31 lipca 2012

[Recenzja] Scorpions - "Taken by Force" (1977)



"Taken By Force" to ostatni studyjny album Scorpions, nagrany z Ulim Rothem. Gitarzyście coraz bardziej nie odpowiadał styl wykonywany przez grupę, wolał tworzyć rzeczy bliższe swojego idola, Jimiego Hendrixa. Dla zespołu miała być to strata nie tylko świetnego gitarzysty, ale również jednego z kompozytorów (na "Taken by Force" Roth stworzył samodzielnie trzy utwory: "I've Got to Be Free", "The Sails of Charon", "Your Light"). Lukę tą częściowo zapełni nowy perkusista, Herman Rarebell, który już tutaj zadebiutował jako tekściarz ("He's a Woman - She's a Man"), ale ciężar tworzenia nowego materiału spocznie przede wszystkim na spółce Schenker/Meine. Nie wyprzedzając jednak faktów, skupmy się teraz na "Taken By Force". Pod względem muzycznym jest to kontynuacja poprzednich dwóch albumów, z tą różnicą, że jest jeszcze ostrzej, jeszcze bardziej heavy metalowo. Bez dwóch zdań jest to najcięższy longplay Scorpionsów.

Ocenzurowana wersja okładki.
Momentami "Taken By Force" zdaje się nawet zapowiadać odmianę metalu, która narodziła się dopiero kilka lat później - thrash metal. Zalążek tego stylu można znaleźć w "The Sails of Charon" (później zresztą zcoverowanym przez Testament), a zwłaszcza w "He's a Woman - She's a Man", z agresywną partią wokalną Klausa Meine'a i genialnym riffem Rudolfa Schenkera. Co ciekawe, ten drugi został wybrany do promocji albumu na singlu, chociaż album zawiera też kilka bardziej "radiowych" kawałków: "Steamrock Fever", "The Riot of Your Time", a przede wszystkim niesamowicie chwytliwy "Your Light", oparty na funkowym pulsie i z łagodniejszym brzmieniem gitar. Idealny kandydat na singiel, a nigdy nie wydany na małej płycie.

Co ciekawe, inspiracje funkiem słychać też w "I've Got to Be Free", który jednak zachowuje hardrockowy charakter w kwestii brzmienia. Na kawałek warto zwrócić uwagę ze względu na tekst, będący wyjaśnieniem, dlaczego Roth nie czuł się dobrze w zespole. Dziwne wydaje się jednak, że w roli wokalisty występuje tutaj Meine, chociaż wcześniej gitarzysta przeważnie sam śpiewał swoje utwory. "Taken By Force" jest jedynym albumem Scorpions, w którego nagrywaniu brał udział, a nie zaśpiewał w żadnym kawałku.

Pozostałe dwa utwory zaliczane są do ballad, chociaż określenie to pasuje tylko do finałowego "Born to Touch Your Feelings". Przydługiego, nużącego kawałka, z koszmarnymi, "ludowymi" zaśpiewami Meine'a i dziwną końcówką z kobiecymi głosami, mówiącymi w różnych językach. Zupełnym jego przeciwieństwem jest "We'll Burn the Sky", w którym więcej jest mocniejszych fragmentów, niż tych balladowych. To zresztą jedna z najwspanialszych kompozycji grupy, z całego jej dorobku, ze świetną melodią i długimi partiami solowymi.

"Taken By Force" to ścisła czołówka najlepszych albumów Scorpions - w tamtym czasie zespół zresztą nie nagrywał słabych płyt. Reedycja z 2001 roku została wzbogacona o dość banalny utwór "Suspender Love" (ze strony B singla "He's a Woman - She's a Man") oraz koncertową wersję "Polar Nights" (oryginalnie z winylowego wydania "Tokyo Tapes" - na reedycji tego longplaya się nie zmieściła).

Ocena: 8/10



Scorpions - "Taken by Force" (1977)

1. Steamrock Fever; 2. We'll Burn the Sky; 3. I've Got to Be Free; 4. The Riot of Your Time; 5. The Sails of Charon; 6. Your Light; 7. He's a Woman - She's a Man; 8. Born to Touch Your Feelings

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Uli Jon Roth - gitara; Francis Buchholz - bass; Herman Rarebell - perkusja
Producent: Dieter Dierks


30 lipca 2012

[Recenzja] Ian Gillan & Tony Iommi - "WhoCares" (2012)



W 1989 roku powstał projekt Rock Aid Armenia, którego celem było zebranie pieniędzy na pomoc dotkniętej trzęsieniem ziemi Armenii. Grupa złożona z muzyków takich zespołów jak m.in. Deep Purple (Ian Gillan i Ritchie Blackmore), Black Sabbath (Tony Iommi), Pink Floyd (David Gilmour), Iron Maiden (Bruce Dickinson), Rush (Alex Lifeson), Queen (Brian May i Roger Taylor) oraz Free (Paul Rodgers), nagrała nową wersję purpurowego klasyka "Smoke on the Water". Utwór trafił na singiel, z którego dochód został przeznaczony na pomoc Armenii. W 2011 roku dwóch uczestników tamtej sesji, Ian Gillan i Tony Iommi postanowili stworzyć kolejny charytatywny projekt, mający pomóc w odbudowie wciąż widocznych zniszczeń, jakich dokonało owo trzęsienie. Projekt - nazwany WhoCares - wydał singiel zawierający dwa utwory. W pierwszym, klasycznie hard rockowym "Out of My Mind", oprócz Gillana i Iommi'ego zagrał niedawno zmarły Jon Lord (współzałożyciel i długoletni klawiszowiec Deep Purple) oraz perkusista Nicko McBrain (Iron Maiden), basista Jason Newsted (ex-Metallica) i gitarzysta Linde Lindstorm (HIM; a prywatnie zięć Iommiego - stąd jego obecność obok muzyków większych grup). Natomiast w bardziej progresywnym "Holy Water" pojawili się armeńscy muzycy, grający na tradycyjnych instrumentach ze swojego regionu, takich jak np. duduk.

Duet przypomniał o sobie właśnie wydaną, charytatywną kompilacją "WhoCares", zawierającą dwa wyżej wspomniane utwory wraz z 16-ma innymi, pochodzącymi z przeszłości obu muzyków, w sporej części wcześniej trudno dostępnymi lub nawet nieznanymi. Obaj grają tylko w dwóch z nich, "Zero the Hero" i "Trashed", pochodzących z "Born Again" - jedynego albumu Black Sabbath z Gillanem jako wokalistą. Pierwszy jest zamieszczony w wersji oryginalnej (niestety bez poprzedzającego go na płycie i innych składankach "The Dark", przez co zaczyna się zbyt nagle), drugi w wersji z wydanego w 2006 roku longplaya "Gillan's Inn". Szkoda, że nie ma tu więcej utworów, które wspólnie nagrali: jeszcze kilku utworów z "Born Again" (np. "Disturbing the Priest", tytułowy) i rarytasów typu "The Fallen" (odrzut z wspomnianego albumu) i koncertowe wykonanie "Smoke on the Water" z jedynej wspólnej trasy Gillana i Black Sabbath. 

Iommi'ego słychać jeszcze tylko w trzech utworach, "Anno Mundi (The Vision)", nagranego przez Black Sabbath w czasie gdy wokalistą był Tony Martin (kawałek oryginalnie otwierał album "Tyr", wydany w 1990 roku), oraz w "Slip Away" i "Let It Down Easy" - odrzutach z jego solowego albumu "Fused", nagranego z wokalistą/basistą Glennem Hughesem, w 2005 roku. Pozostałe 11 utworów to już twórczość Iana Gillana. Przeważnie solowa, jak "Don't Hold Me Back", "She Think It's a Crime", "Hole in My Vest" czy radiowe, akustyczne wykonanie purpurowego "When a Blind Man Cries". Utwory w wykonaniu Deep Purple też są - koncertowa wersja "Smoke on the Water" z udziałem Ronniego Jamesa Dio i orkiestry, oraz studyjny jam z 1995 roku, "Dick Pimple". Ponadto znalazły się tutaj: duet Gillana z greckim wokalistą Michalisem Rakintzisem (dziwny, ale ciekawy "Get Away"), oraz nagrania grup Repo Depo ("Easy Come, Easy Go"), Gillan & Glover ("I Can't Believe You Wanna Leave Me"), Ian Gillan & The Javelins ("Can I Get a Witness") oraz Garth Rockett & The Moonshiners ("No Laughing In Heaven").

"WhoCares" jest więc zbiorem ciekawostek, które powinny zainteresować wszystkich fanów Deep Purple i Black Sabbath. I właściwie tylko dla nich jest przeznaczona ta kompilacja. Dobrze, że przynajmniej dochód z jej sprzedaży jest przeznaczony na szczytny cel.

Ocena: 6/10



Ian Gillan & Tony Iommi - "WhoCares" (2012)

CD1: 1. Out of My Mind; 2. Zero the Hero; 3. Trashed; 4. Get Away; 5. Slip Away; 6. Don't Hold Me Back; 7. She Thinks It's a Crime; 8. Easy Come, Easy Go; 9. Smoke on the Water (live)
CD2: 1. Holy Water; 2. Anno Mundi (The Vision); 3. Let It Down Easy; 4. Hole In My Vest; 5. Can’t Believe You Wanna Leave Me; 6. Can I Get A Witness; 7. No Laughing In Heaven; 8. When a Blind Man Cries (live); 9. Dick Pimple

Skład: Ian Gillan - wokal (CD1: 1-4,6-9, CD2: 1,4-9); Tony Iommi - gitara (CD1: 1-3,5, CD2: 1-3); Jon Lord - instr. klawiszowe (CD1: 1,9, CD2: 9); Jason Newsted - bass (CD1: 1), Nicko McBrain - perkusja (CD1: 1); Mikko Lindström - gitara (CD1: 1); Geezer Butler - bass (CD1: 2); Bill Ward - perkusja (CD1: 2); Geoff Nicholls - instr. klawiszowe (CD1: 2, CD2: 2); Roger Glover - bass (CD1: 3,9, CD2: 5,9); Ian Paice - perkusja (CD1: 3,9, CD2: 9); Michalis Rakintzis - wokal (CD1: 4); Glenn Hughes - wokal i bass (CD1: 5, CD2: 3); Kenny Aronoff - perkusja (CD1: 5, CD2: 3); Steve Morris - gitara (CD1: 6,7, CD2: 1); Brett Bloomfield - bass (CD1: 6); Leonard Haze - perkusja (CD1: 6); Michael Lee Jackson - gitara (CD1: 7, CD2: 1); Rodney Appleby - bass (CD1: 7, CD2: 1); Howard Wilson - perkusja (CD1: 7); Ronnie James Dio - wokal (CD1: 9); Randy Clarke - perkusja (CD2: 1); Jesse O'Brien - instr. klawiszowe (CD2: 1); Arshak Sahakyan i Ara Gevorgyan - duduk (CD2: 1); Tony Martin - wokal (CD2: 2); Neil Murray - bass (CD2: 2); Cozy Powell - perkusja (CD2: 2); Dr. John - pianino (CD2: 5); Andy Newmark - perkusja (CD2: 5); Steve Morse - gitara (CD2: 8,9)
Producent: różni producenci


29 lipca 2012

[Recenzja] Scorpions - "Virgin Killer" (1976)



"Virgin Killer", czwarty album Scorpions, zyskał sławę dzięki bardzo kontrowersyjnej okładce, przedstawiającej nagą dziewczynkę. W Stanach, a także na reedycjach, została ona zastąpiona zdjęciem zespołu. Co jednak nie przeszkodziło, aby jakiś czas temu, 30 lat po wydaniu longplaya, sprawą zainteresowało się FBI, a także brytyjska organizacja Internet Watch Foundation, której działania sprawiły, że na jakiś czas zablokowana została strona Wikipedii dotycząca tego albumu. Sytuacja to tym bardziej niesprawiedliwa, że np. Nirvany za okładkę "Nevermind" nikt nie oskarża o pedofilię, a przecież pokazane jest na niej więcej... Na szczęście sprawa została wyjaśniona, a okładkę uznano za "element twórczości artystycznej". Całe zamieszanie tłumaczył w jednym z wywiadów Klaus Meine: RCA poszło na całość, przygotowując taką okładkę płyty. Dzisiaj, kiedy myślisz o dziecięcej pornografii w internecie, nigdy byś czegoś takiego nie zrobił. Chciałbym jednak podkreślić, ze nie robiliśmy tego z myślą o pornografii, lecz o sztuce. Ale firma płytowa popchnęła nas w taką stronę, bo świadomie chciała wywołać kontrowersje. Miało to pomóc w sprzedaży albumu.

Ocenzurowana wersja okładki.
Longplay nie przysporzył jednak grupie większej popularności. I trudno się temu dziwić, skoro nie udało się to bardziej udanemu "In Trance". Oczywiście, nie znaczy to, że "Virgin Killer" jest słabą płytą. Po prostu brzmi jakby została nagrana podczas tej samej sesji, co poprzedni album. Gdyby wybrać najlepsze utwory z tych dwóch longplayów, można by skompilować jeden doskonały, pewnie najlepszy w dyskografii grupy. Problem polega na tym, że o ile "In Trance" broni się w formie, w jakiej się ukazał, tak "Virgin Killer" dzieli się na utwory bardzo dobre, przeciętne i bardzo słabe. Do tych pierwszych zalicza się chwytliwy otwieracz "Pictured Life", zdający się zapowiadać kierunek, w jakim zespół pójdzie w następnej dekadzie. Bardzo dobrze wypadły też ballady - zarówno te stworzone przez spółkę Schenker/Meine (uroczy "In Your Park" i mroczniejszy "Crying Days"), jak i Uliego Rotha ("Yellow Raven", z hendrixowo brzmiącą gitarą). Broni się jeszcze ostrzejszy utwór tytułowy, ale już hard rockowe "Catch Your Train" i "Backstage Queen" są dość przeciętne. Najsłabsze okazują się natomiast psychodeliczne eksperymenty Rotha ("Hell-Cat" z partią wokalną ocierającą się o rap, oraz rozwleczony "Polar Nights").

Nie mogę jednak wystawić "Virgin Killer" niskiej oceny. Mimo wszystko jest to solidna porcja hard rocka, do której z przyjemnością wracam. A że nie wszystkie utwory są udane? Cóż, zespół w tamtym czasie wydawał  nowe albumy z rocznymi przerwami - bardzo trudno w takim przypadku utrzymać równy poziom.

Ocena: 7/10



Scorpions - "Virgin Killer" (1976)

1. Pictured Life; 2. Catch Your Train; 3. In Your Park, 4. Backstage Queen; 5. Virgin Killer; 6. Hell-Cat; 7. Crying Days; 8. Polar Nights; 9. Yellow Raven

Skład: Klaus Meine - wokal (1-5,7,9); Rudolf Schenker - gitara; Uli Jon Roth - gitara, wokal (6,8); Francis Buchholz - bass; Rudy Lenners - perkusja
Producent: Dieter Dierks


26 lipca 2012

[Recenzja] Scorpions - "Fly to the Rainbow" (1974)



Kariera grupy Scorpions zaczęła się naprawdę dobrze. Debiutancki album "Lonesome Crow" pokazał zespół od dość ambitnej strony. Niestety, jego dalsza działalność to stopniowe obniżanie lotów. Wszystko zaczęło się sypać wkrótce po premierze debiutu. Najpierw posypał się skład. Odejście perkusisty Wolfganga Dziony'ego nie było wielką stratą; szybko znaleziono następcę, którym został Joe Wyman. O wiele boleśniejsza była strata Michaela Schenkera - gitarzysty, który miał największy wpływ na charakter i jakość pierwszego longplaya. Jego talent i umiejętności daleko wyprzedzały pozostałych muzyków. Nic więc dziwnego, że wykorzystał szansę, jaka nadarzyła się podczas wspólnych koncertów z brytyjską grupą UFO. Zespół przyjechał do Niemiec w niepełnym składzie, gdyż gitarzysta Bernie Marsden (później członek Whitesnake) zgubił swój paszport. Pozostali muzycy zostali zmuszeni wypożyczać gitarzystę od swojego supportu. I tak zachwycili się jego grą, że zaproponowali mu stały etat. Młody Schenker zdecydował się wykorzystać szansę. Było to równoznaczne z końcem Scorpions.

Przynajmniej tak się wtedy wydawało. Niedługo potem Rudolf Schenker i Klaus Meine dołączyli do grupy Dawn Road, którą dotychczas tworzyli: śpiewający gitarzysta Uli Jon Roth, basista Francis Buchholz, perkusista Jürgen Rosenthal i klawiszowiec Achim Kirschning (ten ostatni wkrótce został zdegradowany do roli gościa). Muzycy szybko doszli do wniosku, że zamiast zaczynać od podstaw pod nieznaną nazwą, lepiej przybrać szyld mający już pewną rozpoznawalność. Tak odrodziła się grupa Scorpions. Choć tak naprawdę był to już zupełnie inny zespół. Nie tylko ze względu na skład, ale przede wszystkim na samą muzykę. Wydany pod koniec 1974 roku album "Fly to the Rainbow" nie przypomina swojego poprzednika. Zamiast dość luźnych, w znacznym stopniu opartych na improwizacji utworów, znalazły się na nim bardzo konwencjonalne kawałki o wyraźnych, piosenkowych strukturach. Już na otwarcie pojawia się bardzo prosty "Speedy's Coming". Kawałek nie jest zbyt wyszukany, ale nadrabia energią i melodycznością. Solówki Rotha są całkiem przyzwoite, a w tle przyjemnie pulsuje bas Buchholza. Zwraca uwagę śpiew Meine'a - znacznie pewniejszy niż na debiucie. 

"Fly to the Rainbow" jest dość różnorodnym albumem. Drugi na trackliście "They Need a Million", rozpoczęty akustycznie, a potem nabierający ciężaru, brzmi jak połączenie hard rocka i... muzyki ludowej (drugą część śpiewa Rudolf Schenker, ale efekt lepiej pominąć milczeniem). Z kolei "Drifting Sun", kompozycja Rotha, przez niego zaśpiewana (z pomocą Meine'a i Schenkera), jest wyraźnym wyrazem jego uwielbienia dla Jimiego Hendrixa. Nieźle wypada zasadnicza część utworu, z solidną gitarową robotą, gdy jednak muzycy próbują grać bardziej psychodelicznie w środkowej części, robi się po prostu nudno. Rothowi jednak daleko do Hendrixa. "Fly People Fly" jest natomiast pierwszym podejściem Meine'a i Schenkera do napisania rockowej ballady. Na szczęście obyło się bez słodzenia i kiczu, jest za to odpowiednia dawka ciężaru i dość dobra, choć monotonna gra instrumentalistów. Przyczepić można się natomiast do partii wokalnej - Klaus popada tu w nieco płaczliwą manierę, będącą zresztą mankamentem także w wielu późniejszych balladach grupy.

Dużo lepiej wypada druga strona winylowego wydania. Już na otwarcie pojawia się zaskakująco porywający "This Is My Song" - bardzo energetyczny kawałek, oparty na wyrazistym, pulsującym basie i gitarowych unisonach kojarzących z Wishbone Ash, a do tego posiadający naprawdę chwytliwą partię wokalną. To zdecydowanie jeden z najlepszych i zarazem najbardziej niedocenionych utworów Scorpions. Dwa kolejne utwory, co ciekawe, powstały przy kompozytorskiej pomocy Michaela Schenkera. Gitarzysta chciał w ten sposób wynagrodzić grupie swoje odejście. "Far Away" rozpoczyna się bardzo subtelnie, wręcz onirycznie, aby po chwili nabrać hardrockowego brzmienia i... niemal reggae'owej rytmiki. Znacznie ciekawiej wypada finał albumu, w postaci tytułowego "Fly to the Rainbow". To prawie dziesięciominutowa kompozycja, składająca się z trzech części: zgrabnego akustycznego początku, hardrockowego, przebojowego środka (znów z unisonami a'la Wishbone Ash), oraz psychodelicznego zakończenia (znów z podrabianiem Hendrixa przez Rotha). Poszczególne części, choć tak różne, tworzą ciekawą całość, która stanowi doskonałe podsumowanie całego albumu.

"Fly to the Rainbow" to wyraźny zwrot Scorpions w stronę prostszego, bardziej komercyjnego grania. Jest tu kilka niezłych utworów, ale całość wydaje się niezbyt spójna i nie do końca dopracowana. Zespół wciąż jeszcze szukał odpowiedniego dla siebie stylu, stąd tak wiele tutaj podobieństw do innych wykonawców. Paradoksalnie, to właśnie momenty, w których muzycy naśladują Wishbone Ash lub Hendrixa, są tutaj najbardziej udane.

Ocena: 6/10



Scorpions - "Fly to the Rainbow" (1974)

1. Speedy's Coming; 2. They Need a Million; 3. Drifting Sun; 4. Fly People Fly; 5. This Is My Song; 6. Far Away; 7. Fly to the Rainbow

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara, wokal (2,3); Uli Jon Roth - gitara, wokal (3,7); Francis Buchholz - bass; Jürgen Rosenthal - perkusja
Gościnnie: Achim Kirschning - instr. klawiszowe
Producent: Frank Bornemann


25 lipca 2012

[Recenzja] Scorpions - "Lonesome Crow" (1972)



Niemiecka grupa Scorpions kojarzona jest dziś przede wszystkim jako twórcy kiczowatych ballad i sztampowego hard rocka. Jakież musi być zdziwienie osób znających tylko takie wcielenie zespołu, gdy po raz pierwszy sięgają po debiutancki album "Lonesome Crow". Zespół wykonywał wówczas zdecydowanie ciekawszą i bardziej ambitną muzykę. Niektórzy nawet zaliczają ten longplay do tzw. krautrocka (co dosłownie znaczy "szwabski rock") - specyficznej, eksperymentalnej odmiany rocka progresywnego, granej głównie przez Niemców. Sam zespół odcinał się jednak od sceny krautrockowej. I słusznie, bowiem zawartej tutaj muzyce zdecydowanie bliżej do brytyjskiego hard rocka, choć pewne wpływy rocka progresywnego też są słyszalne. Takie to były czasy - muzycy mieszali ze sobą różne gatunki, próbując z nich stworzyć własny styl, dzięki czemu ówczesna muzyka jest tak różnorodna i wspaniała.

W nagraniu albumu uczestniczyli: wokalista Klaus Meine, gitarzysta rytmiczny Rudolf Schenker (obaj występują w zespole do dzisiaj), gitarzysta solowy Michael Schenker, basista Lothar Heimberg, oraz perkusista Wolfgang Dziony. Zawarte tutaj utwory charakteryzują się dość swobodnymi strukturami, zdają się opierać częściowo na improwizacji, podczas których błyszczy przede wszystkim młodszy z braci Schenkerów, wówczas zaledwie 17-letni Michael. Jego porywającym solówkom towarzyszy świetna, wyrazista gra sekcji rytmicznej, podczas gdy rytmiczne partie Rudolfa zwykle pełnią rolę tła. W porównaniu z późniejszymi albumami zwraca uwaga mniejsza ilość partii wokalnych - Meine śpiewa zwykle po kilka wersów, a w jego głosie słychać brak pewności siebie, co było zapewne spowodowane słabą znajomością języka angielskiego (na szczęście zespół nie zdecydował się na teksty po niemiecku).

Okładka reedycji z 1982 roku (UK).
Pierwszy utwór, "I'm Goin' Mad", rozpoczyna się perkusyjnym wstępem, a pozostali instrumentaliści dołączają stopniowo. Ich gra i brzmienie wywołuje skojarzenia z wczesnym Deep Purple. Partia wokalna - częściowo mówiona, częściowo wykrzyczana - pojawia się dopiero w drugiej połowie kawałka. Dla odmiany, w energetycznym "It All Depends" krótka, już bardziej melodyjna, partia wokalna pojawia się niemal od razu, a reszta utworu to instrumentalny jam, trochę w stylu Black Sabbath z pierwszego albumu. Bardziej progresywnie i lekko psychodelicznie robi się w łagodniejszym "Leave Me". Pod względem aranżacyjnym jednym z najciekawszych momentów albumu jest "In Search of the Peace of Mind", w którym zespół kilkakrotnie zmienia nastrój i tempo. Dość zróżnicowany pod tym względem jest także kolejny utwór, "Inheritance". Od lepszej strony pokazuje się tu Meine, który w końcu śpiewa z nieco większą pewnością. Energetyczny "Action" to z kolei przede wszystkim świetny popis basisty - całość została zbudowana wokół jego swingowej partii. Wszystkie te kawałki bladną jednak w cieniu potężnej, trzynastominutowej kompozycji tytułowej. Wszystko, co najlepsze w poprzednich utworach, pojawia się tutaj w jeszcze lepszej odsłonie. Dodatkowo, słychać wyraźny wpływ Pink Floyd i jego eksperymentów z muzyką konkretną. Jeśli jakikolwiek utwór Scorpions zasługuje na miano arcydzieła, to jest nim właśnie "Lonesome Crow".

Świetna gra instrumentalistów i niepopadające w hardrockową sztampę kompozycję, czynią debiutancki album Scorpions jego najciekawszym i najbardziej wartościowym dziełem. Pozostaje tylko żałować, że zespół już nigdy nie nagrał niczego podobnego, ani nigdy nie osiągnął równie wysokiego poziomu. Tak to już jest, gdy pragnienie osiągnięcia sukcesu przysłania artystyczne wartości.

Ocena: 8/10



Scorpions - "Lonesome Crow" (1972)

1. I'm Goin' Mad; 2. It All Depends; 3. Leave Me; 4. In Search of the Peace of Mind; 5. Inheritance; 6. Action; 7. Lonesome Crow

Skład: Klaus Meine - wokal; Michael Schenker - gitara; Rudolf Schenker - gitara; Lothar Heimberg - bass; Wolfgang Dziony - perkusja
Producent: Conny Plank


24 lipca 2012

[Recenzja] Angel Witch - "As Above, So Below" (2012)



"As Above, So Below" to dopiero czwarty album legendy NWOBHM, Angel Witch, a wydany aż 26 lat po poprzednim, "Frontal Assault". Nie wszystkie utwory to nowości, połowa pochodzi jeszcze z lat 80. Co prawda, "Dead Sea Scrolls" i "Witching Hour" dopiero tutaj mają swoją premierę, jednak "Into the Light" pojawił się - w wersji koncertowej - już w 1999 roku na składance "Sinister History", a "Guillotine" to po prostu nowa wersja "Rendezvous With the Blade" z wspomnianego "Frontal Assault".

Z utworów nowych wyróżnia się przede wszystkim ballada "The Horla", w klimacie "Free Man" ze słynnego debiutu, "Angel Witch". Ogólnie jednak "As Above, So Below" to album bardzo równy. Najbliżej mu właśnie do pierwszej płyty zespołu, zarówno pod względem muzycznym, jak i wokalnym - wokalistą znów jest lider i gitarzysta Kevin Heybourne (na pozostałych dwóch albumach śpiewał Dave Tattum). Także okładka jest parafrazą grafiki zdobiącej "Angel Witch". Zastrzeżenia można mieć jedynie do produkcji. Chociaż album brzmi bardzo klasycznie, zdecydowanie za słabo słyszalna jest gitara basowa.

"As Above, So Below" to album, który powinien przypaść do gustu każdemu wielbicielowi tradycyjnego heavy metalu. Na dzień dzisiejszy jest to także najlepsza płyta wydana w 2012 roku.

Ocena: 6/10



Angel Witch - "As Above, So Below" (2012)

1. Dead Sea Scrolls; 2. Into the Light; 3. Geburah; 4. The Horla; 5. Witching Hour; 6. Upon This Cord; 7. Guillotine; 8. Brainwashed

Skład: Kevin Heybourne - wokal i gitara; Bill Steer - gitara; Will Palmer - bass; Andrew Prestidge - perkusja
Producent: Jaime Gomez Arellano


23 lipca 2012

[Recenzja] Angel Witch - "Angel Witch" (1980)




Nurt muzyczny znany jako Nowa Fala Brytyjskiego Heavy Metalu (NWOBHM) zapoczątkował kształtowanie się nowych odmian metalu (np. thrash, black, death czy power), ale też przywrócił popularność tradycyjnej formie tej muzyki, zwanej właśnie heavy metalem. Wystarczy wspomnieć, że z nurtu tego wywodzą się takie zespoły, jak Iron Maiden czy Saxon. Jednak wśród mniej znanych reprezentantów NWOBHM znalazło się wiele innych wartościowych grup. Najlepszym przykładem wydaje się być Angel Witch.

Debiutancki album zespołu to dziesięć tradycyjnie metalowych utworów, inspirowanych przede wszystkim muzyką Black Sabbath i Judas Priest. Pod względem kompozytorskim i wykonawczym nic albumowi nie można zarzucić, także produkcyjnie jest powyżej ówczesnej średniej (mocne gitary, dobrze słyszalny bas, tylko perkusja czasem brzmi zbyt płytko). Słabszą stroną albumu jest wokal. Kevin Heybourne najwidoczniej nie czuł się najlepiej w roli wokalisty, o czym świadczy fakt, że na następnych dwóch albumach wystąpił tylko jako gitarzysta. Miejscami jego śpiew bywa nieco irytujący, zwłaszcza w refrenach (np. "Angel Witch", "Sweet Danger"). Z drugiej strony są też momenty w których poradził sobie znakomicie, czego najlepszym przykładem jest mocna ballada "Free Man" - zdecydowanie najbardziej udany utwór na albumie.

Na szczęście nie jedyny udany, na wyróżnienie zasługują także przebojowy "White Witch" z ładnym zwolnieniem w środku, zaczynający się od delikatnych dźwięków, ale potem mocny "Gorgon", oraz "Angel of Death", nie tak odległy od tego, co wkrótce miały zaprezentować zespoły thrash metalowe. Ale tak naprawdę album jest udany w całości, włącznie z instrumentalnym "Devil's Tower" w którym uwagę zwraca akustyczny wstęp (w klimacie miniaturek Tony'ego Iommi z wczesnych płyt Black Sabbath) i solówki w drugiej, już elektrycznej części. Zresztą solówki zachwycają też we wszystkich pozostałych utworach, ze wskazaniem na "Sorcerers" i "Free Man".

"Angel Witch" to lektura obowiązkowa dla wszystkich fanów tradycyjnego heavy metalu, ale może przypaść do gustu także zwolennikom cięższych odmian tej muzyki.

Ocena: 7/10

PS. Warto dodać, że reedycje na CD zawierają mnóstwo bonusowych utworów. Do pierwszej dorzucono zawartość EPki "Loser" ("Loser", "Suffer", "Dr. Phibes"), kolejna zawierała ponadto strony B singla "Sweet Danger" ("Flight Nineteen", "Hades Paradise") oraz świetny, mocny, ale dość chwytliwy "Baphomet" pochodzący z kultowej składanki "Metal for Muthas" (na której zadebiutował także Iron Maiden). Reedycja z okazji 25-lecia wydania albumu poza wyżej wymienionymi zawierała cztery utwory z sesji dla BBC z marca 1980 (lepiej brzmiące niż na albumie "Sweet Danger", "Angel of Death" i "Angel Witch" oraz niealbumowy "Extermination Day"). Pięć lat później ukazało się kolejne rocznicowe wydanie, tym razem dwupłytowe. Nie zabrakło na nim wszystkich utworów z poprzednich edycji, a doszło do nich siedem wersji demo (znanych wcześniej ze składanki "Sinister History") oraz singlowe wersje utworów "Angel Witch", "Gorgon" i "Sweet Danger".



Angel Witch - "Angel Witch" (1980)

1. Angel Witch; 2. Atlantis; 3. White Witch; 4. Confused; 5. Sorcerers; 6. Gorgon; 7. Sweet Danger; 8. Free Man; 9. Angel of Death; 10. Devil's Tower

Skład: Kevin Heybourne - wokal i gitara; Kevin Riddles - bass i instr. klawiszowe; Dave Hogg - perkusja
Producent: Martin Smith


22 lipca 2012

[Recenzja] Paul Stenning - "Iron Maiden: Historia Żelaznej Dziewicy" (2011)

Tym razem, dla odmiany, recenzja książki. Z reguły nie czytam tego typu publikacji, czyli książkowych biografii zespołów. Jednak jako wielki fan Iron Maiden sięgnąłem po "Historię Żelaznej Dziewicy", tym bardziej, że była zachwalana przez innych recenzentów. Chyba aż nadto zachwalana.

Jej autorem jest Paul Stenning - dziennikarz muzyczny, współpracujący chociażby z magazynem "Metal Hammer". Książkę pisał jednak z perspektywy fana, co niekoniecznie wyszło na dobre. Przeszkadza brak dystansu i choćby pozornego obiektywizmu. W książce aż roi się od bardzo kontrowersyjnych poglądów. Chociaż wpływ Iron Maiden na scenę metalową bez wątpienia był ogromny, to autor próbuje go jeszcze bardziej zwiększyć, umniejszając tym samym zasługi innych zespołów, równie ważnych - a nawet ważniejszych - dla tego nurtu: Epicki rozmach nowych kompozycji [z albumu "The Number of the Beast"] przypominał wczesne nagrania Black Sabbath, tyle że w dziesięciokrotnym powiększeniu (zarówno pod względem rozmiarów, jak i jakości). Na tej samej stronie udowadnia zresztą, że o twórczości Black Sabbath nie ma zielonego pojęcia. Po zacytowaniu wypowiedzi Bruce'a Dickinsona przyznającego, że "Children of the Damned" był inspirowany sabbathowym "Children of the Sea", Stenning porównuje wokalistę Ironów z Ozzym Osbournem (oczywiście na korzyść pierwszego). Tymczasem każdy wielbiciel heavy metalu wie, że we wspomnianym kawału Sabbath nie śpiewa Osbourne, a znacznie bardziej utalentowany Ronnie James Dio.

W innym miejscu można przeczytać, że gdyby nie wznowienia płyt Iron Maiden, wytwórnia EMI nie utrzymałaby się na rynku. Tymczasem ma ona w swoim katalogu także takich wykonawców, jak The Beatles, Pink Floyd czy - z rzeczy bliższych Ironów - Deep Purple. Autor często wykazuje też braki w wiedzy na temat zespołu o którym pisze, czym już całkiem się ośmiesza. Przykładowo, według niego "Gangland" jest utworem instrumentalnym (nie zna płyty, którą przez kilka stron zachwala?), w Iron Maiden perkusista nigdy nie brał udziału w procesie tworzenia piosenek (Clive Burr jest współautorem "Gangland" i "Total Eclipse", natomiast Nicko McBrain -  "New Frontier"), a na "Live After Death" trafiły wyłącznie utwory zarejestrowane w kalifornijskim Long Beach Arena (1/4 albumu to nagrania z londyńskiego Hammersmith Odeon).

Z drugiej strony, książka jest napisana w taki sposób, że czyta się ją szybko i z zaciekawieniem. Najcenniejsze są w niej oczywiście wypowiedzi muzyków oraz osób związanych z zespołem, obecne niemal na każdej stronie. Chociaż tutaj Stenning aż przesadził - czy naprawdę konieczne było zajmowanie dwóch stron wywiadem z niejaką Lauren Roberts, odpowiedzialną za zaopatrzenie zespołu w żywność na trasie promującej "Dance of Death"? Nie bardzo. Wracając jednak do pozytywów, autor stara się jak najdokładniej omówić każdy okres w działalności zespołu, poświęcając po jednym rozdziale na każdy album, ale pisze też dużo o początkach grupy. Są nawet osobne rozdziały o solowej działalności Bruce'a i jego epizodzie w grupie Samson. Kolejny plus za umieszczenie dokładnej dyskografii, reprodukcji okładek i kilku (szkoda, że nie więcej) zdjęć.

Oryginalna wersja "Thirty Years of the Beast" została wydana w 2006 roku, a od tamtego czasu sporo się wydarzyło w obozie Iron Maiden. Dlatego też na uznanie zasługuje polski wydawca, firma In Rock, za dodatkowy rozdział (autorstwa Roberta Filipowskiego, dziennikarza związanego z miesięcznikiem Teraz Rock), poświęcony albumom "A Matter of Life and Death" i "The Final Frontier", oraz trasie Somewhere Back on Tour i dokumentującej ją koncertówce "Flight 666".



Paul Stenning - "Iron Maiden: Historia Żelaznej Dziewicy" (2011)

Tytuł oryginału: "Iron Maiden: Thirty Years of the Beast"
Rok wydania oryginału: 2006
Tłumaczenie: Marek S. Fog


21 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "The History of Iron Maiden, Part I: The Early Days" (2004)



"The Early Days" to obszerne, dwupłytowe wydawnictwo, zawierające wszystkie wizualne materiały na temat Iron Maiden z lat 1980-83 - w sumie cztery i pół godziny. Pierwszy dysk zawiera fragmenty trzech koncertów. Na początek występ z 21 grudnia 1980, zarejestrowany w londyńskim Rainbow Theatre. Materiał był już wcześniej wydany na pierwszej kasecie VHS zespołu, "Live at the Rainbow" (wydanej w maju 1981 roku). Oglądamy tu grupę w składzie jeszcze z wokalistą Paulem Di'Anno, ale już z gitarzystą Adrianem Smithem, który dołączył do zespołu już po wydaniu debiutanckiego longplaya "Iron Maiden". Po odtworzonym z taśmy intro "The Ides of March" grupa odgrywa dwa utwory z nadchodzącego albumu "Killers" (premiera w lutym '81): "Wrathchild" i tytułowy "Killers" - ten drugi jeszcze z innym tekstem. Następnie przechodzą do repertuaru z debiutu: "Remember Tomorrow", "Transylvania", "Phantom of the Opera" i "Iron Maiden". Muzycznie jest bez zarzutu, instrumentaliści grali wtedy z o wiele większym zaangażowaniem niż obecnie. Jedynie podczas "Phantom of the Opera" coś nie tak jest z brzmieniem perkusji. Najsłabszym ogniwem jest jednak Di'Anno, który już od pierwszego utworu ledwo daje radę śpiewać. Dobrze, że wkrótce potem wyleciał z grupy...

Podczas kolejnej rejestracji (wcześniej niepublikowanej) słuchamy już Bruce'a Dickinsona. Występ zatytułowany "Beast over Hammersmith" został zarejestrowany 20 marca 1982 roku - dwa dni przed premierą longplaya "The Number of the Beast", czyli pierwszego z nowym wokalistą. Z osiemnastu wykonanych wówczas utworów na DVD obecnych jest dziewięć - sześć z nadchodzącego albumu ("Run to the Hills", "Children of the Damned", "The Number of the Beast", "22 Acacia Avenue", "The Prisoner", "Hallowed Be Thy Name"), jeden odrzut z tegoż longplaya ("Total Eclipse"), oraz dwie starsze kompozycje ("Murders in the Rue Morgue" i "Iron Maiden"). Wykonania są bardzo żywiołowe i energetyczne, a tego co do grupy wniósł Dickinson nie da się przecenić - nie dość, że nie ma najmniejszych problemów ze śpiewaniem, to jeszcze w roli frontmana sprawdza się nieporównywalnie lepiej od statycznego Di'Anno.

Ostatni z przypomnianych na tej płycie występów, zatytułowany "Live at Dortmund", zarejestrowany został 18 grudnia 1983 roku. Zespół występował wówczas obok takich grup, jak Scorpions, Judas Priest czy zespół Ozzy'ego Osbourne'a, a całość była emitowana przez jedną z niemieckich stacji telewizyjnych. Niestety, taśmy z zapisem całego koncertu Żelaznej Dziewicy przepadły, pozostał tylko fragment wyświetlony w telewizji - nie można więc zobaczyć brutalnego wykonania utworu "Iron Maiden", podczas którego muzycy zabili swoją maskotkę, Eddiego. Reszta jednak też jest ekscytująca: występ rozpoczyna starszy "Sanctuary", następnie grupa wykonuje trzy nowości z albumu "Piece of Mind" ("The Trooper", "Revelations" - z Brucem grającym na gitarze - oraz "Flight of Icarus"), a na koniec tyle samo z "The Number of the Beast" ("22 Acacia Avenue", tytułowy i "Run to the Hills").

Drugi dysk to przede wszystkim nakręcony współcześnie 90-minutowy dokument "The History of Iron Maiden, Part I: The Early Days", pełen ciekawych wypowiedzi muzyków o początkowym okresie działalności. Reszta to już tylko dodatki, aczkolwiek równie interesujące. Jest wśród nich 20-minutowy telewizyjny dokument "20th Century Box" z 1981 roku, jak również trzy utwory zarejestrowane w 1980 roku dla muzycznych programów - dwa dla brytyjskiego Top of the Pops ("Running Free" i "Women in Uniform") oraz jeden dla niemieckiego Rock and Pop ("Running Free"). Oczywiście nie zabrakło regularnych teledysków ("Women in Uniform", "Run to the Hills", "The Number of the Beast", "Flight of Icarus", "The Trooper"). Całości dopełnia najstarsza (niestety amatorska) rejestracja wideo koncertu Iron Maiden, z 1980 roku w klubie Ruskin Arms - dziewięć utworów o łącznym czasie 45 minut (Sanctuary", "Wrathchild", "Prowler", "Remember Tomorrow", "Running Free", "Transylvania", "Another Life", "Phantom of the Opera", "Charlotte the Harlot).

Chyba nie trzeba dodawać, że "The Early Days" to obowiązkowe wydawnictwo dla każdego wielbiciela Iron Maiden. Bardzo cieszy, że na nim się nie skończyło i w 2005 roku do sklepów trafiła reedycja VHS "Live After Death", wzbogacona o drugą część dokumentu "The History of Iron Maiden", a także liczne ciekawe dodatki. Wszystko wskazuje na to, że seria będzie kontynuowana i już wkrótce można oczekiwać kolejnych części.

Ocena: 10/10



Iron Maiden - "The History of Iron Maiden, Part I: The Early Days" (2004)

DVD1: 1. Live at the RainbowThe Ides of March / Wrathchild / Killers / Remember Tomorrow / Transylvania / Phantom of the Opera / Iron Maiden; 2. Beast over HammersmithMurders in the Rue Morgue / Run to the Hills / Children of the Damned / The Number of the Beast / 22 Acacia Avenue / Total Eclipse / The Prisoner / Hallowed Be Thy Name / Iron Maiden; 3. Live in DortmundSanctuary / The Trooper / Revelations / Flight of Icarus / 22 Acacia Avenue / The Number of the Beast / Run to the Hills
DVD2: 1. The Early Days (documentary); 2. 20th Century Box (documentary); 3. TV appearances: Running Free / Women in Uniform / Running Free; 4. Live at the Ruskin ArmsSanctuary / Wrathchild / Prowler / Remember Tomorrow / Running Free / Transylvania / Another Life / Phantom of the Opera / Charlotte the Harlot; 5. Promo videosWomen in Uniform / Run to the Hills / The Number of the Beast / Flight of Icarus / The Trooper

Różne składy i producenci


20 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "En Vivo!" (2012)



"En Vivo!" to zapis występu Iron Maiden w Santiago w Chile, który odbył się 10 kwietnia 2011 roku. Równo dwa miesiące później zespół wystąpił w Polsce - miałem przyjemność uczestniczyć w tym koncercie, więc to wydawnictwo jest dla mnie świetną pamiątką. Bo choć to zapis innego występu, to repertuar (podobnie jak monologi Dickinsona między utworami) jest identyczny. Sporo w nim utworów z promowanego wówczas "The Final Frontier", w tym oczywiście singlowy "El Dorado", a także cztery jego najlepsze fragmenty, czyli tytułowy, "The Talisman", "Coming Home" i ten najważniejszy - "When the Wild Wind Blows". Na żywo wypadły doskonale i wcale nie odstają od starszych utworów. Jest jeszcze introdukcja "Satellite 15", odtworzona jednak z playbacku, z wyjątkiem partii wokalnej. Poza tym cieszy obecność utworów z "Brave New World" ("The Wicker Man", "Blood Brothers") i "Dance of Death" (tytułowy). Do kompletu przydałoby się jeszcze coś z "A Matter of Life and Death", zamiast ogranych przebojów. Choć nie ukrywam, że na żywo fantastycznie było usłyszeć takie utwory, jak "2 Minutes to Midnight", "The Evil That Men Do", "Fear of the Dark", czy "Running Free". 

Ocena: 7/10



Iron Maiden - "En Vivo!" (2012)

CD1: 1. Satellite 15; 2. The Final Frontier; 3. El Dorado; 4. 2 Minutes to Midnight; 5. The Talisman; 6. Coming Home; 7. Dance of Death; 8. The Trooper; 9. The Wicker Man
CD2: 1. Blood Brothers; 2. When the Wild Wind Blows; 3. The Evil That Men Do; 4. Fear of the Dark; 5. Iron Maiden; 6. The Number of the Beast; 7. Hallowed Be Thy Name; 8. Running Free

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Steve Harris - bass, dodatkowy wokal; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara, dodatkowy wokal; Janick Gers - gitara; Nicko McBrain - perkusja
Gościnnie: Michael Kenney - instr. klawiszowe
Producent: Kevin Shirley i Steve Harris


19 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "The Final Frontier" (2010)



Na "The Final Frontier" Iron Maiden miejscami odchodzi od swojego stylu dalej niż kiedykolwiek wcześniej. Najlepszym przykładem jest otwierający całość dwuczęściowy utwór. Część zatytułowana "Satellite 15" nie ma właściwie nic wspólnego z dotychczasowym dorobkiem zespołu. Brzmienie jest nieco industrialne, dopiero pojawiający się pod koniec głos Bruce'a Dickinsona przypomina z kim mamy do czynienia. Część druga, "The Final Frontier", chociaż bardziej riffowa, kojarzy się raczej z hard rockiem lat 70. niż heavy metalem następnej dekady. Ale kawałek jest całkiem niezły, chwytliwy, chociaż irytować może ciągłe powtarzanie tytułu.

Bardziej typowy dla grupy jest wydany na singlu, ale dość przeciętny "El Dorado". Jeszcze bardziej z dawnymi dokonaniami kojarzy się "The Alchemist" (w niczym nie przypominający za to utworu o tym samym tytule z solowego dorobku Dickinsona). Warto zwrócić uwagę na mocną balladę "Coming Home" (w klimacie "Wasting Love"), której refren należy do najbardziej chwytliwych momentów na płycie - a tych jest tu całkiem sporo, także w drugiej części albumu, gdzie przeważają długie, rozbudowane utwory.

Każdy z nich zaczyna się spokojnie, a rozkręca koło drugiej minuty. Wyróżnia się "The Talisman" z Brucem śpiewającym we wstępie dość nietypowo, z akompaniamentem wyłącznie gitary akustycznej, jednak mocniejsza część jest już bardzo ironowa. Jeszcze lepszy jest "When the Wild Wind Blows". Chociaż trwa 11 minut, przez cały ten czas przykuwa uwagę chwytliwą melodią i świetnym śpiewem Dickinsona. Początek i koniec utworu także nie są typowe dla zespołu - tak melodyjnie jeszcze chyba nie grali. Nie jest to jednak zarzut, to najlepszy ich utwór przynajmniej od czasów "Fear of the Dark".

Głównym minusem "The Final Frontier" jest jego długość, prawie 80 minut. Gdyby kilka utworów skrócić (np. "Isle of Avalon", "Starblind"), a inne po prostu ominąć ("Satellite 15", "Mother of Mercy") całość byłaby o wiele ciekawsza.

Ocena: 7/10



Iron Maiden - "The Final Frontier" (2010)

1. Satellite 15... The Final Frontier; 2. El Dorado; 3. Mother of Mercy; 4. Coming Home; 5. The Alchemist; 6. Isle of Avalon; 7. Starblind; 8. The Talisman; 9. The Man Who Would Be King; 10. When the Wild Wind Blows

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Steve Harris - bass, instr. klawiszowe; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara; Janick Gers - gitara; Nicko McBrain - perkusja
Producent: Kevin Shirley i Steve Harris


18 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "Flight 666: The Original Soundtrack" (2009)



Od czasu powrotu Bruce'a Dickinsona i Adriana Smitha, zespół częściej wyrusza w kolejne trasy koncertowe, niż nagrywa nowe albumy. Część tras jest oczywiście związana z promocją nowego materiału, inne mają charakter "historyczny" - nawiązują do konkretnych etapów kariery grupy. Pierwszą tego typu była "Eddie Rips Up the World Tour" z 2005 roku, akompaniująca wydanemu pod koniec poprzedniego roku DVD  "The History of Iron Maiden - Part 1: The Early Days". W jej ramach odbyło się tylko czterdzieści parę występów, na których muzycy wykonywali wyłącznie utwory ze swoich czterech pierwszych albumów (w tym wiele niegranych od lat). Kolejna tego typu trasa, "Somewhere Back in Time World Tour" odbyła się na przełomie lat 2008/09 i została zorganizowana ze znacznie większym rozmachem - licząca prawie sto koncertów na większości kontynentów, na które zespół, ekipa techniczna i cały sprzęt transportowany był własnym samolotem, Ed Force One. Podczas trasy zarejestrowany został film "Flight 666", pokazujący zespół na scenie i poza nią. Filmowi towarzyszy "oficjalna ścieżka dźwiękowa", w postaci albumu koncertowego.

W przeciwieństwie do innych koncertówek zespołu z XXI wieku, nie jest to zapis jednego występu - każdy utwór pochodzi z innego koncertu. Są to fragmenty występów na obu Amerykach, a także w Australii, Japonii i Indiach. Trasa była związana zarówno z wydaniem po raz pierwszy na DVD kultowego "Live After Death" (jako drugiej części "The History of Iron Maiden"), jak i kompilacji "Somewhere Back in Time - The Best of: 1980-1989". Zarówno repertuar koncertów, jak i scenografia, nawiązywały przede wszystkim do albumów "Powerslave", "Somewhere in Time" i "Seventh Son of a Seventh Son", choć muzycy grali także utwory z pierwszych czterech albumów*, oraz późniejszy "Fear of the Dark".  Nie zabrakło kilku rzadko wykonywanych kompozycji, jak "Aces High", "Revelations", "Rime of the Ancient Mariner", "Powerslave" i "Moonchild". Niestety, nie ma tu ani jednego utworu, który byłby unikalny dla tej koncertówki - wszystkie już wcześniej zostały wydane w wersjach koncertowych. Rozczarowuje też wykonanie, zwłaszcza w porównaniu ze zbliżonym repertuarowo "Live After Death". Muzycy nie mają już tyle energii, instrumentaliści grają bardziej zachowawczo i wolniej, a Bruce Dickinson ma problemy z poprawnym śpiewaniem. Obecność w składzie trzeciego gitarzysty po raz kolejny nie zaowocowała nową jakością. Przydał się jedynie w "Revelations" - w składzie pięcioosobowym część partii gitarowych musiał wykonywać Bruce. Jedynym utworem, który według mnie wypada znacznie lepiej od innych znanych wersji (włącznie ze studyjną), jest "Moonchild" - rezygnacja z klawiszy wyszła zdecydowanie na dobre; jest to też jeden z kilku utworów, w których nie można przyczepić się do śpiewu Dickinsona.

Mimo wszystkich wad, "Flight 666: The Original Soundtrack" to najlepsza koncertówka Iron Maiden z XXI wieku. Pod względem wykonawczym prezentująca podobny poziom do innych z tego okresu, za to zdecydowanie najciekawsza pod względem repertuaru. Choć oczywiście mogłoby być lepiej, gdyby zespół zagrał jeszcze więcej mniej popularnych utworów, a odpuścił sobie chociaż część ogranych przebojów.

Ocena: 8/10

Jedyny wykonywany podczas tej trasy utwór z albumu "Killers", "Wrathchild", został dodany do setlisty dopiero w 2009 roku u dlatego nie ma go na tej koncertówce. Poza tym zostały dodane utwory "Children of the Damned", "Phantom of the Opera"  i "The Evil That Men Do". Zajęły one miejsce "Revelations", "Can I Play with Madness", "Moonchild" i "The Clairvoyant".



Iron Maiden - "Flight 666: The Original Soundtrack" (2009)

CD1: 1. Churchill's Speech; 2. Aces High; 3. 2 Minutes to Midnight; 4. Revelations; 5. The Trooper; 6. Wasted Years; 7. The Number of the Beast; 8. Can I Play with Madness; 9. Rime of the Ancient Mariner
CD2: 1. Powerslave; 2. Heaven Can Wait; 3. Run to the Hills; 4. Fear of the Dark; 5. Iron Maiden; 6. Moonchild; 7. The Clairvoyant; 8. Hallowed Be Thy Name

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Steve Harris - bass, dodatkowy wokal; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara, dodatkowy wokal; Janick Gers - gitara; Nicko McBrain - perkusja
Gościnnie: Michael Kenney - instr. klawiszowe
Producent: Kevin Shirley i Steve Harris


[Recenzja] Iron Maiden - "A Matter of Life and Death" (2006)



Oceniając "A Matter of Life and Death" z perspektywy czasu, można stwierdzić, że to jedna z mniej istotnych pozycji w dyskografii Iron Maiden. Żaden pochodzący z niego utwór nie wszedł na stałe do koncertowej setlisty (choć podczas promującej go trasy wykonywany był w całości). Wśród fanów też nie cieszy się szczególnym uwielbieniem. Może dlatego, że jest to nieco bardziej ponury materiał niż zwykle - pod tym względem można postawić go w jednym rzędzie wyłącznie z posępnym "The X Factor". Podobnie jak na tamtym albumie, tematyka tekstów dotyczy głównie wojny i religii, całość ma raczej pesymistyczny wydźwięk. Moim zdaniem jest to jednak jeden z bardziej udanych albumów zespołu z ostatniego dwudziestolecia - może najlepszy z tego okresu. Szczególnie dobrze wypada przy zestawieniu ze swoim poprzednikiem, "Dance of Death". Lepsze jest brzmienie (całkiem zrezygnowano z masteringu - wszystko brzmi tak, jak zostało nagrane), a poziom kompozycji równiejszy. Od razu słychać też lepszą formę wokalną Bruce'a Dickinsona, śpiewającego tutaj o wiele swobodniej.

Do promocji albumu wybrano dość nietypowy utwór - "The Reincarnation of Benjamin Breeg". Ten ponad siedmiominutowy utwór, zbudowany tym samym schemacie, co "Hallowed Be Thy Name" czy "Fear of the Dark" (balladowy początek, a potem zaostrzenie z niezliczonymi, przeplatającymi się riffami i solówkami), nie jest typowym singlem. Muzycy celowo nie wybrali na singiel utworu, który miałby największe szanse na stanie się przebojem, ale taki, który najlepiej pokaże, czego należy spodziewać się po tym albumie. I rzeczywiście dominują tutaj tego typu utwory: rozbudowane do średnio ośmiu minut, zazwyczaj ze stopniowo rozwijającymi się wstępami z obowiązkowo uwypuklonym basem Steve'a Harrisa ("These Colours Don't Run", "The Longest Day", "Lord of Light"), albo spięte balladową klamrą ("For the Greater Good of God" - chyba najbliższy wspomnianego "The X Factor", nawet Dickinson śpiewa tu w stylu Blaze'a Bayleya). Brzmienie jest cięższe, niż na poprzednich albumach grupy, a "Brighter Than a Thousand Suns" to prawdopodobnie najcięższy utwór jaki nagrała. I zarazem jeden z najlepszych na tym albumie, wyróżniający się licznymi przejściami i dobrą melodią. Zresztą pod względem melodyjności praktycznie każdy utwór się broni, nawet jeśli czasem ginie ona pod natłokiem ciężkiego riffowania.

Z dłuższych utworów nie przekonuje mnie tylko finałowy "The Legacy". Początek jest całkiem obiecujący, a przede wszystkim zaskakujący. Kojarzy się bowiem z twórczością wczesnego Genesis - Bruce śpiewa w stylu Petera Gabriela do akompaniamentu gitary akustycznej. Muzycy nie zdołali jednak ciekawie poprowadzić dalej tego utworu. Po wejściu pozostałych instrumentów robi się bardzo przewidywalnie, monotonnie, a wręcz topornie. Do tego Dickinson wchodzi w dość irytujące rejestry, charakterystyczne raczej dla wokalistów powermetalowych... Bardzo fajnie wypadają natomiast wszystkie trzy krótsze, bardziej pogodne kawałki.  Bardzo chwytliwy i zwięzły "Different World", według słów muzyków inspirowany twórczością Thin Lizzy, idealnie sprawdza się w roli otwieracza. "The Pilgrim" przyciąga uwagę perkusyjnym wstępem, trochę dziwnym, wielogłosowym refrenem, oraz świetnymi orientalizmami w przejściach i solówce. Moim absolutnym faworytem jest natomiast "Out of the Shadows" - najbardziej "piosenkowy" utwór na albumie, z rewelacyjną melodią i świetnie wplecioną gitarą akustyczną.

"A Matter of Life and Death" to bardzo dobry i dojrzały materiał. Momentami może trochę na siłę wydłużany (zbyt częste powtarzanie niektórych motywów może męczyć), ale to akurat problem wszystkich albumów Iron Maiden z ostatnich dwóch dekad. "A Matter of Life and Death" przynajmniej nadrabia dobrymi kompozycjami i ich równym (poza jednym utworem) poziomem. To spora poprawa po kilku poprzednich, nierównych longplayach.

Ocena: 8/10



Iron Maiden - "A Matter of Life and Death" (2006)

1. Different World; 2. These Colours Don't Run; 3. Brighter Than a Thousand Suns; 4. The Pilgrim; 5. The Longest Day; 6. Out of the Shadows; 7. The Reincarnation of Benjamin Breeg; 8. For the Greater Good of God; 9. Lord of Light; 10. The Legacy

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Steve Harris - bass i instr. klawiszowe; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara; Janick Gers - gitara; Nicko McBrain - perkusja
Producent: Kevin Shirley i Steve Harris


17 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "Death on the Road" (2005)



"Death on the Road" to zapis występu z 24 listopada 2003 roku w Dortmundzie. Zespół promował wówczas album "Dance of Death" i dlatego w repertuarze znalazło się aż sześć utworów z niego pochodzących. Największe wrażenie robią oczywiście tytułowy "Dance of Death" i "Paschendale". Świetnym pomysłem było wykorzystanie gitary akustycznej w pierwszym z nich - nadała ona utworowi jeszcze ciekawszego klimatu i większej przestrzeni. Nie powinno też dziwić, że "Rainmaker" świetnie wypadł w wersji koncertowej. Ale nawet te słabsze kawałki, czyli "Wildest Dreams", "No More Lies" i "Journeyman", na żywo wypadły trochę lepiej.

Z nowszych utworów znalazł się tu jeszcze "Brave New World", a także jeden utwór z czasów Blaze'a Bayleya - "Lord of the Flies". Z wokalem Bruce'a brzmi on nieporównywalnie lepiej. Pozostaje tylko żałować, że na kolejnych trasach zespół już nie wracał do materiału z tamtego okresu - a jeszcze tyle utworów zostało do poprawienia... Ale po co uszczęśliwiać fanów mniej oczywistymi kawałkami, skoro można ich męczyć ogranymi przebojami? Zresztą mniejsza z koncertami - wiadomo, przychodzą na nie też nowi fani, którzy chcą usłyszeć właśnie te hity. Ale czy naprawdę trzeba powtarzać je na każdej koncertówce? Na "Death on the Road" znalazło się aż osiem takich utworów, w tym wyjątkowo nieudane wykonanie "Fear of the Dark", ze śpiewającym zbyt "teatralnie" Dickinsonem.

Ogólnie jest to jednak całkiem niezła koncertówka, z którą warto zapoznać się dla "Lord of the Flies" i kawałków z "Dance of Death". A byłaby jeszcze lepsza, gdyby było tu więcej utworów nieobecnych na innych koncertówkach, zamiast niepotrzebnych powtórek (w słabszych wykonaniach).

Ocena: 7/10



Iron Maiden - "Death on the Road" (2005)

CD1: 1. Wildest Dreams; 2. Wrathchild; 3. Can I Play with Madness; 4. The Trooper; 5. Dance of Death; 6. Rainmaker; 7. Brave New World; 8. Paschendale; 9. Lord of the Flies
CD2: 1. No More Lies; 2. Hallowed Be Thy Name; 3. Fear of the Dark; 4. Iron Maiden; 5. Journeyman; 6. The Number of the Beast; 7. Run to the Hills

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Steve Harris - bass, dodatkowy wokal; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara, dodatkowy wokal; Janick Gers - gitara; Nicko McBrain - perkusja
Gościnnie: Michael Kenney - instr. klawiszowe
Producent: Kevin Shirley i Steve Harris


[Artykuł] Rock in Peace: Jon Lord (1941-2012)

To pierwszy wpis na tym blogu z tak smutnego powodu. Jon Lord - wybitny klawiszowiec, współzałożyciel Deep Purple, pomysłodawca łączenia muzyki rockowej z klasyczną - zmarł 16 lipca, w wieku 71 lat.

Jon Lord.
Urodził się 9 czerwca 1941 roku w Leicester w Anglii. W wieku pięciu lat zaczął naukę gry na instrumentach klawiszowych. Zafascynowany rock and rollem porzucił konserwatorium. W 1964 roku zagrał gościnnie w słynnym hicie The Kinks, "You Really Got Me". Pierwszym poważniejszym zespołem w którym grał był istniejący w latach 1964-67 The Artwoods, z którym nagrał album "Art Gallery" (1966). W 1967 dołączył do projektu perkusisty Chrisa Curtisa nazwanego Roundabout, gdzie poznał gitarzystę Ritchiego Blackmore'a, z którym rok później założył Deep Purple. 

Jon Lord był jednym z pierwszych muzyków, którzy wpadli na pomysł łączenia rocka z muzyką klasyczną - zwłaszcza barokową. Już w 1969 roku wspólnie z Blackmorem skomponował pełen rozmachu utwór "April", nagrany z udziałem orkiestry symfonicznej.  Jeszcze większy rozmach miały koncerty, które odbyły się na przełomie lat 60. i 70. Zespół wraz z towarzyszeniem orkiestr (najpierw The Royal Philharmonic Orchestra, potem The Orchestra of Light Music Society) wykonywał autorskie utwory Lorda, "Concerto for a Group and Orchestra" oraz "The Gemini Suite". Współpraca z orkiestrą szybko zmęczyła pozostałych muzyków, którzy woleli grać cięższe rzeczy, więc Lord został zmuszony do kontynuowania swoich eksperymentów poza zespołem. Koncertowa rejestracja "Concerto for Group and Orchestra" została wydana już w 1969 roku, natomiast wykonanie "The Gemini Suite" na płycie ukazało się dopiero w 1998 roku.

Początek lat 70. był dla Deep Purple okresem największej popularności, zespół osiągnął też szczyt swoich twórczych możliwości na - zdecydowanie rockowych - albumach "In Rock", "Fireball" oraz "Machine Head" i koncertowym "Made in Japan", na którym najlepiej słychać wirtuozerię Lorda i pozostałych muzyków. Pomiędzy kolejnymi trasami i sesjami w studiu, klawiszowiec nagrywał także albumy solowe. Pierwszym był soundtrack "The Last Rebel" (1971), w nagraniu którego uczestniczył m.in. wokalista Tony Ashton, który pojawił się także na trzecim, "First of the Big Bands" (1974). W międzyczasie Lord nagrał studyjną wersję "The Gemini Suite" (1972), wraz z sekcją rytmiczną Deep Purple, Ianem Paice i Rogerem Gloverem.

Po zawieszeniu działalności Deep Purple w 1976, Lord wydał swój najpopularniejszy solowy album, "Sarabande", a rok później wraz z Paicem i Astonem nagrał "Malice in Wonderland" (sygnowany nazwą Paice, Ashton & Lord). W latach 1978-84 był członkiem Whitesnake, udzielał się także na płytach George'a Harrisona ("Gone Troppo", 1982), Cozy'ego Powella ("Octopuss", 1982) i Davida Gilmoura ("About Face", 1984). W 1982 roku wydał kolejny solowy album, "Before I Forget", a w 1984 dołączył do reaktywowanego Deep Purple, z którym grał nieprzerwanie do 2002 roku.

W kolejnych latach Jon Lord działał głównie solowo, ale koncertował i nagrywał też z grupą The Hoochie Coochie Men, często udzielał się także na płytach innych wykonawców - np. w zeszłym roku zagrał w utworze "Out of My Mind" projektu WhoCares, stworzonego przez Iana Gillana i Tony'ego Iommi. W ostatnim czasie pracował nad nową, studyjną wersją "Concerto for a Group and Orchestra", wraz z takimi muzykami, jak Bruce Dickinson, Steve Morse i Joe Bonamassa. Dzieło ma trafić do sklepów we wrześniu.

Muzyk od roku chorował na raka trzustki. Zmarł w wyniku zatoru tętnicy płucnej.


16 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "Dance of Death" (2003)



O ile album "Brave New World", mimo wszystkich swoich wad, jest uznawany za jedno z największych dokonań Iron Maiden, tak wśród opinii na temat "Dance of Death" przeważają raczej negatywne. Już sama okładka zniechęca. Tak tandetnej komputerowej grafiki należałoby raczej spodziewać się na demo jakiejś amatorskiej grupy, niż na albumie jednej z największych żywych legend heavy metalu. Nawet jej twórca, David Patchett, był tak zniesmaczony ostatecznym efektem, że zabronił umieszczać swoje nazwisko w opisie albumu... Niestety zawartość muzyczna również przynosi rozczarowanie. Od razu zauważyć usłyszeć można gorsze brzmienie, niż na poprzednim albumie, oraz słabszą formę wokalną Bruce'a Dickinsona. A same kompozycje? Znów bardzo nierówne.

Wystarczy porównać dwa pierwsze utwory, oba zresztą wydane na singlach. "Wildest Dreams" jest tak nijaki, bezbarwny, że nie powinien w ogóle trafić na album, a tym bardziej pełnić rolę otwieracza (nie zachęca do dalszego słuchania płyty). Z kolei "Rainmaker" to świetne riffy i melodia, a także typowo ironowy, chwytliwy refren. W kolejnych kompozycjach takie kontrasty są jeszcze bardziej słyszalne. Zdecydowanie najciekawiej prezentuje się utwór tytułowy. "Dance of Death" to typowy dla grupy, rozbudowany utwór, łączący fragmenty spokojne z heavy metalową galopadą. Ciekawostką jest za pojawiający się kilkukrotnie folkowy motyw, nadający kompozycji intrygujący klimat. Nie można nie wspomnieć o solówce, należącej do najlepszych, jakie wyszły spod palców gitarzystów grupy. Innym utworem tego kalibru jest "Paschendale" - spokojnie rozpoczęty łkającymi dźwiękami gitar, ale później nabierający większego rozmachu. Na tle całości broni się jeszcze "Age of Innocence" - to zasługa bardzo chwytliwego refrenu, poza tym kawałek jest jednak zbyt rozwleczony.

Na przeciwnym biegunie mieszczą się takie utwory, jak przydługi, irytujący bezlitośnie powtarzanym tytułem "No More Lies", chaotyczny "Montsegur", oraz monotonny, nużący "Journeyman". Ciekawostką jest, że ten ostatni to jedyny utwór w dotychczasowej dyskografii grupy, w którym muzycy cały czas grają akustycznie (zdecydowanie lepiej wypada jednak wersja elektryczna, która trafiła na EPkę "No More Lies"). O pozostałych kawałkach ciężko cokolwiek napisać. "Gates of Tomorrow", "New Frontier" (jedyny utwór zespołu, którego współautorem jest Nicko McBrain) i "Face in the Sand" są po prostu bezbarwne, pełnią tu rolę wypełniaczy. W rezultacie "Dance of Death" to najsłabszy album zespołu, z płyt nagranych po powrocie do składu Dickinsona i Smitha.

Ocena: 6/10

PS. "Dance of Death" to jak dotąd jedyny album Iron Maiden, który został wydany także na płycie DVD-Audio. Poza zawartością longplaya (w miksie stereo lub 5.1 surround), znalazły się na niej wideoklipy "Wildest Dreams" i "Rainmaker", a także teksty wszystkich utworów. Obecność tych ostatnich jest o tyle bezsensowna, że nie ma opcji wyświetlania ich podczas odtwarzania utworów, więc jeśli ktoś chce na bieżąco sprawdzać słowa i tak musi wspomagać się książeczką.



Iron Maiden - "Dance of Death" (2003)

1. Wildest Dreams; 2. Rainmaker; 3. No More Lies; 4. Montsegur; 5. Dance of Death; 6. Gates of Tomorrow; 7. New Frontier; 8. Paschendale; 9. Face in the Sand; 10. Age of Innocence; 11. Journeyman

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Steve Harris - bass i instr. klawiszowe; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara; Janick Gers - gitara; Nicko McBrain - perkusja
Producent: Kevin Shirley i Steve Harris


15 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "Eddie's Archive" (2002)



"Eddie's Archive" to elegancko wydany boks, zawierający trzy dwupłytowe albumy: "BBC Archives", "Beast Over Hammersmith" i "Best of the 'B' Sides". Żaden z nich nie został dotąd opublikowany jako osobne wydawnictwo. Co gorsze, boks ukazał się w limitowanym nakładzie i dziś stanowi spory rarytas. Tymczasem jego zawartość powinna być znana każdemu wielbicielowi Iron Maiden.




"BBC Archives" to fragmenty czterech występów grupy z lat 1979-88. Szczególnie ciekawe wydają się pierwsze cztery utwory ("Iron Maiden", "Running Free", Transylvania", "Sanctuary"), nagrane 14 listopada 1979 roku dla radiowej audycji Friday Rock Show Session, w składzie z Tonym Parsonsem jako drugim gitarzystą oraz z perkusistą Dougiem Sampsonem (wkrótce potem zostali zastąpieni przez Dennisa Strattona i Clive'a Burra). Brzmienie jest kiepskie, ale same utwory nie różnią się od wersji, jakie trafiły na zarejestrowany trzy miesiące później debiutancki album zespołu. Resztę pierwszej płyty wypełnia dziesięć utworów z Reading Festival, z 28 sierpnia 1982 roku ("Wrathchild", "Run to the Hills", "Children of the Damned", "The Number of the Beast", "22 Acacia Avenue", "Transylvania", "The Prisoner", "Hallowed Be Thy Name", "Phantom of the Opera" i "Iron Maiden"). Wszystkie wykonania są pełne energii.

Na drugim dysku cofamy się do 1980 roku, ale pozostajemy na festiwalu Reading - jest to sześć utworów zarejestrowanych 23 sierpnia ("Prowler", "Remember Tomorrow", "Killers", "Running Free", "Transylvania" i "Iron Maiden"). Brzmienie znowu gorsze, ale same wykonania udane - znacznie bardziej żywiołowe, niż na płytach. Ostatnie osiem utworów ("Moonchild", "Wrathchild", "Infinite Dreams", "The Trooper", "Seventh Son of a Seventh Son", "The Number of the Beast", "Hallowed Be Thy Name", "Iron Maiden") zostało zarejestrowane 20 sierpnia 1988 roku na festiwalu Monsters of Rock w Donington. Był to jeden z największych - oglądało go ponad 100 tysięcy osób - a także jednym z najlepszych występów grupy. Sam Bruce Dickinson mówił o nim: Tym koncertem zespół Iron Maiden wzniósł się na inny poziom. Wysoką formę zespołu słychać nawet w porównaniu z zarejestrowanym trzy miesiące później koncertem, który trafił na VHS "Maiden England". Tym bardziej może dziwić, że występ w Donington nigdy nie został w całości uwieczniony na żadnym oficjalnym wydawnictwie (trzy inne zarejestrowane wówczas utwory były umieszczone na singlu "The Clairvoyant": "The Clairvoyant", "The Prisoner" i "Heaven Can Wait").




"Beast Over Hammersmith" to dla odmiany zapis jednego koncertu, który odbył się 20 marca 1982 roku - zaledwie dwa dni przed premierą przełomowego albumu "The Number of the Beast". Stąd też dość chłodna reakcja publiczności na utwory z tego longplaya, które wkrótce miały stać się heavymetalową klasyką (jedynie po "Run to the Hills", wydanym już wcześniej na singlu, reakcja publiczności jest głośniejsza). Oprócz utworów, które na stałe weszły do koncertowego repertuaru grupy - czyli tytułowego, "Hallowed Be Thy Name" i "Run to the Hills" - muzycy zagrali także inne utwory z nadchodzącego albumu - "Children of the Damned", "The Prisoner" i "22 Acacia Avenue". Zabrakło tylko "Invaders" i "Gangland", pojawił się za to "Total Eclipse" (strona B singla "Run...", grana tylko podczas tej trasy). Repertuaru dopełniły kawałki z czasów Paula Di'Anno. Oprócz najpopularniejszych utworów z tego okresu ("Wratchchild", "Phantom of the Opera", "Iron Maiden", "Sanctuary" i "Running Free"), zespół wykonał także utwory, do których później rzadko wracał ("Murders in a Rue Morgue", "Another Life", "Killers", "Transylvania", "Drifter" i "Prowler"). Pod względem wykonawczym jest wprost rewelacyjnie - zespół gra tu z jeszcze większą energią niż na klasycznym "Live After Death". Wrażenie robi zwłaszcza wykonanie "Hallowed Be Thy Name" - chyba najlepsze z oficjalnie opublikowanych.




Dość kontrowersyjny wydaje się trzeci album z zestawu, "Best of the 'B' Sides". Tytuł może wprowadzić w błąd, bo wielkiej selekcji tutaj nie ma. Na dwa dyski trafiła zdecydowana większość studyjnych (i kilka koncertowych) utworów z stron B singli - brakuje czterech. Najbardziej przeszkadza nieobecność "Total Eclipse", najlepszego niealbumowego utworu grupy. Można to jednak wytłumaczyć tym, że cztery lata wcześniej kawałek trafił na reedycję albumu "The Number of the Beast" (jedyną dostępną wciąż w sklepach). Pozostałe pominięte utwory to nienajlepsze wykonanie "Massacre" z repertuaru Thin Lizzy (które jednak nie odstawałoby szczególnie poziomem od zawartości "Best of the 'B' Sides"), idiotyczny "Bayswater Ain't a Bad Place to Be" (akustyczna parodia bluesa) oraz "I Live My Way", nagrany w czasach, gdy w grupie śpiewał Blaze Bayley (wcale nie gorszy od innych kawałków z tamtego okresu). Osobiście dodałbym tu jeszcze "Woman in Uniform" (oryginalnie wykonywany przez grupę Skyhooks), który choć był stroną A singla, to dziś jest rarytasem, którego nie można znaleźć na żadnym z dostępnych w sklepach albumach, wliczając w to kompilacje.

Jeżeli chodzi o utwory, które znalazły się na "Best of the 'B' Sides", to na 31 kawałków, 15 pochodzi z repertuarów innych wykonawców - czasem bardziej znanych (np. "Cross-Eyed Mary" Jethro Tull, "Communication Breakdown" Led Zeppelin), ale częściej zapomnianych (np. "King of Twilight" niemieckiego Nektar, "All in Your Mind" Stray). Większość z nich stanowi raczej ciekawostkę, mało który naprawdę przykuwa uwagę. Wyróżnić można rozpędzoną wersję "I've Got the Fire" - niemal dwukrotnie szybszą od oryginału grupy Montrose, a także uszlachetniony "That Girl", zupełnie nieprzypominający popowej piosenki wykonywanej przez FM. Jeżeli zaś chodzi o autorskie utwory Iron Maiden, to ciężko traktować je na równi z tymi, które trafiły na albumy. Pochodzące z początków działalności "Burning Ambitions" i "Invasion" brzmią jeszcze bardzo niedojrzale, nieporadnie. Późniejsze kawałki to albo ciekawostki (śpiewany przez Adriana Smitha "Reach Out") albo wygłupy ("The Sheriff of Huddersfield", "Black Bart Blues" - szkoda, że w tym drugim został zmarnowany całkiem fajny riff). Paradoksalnie, najlepiej wypadają nowe wersje starych kawałków ("Prowler '88" i "Charlotte the Harlot '88") oraz kompozycje z czasów Bayleya ("Justice of the Peace" i "Judgement Day").

Całości dopełnia sześć nagrań koncertowych, wybranych dość przypadkowo: jest wśród nich zarejestrowany jeszcze z Di'Anno jako wokalistą "Drifter", jest nagrana w tamtym okresie wersja "Remember Tomorrow", w której wokal Di'Anno zastąpiono śpiewem Dickinsona, znalazło się miejsce dla aż trzech kawałków z wokalem Bayleya ("Blood on the Worlds Hands", "The Aftermath" i "Futureal"), jak i dla "Wasted Years", nagranego już po powrocie Dickinsona. Nie mam pojęcia, jaki klucz tu zastosowano. Lepiej byłoby po prostu wybrać takie kawałki, jakich nie ma na żadnej koncertówce zespołu (wystarczyłoby wymienić "Remember Tomorrow" i "Wasted Years" np na "Holy Smoke" i "No Prayer for the Dying" z singli towarzyszących albumowi "Fear of the Dark"). A zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem byłaby całkowita rezygnacja z nagrań koncertowych, dzięki czemu zwolniłoby się miejsce dla wymienionych dwa akapity wyżej kawałków studyjnych.

Ocena: 8/10



Iron Maiden - "Eddie's Archive" (2002)

"BBC Archives"
CD1: 1. Iron Maiden; 2. Running Free; 3. Transylvania; 4. Sanctuary; 5. Wrathchild; 6. Run to the; 7. Children of the Damned; 8. The Number of the Beast; 9. 22 Acacia Avenue; 10. Transylvania; 11. The Prisoner; 12. Hallowed Be Thy Name; 13. Phantom of the Opera; 14. Iron Maiden
CD2: 1. Prowler; 2. Remember Tomorrow; 3. Killers; 4. Running Free; 5. Transylvania; 6. Iron Maiden; 7. Moonchild; 8. Wrathchild; 9. Infinite Dreams; 10. The Trooper; 11. Seventh Son of a Seventh Son; 12. The Number of the Beast; 13. Hallowed Be Thy Name; 14. Iron Maiden
"Beast Over Hammersmith"
CD1: 1. Murders in the Rue Morgue; 2. Wrathchild; 3. Run to the Hills; 4. Children of the Damned; 5. The Number of the Beast; 6. Another Life; 7. Killers; 8. 22 Acacia Avenue; 9. Total Eclipse
CD2: 1. Transylvania; 2. The Prisoner; 3. Hallowed Be Thy Name; 4. Phantom of the Opera; 5. Iron Maiden; 6. Sanctuary; 7. Drifter; 8. Running Free; 9. Prowler
"Best of the 'B' Sides"
CD1: 1. Burning Ambition; 2. Drifter (live); 3. Invasion; 4. Remember Tomorrow (live); 5. I've Got the Fire; 6. Cross-Eyed Mary; 7. Rainbow's Gold; 8. King of Twilight; 9. Reach Out; 10. That Girl; 11. Juanita; 12. The Sheriff of Huddersfield; 13. Black Bart Blues; 14. Prowler '88; 15. Charlotte the Harlot '88
CD2: 1. All in Your Mind; 2. Kill Me Ce Soir; 3. I'm a Mover; 4. Communication Breakdown; 5. Nodding Donkey Blues; 6. Space Station No. 5; 7. I Can't See My Feelings; 8. Roll over Vic Vella; 9. Justice of the Peace; 10. Judgement Day; 11. My Generation; 12. Doctor Doctor; 13. Blood on the Worlds Hands (live); 14. The Aftermath (live); 15. Futureal (live); 16. Wasted Years '99 (live)

Różne składy i producenci


14 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "Rock in Rio" (2002)



Piąta koncertówka Iron Maiden to zapis ostatniego występu na trasie promującej album "Brave New World", który miał miejsce 19 stycznia 2001 roku na brazylijskim festiwalu Rock in Rio. Był to drugi największy występ w historii zespołu, oglądany przez 250-tysięczną publiczność. Więcej widzów oglądało grupę tylko raz, w 1985 roku, podczas ówczesnej edycji tego samego festiwalu. "Rock in Rio" uważany jest za jeden z najlepszych albumów koncertowych Iron Maiden, obok legendarnego "Live After Death". Czy jednak słusznie?

W repertuarze znalazło się sześć utworów z promowanego albumu: "The Wicker Man", "Brave New World", "Blood Brothers", "Ghost of the Navigator", "The Mercenary" i "Dream of Mirrors". Trzy pierwsze idealnie sprawdziły się na żywo i nie dziwi, że do dziś zespół chętnie do nich wraca. Pozostałe się nie przyjęły i wówczas zostały wykonane po raz ostatni. Pozostałe utwory to już przegląd poprzednich wydawnictw. Do setlisty wróciły takie utwory, jak "Run to the Hills" czy "Wrathchild", których zespół nie mógł wykonywać za czasów Blaze'a Bayleya przez jego ograniczone możliwości wokalne. Na szczęście muzycy nie odcinają się od tamtego etapu swojej działalności - w repertuarze znalazło się po jednym utworze z obu albumów nagranych z Bayleyem. I właśnie "Sign of the Cross" oraz "The Clansman" są najbardziej wartościowymi fragmentami "Rock in Rio". Z wokalem Dickinsona nabrały zupełnie nowej jakości.

Za to poszerzenie składu o trzeciego gitarzystę niespecjalnie wpłynęło na starsze kompozycje. Tu i ówdzie pojawiają się jakieś dodatkowe gitarowe ozdobniki, ale nic one nie wnoszą do samych utworów. Szkoda, że muzycy nie poeksperymentowali trochę bardziej z aranżacjami, bo ile można słuchać praktycznie identycznych wykonań ogranych kawałków w rodzaju np. "Iron Maiden", "The Trooper" lub "The Number of the Beast"? Powoli dołączał do nich "Fear of the Dark", choć chyba właśnie tutejsze wykonanie jest tym najbardziej popularnym (powtórzono je na kilku kompilacjach); ja jednak preferuję wersję z "A Real Live One" z bardziej porywającym popisem wokalnym Bruce'a i lepszym brzmieniem. No właśnie, brzmienie. Jak dla mnie największy minus "Rock in Rio". Przytłumione, skompresowane, z dużym pogłosem. Partie instrumentalistów za bardzo się ze sobą zlewają, a wokal i publiczność są nieco zbyt wysunięte do przodu.

Bilans wad i zalet tego wydawnictwa wypada niezbyt korzystnie. Po stronie tych pierwszych umieszczam fatalne brzmienie, zbyt zachowawcze wykonania i zbyt wiele ogranych kawałków (których lepsze wykonania są na innych koncertówkach zespołu). Plusy? Właściwie tylko obecność pięciu utworów, które nie powtarzają się z innymi koncertówkami, a z których dwa wypadają lepiej od wersji studyjnych. Na upartego można jeszcze dodać sporą energię, choć nawet nie wypada jej porównywać z energią wspomnianego "Live After Death". Oczywiście dla osób, które wcześniej nie miały do czynienia z innymi koncertówkami Iron Maiden, obcowanie z "Rock in Rio" będzie o wiele lepszym doświadczeniem. Jestem przekonany, że popularność tego wydawnictwa jest napędzana głównie przez osoby, które zaczęły słuchać zespołu w okresie "Brave New World".

Ocena: 7/10



Iron Maiden - "Rock in Rio" (2002)

CD1: 1. Intro (Arthur's Farewell); 2. The Wicker Man; 3. Ghost of the Navigator; 4. Brave New World; 5. Wrathchild; 6. 2 Minutes to Midnight; 7. Blood Brothers; 8. Sign of the Cross; 9. The Mercenary; 10. The Trooper
CD2: 1. Dream of Mirrors; 2. The Clansman; 3. The Evil That Men Do; 4. Fear of the Dark; 5. Iron Maiden; 6. The Number of the Beast; 7. Hallowed Be Thy Name; 8. Sanctuary; 9. Run to the Hills

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Steve Harris - bass; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara; Janick Gers - gitara; Nicko McBrain - perkusja
Gościnnie: Michael Kenney - instr. klawiszowe
Producent: Kevin Shirley i Steve Harris


[Recenzja] Iron Maiden - "Brave New World" (2000)



Druga połowa lat 90. nie była dobrym okresem dla Iron Maiden. Odejście charyzmatycznego wokalisty Bruce'a Dickinsona i niefortunna decyzja zastąpienia go dysponującym znacznie mniejszą skalą Blazem Bayleyem, okazały się dla zespołu destrukcyjne. Sprzedaż płyt zmalała, a zespół nie mógł nadrobić strat koncertami - z powodu problemów z głosem Bayleya trzeba było odwoływać całe trasy. Mimo że na początku 1999 roku podjęto decyzję o odprawieniu wokalisty, szanse na powrót poprzedniego frontmana wydawały się znikome. Szczególnie biorąc pod uwagę, co obie strony mówiły o sobie mediom (Steve Harris twierdził np. że Bruce nagrałby album w stylu country, gdyby uznał, że takie coś się sprzeda; Dickinson krytykował zespół za granie ciągle tego samego). A jednak już w marcu 1999 roku wydano zaskakujące i ekscytujące oświadczenie - Bruce Dickinson powrócił do Iron Maiden. Co więcej, wraz z nim wrócił także Adrian Smith (od kilku lat wspierający Dickinsona na jego solowych albumach). Tym samym, zespół stał się sekstetem, gdyż nikt nie chciał wyrzucać z zespołu Janicka Gersa (który dekadę wcześniej zastąpił Smitha). Odrodzony zespół wyruszył w krótką trasę, a następnie rozpoczął pracę nad nowym materiałem. W kwietniu 2000 roku "Brave New World" trafił do sklepów.

Nie będzie chyba przesadą, jeśli napiszę, że był to najbardziej wyczekiwany album zespołu w całej jego karierze. W końcu, po ośmioletnim kryzysie, nadeszła nadzieja na kolejne arcydzieło. A szansa, że nowy album podała oczekiwaniom, była naprawdę spora - zwłaszcza, ze zespół nigdy wcześniej nie miał tak mocnego składu. Przynajmniej jeżeli chodzi o kompozytorów: Dickinson i Smith napisali przecież w latach 80. wspólnie kilka przebojów, a na solowych albumach pierwszego z nich udowodnili, że wciąż potrafią przywołać dawną magię; z kolei Gers był współtwórcą większości najlepszych utworów z ostatnich czterech albumów. Harris może i opuścił się w ostatnich latach jako kompozytor, ale tylko pod jednym utworem z tego albumu jest podpisany samodzielnie ("Blood Brothers"). Uaktywnił się za to nieczęsto piszący muzykę Dave Murray, który jest tutaj współtwórcą trzech utworów (i to trzech najlepszych: tytułowego, "The Nomad" i "The Thin Line Between Love and Hate"). Co jednak ciekawe, nie wszystkie utwory powstały po zmianie składu - cztery z nich to odrzuty z poprzedniego longplaya, "Virtual XI" (tytuły trzech z nich zdradził Smith - "Dream of Mirrors", "The Mercenary" i "The Nomad" - twierdząc, że nie pamięta który jeszcze powstał wcześniej).

Album został bardzo dobrze przyjęty przez fanów, z których wielu do dziś wymienia go jako jedno z największych osiągnięć Iron Maiden. Ja jednak zacząłem słuchać tego zespołu kilka lat później i nie mam żadnych sentymentów związanych z "Brave New World". W rezultacie nie jestem wobec niego bezkrytyczny, a liczne przesłuchania utwierdziły mnie w przekonaniu, że daleko mu do klasycznych albumów zespołu. Początek jest całkiem obiecujący. Rozpędzony "The Wicker Man", w którym nie brakuje ani odpowiednio mocnego brzmienia, ani chwytliwej melodii, to niemal "stare, dobre Maiden". Co prawda utwór brzmi nieco niespójnie (zwrotka, refren i chóralne zaśpiewy w końcówce brzmią jak posklejane fragmenty trzech różnych utworów), ale idealnie sprawdził się jako pierwszy singiel, a jeszcze lepiej na koncertach - bo jego refren rewelacyjnie nadaje się do wspólnego śpiewania z publicznością (doświadczyłem tego na warszawskim koncercie w 2011 roku). Utwór może jednak wprowadzić w błąd, ponieważ później na albumie takich konkretnych metalowych czadów jest jak na lekarstwo. Już kolejny utwór, "Ghost of the Navigator", utrzymany jest w wolniejszym tempie i trwa prawie siedem minut, mimo że tak naprawdę niewiele się w nim dzieje, ciągle powtarzane są te same motywy.

Co innego tytułowy "Brave New World" - niewiele krótszy, ale mający znacznie więcej do zaoferowania. Uwagę przykuwa już od pierwszych sekund balladowego wstępu, w którym Dickinson przejmująco śpiewa wersy w stylu Dying swans twisted wings, beauty not needed here... Po chwili oczywiście następuje zaostrzenie, jednak utwór nic nie traci ze swojego piękna. Jedynie monotonny refren nieco zaniża poziom - ale to problem większości kompozycji z tego albumu (a właściwie z całej dyskografii Iron Maiden). Dość kontrowersyjnym utworem jest "Blood Brothers" - wyjątkowo łagodny, jak na ten zespół, oparty na walcowej melodii, z dość tandetną klawiszową orkiestracją w tle. A jednak ma swoje zalety - przede wszystkim świetnie sprawdza się na żywo, budując poczucie wspólnoty między zespołem i fanami (kolejne doświadczenie z koncertu w 2011 roku). Do tego pojawia się tu jedna z ładniejszych solówek zespołu... "The Mercenary" to w końcu coś krótszego, nieprzekraczającego pięciu minut. Niestety, jest to utwór bardzo przeciętny i, mimo krótkiego czasu trwania, rażący monotonią i schematami.

Najdłuższy na albumie, niemal dziesięciominutowy "Dream of Mirrors", to kompozycja o najbardziej zmarnowanym potencjale. Znów powraca wrażenie posklejania kilku utworów w jeden. Ostry wstęp ma się nijak do tego, co dzieje się po chwili: utwór zmienia się w wolną balladę, o akustycznym brzmieniu i bardzo chwytliwej melodii, z rewelacyjnym zaostrzeniem w refrenie. Jednak po którymś z kolei refrenie następuje niespodziewane przyśpieszenie, które znów ma się nijak do poprzedniej części utworu. W dodatku fragment ten brzmi jakoś tak sztucznie, jakby ktoś przyśpieszył tempo już po nagraniu - ale tylko podkładu instrumentalnego, bo Dickinson wyraźnie za nim nie nadąża! Brzmi to po prostu amatorsko. To przyśpieszenie ma jednak jedną zaletę - genialny jest fragment, kiedy utwór nagle zwalnia przed ostatnim refrenem. Mimo wszystko, z wolniejszych fragmentów "Dream of Mirrors" można było zrobić około pięciominutowy przebój (w dobrym tego słowa znaczeniu), a zamiast tego rozciągnięto go w jakiś pseudo-prog rock. Wrażenia nie poprawia "The Fallen Angel" - trzeci i ostatni z krótszych utworów - najcięższy i najbardziej intensywny na albumie, ale zarazem strasznie chaotyczny.

"The Nomad", jak już wspominałem, należy do najlepszych fragmentów longplaya. Tym razem monotonność jest zaletą - wraz z orientalizującymi partiami gitar tworzy niesamowity, hipnotyzujący klimat. Trudno nie skojarzyć tego utworu z "Powerslave", ale to nie zarzut - oba należą do najciekawszych w dyskografii zespołu. Monotonia zupełnie nie służy natomiast utworowi "Out of the Silent Planet", który już na samym początku odpycha ośmiokrotnie (!) powtórzonym tytułem. Z niewiadomych względów wypuszczono go na drugim singlu, za to na żywo został zagrany dosłownie kilka razy - widocznie nie spotkał się z dobrym przyjęciem publiczności. Za to na zakończenie albumu pojawia się najlepsza kompozycja - "The Thin Line Between Love and Hate". Tym razem zmiany tempa i nastroju wyszły naprawdę rewelacyjnie i wszystko idealnie do siebie pasuje. Utwór posiada fantastyczną melodię i niesamowicie chwytliwy refren - wyjątkowo nie polegający na bezsensownym powtarzaniu w kółko tytułu lub innej frazy. I jeszcze ten tekst - jeden z najpiękniejszych, jakie napisał Steve Harris.

"Brave New World" to bardzo nierówny album, zawierający zarówno bardzo dobre, jak i zwyczajnie kiepskie kompozycje. Co więcej, ma dokładnie tę samą wadę, co wszystkie inne albumy od czasu "The X Factor" - muzycy chcą udowodnić jacy to są progresywni i na siłę wydłużają większość utworów, poprzez powtarzanie ciągle tych samych motywów. A rock progresywny bynajmniej nie na tym polega. Ciężko mi przesłuchać te 67 minut muzyki bez odczucia znużenia w co najmniej kilku momentach.

Ocena: 7/10



Iron Maiden - "Brave New World" (2000)

1. The Wicker Man; 2. Ghost of the Navigator; 3. Brave New World; 4. Blood Brothers; 5. The Mercenary; 6. Dream of Mirrors; 7. The Fallen Angel; 8. The Nomad; 9. Out of the Silent Planet; 10. The Thin Line Between Love and Hate

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Steve Harris - bass i instr. klawiszowe; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara; Janick Gers - gitara; Nicko McBrain - perkusja
Producent: Kevin Shirley i Steve Harris