespół. Jeszcze gorszy jest łagodny "Here in My Heart" - cover popowej gwiazdki Tiffany, śpiewany przez Meine'a w duecie z szerzej nieznaną Lyn Liechty. Wyszło coś w stylu soundtracku do filmu Disneya.

W "Still Loving You" i "Big City Nights" orkiestra występuje w śladowych ilościach. Co ciekawe, w tym drugim całą partię wokalną wykonał Ray Wilson - znany przede wszystkim jako wokalista z ostatniej płyty Genesis, "Calling All Stations". "Lady Starlight" nie drażni tak, jak na albumie "Animal Magnetism" - po prostu tutaj o wiele lepiej pasuje, w dodatku została wzbogacona o brzmienie sitaru, co dało rewelacyjny efekt. Szkoda tylko, że skrócono gitarowe solo.

Album został wydany także w specjalnej edycji, z płytą DVD "Moment of Glory Live" (wydaną także osobno). Jej zawartość to przede wszystkim koncert z EXPO 2000 w Hanowerze, zagrany oczywiście wspólnie z orkiestrą. Tracklista różni się trochę od wersji studyjnej: zamiast "Send Me an Angel" i "Lady Starlight" wykonane zostały "You and I", "We'll Burn the Sky", a także niedostępny na żadnym innym wydawnictwie, premierowy "We Don't Own the World". Na koncercie pojawili się także Liechty i Wilson; natomiast na basie zagrał Ralph Rieckermann. Poza występem, DVD zawiera teledyski do "Hurricane 2000", "Moment of Glory" i "Here in My Heart", a także wywiady.

Ocena: 5/10



Scorpions & Berliner Philharmoniker - "Moment of Glory" (2000)

1. Hurricane 2000; 2. Moment of Glory; 3. Send Me an Angel; 4. Wind of Change; 5. Crossfire; 6. Deadly Stng Suite; 7. Here in My Heart; 8. Still Loving You; 9. Big City Nights; 10. Lady Starlight

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; James Kottak - perkusja
Gościnnie: Berliner Philharmoniker - orkiestra; Ken Taylor - bass; Zucchero Fornaciari - wokal (3); Lyn Liechty - wokal (7); Ray Wilson - wokal (9); Guenther Becker - sitar (10)
Producent: Scorpions i Christian Kolonovits


12 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Eye II Eye" (1999)



Rok 1999 był chyba najgorszym i najdziwniejszym dla muzyki rockowej. To wtedy Metallica nagrała album z orkiestrą ("S&M"), a wielu innych wykonawców zainteresowało się muzyką popową i elektroniczną. W tej grupie, obok m.in. Megadeth ("Risk") i Paradise Lost ("Host"), znaleźli się także Scorpions. Już otwierający album "Mysterious" odrzuca dyskotekowym rytmem, chociaż gitarowy refren jest całkiem niezły. Głównym problemem "Eye II Eye" są jednak nie tylko nowe wpływy, ale przede wszystkim nieciekawe kompozycje, które w bardziej rockowych aranżacjach wypadłyby tak samo słabo, może nawet - choć trudno to sobie wyobrazić - gorzej.

Album ma jednak kilka lepszych momentów. Przede wszystkim najmocniejszy na płycie, wzbogacony orientalizmami "Mind Like a Tree". Utwór tytułowy to właściwie czysty pop, ale całkiem zgrabny. Warto też zwrócić uwagę na akustyczny "10 Light Years Away", a także na fortepianową balladę "A Moment in a Million Years" (która na singlu ukazała się w zupełnie innej, rockowej wersji). W pozostałych utworach dobre wrażenie robią najwyżej fragmenty (np. wstęp "Freshly Squeezed", refren "Aleyah"), ale jako całość odpychają. Najbardziej irytującym kawałkiem jest bez wątpienia "To Be No. 1", oparty na tandetnym elektronicznym podkładzie. Ciekawostkę stanowi natomiast "Du bist so schmutzig" - jedyny niemieckojęzyczny utwór w całym dorobku Scorpions (nie licząc singla "Fuchs Geh' Voran" wydanego w 1975 roku pod szyldem The Hunters); dodatkowym urozmaiceniem jest tutaj rapowana wstawka w wykonaniu Jamesa Kottaka (ten fragment tekstu jest w języku angielskim). Ten rap aż tak bardzo tutaj nie razi, może dlatego, że na albumie są o wiele bardziej wkurzające eksperymenty. "Du bist so schmutzig" ma również swój anglojęzyczny odpowiednik - "Start Me Up", wydany na stronie B singla "10 Light Years Away".

"Eye II Eye" to najbardziej eksperymentalny album w dyskografii Scorpions i zarazem najsłabszy. Kilku utworów da się słuchać, ale niespecjalnie mam ochotę do nich wracać. Pozostałych chciałbym natomiast już nigdy nie usłyszeć.

Ocena: 2/10



Scorpions - "Eye II Eye" (1999)

1. Mysterious; 2. To Be No. 1; 3. Obsession; 4. 10 Light Years Away; 5. Mind Like a Tree; 6. Eye to Eye; 7. What U Give U Get Back; 8. Skywriter; 9. Yellow Butterfly; 10. Freshly Squeezed; 11. Priscilla; 12. Du bist so schmutzig; 13. Aleyah; 14. A Moment in a Million Years

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara, sitar; Matthias Jabs - gitara, mandolina; Ralph Rieckermann - bass; James Kottak - perkusja, wokal (12)
Gościnnie: Peter Wolf - instr. klawiszowe; Mick Jones - gitara (4); Herman Rarebell - dodatkowy wokal (5)
Producent: Peter Wolf


11 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Pure Instinct" (1996)



Otwierający album utwór "Wild Child" to świetny, chwytliwy hardrockowy kawałek z jednym z najlepszych riffów Scorpions. Niestety, reszta płyty już nie zachwyca. "But the Best for You" ma kilka niezłych momentów, ale jest zbyt rozwlekły i po prostu nudzi. To samo można napisać o balladzie "Does Anyone Know" i dynamicznym (jednak nie hardrockowym) "Stone in My Shoe". Nieco lepszy jest "Soul Behind the Face", ale kiczowaty początek "Oh Girl" sprawia, że chce się natychmiast wyłączyć album. Cała druga połowa płyty to przesłodzone, poprockowe balladki. Niektóre z nich wypadają - w swojej kategorii - całkiem nieźle ("When You Came Into My Life", singlowy przebój "You and I"), jednak zgromadzone w jednym miejscu nudzą i odpychają. A tak okropnego zakończenia, jak "Are You the One?" - w którym Maine śpiewa do akompaniamentu orkiestry z syntezatora - nie ma żaden inny album Scorpions.

"Pure Instinct" warto poznać tylko ze względu na "Wild Child". Ewentualnie można poszukać japońskiego wydania, z dodatkowym utworem "She's Knocking at My Door", jakością przewyższającym zdecydowaną większość tego albumu.

Ocena: 3/10



Scorpions - "Pure Instinct" (1996)

1. Wild Child; 2. But the Best for You; 3. Does Anyone Know; 4. Stone in My Shoe; 5. Soul Behind the Face; 6. Oh Girl; 7. When You Came Into My Life; 8. Where the River Flows; 9. Time Will Call Your Name; 10. You and I; 11. Are You the One?

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Ralph Rieckermann - bass; Curt Cress - perkusja
Gościnnie: Koen van Bael - instr. klawiszowe; Luke Herzog - instr. klawiszowe; Pitti Hecht - instr. perkusyjne
Producent: Erwin Musper, Keith Olsen, Scorpions


10 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Live Bites" (1995)



"Live Bites" to trzeci koncertowy album Scorpions. A właściwie koncertowa kompilacja, bo nagrań dokonano na przestrzeni lat 1988-94 w Rosji, Stanach, Meksyku i Niemczech. Ponieważ od poprzedniej koncertówki dyskografia zespołu poszerzyła się tylko o trzy studyjne albumy (reprezentowane tutaj m.in. przez "Rhythm of Love", "Alien Nation" i "Wind of Change") zespół sięgnął także po starsze nagrania ("In Trance", "Is There Anybody There?", oraz ciekawe, akustyczne wykonanie "When the Smoke Is Going Down"). Kontrowersyjnym posunięciem było natomiast zamieszczenie "Living for Tomorrow", który w tej samej wersji został wcześniej wydany na singlu (w 1989 roku) i kompilacji "Still Loving You" (z 1992 roku). To zresztą jedyna znana wersja tego utworu - studyjnej nie ma, chociaż... Utwór brzmi zdecydowanie za sterylnie, jak na nagranie koncertowe, a publiczność słychać tylko podczas wstępu i na koniec... Całości dopełnia interpretacja pieśni "Ave Maria No Morro" i gitarowe solo zatytułowane "Concerto in V". Poza tym są jeszcze dwa utwory studyjne. Autorski, słaby "Heroes Don't Cry" oraz "White Dove", czyli kiczowata przeróbka "Dziewczyny o perłowych włosach" węgierskiej Omegi, którą do dziś można usłyszeć w niektórych polskich komercyjnych rozgłośniach radiowych.

Dziwny album. Tylko dla najwierniejszych fanów, lub dla ludzi, którzy chcieliby mieć "Wind of Change" i "White Dove" na jednym dysku, a zupełnie ich nie interesują inne utwory grupy.

Ocena: 4/10



Scorpions - "Live Bites" (1995)

1. Tease Me Please Me; 2. Is There Anybody There? 3. Rhythm of Love; 4. In Trance; 5. No Pain No Gain; 6. When the Smoke Is Going Down; 7. Ave Maria No Morro; 8. Living for Tomorrow; 9. Concerto in V; 10. Alien Nation; 11. Hit Between the Eyes; 12. Crazy World; 13. Wind of Change; 14. Heroes Don't Cry; 15. White Dove

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Ralph Rieckermann - bass; Francis Buchholz - bass (8); Herman Rarebell - perkusja
Producent: Scorpions (1-13), Keith Olsen (14,15)


9 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Face the Heat" (1993)



Przed nagraniem "Face the Heat" nastąpiła pierwsza od kilkunastu lat zmiana składu - grającego na basie niemal od samego początku grupy Francisa Buchholza zastąpił Ralph Rieckermann. Muzycznie jest mocniej niż na poprzednich dwóch płytach, jednak to bardziej zasługa nowego producenta, Bruce'a Fairbairna, wcześniej współpracującego chociażby z AC/DC.

Początek jest zaskakująco mocny. "Alien Nation" rozpoczyna się trwającym ponad minutę, metalowym riffowaniem. Wraz z wejściem partii wokalnej robi się bardziej melodyjny, ale ciężar pozostaje. Świetny utwór, szkoda tylko, że reszta nie jest równie udana. Jeszcze tylko "No Pain No Gain" wyróżnia się dobrym riffem, pozostałe z mocniejszych kawałków to powrót do nijakości "Crazy World". Ballady? Ciekawie wypada akustyczny, nietypowy "Under the Same Sun". Schematyczność razi w "Lonely Nights". A od "Woman" odrzucają kiczowate syntezatory i podniosły nastrój.

Album został wzbogacony o bonusowe utwory - różne w zależności od miejsca wydania. Europejskie zawierało wzbogacony o akordeon i częściowo zaśpiewany po francusku tekst "Destin" oraz poruszającą balladę "Daddy's Girl". Podobnie było na wydaniach azjatyckim i australijskim - z tym, że "Destin" został zastąpiony alternatywną, japońską wersją - "Kami O Shin Juru". Natomiast wydanie amerykańskie zostało wzbogacone o przeróbkę "(Marie's the Name) His Latest Flame" Elvisa Presleya.

Ocena: 5/10



Scorpions - "Face the Heat" (1993)

1. Alien Nation; 2. No Pain No Gain; 3. Someone to Touch; 4. Under the Same Sun; 5. Unholy Aliance; 6. Woman; 7. Hate to Be Nice; 8. Taxman Woman; 9. Ship of Fools; 10. Nightmare Avenue; 11. Lonely Nights

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Ralph Rieckermann - bass; Herman Rarebell - perkusja
Gościnnie: John Webster - instr. klawiszowe; Luke Herzog - instr. klawiszowe (6,11)
Producent: Bruce Fairbairn, Scorpions


8 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Crazy World" (1990)



Album "Crazy World" zawiera największy przebój zespołu - "Wind of Change". Każdy chyba kojarzy ten charakterystyczny, wygwizdany motyw. Utwór zapewnił grupie przysłowiowe pięć minut wielkiej sławy, ale z drugiej strony sprawił, że mniej zorientowani uważają Scorpions za poprockowy zespół jednego przeboju. Sam w sobie utwór nie jest zły - ma przyjemną melodię i świetną solówkę - ale jak na standardy tego zespołu jest po prostu nijaki. Poniżej poziomu, jaki wcześniej reprezentowali. Umiarkowaną popularnością cieszył się jeszcze jeden utwór z tego albumu, "Send Me an Angel" - kolejna ballada, o wiele ładniejsza od "Wind of Change", ale tak samo upopowiona.

Pozostałe dziewięć utworów pod względem popularności nie zbliża się do poziomu powyższych dwóch. Spora część z nich pewnie nawet przez wielu fanów Scorpions jest zapomniana. Co nie znaczy, że nie ma wśród nich naprawdę interesujących fragmentów. W pamięć głęboko zapadają chwytliwe "Don't Believe Her", "Lust or Love" i wolniejszy "To Be with You in Heaven". Wielbicieli mocniejszego Scorpions nie powinien rozczarować natomiast oparty na ciężkim riffowaniu "Crazy World". Niestety, zespół często pobada tutaj w banał ("Tease Me Please Me", "Kick After Six") albo nie potrafi ciekawie rozwinąć swoich pomysłów ("Restless Night" ma świetny riff na początek, ale potem staje się coraz bardziej żenujący).

Zaletą albumu na pewno jest jego brzmienie, o które zadbał sam Keith Olsen, już wtedy mający na koncie takie albumy, jak "Whitesnake" Whitesnake czy "No Rest for the Wicked" Ozzy'ego Osbourne'a. Wkładem producenta było także przekonanie do komponowania muzyków, którzy wcześniej tego unikali - Matthiasa Jabsa i Francisa Buchholza (pierwszy jest współkompozytorem "Tease Me Please Me" i kompozytorem "Money and Fame"; drugi współtworzył "Kicks After Six"). Mniej zrozumiałym posunięciem było zatrudnienie zawodowego songwritera, Jima Vallance'a, który dorzucił swoje przysłowiowe trzy grosze w aż siedmiu utworach. Być może właśnie przez ten krok Olsena muzycy Scorpions przestali wierzyć w swoje własne umiejętności kompozytorskie i na każdym kolejnym albumie też korzystali z usług ludzi spoza zespołu.

Ocena: 6/10



Scorpions - "Crazy World" (1990)

1. Tease Me Please Me; 2. Don't Believe Her; 3. To Be With You in Heaven; 4. Wind of Change; 5. Restless Night; 6. Lust or Love; 7. Kick After Six; 8. Hit Between the Eyes; 9. Money and Fame; 10. Crazy World; 11. Send Me an Angel

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Francis Buchholz - bass; Herman Rarebell - perkusja
Gościnnie: Koen van Baal - instr. klawiszowe (4); Jim Vallance - instr. klawiszowe (11)
Producent: Keith Olsen, Scorpions


7 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Savage Amusement" (1988)



"Savage Amusement" jest słusznie uznawany za jeden z najsłabszych albumów Scorpions. Zespół zwrócił się na nim w stronę łagodniejszego grania, a doszła do tego jeszcze plastikowa produkcja - nic dziwnego, że po wydaniu tego albumu grupa rozstała się ze swoim wieloletnim producentem, Dieterem Dierksem. Co gorsze, brzmienie to nie jedyny problem "Savage Amusement". Muzycy nie popisali się pod względem kompozytorskim. Bronią się singlowe "Rhythm of Love" (zasłużenie spory przebój) i "Passion Rules the Game", dzięki zapadającym w pamięć, chociaż trochę zbyt banalnym, melodiom. Nieźle wypada jeszcze finałowa ballada "Believe in Love", chociaż jest zanadto przesłodzona. Pozostałym utworom całkiem brak wyrazistości. Pierwsza strona jest bardziej zróżnicowana, ale trudno traktować to jako zaletę, jeśli wziąć pod uwagę, że trafiły tu takie kurioza, jak dyskotekowy "Media Overkill" oraz nieudana próba nawiązania do rocka progresywnego - "Walking on the Edge".

Ocena: 4/10



Scorpions - "Savage Amusement" (1988)

1. Don't Stop at the Top; 2. Rhythm of Love; 3. Passion Rules the Game; 4. Media Overkill; 5. Walking on the Edge; 6. We Let It Rock... You Let It Roll; 7. Every Minute Every Day; 8. Love on the Run; 9. Believe in Love

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Francis Buchholz - bass; Herman Rarebell - perkusja
Producent: Dieter Dierks


6 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "World Wide Live" (1985)



Drugi, znów dwupłytowy, album koncertowy Scorpions zawiera wyłącznie utwory z czterech albumów, które ukazały się po "Tokyo Tapes". W 1985 roku zespół był u szczytu popularności, nie dziwi zatem, że repertuar występów opierał się wówczas głównie na przebojach (m.in. "Rock You Like a Hurricane", "Still Loving You", "No One Like You", "The Zoo"). Wciąż jednak wykonywali głównie czadowe, stricte hard rockowe numery (m.in. "Coming Home", "Blackout", "Another Piece of Meat", "Dynamite"), a ballady stanowiły niewielki procent (tylko dwie, "Holiday" i "Still Loving You"). Później te proporcje zmieniły się o 180 stopni.

Niektóre utwory wypadają lepiej na żywo, od studyjnych pierwowzorów - dotyczy to "Big City Nights", a zwłaszcza "Make It Real", w którym Klaus Meine zrezygnował z tej irytującej maniery wokalnej. Z drugiej strony, większość utworów jest wierna oryginalnym wersjom. W przeciwieństwie do "Tokyo Tapes", tym razem nie ma żadnych improwizacji. Jedynie "Dynamite" został nieco wydłużony, a w "Can't Get Enough" został wpleciony długi, nurzący popis Matthiasa Jabsa, zatytułowany "Six String Sting". Jak już, to zespół raczej upraszcza utwory - w "Coming Home" zrezygnowali z balladowego wstępu, a w skróconym o połowę "Holiday" tylko partia wokalna przypomina utwór z "Lovedrive".

"World Wide Live" daje dobre pojęcie o ówczesnej popularności Scorpions na rockowej scenie. Jest też całkiem niezłym zbiorem największych przebojów grupy z lat 1979-84. Nie pokazuje jednak jaki to naprawdę był wtedy zespół, gdyż zespół nie wykonywał na żywo tych bardziej ambitnych utworów, które wciąż przecież tworzył.

Ocena: 7/10



Scorpions - "World Wide Live" (1985)

LP1: 1. Countdown; 2. Coming Home; 3. Blackout; 4. Bad Boys Running Wild; 5. Loving You Sunday Morning; 6. Make It Real; 7. Big City Nights; 8. Coast to Coast; 9. Holiday; 10. Still Loving You
LP2: 1. Rock You Like a Hurricane; 2. Can't Live Without You; 3. Another Piece of Meat; 4. The Zoo; 5. No One Like You; 6. Dynamite; 7. Can't Get Enough (Part 1); 8. Six String Sting; 9. Can't Get Enough (Part 2)

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Francis Buchholz - bass; Herman Rarebell - perkusja
Producent: Dieter Dierks


5 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Love at First Sting" (1984)



Poprzedni album miał być nagrywany z innym wokalistą, tym razem niewiele zabrakło, żeby sekcje rytmiczną Skorpionów przejęli Jimmy Bain i Bobby Rondinelli, obaj znani przede wszystkim z grupy Rainbow. Z nimi w składzie powstało nawet demo, jednak na właściwą sesję wrócili Buchholz i Rarebell. Powstał album słusznie uznawany za jedno z największych osiągnięć zespołu. Niestety, miało to być już ostatnie ich arcydzieło - żadna z późniejszych płyt nawet w połowie nie zbliżyła się do tego poziomu.

"Bad Boys Running Wild" to świetny otwieracz, ale trochę za bardzo przypomina początek poprzedniej płyty, czyli utwór tytułowy z "Blackout". Jednak już do "Rock You Like a Hurricane" nie można się przyczepić. Genialny riff i oparty na nim chwytliwy refren - nic dziwnego, że stał się jednym ze znaków rozpoznawczych zespołu. Hard rockowej przebojowości nie brak też w "I'm Leaving You" i "Big City Nights".

Szczyt swoich możliwości osiągnęli w trzech utworach: zaczynającym się balladowo, ale potem niezwykle czadowym "Coming Home"; wolnym, antywojennym "Crossfire"; oraz - przede wszystkim - w "Still Loving You", wzorowej powerballadzie, z obowiązkowym wzmocnieniem w refrenie i długimi solówkami. Poziom albumu zaniżają dwa utwory, chaotyczny "The Same Thrill" i nużący "As Soon As the Good Times Roll" - bez nich "Love at First Sting" byłby znacznie lepszy.

Ocena: 7/10



Scorpions - "Love at First Sting" (1984)

1. Bad Boys Running Wild; 2. Rock You Like a Hurricane; 3. I'm Leaving You; 4. Coming Home; 5. The Same Thrill; 6. Big City Nights; 7. As Soon As the Good Times Roll; 8. Crossfire; 9. Still Loving You

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Francis Buchholz - bass; Herman Rarebell - perkusja
Producent: Dieter Dierks


4 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Blackout" (1982)



Po komercyjnych sukcesach albumów "Lovedrive" i "Animal Magnetism", grupa Scorpions znalazła się na progu światowej kariery. Właśnie wtedy doszło do wydarzenia, przez które w jednej chwili wszystko mogło legnąć w gruzach. Podczas sesji nagraniowej kolejnego albumu Klaus Meine zaniemógł wokalnie i wszystko wskazywało na to, że nieprędko będzie mógł wrócić do śpiewania, o ile w ogóle. Pozostali muzycy zaangażowali nowego frontmana, Amerykanina Dona Dokkena, jednak nic nie wynikło z tej współpracy (niedoszły wokalista założył później własną grupę, Dokken, wykonującą nieciekawy i bardzo wtórny heavy metal). Tymczasem Meine poddał się operacji, dzięki której cudownie odzyskał głos, aczkolwiek nigdy już nie wrócił do formy, jaką prezentował wcześniej. Po jego powrocie, zespół dokończył album, któremu nadano tytuł "Blackout". Longplay okazał się największym komercyjnym sukcesem w dotychczasowej karierze grupy i do dziś jest powszechnie uznawany za jedno z jej największych osiągnięć.

W przypadku Scorpions sukces komercyjny nie szedł jednak w parze z sukcesem artystycznym. Im bardziej grupa stawała się popularna, tym mniej wartościową muzykę grała. Na "Blackout" dominuje bardzo sztampowo zagrany hard rock, któremu nie można odmówić energii i chwytliwości, lecz przy okazji kiczowaty i banalny. W tej muzyce nie ma niczego wyrafinowanego ani ambitnego. To proste, popowe piosenki, oparte na zwrotkowo-refrenowym schemacie, ale podane w ostrym, rockowym przebraniu. Czasami czerpiące to, co najgorsze z mającego wówczas swoje pięć minut heavy metalu - vide agresywne refreny utworu tytułowego i "Can't Live Without You", czy cały "Now!" - co brzmi naprawdę żałośnie. Chociaż taki "Dynamite", wyróżniający się niezłym riffem, jest całkiem przyzwoity. Dla równowagi, w innych utworach pojawiają się balladowe wstawki z płaczliwym śpiewem Meine'a - "No One Like You" i "You Give Me All I Need" (swoją drogą, ten wcześniejszy to pierwszy przebój zespołu w Stanach). Oczywiście nie mogło zabraknąć stuprocentowej ballady. "When the Smoke Is Going Down" to w sumie ładny utwór, ale strasznie płytki, muzycznie i tekstowo. Próbą urozmaicenia całości jest powolny, ciężki i dość długi "China White" - niestety, brakuje tu klimatu, jaki ma pełniący podobną rolę na "Animal Magnetism" utwór tytułowy. Na amerykańskim wydaniu znalazła się alternatywna wersja tego utworu, z inną gitarową solówką Rudolfa Schenkera - w obu przypadkach są to jednak nieciekawe piski.

"Blackout" to prawdziwy przegląd przez niemal wszystko, co najbardziej sztampowe, banalne i kiczowate w ciężkim rocku lat 80. (zabrakło chyba tylko tandetnych brzmień syntezatora). Jest to album wyłącznie dla miłośników takiej stylistyki, tzn. komercyjnego rocka ze wspomnianej dekady. Jednak nawet w ramach tej stylistyki, jest to materiał bardzo wtórny, z nijakimi kompozycjami i przeciętnym wykonaniem.

Ocena: 4/10



Scorpions - "Blackout" (1982)

1. Blackout; 2. Can't Live Without You; 3. No One Like You; 4. You Give Me All I Need; 5. Now!; 6. Dynamite; 7. Arizona; 8. China White; 9. When the Smoke Is Going Down

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara, dodatkowy wokal; Matthias Jabs - gitara, dodatkowy wokal; Francis Buchholz - bass, dodatkowy wokal; Herman Rarebell - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Dieter Dierks