31 lipca 2012

[Recenzja] Scorpions - "Taken by Force" (1977)



"Taken by Force" to pierwszy studyjny album Scorpions z perkusistą Hermanem Rarebellem, a zarazem ostatni, na którym zagrał Uli Jon Roth. Gitarzysta chciał pozostać przy dotychczasowej stylistyce, podczas gdy Klaus Meine i Rudolf Schenker dążyli do bardziej komercyjnego grania, co uniemożliwiło im dalszą współpracę. Jak wiele zespół przez to stracił, pokazują kolejne albumy zespołu. Roth był przecież nie tylko dobrym gitarzystą, ale także najlepszym kompozytorem w zespole. Również na "Taken by Force" dostarczył kilka kompozycji, będących mocnymi punktami albumu (w przeciwieństwie do poprzednich albumów, nie zaśpiewał w żadnej z nich): energetyczny "I've Got to Be Free", z bardzo hendrixowskimi, nieco funkowymi zagrywkami na gitarze; ciężki "The Sails of Charon", z jednymi z jego najlepszych solówek i riffów; oraz przebojowy "Your Light", oparty na funkowym rytmie.

Z kompozycji Schenkera najlepsze wrażenie sprawia "We'll Burn the Sky" (z tekstem Moniki Dannemann - ostatniej dziewczyny Jimiego Hendrixa, z którą w tamtym czasie związał się Roth), czyli jedna z najlepszych ballad zespołu, z bardzo zgrabną melodią i dobrą solówką Rotha. Choć w wersji studyjnej razi nieco płaczliwy śpiew Meine'a. Dość ciekawie wypada nieco dziwny "The Riot of Your Time", a "He's a Woman - She's a Man" wyróżnia się jednym z najbardziej charakterystycznych riffów Rudolfa i sporym ciężarem, lecz razi topornością i irytującą partią wokalną. Kiepsko wypada otwierający album "Steamrock Fever" z tandetnym refrenem z doklejonymi odgłosami publiczności. Najsłabiej wypada jednak zakończenie, w postaci nudnej, mdłej i pretensjonalnej ballady "Born to Touch Your Feelings".

Ogólnie jednak "Taken by Force" pozostawia raczej pozytywne wrażenie. Choć nie brakuje tu słabszych momentów, całość jest nieco równiejsza od poprzednich albumów Scorpions z Rothem, słabsze momenty nie są aż tak tragiczne, a te lepsze są wyjątkowo udane. 

Ocena: 7/10



Scorpions - "Taken by Force" (1977)

1. Steamrock Fever; 2. We'll Burn the Sky; 3. I've Got to Be Free; 4. The Riot of Your Time; 5. The Sails of Charon; 6. Your Light; 7. He's a Woman - She's a Man; 8. Born to Touch Your Feelings

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Uli Jon Roth - gitara; Francis Buchholz - bass; Herman Rarebell - perkusja
Producent: Dieter Dierks


Po prawej: ocenzurowana wersja okładki.


29 lipca 2012

[Recenzja] Scorpions - "Virgin Killer" (1976)



Album "Virgin Killer" pamiętany jest głównie za sprawą swojej kontrowersyjnej okładki, która w połączeniu z tytułem nabiera jeszcze bardziej perwersyjnego charakteru. Choć zdaniem muzyków tytułowym zabójcą dziewic jest czas, a okładka została narzucona przez wydawcę. RCA poszło na całość - mówił w jednym z wywiadów Klaus Meine. Dzisiaj, kiedy myślisz o dziecięcej pornografii, nigdy byś czegoś takiego nie zrobił. Nie robiliśmy tego [jednak] z myślą o pornografii, lecz o sztuce. Ale firma płytowa popchnęła nas w taką stronę, bo świadomie chciała wywołać kontrowersje. Miało to pomóc w sprzedaży albumu. W wielu krajach album ukazał się z zupełnie inną okładką, przedstawiającą muzyków w pozach sprawiających wrażenie świętowania z radości, że ominęły ich konsekwencje za oryginalny projekt. Sprawa odżyła jednak w XXI wieku, gdy brytyjska organizacja Internet Watch Foundation wymusiła zablokowanie artykułu o albumie na Wikipedii (przywrócono go jednak po kilku dniach), a FBI postanowiło przesłuchać członków zespołu.

Pod względem muzycznym jest natomiast całkiem konwencjonalnie. Zespół kontynuuje drogę obraną na dwóch poprzednich longplayach, robiąc kolejny krok w stronę mega-komercyjnego grania, jakie przyniesie mu sławę już trzy lata później. Ewidentnie świadczy o tym pierwsza strona winylowego wydania, skomponowana głównie przez Meine'a i Rudolfa Schenkera. Kawałki "Catch Your Train" i "Backstage Queen" to zwykła sztampa, a ballada "In Your Park", choć nawet ładna melodycznie, razi naiwnością. Nieco lepiej prezentuje się energetyczny "Pictured Life", w którego skomponowaniu pomógł Uli Jon Roth. Ale już napisany wyłącznie przez niego tytułowy "Virgin Killer" wypada dość nijako muzycznie, zaś wokal Klausa brzmi jak autoparodia. Jest jednak jeszcze druga strona, pokazująca zespół od znacznie lepszej, mniej komercyjnej strony. Aż trzy z tych czterech utworów zostały skomponowane przez Rotha. Energetyczny "Hell-Cat" (w którym partia wokalna Uliego momentami ociera się o rap), nieco psychodeliczny "Polar Nights", oraz całkiem zgrabna i nastrojowa ballada "Yellow Raven" (z mocniejszym zakończeniem) przypominają o jego fascynacji Jimim Hendrixem. Nawet kolejna kompozycja spółki Meine/Schenker, "Crying Days", wypada całkiem dobrze - to kolejna ballada, ale zamiast lukru, tym razem otrzymujemy dość ciężkie brzmienie i nawet ciekawy klimat.

"Virgin Killer" to album bardzo nierówny, w najgorszych momentach brzmiący bardzo naiwnie i tandetnie, ale w tych lepszych naprawdę udany. Jako całość przekonuje bardziej od poprzednika, ale to wciąż tylko przeciętne hardrockowe wydawnictwo, jakich w tamtym czasie ukazywało się całe mnóstwo - i lepszych, i gorszych, ale podobnie jak "Virgin Killer", nic już do tego stylu nie wnoszących.

Ocena: 6/10



Scorpions - "Virgin Killer" (1976)

1. Pictured Life; 2. Catch Your Train; 3. In Your Park, 4. Backstage Queen; 5. Virgin Killer; 6. Hell-Cat; 7. Crying Days; 8. Polar Nights; 9. Yellow Raven

Skład: Klaus Meine - wokal (1-5,7,9); Rudolf Schenker - gitara, dodatkowy wokal; Uli Jon Roth - gitara, wokal (6,8), dodatkowy wokal; Francis Buchholz - bass; Rudy Lenners - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Achim Kirschning - instr. klawiszowe
Producent: Dieter Dierks

Po prawej: ocenzurowana wersja okładki.


27 lipca 2012

[Recenzja] Scorpions - "In Trance" (1975)



Na okładce "In Trance", trzeciego albumu Scorpions, po raz pierwszy pojawiło się charakterystyczne logo grupy. Natomiast zdobiące ją zdjęcie wyznaczyło standard dla kolejnych wydawnictw grupy, które - zgodnie z zamysłem wydawcy - miały przyciągać uwagę kontrowersyjnymi grafikami. W Stanach okładka została ocenzurowana, co również stało się swego rodzaju tradycją. Co jednak najważniejsze, sama muzyka także okazała się drogowskazem dla dalszych poczynań Scorpions. Muzycy zdecydowanie odcięli się od swoich korzeni, decydując się na granie prostych, melodyjnych piosenek.

Ale przede wszystkim, właśnie na tym albumie zespół zaczął się specjalizować w balladach, które zajmują równo połowę wydawnictwa. Kompozycja tytułowa, z łagodnymi zwrotkami i zaostrzonym, chwytliwym refrenem, stała się wzorem, który muzycy do znudzenia powielali na swoich kolejnych longplayach. Choć utwór brzmi nieco sztampowo i nieporadnie, jest jednym z ciekawszych momentów "In Trance". Bardzo ładnym i zgrabnym utworem jest natomiast kolejna ballada, "Life's Like a River". To w ogóle jedna z najlepszych kompozycji grupy, a bardzo niedoceniana. Ciekawie wypada też klimatyczna "Evening Wind", odchodząca od piosenkowej struktury. "Living and Dying" jest już bardziej toporna, a finałowa, instrumentalna "Night Lights" brzmi strasznie naiwnie i kiczowato.

Jeśli chodzi o bardziej dynamiczne kawałki, to nie bardzo jest co chwalić. Otwierający całość "Dark Lady" pod względem instrumentalnym jest kompletnie nijaki, a wokalny duet Meine'a i Rotha jest naprawdę fatalny. "Top of the Bill", mimo ciężkiego, charakterystycznego riffu, wypada strasznie infantylnie. Choć jeśli chodzi o infantylność, to bezkonkurencyjny jest "Robot Man". To dla mnie niepojęte, że zespół, który jeszcze rok wcześniej wykazywał pewne artystyczne ambicje, nagle zaczął grać tak naiwną muzykę. W "Longing for Fire" na pewno nie jest poważniej, ale dość przyjemnie, za sprawą wyraźnego, pulsującego basu. "Sun in My Hand" jest natomiast kolejną, po "Drifting Sun" z poprzedniego albumu, próbą Rotha grania w stylu Jimiego Hendrixa. I znów zespół zrobił krok wstecz, bo utwór jest po prostu nieudolny.

Trudno uwierzyć, że "In Trance" to album nagrany po "Lonesome Crow" i "Fly to the Rainbow". Brzmi raczej jak demo jakiegoś amatorskiego zespołu, który dopiero uczy się jak komponować i grać na instrumentach. Zdarzają się tutaj pewne przebłyski, ale w większości jest to bardzo kiepski album.

Ocena: 5/10



Scorpions - "In Trance" (1975)

1. Dark Lady; 2. In Trance; 3. Life's Like a River; 4. Top of the Bill; 5. Living and Dying; 6. Robot Man; 7. Evening Wind; 8. Sun in My Hand; 9. Longing for Fire; 10. Night Lights

Skład: Klaus Meine - wokal (1-7,9); Uli Jon Roth - gitara, wokal (1,8); Rudolf Schenker - gitara; Francis Buchholz - bass; Rudy Lenners - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Achim Kirschning - instr. klawiszowe
Producent: Dieter Dierks

Po prawej: okładka wydania amerykańskiego.


26 lipca 2012

[Recenzja] Scorpions - "Fly to the Rainbow" (1974)



Kariera grupy Scorpions zaczęła się naprawdę dobrze. Debiutancki album "Lonesome Crow" pokazał zespół od dość ambitnej strony. Niestety, jego dalsza działalność to stopniowe obniżanie lotów. Wszystko zaczęło się sypać wkrótce po premierze debiutu. Najpierw posypał się skład. Odejście perkusisty Wolfganga Dziony'ego nie było wielką stratą; szybko znaleziono następcę, którym został Joe Wyman. O wiele boleśniejsza była strata Michaela Schenkera - gitarzysty, który miał największy wpływ na charakter i jakość pierwszego longplaya. Jego talent i umiejętności daleko wyprzedzały pozostałych muzyków. Nic więc dziwnego, że wykorzystał szansę, jaka nadarzyła się podczas wspólnych koncertów z brytyjską grupą UFO. Zespół przyjechał do Niemiec w niepełnym składzie, gdyż gitarzysta Bernie Marsden (później członek Whitesnake) zgubił swój paszport. Pozostali muzycy zostali zmuszeni wypożyczać gitarzystę od swojego supportu. I tak zachwycili się jego grą, że zaproponowali mu stały etat. Młody Schenker zdecydował się wykorzystać szansę. Było to równoznaczne z końcem Scorpions.

Przynajmniej tak się wtedy wydawało. Niedługo potem Rudolf Schenker i Klaus Meine dołączyli do grupy Dawn Road, którą dotychczas tworzyli: śpiewający gitarzysta Uli Jon Roth, basista Francis Buchholz, perkusista Jürgen Rosenthal i klawiszowiec Achim Kirschning (ten ostatni wkrótce został zdegradowany do roli gościa). Muzycy szybko doszli do wniosku, że zamiast zaczynać od podstaw pod nieznaną nazwą, lepiej przybrać szyld mający już pewną rozpoznawalność. Tak odrodziła się grupa Scorpions. Choć tak naprawdę był to już zupełnie inny zespół. Nie tylko ze względu na skład, ale przede wszystkim na samą muzykę. Wydany pod koniec 1974 roku album "Fly to the Rainbow" nie przypomina swojego poprzednika. Zamiast dość luźnych, w znacznym stopniu opartych na improwizacji utworów, znalazły się na nim bardzo konwencjonalne kawałki o wyraźnych, piosenkowych strukturach. Już na otwarcie pojawia się bardzo prosty "Speedy's Coming". Kawałek nie jest zbyt wyszukany, ale nadrabia energią i melodycznością. Solówki Rotha są całkiem przyzwoite, a w tle przyjemnie pulsuje bas Buchholza. Zwraca uwagę śpiew Meine'a - znacznie pewniejszy niż na debiucie. 

"Fly to the Rainbow" jest dość różnorodnym albumem. Drugi na trackliście "They Need a Million", rozpoczęty akustycznie, a potem nabierający ciężaru, brzmi jak połączenie hard rocka i... muzyki ludowej (drugą część śpiewa Rudolf Schenker, ale efekt lepiej pominąć milczeniem). Z kolei "Drifting Sun", kompozycja Rotha, przez niego zaśpiewana (z pomocą Meine'a i Schenkera), jest wyraźnym wyrazem jego uwielbienia dla Jimiego Hendrixa. Nieźle wypada zasadnicza część utworu, z solidną gitarową robotą, gdy jednak muzycy próbują grać bardziej psychodelicznie w środkowej części, robi się po prostu nudno. Rothowi jednak daleko do Hendrixa. "Fly People Fly" jest natomiast pierwszym podejściem Meine'a i Schenkera do napisania rockowej ballady. Na szczęście obyło się bez słodzenia i kiczu, jest za to odpowiednia dawka ciężaru i dość dobra, choć monotonna gra instrumentalistów. Przyczepić można się natomiast do partii wokalnej - Klaus popada tu w nieco płaczliwą manierę, będącą zresztą mankamentem także w wielu późniejszych balladach grupy.

Dużo lepiej wypada druga strona winylowego wydania. Już na otwarcie pojawia się zaskakująco porywający "This Is My Song" - bardzo energetyczny kawałek, oparty na wyrazistym, pulsującym basie i gitarowych unisonach kojarzących z Wishbone Ash, a do tego posiadający naprawdę chwytliwą partię wokalną. To zdecydowanie jeden z najlepszych i zarazem najbardziej niedocenionych utworów Scorpions. Dwa kolejne utwory, co ciekawe, powstały przy kompozytorskiej pomocy Michaela Schenkera. Gitarzysta chciał w ten sposób wynagrodzić grupie swoje odejście. "Far Away" rozpoczyna się bardzo subtelnie, wręcz onirycznie, aby po chwili nabrać hardrockowego brzmienia i... niemal reggae'owej rytmiki. Znacznie ciekawiej wypada finał albumu, w postaci tytułowego "Fly to the Rainbow". To prawie dziesięciominutowa kompozycja, składająca się z trzech części: zgrabnego akustycznego początku, hardrockowego, przebojowego środka (znów z unisonami a'la Wishbone Ash), oraz psychodelicznego zakończenia (znów z podrabianiem Hendrixa przez Rotha). Poszczególne części, choć tak różne, tworzą ciekawą całość, która stanowi doskonałe podsumowanie całego albumu.

"Fly to the Rainbow" to wyraźny zwrot Scorpions w stronę prostszego, bardziej komercyjnego grania. Jest tu kilka niezłych utworów, ale całość wydaje się niezbyt spójna i nie do końca dopracowana. Zespół wciąż jeszcze szukał odpowiedniego dla siebie stylu, stąd tak wiele tutaj podobieństw do innych wykonawców. Paradoksalnie, to właśnie momenty, w których muzycy naśladują Wishbone Ash lub Hendrixa, są tutaj najbardziej udane.

Ocena: 6/10



Scorpions - "Fly to the Rainbow" (1974)

1. Speedy's Coming; 2. They Need a Million; 3. Drifting Sun; 4. Fly People Fly; 5. This Is My Song; 6. Far Away; 7. Fly to the Rainbow

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara, wokal (2,3); Uli Jon Roth - gitara, wokal (3,7); Francis Buchholz - bass; Jürgen Rosenthal - perkusja
Gościnnie: Achim Kirschning - instr. klawiszowe
Producent: Frank Bornemann


25 lipca 2012

[Recenzja] Scorpions - "Lonesome Crow" (1972)



Niemiecka grupa Scorpions kojarzona jest dziś przede wszystkim jako twórcy kiczowatych ballad i sztampowego hard rocka. Jakież musi być zdziwienie osób znających tylko takie wcielenie zespołu, gdy po raz pierwszy sięgają po debiutancki album "Lonesome Crow". Zespół wykonywał wówczas zdecydowanie ciekawszą i bardziej ambitną muzykę. Niektórzy nawet zaliczają ten longplay do tzw. krautrocka (co dosłownie znaczy "szwabski rock") - specyficznej, eksperymentalnej odmiany rocka progresywnego, granej głównie przez Niemców. Sam zespół odcinał się jednak od sceny krautrockowej. I słusznie, bowiem zawartej tutaj muzyce zdecydowanie bliżej do brytyjskiego hard rocka, choć pewne wpływy rocka progresywnego też są słyszalne. Takie to były czasy - muzycy mieszali ze sobą różne gatunki, próbując z nich stworzyć własny styl, dzięki czemu ówczesna muzyka jest tak różnorodna i wspaniała.

W nagraniu albumu uczestniczyli: wokalista Klaus Meine, gitarzysta rytmiczny Rudolf Schenker (obaj występują w zespole do dzisiaj), gitarzysta solowy Michael Schenker, basista Lothar Heimberg, oraz perkusista Wolfgang Dziony. Zawarte tutaj utwory charakteryzują się dość swobodnymi strukturami, zdają się opierać częściowo na improwizacji, podczas których błyszczy przede wszystkim młodszy z braci Schenkerów, wówczas zaledwie 17-letni Michael. Jego świetnym solówkom towarzyszy fantastyczna, wyrazista gra sekcji rytmicznej, podczas gdy proste partie rytmiczne Rudolfa zwykle pełnią rolę tła. W porównaniu z późniejszymi albumami zwraca uwaga mniejsza ilość partii wokalnych - Meine śpiewa zwykle po kilka wersów, a w jego głosie słychać brak pewności siebie, co było zapewne spowodowane słabą znajomością języka angielskiego (na szczęście zespół nie zdecydował się na teksty po niemiecku).

Pierwszy utwór, "I'm Goin' Mad", rozpoczyna się perkusyjnym wstępem, a pozostali instrumentaliści dołączają stopniowo. Ich gra i brzmienie wywołuje skojarzenia z wczesnym Deep Purple. Partia wokalna - częściowo mówiona, częściowo wykrzyczana - pojawia się dopiero w drugiej połowie kawałka. Dla odmiany, w energetycznym "It All Depends" krótka, już bardziej melodyjna, partia Meine'a pojawia się niemal od razu, a reszta utworu to instrumentalny jam, trochę w stylu Black Sabbath z pierwszego albumu. Bardziej progresywnie i lekko psychodelicznie robi się w łagodniejszym "Leave Me". Pod względem aranżacyjnym jednym z najciekawszych momentów albumu jest "In Search of the Peace of Mind", w którym zespół kilkakrotnie zmienia nastrój i tempo. Dość zróżnicowany pod tym względem jest także kolejny utwór, "Inheritance". Od lepszej strony pokazuje się tu Meine, który w końcu śpiewa z nieco większą pewnością. Energetyczny "Action" to z kolei przede wszystkim świetny popis basisty - całość została zbudowana wokół jego swingowej partii. Wszystkie te kawałki bladną jednak w cieniu potężnej, trzynastominutowej kompozycji tytułowej. Wszystko, co najlepsze w poprzednich utworach, pojawia się tutaj w jeszcze lepszej odsłonie. Dodatkowo, słychać wyraźny wpływ Pink Floyd i jego eksperymentów z muzyką konkretną. Zespół nigdy później nie nagrał już niczego równie niesamowitego.

Świetna gra instrumentalistów i niepopadające w hardrockową sztampę kompozycję, czynią debiutancki album Scorpions jego najciekawszym i najbardziej wartościowym dziełem. Pozostaje tylko żałować, że zespół już nigdy nie nagrał niczego podobnego, ani nigdy nie osiągnął równie wysokiego poziomu. Tak to już jest, gdy pragnienie osiągnięcia sukcesu przysłania artystyczne wartości.

Warto jednak zauważyć, że zachwyty nad tym albumem wynikają głównie z porównań z późniejszą twórczością Scorpions. Jeśli jednak przyjąć szerszą perspektywę, tzn. porównać go z twórczością czołowych grup brytyjskich, to zawarta na nim muzyka okazuje się bardzo wtórna i spóźniona o dobre dwa lata, ale przede wszystkim słabsza zarówno w kwestii kompozycji, jak i wykonania. Z drugiej strony, wcale nie ma aż tak wielu lepszych albumów hardrockowych od tego. W grę wchodzi po kilka albumów Black Sabbath, Led Zeppelin i Deep Purple, oraz pojedyncze longplaye paru innych grup. Dlatego poniższa ocena jest nieco naciągana, ale w choć trochę usprawiedliwiona.

Ocena: 8/10



Scorpions - "Lonesome Crow" (1972)

1. I'm Goin' Mad; 2. It All Depends; 3. Leave Me; 4. In Search of the Peace of Mind; 5. Inheritance; 6. Action; 7. Lonesome Crow

Skład: Klaus Meine - wokal; Michael Schenker - gitara; Rudolf Schenker - gitara; Lothar Heimberg - bass; Wolfgang Dziony - perkusja
Producent: Conny Plank


Po prawej: okładka brytyjskiej reedycji z 1982 roku.


23 lipca 2012

[Recenzja] Angel Witch - "Angel Witch" (1980)




Pod koniec lat 70. w Wielkiej Brytanii został zapoczątkowany nurt zwany Nową Falą Brytyjskiego Heavy Metalu (NWOBHM). Młodzi muzycy, wychowani na takich zespołach, jak Black Sabbath, Deep Purple, Led Zeppelin, UFO czy Judas Priest, postanowili przeciwstawić się rosnącej popularności punk rocka, grając w stylu swoich idoli. Ponieważ jednak zwykle nie byli zbyt dobrymi instrumentalistami, ani nie było ich stać na dobry sprzęt, grana przez nich muzyka była znacznie bardziej surowa, prostsza i mniej różnorodna, ale także agresywniejsza. W ten sposób narodził się styl, zwany od tamtej pory heavy metalem (tego określenia używano już wcześniej, ale stosowano go zamiennie z hard rockiem - nie istniało konkretne rozdzielenie tych pojęć). Do najbardziej znanych grup wywodzących się z tego nurtu należą Iron Maiden i Saxon, a także Def Leppard, który szybko poszedł w bardziej popowym kierunku, oraz Venom, który zawsze stał na uboczu sceny, grając bardziej brutalną muzykę. Innym grupom nie udało się zyskać takiej popularności, choć część z nich posiadała spory potencjał, żeby wspomnieć tylko o Diamond Head, czy Angel Witch.

Drugi z tych zespołów niedawno wrócił z nowym, czwartym albumem studyjnym, "As Above, So Below" - pierwszym od ponad ćwierć wieku. Choć z oryginalnego składu pozostał jedynie śpiewający gitarzysta Kevin Heybourne, zespół dość udanie nawiązał na nim do swoich korzeni (zresztą co najmniej połowa materiału została skomponowana jeszcze w latach 80.). Cofnijmy się jednak w czasie, do 1980 roku, gdy ukazał się debiutancki, eponimiczny album Angel Witch. W chwili wydania praktycznie niezauważony, dziś będący pozycją kultową. Zespół zaprezentował na nim muzykę będącą mieszanką stylów Black Sabbath i Judas Priest, z lekkimi wpływami innych zespołów w niektórych utworach. Dominują energetyczne, szybkie i ostre kawałki, z chwytliwymi, choć nieco sztampowymi melodiami (np. "Angel Witch", "White Witch", "Confused", "Gorgon"), na szczęście tylko raz zespół popada w przesadny kicz (w singlowym "Sweet Danger"). Jak na swoją stylistykę, album jest dość urozmaicony. Ciekawym fragmentem jest "Sorcerers", łączący łagodniejsze zwrotki z sabbathowym ciężarem w refrenach, oraz szybszą drugą częścią, zakończoną niemal purplową solówką na organach. Albo "Free Man" - klasycznie hardrockowa ballada ze zgrabną melodią i świetnymi partiami basu. A także instrumentalny "Devil's Tower", który w spokojniejszych momentach przypomina miniaturki Tony'ego Iommiego.

"Angel Witch" to jeden z najlepszych heavymetalowych albumów, jakie poznałem. Muzykom nie można odmówić niezłych, jak na ten styl, umiejętności, choć nieco słabiej jest pod względem wokalnym, a i kompozycje nie są wybitne (choć czasem naprawdę dobre, jak w przypadku "Free Man"). Zespół w latach 80. wydał jeszcze dwa albumy, ale żaden z nich nie zbliżył się do poziomu debiutu.

Ocena: 7/10



Angel Witch - "Angel Witch" (1980)

1. Angel Witch; 2. Atlantis; 3. White Witch; 4. Confused; 5. Sorcerers; 6. Gorgon; 7. Sweet Danger; 8. Free Man; 9. Angel of Death; 10. Devil's Tower

Skład: Kevin Heybourne - wokal i gitara; Kevin Riddles - bass i instr. klawiszowe; Dave Hogg - perkusja
Producent: Martin Smith


22 lipca 2012

[Recenzja] Paul Stenning - "Iron Maiden: Historia Żelaznej Dziewicy" (2011)

Tym razem, dla odmiany, recenzja książki. Z reguły nie czytam tego typu publikacji, czyli książkowych biografii zespołów. Jednak jako wielki fan Iron Maiden sięgnąłem po "Historię Żelaznej Dziewicy", tym bardziej, że była zachwalana przez innych recenzentów. Chyba aż nadto zachwalana.

Jej autorem jest Paul Stenning - dziennikarz muzyczny, współpracujący chociażby z magazynem "Metal Hammer". Książkę pisał jednak z perspektywy fana, co niekoniecznie wyszło na dobre. Przeszkadza brak dystansu i choćby pozornego obiektywizmu. W książce aż roi się od bardzo kontrowersyjnych poglądów. Chociaż wpływ Iron Maiden na scenę metalową bez wątpienia był ogromny, to autor próbuje go jeszcze bardziej zwiększyć, umniejszając tym samym zasługi innych zespołów, równie ważnych - a nawet ważniejszych - dla tego nurtu: Epicki rozmach nowych kompozycji [z albumu "The Number of the Beast"] przypominał wczesne nagrania Black Sabbath, tyle że w dziesięciokrotnym powiększeniu (zarówno pod względem rozmiarów, jak i jakości). Na tej samej stronie udowadnia zresztą, że o twórczości Black Sabbath nie ma zielonego pojęcia. Po zacytowaniu wypowiedzi Bruce'a Dickinsona przyznającego, że "Children of the Damned" był inspirowany sabbathowym "Children of the Sea", Stenning porównuje wokalistę Ironów z Ozzym Osbournem (oczywiście na korzyść pierwszego). Tymczasem każdy wielbiciel heavy metalu wie, że we wspomnianym kawału Sabbath nie śpiewa Osbourne, a znacznie bardziej utalentowany Ronnie James Dio.

W innym miejscu można przeczytać, że gdyby nie wznowienia płyt Iron Maiden, wytwórnia EMI nie utrzymałaby się na rynku. Tymczasem ma ona w swoim katalogu także takich wykonawców, jak The Beatles, Pink Floyd czy - z rzeczy bliższych Ironów - Deep Purple. Autor często wykazuje też braki w wiedzy na temat zespołu o którym pisze, czym już całkiem się ośmiesza. Przykładowo, według niego "Gangland" jest utworem instrumentalnym (nie zna płyty, którą przez kilka stron zachwala?), w Iron Maiden perkusista nigdy nie brał udziału w procesie tworzenia piosenek (Clive Burr jest współautorem "Gangland" i "Total Eclipse", natomiast Nicko McBrain -  "New Frontier"), a na "Live After Death" trafiły wyłącznie utwory zarejestrowane w kalifornijskim Long Beach Arena (1/4 albumu to nagrania z londyńskiego Hammersmith Odeon).

Z drugiej strony, książka jest napisana w taki sposób, że czyta się ją szybko i z zaciekawieniem. Najcenniejsze są w niej oczywiście wypowiedzi muzyków oraz osób związanych z zespołem, obecne niemal na każdej stronie. Chociaż tutaj Stenning aż przesadził - czy naprawdę konieczne było zajmowanie dwóch stron wywiadem z niejaką Lauren Roberts, odpowiedzialną za zaopatrzenie zespołu w żywność na trasie promującej "Dance of Death"? Nie bardzo. Wracając jednak do pozytywów, autor stara się jak najdokładniej omówić każdy okres w działalności zespołu, poświęcając po jednym rozdziale na każdy album, ale pisze też dużo o początkach grupy. Są nawet osobne rozdziały o solowej działalności Bruce'a i jego epizodzie w grupie Samson. Kolejny plus za umieszczenie dokładnej dyskografii, reprodukcji okładek i kilku (szkoda, że nie więcej) zdjęć.

Oryginalna wersja "Thirty Years of the Beast" została wydana w 2006 roku, a od tamtego czasu sporo się wydarzyło w obozie Iron Maiden. Dlatego też na uznanie zasługuje polski wydawca, firma In Rock, za dodatkowy rozdział (autorstwa Roberta Filipowskiego, dziennikarza związanego z miesięcznikiem Teraz Rock), poświęcony albumom "A Matter of Life and Death" i "The Final Frontier", oraz trasie Somewhere Back on Tour i dokumentującej ją koncertówce "Flight 666".



Paul Stenning - "Iron Maiden: Historia Żelaznej Dziewicy" (2011)

Tytuł oryginału: "Iron Maiden: Thirty Years of the Beast"
Rok wydania oryginału: 2006
Tłumaczenie: Marek S. Fog


19 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "The Final Frontier" (2010)



Początek albumu jest dość zaskakujący. Pierwsza, w większości instrumentalna połowa "Satellite 15... The Final Frontier", z przesterowanym, pulsującym basem i zgrzytliwymi gitarami, w ogóle nie brzmi jak utwór Iron Maiden. Druga, bardziej dynamiczna i melodyjna połowa też nie jest szczególnie typowa - przypomina raczej przebojowy hard rock z lat 70., niż charakterystyczne dla grupy metalowe galopady. Niestety, ten podwójny utwór to tylko zmyłka - reszta albumu jest już do bólu przewidywalna. Kilka kolejnych kawałków to już sztampowe galopady, niezbyt zresztą interesujące pod względem melodycznym ("El Dorado", "Mother of Mercy", "The Alchemist"). Nieco lepiej wypada półballadowy "Coming Home" (kojarzący się z "Out of the Shadows" z poprzedniego albumu), który akurat wyróżnia się całkiem niezłą melodią.

Na drugą połowę albumu składają się same długie utwory, o średniej długości wynoszącej dziewięć minut. Zespół w charakterystyczny dla siebie sposób niemiłosiernie powtarza te same motywy, co ma sprawiać wrażenie progresywności, a jedynie męczy. Szkoda, bo w niektóre z tych utworów mają nawet fajne melodie i gdy ich tak nie porozciągano, byłyby naprawdę mocnymi punktami tego albumu (np. "The Talisman", "Isle of Avalon"). Jest jednak jeden wyjątek. Najdłuższy na płycie "When the Wild Wind Blows" wyróżnia się naprawdę świetną melodią, a w warstwie muzycznej cały czas się coś dzieje - zamiast bezmyślnego powtarzania tych samych motywów, mamy tutaj płynne przechodzenie do kolejnych części. W chwili wydania albumu, słuchałem tego utworu na okrągło i w ogóle mnie nie nudził. Wciąż uważam go za jedną z najlepszych kompozycji zespołu.

"The Final Frontier" jest albumem bardzo nierównym. Za dużo tu niepotrzebnego przeciągania, zbyt wiele nijakości, ale jest też parę niezłych pomysłów i chyba najwięcej dobrych melodii z czterech najnowszych albumów zespołu.

Ocena: 6/10



Iron Maiden - "The Final Frontier" (2010)

1. Satellite 15... The Final Frontier; 2. El Dorado; 3. Mother of Mercy; 4. Coming Home; 5. The Alchemist; 6. Isle of Avalon; 7. Starblind; 8. The Talisman; 9. The Man Who Would Be King; 10. When the Wild Wind Blows

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara; Janick Gers - gitara; Steve Harris - bass, instr. klawiszowe; Nicko McBrain - perkusja
Producent: Kevin Shirley i Steve Harris


18 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "A Matter of Life and Death" (2006)



Oceniając "A Matter of Life and Death" z perspektywy czasu, można stwierdzić, że to jedna z mniej istotnych pozycji w dyskografii Iron Maiden. Żaden pochodzący z niej utwór nie wszedł na stałe do koncertowej setlisty (mimo że na trasie promującej grane były wszystkie). Wśród fanów też nie cieszy się szczególnym uwielbieniem. Może dlatego, że jest to nieco bardziej ponury materiał niż zwykle - pod tym względem można postawić go w jednym rzędzie wyłącznie z posępnym "The X Factor". Podobnie jak na tamtym albumie, tematyka tekstów dotyczy głównie wojny i religii, całość ma raczej pesymistyczny wydźwięk. Niewątpliwie jednak można wskazać tu również parę pozytywów. W porównaniu z poprzednim "Dance of Death", na pewno lepsze jest brzmienie - nieco cięższe, bardziej naturalne (podobno całkowicie zrezygnowano z masteringu). Całość jest też równiejsza od kilku poprzednich albumów.

To ostatnie działa też jednak trochę na niekorzyść albumu. Znalazło się na nim dziesięć dość długich (zwykle ponad siedmiominutowych), zwykle solidnych utworów, z których żaden się nie wyróżnia, przez co całość jest raczej monotonna i bezbarwna. Zdecydowanie najciekawsze są tutaj spokojne wstępy niektórych kawałków (np. "The Reincarnation of Benjamin Breeg", "For the Greater Good of God", a zwłaszcza "The Legacy", który brzmi jak dzieło jakiejś progresywnej grupy z lat 70.), gdy jednak się rozkręcają i nabierają ciężaru - robi się zbyt przewidywalnie i nudno. Zespół powtarza tylko ograne patenty, jak galopady, biesiadowanie i wokalne górki. Podobnie jest zresztą w innych utworach. Chociażby "These Colours Don't Run", w którym znów pojawiają się te paskudne, uwielbiane przez zespół rycerskie zaśpiewy. Nie można też zapomnieć o podstawowym problemie - zbyt częstym powtarzaniu tych samych motywów, co tylko niepotrzebnie wydłuża utwory. Najbardziej ucierpiał na tym "Brighter Than a Thousand Suns", w którym pojawia się parę niezłych motywów, ale po którymś z kolei powtórzeniu zaczynają nudzić. Zresztą dwa najfajniejsze utwory na tym albumie, to dwa najkrótsze, o najbardziej piosenkowej budowie i wyrazistych melodiach, czyli "Out of the Shadows" (fajnie wzbogacony gitarą akustyczną) i inspirowany twórczością Thin Lizzy "Different World".

Na "A Matter of Life and Death" słychać parę dobrych pomysłów, jednak zespół zwykle nie potrafi ciekawie ich rozwinąć, więc po prostu wraca do tego, w czym czuje się najlepiej - sztampowych metalowych galopad. Ogólnie jednak jest to całkiem solidny album, bez wielu irytujących momentów. Mogło być lepiej, ale przecież w przeszłości bywało znacznie gorzej.

Ocena: 6/10



Iron Maiden - "A Matter of Life and Death" (2006)

1. Different World; 2. These Colours Don't Run; 3. Brighter Than a Thousand Suns; 4. The Pilgrim; 5. The Longest Day; 6. Out of the Shadows; 7. The Reincarnation of Benjamin Breeg; 8. For the Greater Good of God; 9. Lord of Light; 10. The Legacy

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara; Janick Gers - gitara; Steve Harris - bass i instr. klawiszowe; Nicko McBrain - perkusja
Producent: Kevin Shirley i Steve Harris


17 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "The History of Iron Maiden, Part I: The Early Days" (2004)



"The Early Days" to obszerne, dwupłytowe wydawnictwo, zawierające wszystkie wizualne materiały na temat Iron Maiden z lat 1980-83 - w sumie cztery i pół godziny. Pierwszy dysk zawiera fragmenty trzech koncertów. Na początek występ z 21 grudnia 1980, zarejestrowany w londyńskim Rainbow Theatre. Materiał był już wcześniej wydany na pierwszej kasecie VHS zespołu, "Live at the Rainbow" (wydanej w maju 1981 roku). Oglądamy tu grupę w składzie jeszcze z wokalistą Paulem Di'Anno, ale już z gitarzystą Adrianem Smithem, który dołączył do zespołu już po wydaniu debiutanckiego longplaya "Iron Maiden". Po odtworzonym z taśmy intro "The Ides of March" grupa odgrywa dwa utwory z nadchodzącego albumu "Killers" (premiera w lutym '81): "Wrathchild" i tytułowy "Killers" - ten drugi jeszcze z innym tekstem. Następnie przechodzą do repertuaru z debiutu: "Remember Tomorrow", "Transylvania", "Phantom of the Opera" i "Iron Maiden". Muzycznie jest bez zarzutu, instrumentaliści grali wtedy z o wiele większym zaangażowaniem niż obecnie. Jedynie podczas "Phantom of the Opera" coś nie tak jest z brzmieniem perkusji. Najsłabszym ogniwem jest jednak Di'Anno, który już od pierwszego utworu ledwo daje radę śpiewać. Dobrze, że wkrótce potem wyleciał z grupy...

Podczas kolejnej rejestracji (wcześniej niepublikowanej) słuchamy już Bruce'a Dickinsona. Występ zatytułowany "Beast over Hammersmith" został zarejestrowany 20 marca 1982 roku - dwa dni przed premierą longplaya "The Number of the Beast", czyli pierwszego z nowym wokalistą. Z osiemnastu wykonanych wówczas utworów na DVD obecnych jest dziewięć - sześć z nadchodzącego albumu ("Run to the Hills", "Children of the Damned", "The Number of the Beast", "22 Acacia Avenue", "The Prisoner", "Hallowed Be Thy Name"), jeden odrzut z tegoż longplaya ("Total Eclipse"), oraz dwie starsze kompozycje ("Murders in the Rue Morgue" i "Iron Maiden"). Wykonania są bardzo żywiołowe i energetyczne, a tego co do grupy wniósł Dickinson nie da się przecenić - nie dość, że nie ma najmniejszych problemów ze śpiewaniem, to jeszcze w roli frontmana sprawdza się nieporównywalnie lepiej od statycznego Di'Anno.

Ostatni z przypomnianych na tej płycie występów, zatytułowany "Live at Dortmund", zarejestrowany został 18 grudnia 1983 roku. Zespół występował wówczas obok takich grup, jak Scorpions, Judas Priest czy zespół Ozzy'ego Osbourne'a, a całość była emitowana przez jedną z niemieckich stacji telewizyjnych. Niestety, taśmy z zapisem całego koncertu Żelaznej Dziewicy przepadły, pozostał tylko fragment wyświetlony w telewizji - nie można więc zobaczyć brutalnego wykonania utworu "Iron Maiden", podczas którego muzycy zabili swoją maskotkę, Eddiego. Reszta jednak też jest ekscytująca: występ rozpoczyna starszy "Sanctuary", następnie grupa wykonuje trzy nowości z albumu "Piece of Mind" ("The Trooper", "Revelations" - z Brucem grającym na gitarze - oraz "Flight of Icarus"), a na koniec tyle samo z "The Number of the Beast" ("22 Acacia Avenue", tytułowy i "Run to the Hills").

Drugi dysk to przede wszystkim nakręcony współcześnie 90-minutowy dokument "The History of Iron Maiden, Part I: The Early Days", pełen ciekawych wypowiedzi muzyków o początkowym okresie działalności. Reszta to już tylko dodatki, aczkolwiek równie interesujące. Jest wśród nich 20-minutowy telewizyjny dokument "20th Century Box" z 1981 roku, jak również trzy utwory zarejestrowane w 1980 roku dla muzycznych programów - dwa dla brytyjskiego Top of the Pops ("Running Free" i "Women in Uniform") oraz jeden dla niemieckiego Rock and Pop ("Running Free"). Oczywiście nie zabrakło regularnych teledysków ("Women in Uniform", "Run to the Hills", "The Number of the Beast", "Flight of Icarus", "The Trooper"). Całości dopełnia najstarsza (niestety amatorska) rejestracja wideo koncertu Iron Maiden, z 1980 roku w klubie Ruskin Arms - dziewięć utworów o łącznym czasie 45 minut (Sanctuary", "Wrathchild", "Prowler", "Remember Tomorrow", "Running Free", "Transylvania", "Another Life", "Phantom of the Opera", "Charlotte the Harlot).

Chyba nie trzeba dodawać, że "The Early Days" to obowiązkowe wydawnictwo dla każdego wielbiciela Iron Maiden. Bardzo cieszy, że na nim się nie skończyło i w 2005 roku do sklepów trafiła reedycja VHS "Live After Death", wzbogacona o drugą część dokumentu "The History of Iron Maiden", a także liczne ciekawe dodatki. Wszystko wskazuje na to, że seria będzie kontynuowana i już wkrótce można oczekiwać kolejnych części.

Ocena: 8/10



Iron Maiden - "The History of Iron Maiden, Part I: The Early Days" (2004)

DVD1: 1. Live at the RainbowThe Ides of March / Wrathchild / Killers / Remember Tomorrow / Transylvania / Phantom of the Opera / Iron Maiden; 2. Beast over HammersmithMurders in the Rue Morgue / Run to the Hills / Children of the Damned / The Number of the Beast / 22 Acacia Avenue / Total Eclipse / The Prisoner / Hallowed Be Thy Name / Iron Maiden; 3. Live in DortmundSanctuary / The Trooper / Revelations / Flight of Icarus / 22 Acacia Avenue / The Number of the Beast / Run to the Hills
DVD2: 1. The Early Days (documentary); 2. 20th Century Box (documentary); 3. TV appearances: Running Free / Women in Uniform / Running Free; 4. Live at the Ruskin ArmsSanctuary / Wrathchild / Prowler / Remember Tomorrow / Running Free / Transylvania / Another Life / Phantom of the Opera / Charlotte the Harlot; 5. Promo videosWomen in Uniform / Run to the Hills / The Number of the Beast / Flight of Icarus / The Trooper

Różne składy i producenci


[Artykuł] Rock in Peace: Jon Lord (1941-2012)

To pierwszy wpis na tym blogu z tak smutnego powodu. Jon Lord - wybitny klawiszowiec, współzałożyciel Deep Purple, pomysłodawca łączenia muzyki rockowej z klasyczną - zmarł 16 lipca, w wieku 71 lat.

Jon Lord.
Urodził się 9 czerwca 1941 roku w Leicester w Anglii. W wieku pięciu lat zaczął naukę gry na instrumentach klawiszowych. Zafascynowany rock and rollem porzucił konserwatorium. W 1964 roku zagrał gościnnie w słynnym hicie The Kinks, "You Really Got Me". Pierwszym poważniejszym zespołem w którym grał był istniejący w latach 1964-67 The Artwoods, z którym nagrał album "Art Gallery" (1966). W 1967 dołączył do projektu perkusisty Chrisa Curtisa nazwanego Roundabout, gdzie poznał gitarzystę Ritchiego Blackmore'a, z którym rok później założył Deep Purple. 

Jon Lord był jednym z pierwszych muzyków, którzy wpadli na pomysł łączenia rocka z muzyką klasyczną - zwłaszcza barokową. Już w 1969 roku wspólnie z Blackmorem skomponował pełen rozmachu utwór "April", nagrany z udziałem orkiestry symfonicznej.  Jeszcze większy rozmach miały koncerty, które odbyły się na przełomie lat 60. i 70. Zespół wraz z towarzyszeniem orkiestr (najpierw The Royal Philharmonic Orchestra, potem The Orchestra of Light Music Society) wykonywał autorskie utwory Lorda, "Concerto for a Group and Orchestra" oraz "The Gemini Suite". Współpraca z orkiestrą szybko zmęczyła pozostałych muzyków, którzy woleli grać cięższe rzeczy, więc Lord został zmuszony do kontynuowania swoich eksperymentów poza zespołem. Koncertowa rejestracja "Concerto for Group and Orchestra" została wydana już w 1969 roku, natomiast wykonanie "The Gemini Suite" na płycie ukazało się dopiero w 1998 roku.

Początek lat 70. był dla Deep Purple okresem największej popularności, zespół osiągnął też szczyt swoich twórczych możliwości na - zdecydowanie rockowych - albumach "In Rock", "Fireball" oraz "Machine Head" i koncertowym "Made in Japan", na którym najlepiej słychać wirtuozerię Lorda i pozostałych muzyków. Pomiędzy kolejnymi trasami i sesjami w studiu, klawiszowiec nagrywał także albumy solowe. Pierwszym był soundtrack "The Last Rebel" (1971), w nagraniu którego uczestniczył m.in. wokalista Tony Ashton, który pojawił się także na trzecim, "First of the Big Bands" (1974). W międzyczasie Lord nagrał studyjną wersję "The Gemini Suite" (1972), wraz z sekcją rytmiczną Deep Purple, Ianem Paice i Rogerem Gloverem.

Po zawieszeniu działalności Deep Purple w 1976, Lord wydał swój najpopularniejszy solowy album, "Sarabande", a rok później wraz z Paicem i Astonem nagrał "Malice in Wonderland" (sygnowany nazwą Paice, Ashton & Lord). W latach 1978-84 był członkiem Whitesnake, udzielał się także na płytach George'a Harrisona ("Gone Troppo", 1982), Cozy'ego Powella ("Octopuss", 1982) i Davida Gilmoura ("About Face", 1984). W 1982 roku wydał kolejny solowy album, "Before I Forget", a w 1984 dołączył do reaktywowanego Deep Purple, z którym grał nieprzerwanie do 2002 roku.

W kolejnych latach Jon Lord działał głównie solowo, ale koncertował i nagrywał też z grupą The Hoochie Coochie Men, często udzielał się także na płytach innych wykonawców - np. w zeszłym roku zagrał w utworze "Out of My Mind" projektu WhoCares, stworzonego przez Iana Gillana i Tony'ego Iommi. W ostatnim czasie pracował nad nową, studyjną wersją "Concerto for a Group and Orchestra", wraz z takimi muzykami, jak Bruce Dickinson, Steve Morse i Joe Bonamassa. Dzieło ma trafić do sklepów we wrześniu.

Muzyk od roku chorował na raka trzustki. Zmarł w wyniku zatoru tętnicy płucnej.


16 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "Dance of Death" (2003)



O ile album "Brave New World", mimo wszystkich swoich wad, jest powszechnie uznawany za jedno z największych dokonań Iron Maiden, tak wśród opinii na temat "Dance of Death" przeważają raczej negatywne. Już sama okładka zniechęca. Tak tandetnej komputerowej grafiki należałoby raczej spodziewać się na demo jakiejś amatorskiej grupy, niż na albumie jednej z największych żywych legend heavy metalu. Nawet jej twórca, David Patchett, był tak zniesmaczony ostatecznym efektem (który de facto był tylko projektem), że zabronił umieszczać swoje nazwisko w opisie albumu... Niestety, zawartość muzyczna również przynosi rozczarowanie. Od razu rzuca się w uszy nienajlepsze, jakby przytłumione brzmienie. Partie wokalne Bruce'a Dickinsona sprawiają wrażenie wymęczonych, natomiast pod względem muzycznym dostajemy rutynowe odgrywanie sprawdzonych patentów.

Same kompozycje są zwykle po prostu strasznie banalne, nijakie i bezbarwne (np. "Wildest Dreams", "Gates of Tomorrow", "New Frontier"), czasem chaotyczne ("Montsegur") lub po prostu irytujące ("No More Lies" z bezlitośnie powtarzanym tytułem, "Face in the Sand" z okropnym wokalem). Ciekawostką jest na pewno "Journeyman" - pierwszy utwór Iron Maiden zagrany całkowicie akustycznie. Świetny pomysł na urozmaicenie własnej twórczości (Dickinson chciał nagrać coś takiego już w 1986 roku), ale wykonanie już tak nie zachwyca - utwór jest po prostu mdły i zdecydowanie za długi. Ten ostatni problem dotyczy zresztą znacznej części albumu. Zdecydowanie brakuje tutaj konkretnych, energetycznych utworów z przebojowymi melodiami. Jeden "Rainmaker" nie załatwia sprawy. Zresztą gdzie mu tam do takich kawałków, jak np. "Wasted Years" czy "The Evil That Man Do", choć na tle tego albumu wypada całkiem przyzwoicie. Udanymi utworami są także tytułowy "Dance of Death" i "Paschendale", w których pojawia się parę niezłych melodii i motywów. Szkoda tylko, że oba zepsuto paskudnymi, pretensjonalnymi orkiestracjami z syntezatora.

"Dance of Death" to po prostu najsłabszy, najbardziej wymuszony album w dyskografii Iron Maiden.

Ocena: 4/10



Iron Maiden - "Dance of Death" (2003)

1. Wildest Dreams; 2. Rainmaker; 3. No More Lies; 4. Montsegur; 5. Dance of Death; 6. Gates of Tomorrow; 7. New Frontier; 8. Paschendale; 9. Face in the Sand; 10. Age of Innocence; 11. Journeyman

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara; Janick Gers - gitara; Steve Harris - bass i instr. klawiszowe; Nicko McBrain - perkusja
Producent: Kevin Shirley i Steve Harris


14 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "Brave New World" (2000)



Druga połowa lat 90. nie była dobrym okresem dla Iron Maiden. Odejście charyzmatycznego wokalisty Bruce'a Dickinsona i niefortunna decyzja zastąpienia go dysponującym znacznie mniejszą skalą Blazem Bayleyem, okazały się dla zespołu destrukcyjne. Sprzedaż płyt zmalała, a zespół nie mógł nadrobić strat koncertami - z powodu problemów z głosem Bayleya trzeba było odwoływać całe trasy. Mimo że na początku 1999 roku podjęto decyzję o odprawieniu wokalisty, szanse na powrót poprzedniego frontmana wydawały się znikome. Szczególnie biorąc pod uwagę, co obie strony mówiły o sobie mediom (Steve Harris twierdził np. że Bruce nagrałby album w stylu country, gdyby uznał, że takie coś się sprzeda; Dickinson krytykował zespół za granie ciągle tego samego). A jednak, już w marcu 1999 roku wydano zaskakujące i ekscytujące oświadczenie - Bruce Dickinson powrócił do Iron Maiden. Co więcej, wraz z nim wrócił także Adrian Smith (od kilku lat wspierający Dickinsona na jego solowych albumach). Tym samym, zespół stał się sekstetem, gdyż nikt nie chciał wyrzucać z zespołu Janicka Gersa (który dekadę wcześniej zastąpił Smitha). Odrodzony zespół wyruszył w krótką trasę, a następnie rozpoczął pracę nad nowym materiałem. W kwietniu 2000 roku "Brave New World" trafił do sklepów.

Nie będzie chyba przesadą, jeśli napiszę, że był to najbardziej wyczekiwany album zespołu w całej jego karierze. W końcu, po ośmioletnim kryzysie, nadeszła nadzieja na powrót do formy. A szansa, że nowy album podała oczekiwaniom, była naprawdę spora - zwłaszcza, ze zespół nigdy wcześniej nie miał tak mocnego składu. Przynajmniej jeżeli chodzi o kompozytorów: Dickinson i Smith napisali przecież w latach 80. wspólnie kilka przebojów, a na solowych albumach pierwszego z nich udowodnili, że wciąż są w tym nieźli; z kolei Gers był współtwórcą większości najlepszych utworów z ostatnich czterech albumów. Harris może i opuścił się w ostatnich latach jako kompozytor, ale tylko pod jednym utworem z tego albumu jest podpisany samodzielnie ("Blood Brothers"). Uaktywnił się za to nieczęsto piszący muzykę Dave Murray, który jest tutaj współtwórcą trzech utworów (i to trzech najlepszych: tytułowego, "The Nomad" i "The Thin Line Between Love and Hate"). Co jednak ciekawe, nie wszystkie utwory powstały po zmianie składu - cztery z nich to odrzuty z poprzedniego longplaya, "Virtual XI" (tytuły trzech z nich zdradził Smith - "Dream of Mirrors", "The Mercenary" i "The Nomad" - twierdząc, że ostatniego nie pamięta). Album został bardzo dobrze przyjęty przez fanów, z których wielu do dziś wymienia go jako jedno z największych osiągnięć Iron Maiden. Ja jednak zacząłem słuchać tego zespołu kilka lat później i nigdy nie miałem żadnych sentymentów związanych z "Brave New World".

Początek jest całkiem obiecujący. Rozpędzony "The Wicker Man", w którym nie brakuje ani odpowiednio mocnego brzmienia, ani chwytliwej melodii, to niemal stare, dobre Maiden. Co prawda utwór brzmi nieco niespójnie (zwrotka, refren i okropone chóralne zaśpiewy w końcówce brzmią jak posklejane fragmenty trzech różnych utworów), ale za to idealnie sprawdził się jako pierwszy singiel, a jeszcze lepiej na koncertach - bo jego refren rewelacyjnie nadaje się do wspólnego śpiewania z publicznością (doświadczyłem tego na warszawskim koncercie w 2011 roku). Utwór może jednak wprowadzić w błąd, ponieważ później na albumie takich konkretnych metalowych czadów jest jak na lekarstwo. Już kolejny utwór, "Ghost of the Navigator", utrzymany jest w wolniejszym tempie i trwa prawie siedem minut, mimo że tak naprawdę niewiele się w nim dzieje, ciągle powtarzane są te same motywy.

Co innego tytułowy "Brave New World" - niewiele krótszy, ale mający znacznie więcej do zaoferowania. Uwagę przykuwa już od pierwszych sekund balladowego wstępu, w którym Dickinson przejmująco śpiewa wersy w stylu Dying swans twisted wings, beauty not needed here... Po chwili oczywiście następuje zaostrzenie, jednak utwór zachowuje świetną melodię. Jedynie monotonny refren nieco zaniża poziom - ale to problem większości kompozycji z tego albumu (a właściwie z całej dyskografii Iron Maiden). Dość kontrowersyjnym utworem jest "Blood Brothers" - wyjątkowo łagodny, jak na ten zespół, oparty na walcowej melodii, z dość tandetną klawiszową orkiestracją w tle. A jednak ma swoje zalety - przede wszystkim świetnie sprawdza się na żywo, budując poczucie wspólnoty między zespołem i fanami (kolejne doświadczenie z koncertu w 2011 roku). "The Mercenary" to w końcu coś krótszego, nieprzekraczającego pięciu minut. Niestety, jest to utwór bardzo przeciętny i, mimo krótkiego czasu trwania, rażący monotonią, schematami i toporną grą.

Najdłuższy na albumie, niemal dziesięciominutowy "Dream of Mirrors", to kompozycja o najbardziej zmarnowanym potencjale. Znów powraca wrażenie posklejania kilku utworów w jeden. Ostry wstęp ma się nijak do tego, co dzieje się po chwili: utwór zmienia się w wolną balladę, o akustycznym brzmieniu i bardzo chwytliwej melodii, z fajnym zaostrzeniem w refrenie. Jednak po którymś z kolei refrenie następuje niespodziewane przyśpieszenie, które znów ma się nijak do poprzedniej części utworu. W dodatku fragment ten brzmi jakoś tak sztucznie, jakby ktoś przyśpieszył tempo już po nagraniu - ale tylko podkładu instrumentalnego, bo Dickinson wyraźnie za nim nie nadąża! Brzmi to po prostu amatorsko. To przyśpieszenie ma jednak jedną zaletę - świetny jest fragment, kiedy utwór nagle zwalnia przed ostatnim refrenem. Mimo wszystko, z wolniejszych fragmentów "Dream of Mirrors" można było zrobić około pięciominutowy przebój (w dobrym tego słowa znaczeniu), a zamiast tego rozciągnięto go w jakiś pseudo-prog rock. Wrażenia nie poprawia "The Fallen Angel" - trzeci i ostatni z krótszych utworów - najcięższy i najbardziej intensywny na albumie, ale zarazem strasznie chaotyczny.

"The Nomad", jak już wspominałem, należy do najlepszych fragmentów longplaya. Tym razem monotonność jest zaletą - wraz z orientalizującymi partiami gitar tworzy ciekawy, hipnotyzujący klimat. Trudno nie skojarzyć tego utworu z "Powerslave", ale to nie zarzut - oba należą do bardziej udanych w dyskografii zespołu. Monotonia zupełnie nie służy natomiast utworowi "Out of the Silent Planet", który już na samym początku odpycha ośmiokrotnie (!) powtórzonym tytułem. Z niewiadomych względów wypuszczono go na drugim singlu, za to na żywo został zagrany dosłownie kilka razy - widocznie nie spotkał się z dobrym przyjęciem publiczności. Za to na zakończenie albumu pojawia się najlepsza kompozycja - "The Thin Line Between Love and Hate". Tym razem zmiany tempa i nastroju wyszły naprawdę fantastycznie i wszystko idealnie do siebie pasuje. Utwór posiada świetną melodię i bardzo chwytliwy refren - wyjątkowo nie polegający na bezsensownym powtarzaniu w kółko tytułu lub innej frazy. Zdecydowanie niedoceniony utwór, udowadniający, że zespół stać na znacznie więcej, niż sztampowe metalowe galopady, z których jest znany.

"Brave New World" to bardzo nierówny album, zawierający zarówno bardzo dobre, jak i zwyczajnie kiepskie kompozycje. Co więcej, muzycy chcą udowodnić jacy to są progresywni i na siłę wydłużają większość utworów, poprzez powtarzanie ciągle tych samych motywów. A rock progresywny bynajmniej nie na tym polega. Ciężko mi przesłuchać te 67 minut muzyki bez odczucia znużenia w co najmniej kilku momentach.

Ocena: 6/10



Iron Maiden - "Brave New World" (2000)

1. The Wicker Man; 2. Ghost of the Navigator; 3. Brave New World; 4. Blood Brothers; 5. The Mercenary; 6. Dream of Mirrors; 7. The Fallen Angel; 8. The Nomad; 9. Out of the Silent Planet; 10. The Thin Line Between Love and Hate

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara; Janick Gers - gitara; Steve Harris - bass i instr. klawiszowe; Nicko McBrain - perkusja
Producent: Kevin Shirley i Steve Harris


13 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "Virtual XI" (1998)



"Virtual XI" powstawał w nieco lepszej atmosferze, niż jego poprzednik. Sytuacja w zespole się ustabilizowała, a Steve Harris najwyraźniej uporał się z osobistymi problemami. Wyraźnie przełożyło się to na nowy materiał, który nie jest już tak posępny i monotonny - więcej w nim energii i radości. To nie koniec dobrych wiadomości. Utwory tym razem powstawały z myślą o Blazie Bayleyu, a więc instrumentaliście starali się, aby ukrywały one braki w umiejętnościach i możliwościach wokalisty. W dodatku całość jest o blisko dwadzieścia minut krótsza od "The X Factor", a dzięki temu aż tak bardzo nie męczy.

Nie znaczy to jednak, że "Virtual XI" to dobry album. Kompozycje prezentują różny poziom. Energetyczny otwieracz "Futureal" przelatuje właściwie niezauważony, za to następujący tuż po nim "The Angel and the Gambler" męczy zdecydowanie za długo powtarzanym zbyt wiele razy refrenem i kiczowatymi klawiszami (w skróconej wersji singlowej jest bardziej znośny). Dokładnie te same problemy, czyli duża powtarzalność i brzmienie klawiszy, doskwierają w "The Clansman" i zwłaszcza w "Don't Look to the Eyes of a Stranger". Choć w każdym z tych trzech utworów można znaleźć ciekawe momenty, a i Bayley wypada naprawdę dobrze, starając się jak najlepiej wykorzystać swoje ograniczenia. Na tym albumie na szczęście nikt już nie zmusza go do wyciągania górek. Choć taki "When Two Worlds Collide" zepsuto paskudną rycerską wokalizą. Dość topornie skonstruowany "Lightning Strikes Twice" ratuje natomiast całkiem niezły refren. Mocnymi punktami longplaya są z kolei "The Educated Fool", wyróżniający się chyba najlepszą partią wokalną w karierze Blaze'a, oraz naprawdę zgrabny melodycznie, półballadowy "Como Estais Amigos".

"Virtual XI" uważam za ten lepszy z dwóch albumów Iron Maiden z Blaze'em Bayleyem. Instrumentaliści naprawdę wyciągnęli parę wniosków z błędów popełnionych na poprzednim wydawnictwie - przede wszystkim przestali rzucać kłody pod nogi nowemu wokaliście i napisali utwory, które mógł bez problemu zaśpiewać, nierzadko pokazując, że jednak nie został wokalistą z przypadku. Album jednak nie jest pozbawiony wad. Brzmienia klawiszowe przypominają o zamiłowaniu zespołu do kiczu, ale jeszcze większym problemem jest to, że zaczęli nagrywać zdecydowanie za długie utwory (dwa przekraczają długość dziewięciu minut, a jeden trwa powyżej ośmiu), co miało być normą także na kolejnych albumach.

Ocena: 6/10



Iron Maiden - "Virtual XI" (1998)

1. Futureal; 2. The Angel and the Gambler; 3. Lightning Strikes Twice; 4. The Clansman; 5. When Two Worlds Collide; 6. The Educated Fool; 7. Don't Look to the Eyes of a Stranger; 8. Como Estais Amigos

Skład: Blaze Bayley - wokal; Dave Murray - gitara; Janick Gers - gitara; Steve Harris - bass, instr. klawiszowe (2,4,7); Nicko McBrain - perkusja
Gościnnie: Michael Kenney - instr. klawiszowe
Producent: Steve Harris i Nigel Green


12 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "Best of the Beast" (1996)



"Best of the Beast" to pierwsza kompilacja Iron Maiden. Wydana w najmniej ciekawym okresie działalności grupy, pomiędzy dwoma albumami z Blaze'em Bayleyem w roli wokalisty, prawdopodobnie miała przywrócić zainteresowanie grupą, od której odwracało się coraz więcej fanów. Podstawowa wersja składanki nie jest jednak zbyt atrakcyjna. Irytuje przypadkowa, chaotyczna kolejność utworów, a ich wybór jest bardzo przewidywalny. Niezrozumiałe jest też pominięcie utworów z dwóch pierwszych longplayów, nagranych z wokalistą Paulem Di'Anno (poza "Running Free", ale tutaj zamieszczonym w wersji koncertowej, już z Bruce'em Dickinsonem na wokalu). Lepem na fanów jest jeden utwór premierowy - "Virus". Nagrany w aktualnym składzie, równie wymuszony i nieciekawy, co większa część albumu "The X Factor".

O wiele bardziej atrakcyjna jest limitowana, dwupłytowa edycja "Best of the Beast", zawierająca w sumie aż 27 utworów z całej dotychczasowej kariery zespołu, ułożonych w kolejności od najnowszych do najstarszych. Wśród nich znalazły się nie tylko przeboje, ale też kilka mniej oczywistych utworów ("Where Eagles Dare", "Rime of the Ancient Mariner", "Sign of the Cross"). Tym razem nie pominięto utworów z czasów Di'Anno (są m.in. "Phantom of the Opera" i "Wrathchild"). Największą atrakcją tego wydania są jednak alternatywne wersje kilku kawałków: "Afraid to Shoot Strangers" w nieznanej wcześniej wersji koncertowej (z Bayleyem, który poradził sobie naprawdę dobrze), a także utwory "Iron Maiden" i "Strange World" w wersjach demo z 1978 roku (pierwszy z nich był wydany na EPce "The Soundhouse Tapes", drugi - znacznie ładniejszy od wersji albumowej - tutaj ma swoją premierę). Jeszcze ciekawiej wypada edycja winylowa (dziś już niestety bardzo trudno dostępna). Na czterech płytach udało się zmieścić w sumie 34 utwory. W tym kilka mniej popularnych, a należących do najlepszych w dorobku grupy (jak "Seventh Son of a Seventh Son" czy "Remember Tomorrow"). A także kolejne rarytasy: "Revelations" w niedostępnej nigdzie indziej wersji koncertowej z 1983 roku, oraz pozostałe dwa utwory z EPki "The Soundhouse Tapes", czyli "Prowler" i "Invasion".

Żadna wersja składanki nie jest jednak na tyle idealna, bym mógł polecić ją osobom, które chciałyby mieć tylko jedno wydawnictwo Iron Maiden. Zbyt wiele tutaj sztampowych kawałków (w rodzaju "Run to the Hills", "Heaven Can Wait" czy "I Can Play with Madness"), podczas gdy brakuje wielu znacznie bardziej udanych (jak np. "Children of the Damned", "Powerslave" i "Infinite Dreams"). Tak naprawdę jest to wydawnictwo dla największych fanów zespołu, którzy dla kilku rarytasów są gotowi zapłacić za składankę w większości składającą się z utworów, za które już kiedyś zapłacili.

Ocena: 6/10



Iron Maiden - "Best of the Beast" (1996)

Standard Edition:
1. The Number of the Beast; 2. Can I Play with Madness; 3. Fear of the Dark (live); 4. Run to the Hills; 5. Bring Your Daughter... to the Slaughter; 6. The Evil That Men Do; 7. Aces High; 8. Be Quick or Be Dead; 9. 2 Minutes to Midnight; 10. Man on the Edge; 11. Virus; 12. Running Free (live); 13. Wasted Years; 14. The Clairvoyant; 15. The Trooper; 16. Hallowed Be Thy Name

Limited Edition:
CD1: 1. Virus; 2. Sign of the Cross; 3. Man on the Edge; 4. Afraid to Shoot Strangers (live); 5. Be Quick or Be Dead; 6. Fear of the Dark (live); 7. Bring Your Daughter... to the Slaughter; 8. Holy Smoke; 9. The Clairvoyant; 10. Can I Play With Madness; 11. The Evil That Men Do; 12. Heaven Can Wait; 13. Wasted Years
CD2: 1. Rime of the Ancient Mariner (live); 2. Running Free (live); 3. 2 Minutes to Midnight; 4. Aces High; 5. Where Eagles Dare; 6. The Trooper; 7. The Number of the Beast; 8. Run to the Hills; 9. Hallowed Be Thy Name; 10. Wrathchild; 11. Phantom of the Opera; 12. Sanctuary; 13. Strange World (demo); 14. Iron Maiden (demo)

Limited Vinyl Edition:
LP1: 1. Virus; 2. Sign of the Cross; 3. Afraid to Shoot Strangers (live); 4. Man on the Edge; 5. Be Quick or Be Dead; 6. Fear of the Dark (live); 7. Holy Smoke; 8. Bring Your Daughter... to the Slaughter
LP2: 1. Seventh Son of a Seventh Son; 2. Can I Play With Madness; 3. The Evil That Men Do; 4. The Clairvoyant; 5. Heaven Can Wait; 6. Wasted Years; 7. 2 Minutes to Midnight; 8. Running Free (live)
LP3: 1. Rime of the Ancient Mariner (live); 2. Aces High; 3. Where Eagles Dare; 4. The Trooper; 5. The Number of the Beast; 6. Revelations (live); 7. The Prisoner; 8. Run to the Hills; 9. Hallowed Be Thy Name
LP4: 1. Wrathchild; 2. Killers; 3. Remember Tomorrow; 4. Phantom of the Opera; 5. Sanctuary; 6. Prowler (demo); 7. Invasion (demo); 8. Strange World (demo); 9. Iron Maiden (demo)

Skład: różne składy
Producent: różni producenci


11 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "The X Factor" (1995)



Po rozstaniu z Bruce'em Dickinsonem, pozostali muzycy nie mieli zamiaru się poddawać. Zorganizowano kasting na nowego wokalistę, a jego wynik do dziś wydaje się zaskakujący i kontrowersyjny. Nowym śpiewakiem został Blaze Bayley, dysponujący znacznie niższym głosem, ale także mniejszymi możliwościami i umiejętnościami od poprzednika. Oznaczało to, że zespół nie będzie mógł wykonywać na koncertach wielu popularnych utworów (co akurat wyszło na dobre, bo jak długo można męczyć tymi sami kawałkami?). Gorsze okazało się to, że trudność sprawiał mu również nowy materiał, który częściowo powstał przed jego dołączeniem i nie był dostosowany do jego możliwości. Na "The X Factor" w wielu momentach wyraźnie się męczy i wysila, by wyciągać dźwięki jak najwyżej, co brzmi dość żałośnie.

Początek albumu nie jest nawet najgorszy. Na pewno zaskakuje umieszczenie na otwarcie najdłuższego i najbardziej rozbudowanego "Sign of the Cross" - dotąd tego typu utwory były umieszczane na końcu albumów zespołu, ewentualnie w środku, gdzie zdecydowanie bardziej pasują. Sam utwór jednak się broni, dzięki klimatowi i chwytliwej melodii, choć w drugiej, głównie instrumentalnej połowie robi się nieco nudniej. Wydane na singlach "Lord of the Flies" i "Man on the Edge" to jedne z nielicznych na tym albumie szybszych i bardziej żywiołowych kawałków. Oba mają nawet chwytliwe melodie, ale wymęczony wokal Blaze'a pozbawia je połowy energii. Dalej jest już jednak zdecydowanie gorzej. "Fortunes of War" jest strasznie męczącym i topornym kawałkiem, na który zespół kompletnie nie miał pomysłu. A już szczytem żałosności są biesiadne melodie solówek i rycerskie wokalizy Bayleya, które brzmią jak niezamierzona autoparodia. Nieznacznie lepiej wypada półballadowy "Look for the Truth", choć zaostrzenia wypadają wyjątkowo topornie. Druga połowa albumu zdominowana jest przez dłuższe, wolniejsze utwory o posępnym nastroju, z których większość okazuje się zupełnie bezbarwna i nudna. Wyróżnia się tylko "The Edge of Darkness", który akurat wyszedł grupie wyjątkowo dobrze - szczególnie spokojniejsze fragmenty, w których Blaze może śpiewać w swój naturalny sposób, dzięki czemu brzmi znacznie znośniej. Odmienny charakter ma "Judgement of Heaven" - strasznie banalna, nieco łagodniejsza brzmieniowo piosenka, ale z nawet dobrą melodią w refrenie.

Zmiana wokalisty zdecydowanie nie wyszła grupie na dobre, ale i warstwa instrumentalna tego albumu również nie zachwyca (z przebłyskami w postaci "Sing of the Cross" i "The Edge of Darkness"). Całość ma zdecydowanie zbyt posępny - żeby nie powiedzieć: smętny - charakter, co było spowodowane zarówno sytuacją zespołu, jak i kryzysem w życiu osobistym głównego kompozytora, Steve'a Harrisa. Toporny głos Blaze'a Bayleya tylko pogłębia ogólne wrażenie, pozbawiając radości nawet te bardziej energetyczne kawałki, należące tu do zdecydowanej mniejszości. Co ciekawe, zespół miał w zanadrzu więcej tego typu nagrań, ale zmarnował je na EPce "Justice of the Peace" (oprócz tytułowego kawałka zawierającej także utwory "I Live My Way" i "Judgement Day"). Żaden z nich nie podniósłby raczej poziomu "The X Factor", ale przynajmniej ożywiłyby ten album.

Ocena: 5/10



Iron Maiden - "The X Factor" (1995)

1. Sign of the Cross; 2. Lord of the Flies; 2. Man on the Edge; 4. Fortunes of War; 5. Look for the Truth; 6. The Aftermath; 7. Judgement of Heaven; 8. Blood on the World's Hands; 9. The Edge of Darkness; 10. 2 A.M.; 11. The Unbeliever

Skład: Blaze Bayley - wokal; Dave Murray - gitara; Janick Gers - gitara; Steve Harris - bass; Nicko McBrain - perkusja
Gościnnie: Michael Kenney - instr. klawiszowe; The Xpression Choir - chór (1)
Producent: Steve Harris i Nigel Green

Po prawej: ocenzurowana wersja okładki.


10 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "Fear of the Dark" (1992)



"Fear of the Dark" wywołuje mieszane odczucia wśród fanów i krytyków. Jedni twierdzą, że to album klasyczny i powrót do formy po słabszym "No Prayer for the Dying". Dla innych jest to kolejna oznaka kryzysu, którego przyczyną było coraz mniejsze zaangażowanie Bruce'a Dickinsona i wcześniejsze odejście Adriana Smitha. Zdecydowanie nie jest to równy album. Są tu momenty naprawdę niezłe, jak tytułowy "Fear of the Dark" - prawdziwy klasyk, bez którego nie może odbyć się żaden koncert zespołu - albo "Afraid to Shoot Strangers", zbudowany na podobnym kontraście, z częścią nastrojową i typowym dla grupy przyśpieszeniem. Ciekawym urozmaiceniem jest natomiast ballada "Wasting Love", raczej w stylu Whitesnake, niż Iron Maiden - całkiem ładna, choć nieco kiczowata. Dawniej do lepszych punktów albumu dodałbym jeszcze agresywny "Be Quick or Be Dead", z wykrzykującym zajadle tekst Dickinsonem, ale dziś brzmi on dla mnie zbyt dziecinnie. Poza tym, album wypełniają banalne kawałki w rodzaju "From Here to Eternity", "Chains of Misery", a zwłaszcza "Weekend Warrior" w stylu AC/DC.

"Fear of the Dark" jest zdecydowanie za długi - zespół postanowił wykorzystać możliwości płyty CD i nagrał album o niemal połowę dłuższy od poprzednich. Wypełniając go tym samym wieloma słabszymi kawałkami, co tylko osłabia całość. Choć prawdę mówiąc, zespół nie miał wystarczająco dużo dobrego materiału nawet na 40-minutowy longplay. Trudno powiedzieć, czy to tylko wina braku Smitha i myślącego już o całkowitym poświęceniu się karierze solowej Dickinsona, niemniej jednak kryzys w zespole jest tu wyraźnie słyszalny. O ile utwory "Fear of the Dark" i "Afraid to Shoot Strangers" są zwyżką formy po poprzednim albumie, tak pozostałe kawałki są jej zdecydowaną obniżką.

Ocena: 5/10



Iron Maiden - "Fear of the Dark" (1992)

1. Be Quick or Be Dead; 2. From Here to Eternity; 3. Afraid to Shoot Strangers; 4. Fear is the Key; 5. Childhood's End; 6. Wasting Love; 7. The Fugitive; 8. Chains of Misery; 9. The Apparition; 10. Judas Be My Guide; 11. Weekend Warrior; 12. Fear of the Dark

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Dave Murray - gitara; Janick Gers - gitara; Steve Harris - bass; Nicko McBrain - perkusja
Gościnnie: Michael Kenney - instr. klawiszowe
Producent: Martin Birch


9 lipca 2012

[Recenzje] Iron Maiden - "No Prayer for the Dying" (1990)



Choć album "Seventh Son of a Seventh Son" okazał się wielkim sukcesem, coś w zespole zaczęło się psuć. Najpierw zdecydował się odejść Adrian Smith, którego znudziło granie heavy metalu. Identyczny pomysł tkwił także w głowie Bruce'a Dickinsona, który miał nieco inną wizję muzyki, niż pozostali muzycy. Na razie skończyło się tylko na nagraniu czegoś poza zespołem - solowego debiutu "Tattooed Millionaire" (wydanego na początku 1990 roku) - ale był to wyraźny krok w stronę odejścia z Iron Maiden, co zresztą nastąpiło kilka lat później. A skoro już mowa o "Tattooed Millionaire", warto zauważyć, że to właśnie z muzyków biorących udział w nagraniu tego longplaya, wybrany został nowy gitarzysta Iron Maiden - mający polskie korzenie Janick Gers (wcześniej członek m.in. White Spirit i Gillan).

Nagrany w tym okresie "No Prayer for the Dying" przynosi także parę muzycznych zmian. Brzmienie stało się bardziej surowe, naturalne, a same kompozycje - bardziej zwarte (większość z nich trwa około czterech minut, dwie około pięciu). Zmienił się nawet głos Dickinsona, który stał się trochę niższy i zachrypnięty. O ile te zmiany wyszły nawet na dobre, to same kompozycje niestety nie są wysokich lotów. Często są zwyczajnie miałkie i szablonowe, żeby wspomnieć tylko o bezbarwnym otwieraczu "Tailgunner", inspirowanym pudel metalem "Hooks in You", czy największym singlowym przeboju grupy, dość żałosnym "Bring Your Daughter to the Slaughter". Niepotrzebnym patosem razi natomiast finałowy "Mother Russia". Jako tako bronią się natomiast melodyjne "Holy Smoke", "Public Enema Number One", "Fates Warning" i "Run Silent Run Deep", a zwłaszcza balladowy "No Prayer for the Dying". Daleko im jednak do najlepszych momentów poprzednich albumów.

Okładka reedycji z 1998 roku i okładka wydania Picture Disc.

"No Prayer for the Dying" jest ewidentną oznaką kryzysu, jaki dotknął grupę przez odejście Smitha i coraz mniejsze zaangażowanie Dickinsona. Z drugiej strony, samo odświeżenie brzmienia było dobrym pomysłem i nieco poprawia odbiór tego albumu.

Ocena: 5/10



Iron Maiden - "No Prayer for the Dying" (1990)

1. Tailgunner; 2. Holy Smoke; 3. No Prayer for the Dying; 4. Public Enema Number One; 5. Fates Warning; 6. The Assassin; 7. Run Silent Run Deep; 8. Hooks in You; 9. Bring Your Daughter to the Slaughter; 10. Mother Russia

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Dave Murray - gitara; Janick Gers - gitara; Steve Harris - bass; Nicko McBrain - perkusja
Gościnnie: Michael Kenney - instr. klawiszowe
Producent: Martin Birch


8 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "Seventh Son of a Seventh Son" (1988)



"Seventh Son of a Seventh Son" to wyjątkowy longplay w dyskografii Iron Maiden. Przede wszystkim, jest to jedyny w twórczości zespołu album koncepcyjny. Jego zalążkiem była historia niejakiej Doris Stokes, która trafnie przewidziała własną śmierć. Wydarzenie to zainspirowało utwór "The Clairvoyant", a następnie muzycy wpadli na pomysł, by teksty na całym albumie układały się w jedną, quasi-mitologiczną historię. Dalszych inspiracji szukali jak zwykle w literaturze, a dostarczyła ich przede wszystkim powieść fantasy "Siódmy Syn" Orsona Scotta Carda, choć pojawiają się też nawiązania do twórczości Aleistera Cowleya ("Moonchild") i Williama Shakespeare'a ("The Evil That Men Do"). Głównym tematem albumu wydaje się jednak być odwieczna walka dobra ze złem - dowiadujemy się, że złe czyny ludzi żyją dłużej od nich ("The Evil That Men Do"), a tylko dobro umiera młodo ("Only the Good Die Young").

Muzycy zadbali jednak, aby każda z zawartych tu kompozycji broniła się nie tylko jako fragment albumu, ale także jako osobny utwór. Nie bez znaczenia jest fakt, że z "Seventh Son of a Seventh Son" udało się wykroić aż cztery single ("Can I Play With Madness", "The Evil That Men Do", "The Clairvoyant" i "Infinite Dreams" - choć ten ostatni w wersji koncertowej z  "Maiden England"), a nie tylko dwa, jak z poprzednich wydawnictw. Każdy z nich wszedł do pierwszej dziesiątki UK Singles Chart. Sam album doszedł natomiast na szczyt brytyjskiego notowania dużych płyt, co nie zdarzyło się grupie od czasu "The Number of the Beast". Amerykanie przyjęli album nieco chłodniej, choć 12. miejsce na liście Billboard 200 było wówczas drugim najlepszym wynikiem zespołu (tylko "Somewhere in Time" doszedł o jedną pozycję wyżej).

Album zaczyna się w zupełnie nietypowy dla tego zespołu sposób - najpierw akustyczna introdukcja z wokalem Dickinsona, a następnie dość długi instrumentalny pasaż z pierwszoplanową rolą instrumentów klawiszowych. Muzycy już na poprzednim albumie wykorzystali syntezatory gitarowe, ale tym razem poszli na całość i zatrudnili sesyjnego muzyka, Michaela Kenneya, do grania na keyboardzie. Dalsza część "Moonchild" to już jednak typowo ironowa galopada. Podobny patent zastosowano w "Infinite Dreams" - pierwsza minuta brzmi zaskakująco delikatnie i melodyjnie, niemal popowo (świetnie wypada tu śpiewający w bardziej stonowany sposób Dickinson), ale zaraz następuje ostrzejsza, ale dość ciekawie zróżnicowana część, z jednymi z najlepszych gitarowych partii w całej dyskografii zespołu. Poziom drastycznie spada "Can I Play With Madness" - niesamowicie banalnym i kiczowatym kawałku, z irytującym, wysoko śpiewanym refrenem i plastikowym brzmieniem syntezatora. "The Evil That Men Do" na szczęście wypada znacznie mniej tandetnie, choć i ten kawałek powstał z myślą o singlowym przeboju. Utwór świetnie sprawdza się na koncertach.

Rozpoczynający drugą stronę winylowego wydania tytułowy "Seventh Son of a Seventh Son" to chyba najbardziej progresywny utwór zespołu, z ciekawym zwolnieniem w środku i wyjątkowo agresywną końcówką. Muzycy mogli sobie jednak darować te chóry z syntezatora, bo niepotrzebnie dodają tu pretensjonalnego kiczu. Niemniej jednak jest to jeden z najlepszych utworów w dorobku grupy. Szkoda tylko, że później na albumie nie dzieje się już prawie nic ciekawego. "The Prophecy" byłby zwykłym wypełniaczem, gdyby nie jego akustyczna koda - całkiem ładna i znów zupełnie nietypowa dla grupy. W singlowym "The Clairvoyant" uwagę zwraca basowy wstęp, ale reszta kawałka to już sztampowa galopada. W finałowym "Only the Good Die Young" irytująco wypada wysoki wokal Dickinsona, ale w warstwie muzycznej dzieje się trochę ciekawych rzeczy, zwłaszcza w partiach basu. Na zakończenie powtórzony zostaje motyw z początku albumu, tworząc fajną klamrę i nadając całości spójności także w warstwie muzycznej.

"Seventh Son of a Seventh Son" to zdecydowanie najlepszy studyjny album zespołu z Bruce'em Dickinsonem. Zespół próbuje tu urozmaicić swoje brzmienie o nowe elementy, co daje nawet ciekawy efekt. Niestety, nie udało się tu odejść daleko od typowego dla heavy metalu banału i kiczu, obecnego w mniejszym lub większym stopniu w każdym kawałku. Ogólnie dobry album, ale do arcydzieła daleko.

Ocena: 7/10



Iron Maiden - "Seventh Son of a Seventh Son" (1988)

1. Moonchild; 2. Infinite Dreams; 3. Can I Play With Madness; 4. The Evil That Men Do; 5. Seventh Son of a Seventh Son; 6. The Prophecy; 7. The Clairvoyant; 8. Only the Good Die Young

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara, syntezator; Steve Harris - bass, syntezator; Nicko McBrain - perkusja
Gościnnie: Michael Kenney - instr. klawiszowe
Producent: Martin Birch