30 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "Live at Pompeii" (1983)



Nakręcony w 1971 roku "Live at Pompeii" to wyjątkowy i dość specyficzny film. Teoretycznie jest to zapis występu zespołu, ale zarejestrowany w nietypowym miejscu, w ruinch starożytnego amfiteatru w Pompejach, a także bez udziału publiczności. W dniach od 4 do 7 października 1971 roku zespół zarejestrował tam trzy utwory: "Echoes", "A Saucerful of Secrets" i "One od These Days". Niestety, nie starczyło już czasu na nagranie kolejnych dwóch kompozycji, jakie miały być wykorzystane w filmie ("Careful with That Axe, Eugene" i "Set the Controls for the Heart of the Sun"). Zarejestrowano je więc między 13 a 20 grudnia, w paryskim Studio Europasonor. Zupełnie spontanicznie doszło wówczas także do nagrania zaimprowizowanego bluesa, w którym gościnnie wystąpił... pies o imieniu Nobs, powtarzający swoim szczekaniem melodię graną przez Davida Gilmoura na harmonijce - tak powstało "Mademoiselle Nobs".

Dla współczesnych odbiorców "Live at Pompeii" może wydawać się nudne. Montaż faktycznie jest nieco staroświecki - przeważają długie, statyczne ujęcia (zwłaszcza na początku "Echoes, Part 1"). Sami muzycy też przeważnie są bardzo statyczni, skupieni na grze (z wyjątkiem "A Saucerful of Secrets", podczas którego Roger Waters opętańczo uderza w gong). Materiał ten ma jednak ogromną wartość, przede wszystkim dlatego, że to jedyny oficjalnie wydany zapis wideo koncertu Pink Floyd z lat 70. Nie można nie wspomnieć o samym wykonaniu - wszystkie utwory wypadają ciekawiej od studyjnych pierwowzorów. I o ile równie udane wykonania "Careful with That Axe, Eugene", "A Saucerful of Secrets" oraz "Set the Controls for the Heart of the Sun" można znaleźć na koncertowej płycie "Ummagumma", tak prawdziwą perłą jest "Echoes". Brzmiący nieco ostrzej niż na "Meddle", ale zachowujący piękno oryginału. Szkoda tylko, że reżyser i pomysłodawca całego przedsięwzięcia, Adrian Maben, wpadł na pomysł podzielenia utworu na dwie osobne części. A jeszcze większa szkoda, że "Live at Pompeii" nigdy nie został oficjalnie wydany w wersji audio - byłaby to jedna z najlepszych koncertówek wszech czasów.

Roger Waters opętańczo uderzający w gong podczas "A Saucerful of Secrets". 

"Live at Pompeii" początkowo miał być wyświetlany w stacjach telewizyjnych wybranych krajów (Niemcy, Włochy i Belgia), jednak jego popularność sprawiła, że w 1974 roku trafił także do kin. Maben przygotował wówczas nową wersję filmu, wzbogaconą o ujęcia muzyków ze studia Abbey Road, zarejestrowane na początku 1973 roku. Można zobaczyć muzyków w dość nietypowych sytuacjach, jak podczas spożywania posiłków na stołówce, ale także podczas pracy nad jednym z ich największych dzieł - albumem "Dark Side of the Moon" (pojawiają się tu fragmenty trzech kompozycji, jakie miały się na nim znaleźć - "On the Run", "Us and Them" i "Brain Damage"). Jest to bardzo ciekawy dodatek, ale lepiej sprawdziłby się jako osobny dokument. Kolejna wersja filmu powstała w 2003 roku, z myślą o DVD (wydanym równo 20 lat po premierze materiału na VHS). Tym razem Maben wzbogacił film o dodatkowe, komputerowe wizualizacje, całkiem psujące klimat oryginału. Na szczęście, wydawnictwo zawiera także oryginalną, telewizyjną, wersję "Live at Pompeii". Inne dodatki to wywiad z reżyserem, galeria zdjęć zespołu, skany okładek płyt i plakatów, teksty utworów, oraz... historia Pompejów.

Pozycja obowiązkowa na półce każdego miłośnika muzyki.

Ocena: 9/10



Pink Floyd - "Live at Pompeii" (1983)

1. Echoes (Part 1); 2. Careful with That Axe, Eugene; 3. A Saucerful of Secrets; 4. One of These Days; 5. Mademoiselle Nobs; 6. Set the Controls for the Heart of the Sun; 7. Echoes (Part 2)

Skład: David Gilmour - gitara, wokal (1,3,7), harmonijka (5); Roger Waters - bass, wokal (2,6), gong (3), gitara (5); Rick Wright - instr. klawiszowe, wokal (1,7); Nick Mason - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Nobs - głos (5)
Reżyser: Adrian Maben
Producent: Steve O'Rourke, Michele Arnaud i Reiner Moritz


29 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "The Final Cut" (1983)



Po trudach związanych z nagrywaniem albumu "The Wall", promującą go trasą i pracą nad tak samo zatytułowanym filmem, muzycy Pink Floyd postanowili zrobić sobie nieokreślonej długości przerwę. Zespół praktycznie i tak już nie istniał. Był tylko Roger Waters, który w razie potrzeby wzywał do studia Dave'a Gilmoura i Nicka Masona (ale już nie Ricka Wrighta, z którym poróżnił się podczas nagrywania "The Wall"), a także innych muzyków sesyjnych. W planach było jedynie opublikowanie wydawnictwa o tytule "Spare Brick", na którym miały znaleźć się utwory nagrane specjalnie do filmu "The Wall" - głównie alternatywne wersje kompozycji z albumu, ale także jeden odrzut z sesji ("What Shall We Do Now?") i jedna premiera ("When the Tigers Broke Free").

Gdy jednak w marcu 1982 roku wybuchła wojna o Falklandy, Waters postanowił wyrazić swój sprzeciw, tworząc zupełnie nowy materiał (tym samym pomysł "Spare Brick" poszedł do kosza). Udział w nagraniach Gilmoura i Masona uzasadnia wydanie "The Final Cut" pod szyldem Pink Floyd, jednak w rzeczywistości jest to solowy album Watersa. To on skomponował całą muzykę i napisał wszystkie teksty, zaśpiewał w każdym utworze (tylko w jednym wspomógł go Gilmour), a także samodzielnie zadecydował o ostatecznym kształcie wydawnictwa. Warto dodać, że część muzyki powstała już w czasie prac nad "The Wall" ("Your Possible Pasts", "One of the Few", "The Final Cut", a także "The Hero's Return", który oryginalnie nosił tytuł "Teacher, Teacher").

Muzyka zawarta na "The Final Cut" ma bardziej stonowany i mroczniejszy charakter, niż większość wcześniejszych dokonań grupy, jednocześnie zawierając potężną dawkę emocji, przede wszystkim w ekspresyjnych partiach wokalnych Watersa (np. "The Post War Dream", "Your Possible Pasts", "The Gunner's Dream" i "The Final Cut"). Floydowy klimat jest tu obecny głównie dzięki charakterystycznym solówkom Gilmoura z takich utworów, jak "Your Possible Pasts", "The Fletcher Memorial Home" i "The Final Cut". To jedne z najlepszych momentów albumu, obok przepięknych "Paranoid Eyes" i "Two Suns in the Sunset". Ten ostatni wyróżnia się nieco bardziej pogodnym nastrojem, z którym kontrastuje tekst o zagładzie nuklearnej. Trudno wyobrazić sobie lepsze zakończenie albumu, który - jak wszystko wówczas wskazywało - miał być ostatnim w dyskografii zespołu. Świetnym urozmaiceniem longplaya jest natomiast dynamiczny "Not Now John" z ostrymi partiami Gilmoura - zarówno gitarowymi, jak i wokalnymi. Wygładzona wersja utworu (bez pojawiającego się wielokrotnie w tekście wersji albumowej słowa fuck) została wydana na singlu.

Niektóre kompaktowe reedycje dodatkowo zawierają wspomniany "When the Tigers Broke Free" (zamieszczony jako czwarty utwór). Jednak ten patetyczny utwór jedynie zaniża poziom i rozwala spójność tego albumu.

"The Final Cut" zdecydowanie nie może się równać z największymi dziełami Pink Floyd, ale poza tym jest to naprawdę bardzo fajny longplay. Na ogół nie jest on zbyt dobrze oceniany, ale tak już bywa z albumami, które nie przypominają wcześniejszych dokonań danego wykonawcy. Wydany pod nazwiskiem Rogera Watersa byłby z pewnością bardziej ceniony. Zwłaszcza, że Waters jako solista nigdy nie nagrał niczego równie dobrego.

Ocena: 7/10



Pink Floyd - "The Final Cut" (1983)

1. The Post War Dream; 2. Your Possible Pasts; 3. One of the Few; 4. The Hero's Return; 5. The Gunner's Dream; 6. Paranoid Eyes; 7. Get Your Filthy Hands Off My Desert; 8. The Fletcher Memorial Home; 9. Southampton Dock; 10. The Final Cut; 11. Not Now John; 12. Two Suns in the Sunset

Skład: Roger Waters - wokal, bass, gitara i syntezatory; David Gilmour - gitara, bass, wokal (11); Nick Mason - perkusja (1-11)
Gościnnie: Andy Bown - instr. klawiszowe; Michael Kamen - pianino; Raphael Ravenscroft - saksofon (5,12); Andy Newmark - perkusja (12)
Producent: Roger Waters, James Guthrie i Michael Kamen


28 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "The Wall" (1979)



Najbardziej znane dzieło Pink Floyd zaraz po "Dark Side of the Moon". Najsłynniejsza rock opera. Najlepiej sprzedający się dwupłytowy album w historii muzyki. "The Wall" jest bez wątpienia ważnym wydawnictwem. Ale też nieco przecenianym. Pod względem muzycznym jest to po prostu zbiór zwyczajnych rockowych piosenek. A warstwa tekstowa - często uznawana za główny atut tego wydawnictwa - to typowy przerost formy nad treścią. Poniekąd autobiograficzna historia napisana przez Rogera Watersa - opowiadająca o muzyku, który przez traumy z dzieciństwa i niepowodzenia w dorosłym życiu, zaczyna budować wokół siebie metaforyczny mur - to raczej temat na jeden utwór, niż cały dwupłytowy album. Waters nie byłby jednak sobą, gdyby przez kilka utworów nie wyżalał się na swoje dzieciństwo bez ojca (który zginął podczas II wojny światowej), a przez pozostałe nie krytykował przemysłu muzycznego i całego otaczającego go świata.

"The Wall" balansuje na granicy bycia albumem Pink Floyd, a solowym projektem Watersa. Nie tylko napisał on wszystkie teksty, ale także zdecydowaną większość muzyki (jedynie do "Comfortably Numb", "Run Like Hell" i "Young Lust" muzykę stworzył David Gilmour, a do "The Trial" - producent Bob Ezrin). Rola pozostałych członków zespołu właściwie sprowadza się do bycia muzykami sesyjnymi - do przyjścia do studia, zagrania przygotowanych partii i powrotu do innych zajęć. Jedynie Gilmour był na tyle uparty, że pozwolono mu czuwać nad ostatecznym kształtem albumu. Nalegał na to Ezrin, który także wpłynął na zmianę kilku koncepcji Rogera. Rick Wright dla odmiany w ogóle nie wykazywał zainteresowania, za co został usunięty z zespołu (na trasie występował jako gość). W nagraniach wzięło udział wielu dodatkowych muzyków, co tylko potęguje wrażenie, że Pink Floyd przestał być prawdziwym zespołem. Przykładowo w uroczej miniaturce "Is There Anybody There?" partie gitary wykonał Joe DiBlasi, a w "Mother" na perkusji zagrał Jeff Porcaro, ponieważ Gilmour i Nick Mason mieli problem z wykonaniem tych fragmentów.

Spójność albumu w warstwie muzycznej została osiągnięta na proste, lecz skuteczne sposoby - poprzez powtarzanie tych samych motywów w różnych utworach, a także dzięki umieszczeniu trzech różnych części utworu "Another Brick in the Wall" i dwóch nieznacznie się różniących wersji "In the Flesh". Pomimo tych zabiegów, "The Wall" przypomina raczej zwykły zbiór zróżnicowanych, ale zwykle piosenkowych utworów. I chyba byłoby jednak lepiej, gdyby zespół poszedł tu właśnie w takim kierunku - nagrał po prostu parę fajnych, melodyjnych kawałków, których nie łączyłaby pretensjonalna warstwa tekstowa. Zresztą większość utworów doskonale broni się poza kontekstem całości. Jak wręcz taneczne, oparte na funkowych rytmach "Run Like Hell" i "Another Brick in the Wall (Part II)" (ten drugi był pomyślany jako ballada, ale Ezrin zaproponował żywszą aranżację - wysłał nawet niechętnego Gilmoura do klubu disco, by nasiąknął tym klimatem). Albo przepiękne "Comfortably Numb" - z fantastyczną gitarową solówką na zakończenie - i przejmujące "Hey You". Dotyczy to także mniej znanych utworów, jak np. klimatyczny "Goodbye Blue Sky", minimalistyczny "Goodbye Cruel World", czy zwariowany "The Trial". Intrygująco wypełniają natomiast pełniące rolę interludiów "The Happiest Days of Our Lives" i "Empty Spaces". Niestety, są tu również mniej ciekawe fragmenty, jak np. nużące ballady "Mother" i "Nobody Home", czy sztampowy "Young Lust", nawiązujący do najbardziej komercyjnej odmiany hard rocka (Ezrin współpracował wcześniej z Alice'em Cooperem, może dlatego coś takiego się tu znalazło). Jest też okropna miniaturka "Bring the Boys Back Home".

"The Wall" zdecydowanie nie jest arcydziełem, na jaki ten album jest często kreowany. To po prostu przyjemny zestaw utworów, z których spora część jest naprawdę wspaniała lub po prostu udana (włącznie z ogranym "Another Brick in the Wall (Part II)" - największym przebojem grupy), ale zdarzają się też zwykłe niewypały, czego nie sposób było uniknąć na tak długim albumie. 

Ocena: 8/10



Pink Floyd - "The Wall" (1979)

LP1: 1. In the Flesh?; 2. The Thin Ice; 3. Another Brick In the Wall (Part I); 4. The Happiest Days of Our Lives; 5. Another Brick In the Wall (Part II); 6. Mother; 7. Goodbye Blue Sky; 8. Empty Spaces; 9. Young Lust; 10. One of My Turns; 11. Don’t Leave Me Now, 12. Another Brick In the Wall (Part III); 13. Goodbye Cruel World
LP2: 1. Hey You; 2. Is There Anybody Out There?; 3. Nobody Home; 4. Vera; 5. Bring the Boys Back Home; 6. Comfortably Numb; 7. The Show Must Go On; 8. In the Flesh; 9. Run Like Hell; 10. Waiting for the Worms; 11. Stop; 12. The Trial; 13. Outside the Wall

Skład: Roger Waters - wokal, bass i gitara; David Gilmour - gitara, wokal, bass i syntezatory; Rick Wright - instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Fred Mandel - organy (LP1: 1. LP2: 8); Bruce Johnston - dodatkowy wokal (LP1: 1, LP2: 7,8,10); James Guthrie - instr. perkusyjne (LP1: 4, LP2: 9), instr. klawiszowe (LP1: 8, LP2: 8); uczniowie Islington Green School - wokal (LP1: 5); Bob Ezrin - instr. klawiszowe (LP1: 6,10, LP2: 2,3,7,8,10); Jeff Porcaro - perkusja (LP1: 6), werbel (LP2: 5); Harry Waters - głos (LP1: 7); Lee Ritenour - gitara (LP1: 10, LP2: 6); Trudy Young - głos (LP1: 10); Joe DiBlasi - gitara (LP2: 2); Michael Kamen - aranżacja instr. smyczkowych (LP2: 2,6); New York Symphony Orchestra - instr. smyczkowe (LP2: 3-5,12); New York Opera - chór (LP2: 5); Bobbye Hall - instr. perkusyjne (LP2: 9); Frank Marrocco - koncertyna (LP2: 13); Larry Williams - klarnet (LP2: 13); Trevor Veitch - mandolina (LP2: 13)
Producent: Bob Ezrin, Roger Waters, David Gilmour, James Guthrie


27 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "Animals" (1977)



Po łagodnym "Wish You Were Here" muzycy Pink Floyd postanowili nagrać zdecydowanie mocniejszy album. "Animals" to bezsprzecznie najostrzejszy longplay w ich dyskografii, zarówno w warstwie muzycznej, jak i słownej. Roger Waters, po raz kolejny autor wszystkich tekstów, zaproponował album koncepcyjny, na którym w ostrych słowach krytykuje menadżerów, myślących tylko o pieniądzach i własnej karierze ("Dogs"), polityków i innych ludzi na wysokich szczeblach władzy ("Pigs (Three Different Ones)"), ale też ślepo im posłusznych zwykłych obywateli ("Sheep"). Koncept ten wyraźnie nawiązuje do powieści "Folwark zwierzęcy" George'a Orwella, chociaż sam Waters zawsze zaprzeczał, że owe dzieło było dla niego inspiracją.

Album rozpoczyna się jednak spokojnie, od niespełna półtora minutowej miniaturki "Pigs on the Wing (Part I)" - to tylko gitara akustyczna i śpiew Watersa. Utwór ma pogodniejszy nastrój od kolejnych kawałków, oraz nietypowy dla grupy tekst, będący miłosnym wyznaniem Rogera do ówczesnej żony. Druga część utworu - pod względem muzycznym identyczna - zamyka album. Początkowo obie części stanowiły jeden utwór, a łącznikiem pomiędzy nimi była gitarowa solówka Gilmoura, z którą wiąże się pewna anegdota. Pod koniec sesji nagraniowej muzycy zespołu mieli przesłuchać niejakiego Snowy'ego White'a, gdyż ze względu na gitarowy charakter "Animals" potrzebowali drugiego gitarzystę na trasę koncertową. White trafił jednak na niewłaściwy moment - muzycy byli wściekli, gdyż okazało się, że przypadkiem została skasowana wspomniana solówka. Kiedy White stwierdził, że chciałby pograć z zespołem, zanim zgodzi się do nich dołączyć, Gilmour odparł mu szorstko: Nie byłoby cię tutaj, gdybyś nie potrafił grać? Waters zasugerował jednak, żeby pozwolić mu zagrać utracony fragment. Wersja z zaimprowizowaną przez niego solówką została wydana tylko we Francji (na singlu) i w Stanach (na albumie "Animals" w wersji 8-track, czyli tzw. kasecie kartridżowej).

Pierwszym "właściwym" utworem jest 17-minutowy "Dogs" - jedyny na płycie, którego Waters nie skomponował samodzielnie, a z pomocą Gilmoura. Jest to też jedyny utwór, w którym można usłyszeć wokal gitarzysty. "Dogs" powstał jednak kilka lat wcześniej: był już wykonywany na koncertach w 1974 roku, jeszcze z innym tekstem i pod tytułem "You've Got to Be Crazy". Mroczny nastrój kompozycji wywołuje skojarzenia z "Welcome to the Machine" z poprzedniego longplaya, ale początek utworu jest dość łagodny. Akompaniament partii wokalnej Gilmoura stanowią gitary akustyczne i klawiszowe dźwięki w tle. Jednak dynamika szybko wzrasta, dołącza sekcja rytmiczna, a potem rozbrzmiewa zadziorna solówka Gilmoura - jedna z kilku w tym utworze, przy czym każda kolejna brzmi coraz ostrzej. Oczywiście, nie brak tu progresywnych zmian motywów i nastrojów - największy następuje w dziewiątej minucie, kiedy "żywe" instrumenty ustępują miejsca zimnym dźwiękom syntezatora i odgłosom szczekających psów. Po kilku minutach wraca jednak główny motyw, zaś sama końcówka (już z wokalem Watersa) należy do najcięższych - ale i najbardziej zapamiętywalnych - momentów albumu.

Najbardziej zadziornym utworem na albumie jest jednak "Pigs (Three Different Ones)" - brutalnemu tekstowi Watersa (z wersami typu You fucked up old hag / Ha, ha, charade you are) towarzyszą tutaj ciężkie brzmienie gitar i jeszcze ostrzejsze solówki - zwłaszcza ta kończąca utwór robi wrażenie. Melodia jest co prawda całkiem chwytliwa, za sprawą linii basu i klawiszowych ozdobników Ricka Wrighta, ale trudno traktować ten niemal 12-minutowy w kategoriach przeboju (chociaż Brazylijczycy wydali go na singlu - w wersji wykastrowanej do czterech minut). Najbardziej znanym fragmentem albumu jest natomiast "Sheep", kolejny starszy utwór, także grany już na trasie z 1974 roku (jako "Raving and Drooling"). Rozpoczyna się lekko jazzowymi dźwiękami pianina elektrycznego, a po chwili dochodzi pulsująca linia basu, nie tak odległa od tej z "One of These Days". Kiedy włączają się Gilmour i Mason, a Waters zaczyna wykrzykiwać swój oskarżycielski tekst, utwór nabiera wręcz hardrockowej mocy. Ale jednocześnie zachowuje progresywny charakter, co ma odbicie w długości - to kolejne kilkunastominutowe dzieło. Kontrowersje wywołał fragment z sarkastyczną parafrazą Psalmu 23, chociaż został on przetworzony wokoderem, przez co jest słabo słyszalny.

"Animals", mimo ostrego przekazu i brzmienia, okazał się kolejnym sukcesem Pink Floyd, osiągając 2. miejsce na Brytyjskim notowaniu, a 3. na amerykańskiej liście Billboardu. Obecnie album pozostaje jednak w cieniu innych dokonań grupy. Niesłusznie. Zespół idealnie połączył tutaj progresywność poprzednich dzieł (ze wskazaniem na utwór "Echoes" i album "Wish You Were Here") z mocniejszym brzmieniem i przekazem, które można traktować jako zapowiedź wydanego dwa lata później "The Wall". Może trochę mniej tutaj zapadających w pamięć melodii, ale pięknych fragmentów nie brakuje. Bez wątpienia "Animals" należy do największych arcydzieł zespołu, a także całej muzyki rockowej.

Ocena: 10/10



Pink Floyd - "Animals" (1977)

1. Pigs on the Wing (Part I); 2. Dogs; 3. Pigs (Three Different Ones); 4. Sheep; 5. Pigs on the Wing (Part II)

Skład: Roger Waters - wokal, bass i gitara; David Gilmour - gitara, wokal (2), syntezator; Rick Wright - instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Pink Floyd


26 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "Wish You Were Here" (1975)



Chociaż "Wish You Were Here" powstawał w nie najlepszym okresie dla zespołu - podczas sesji muzycy byli przeważnie obecni tylko ciałem, najchętniej w ogóle nie przebywaliby razem w jednym pomieszczeniu, brakowało im pomysłów na nowe utwory - jest kolejnym wybitnym, ponadczasowym dziełem. Pod pewnymi względami nawet przebija "The Dark Side of the Moon". Chociaż i tutaj warstwa słowna jest bardzo istotna (to kolejny album koncepcyjny, tym razem dotyczący wyobcowania i negatywnych aspektów muzycznego biznesu), to w mniejszym stopniu odciąga od muzyki.

Alternatywna wersja okładki.
Bez wątpienia najważniejszym utworem jest składający się z dziewięciu części "Shine on You Crazy Diamond". To największe - obok "Echoes" - dzieło grupy zostało podzielone na dwa fragmenty: części 1-5 otwierają album, a 6-9 zamykają go. Utwór rozpoczyna się delikatnymi dźwiękami, granymi na kieliszkach do wina - to pozostałość po niedokończonym projekcie "The Household Objects", w którym cała muzyka miała być stworzona bez prawdziwych instrumentów, za pomocą domowego sprzętu codziennego użytku. Po wstępie, rozpoczyna się część grana na organach, zaś kolejna jest zdominowana przez gitarę Gilmoura, grającego najpierw delikatnie, później coraz mocniej. Śpiew Watersa pojawia się dopiero pod koniec dziewiątej minuty. "Parts I-V" kończy saksofonowe solo w wykonaniu Dicka Parry'ego, który współpracował już zespołem przy okazji poprzedniej płyty. Jeżeli zaś chodzi o tekst, to tytułowym Szalonym Diamentem jest oczywiście Syd Barrett. Pierwszy lider grupy pojawił się zresztą w studiu (po odbiór tantiem), kiedy zespół nagrywał album. Podobno nawet zapytał ich kiedy ma nagrać swoje partie...

"Welcome to the Machine" został zbudowany na zestawieniu gitar akustycznych z przerażającymi dźwiękami wydobywanymi z syntezatora. Daje to naprawdę niesamowity efekt, a sam utwór należy do najmroczniejszych w dorobku grupy. Bardziej pogodny - pod względem muzycznym - wydaje się "Have a Cigar", w którym pomimo lekko jazzowej melodii, pojawiają się ostrzejsze partie gitar, zdające się zapowiadać kierunek, jaki grupa obierze na kolejnych albumach. Co ciekawe, Waters miał problem z zaśpiewaniem tego utworu, a Gilmour odmówił zrobienia tego, bo nie utożsamiał się z tekstem. W rezultacie w nagraniu słuchać folk rockowego wokalistę Roya Harpera, który akurat nagrywał swój własny album w sąsiednim studiu.

Tytułowy "Wish You Were Here" to jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów grupy. Oparty na gitarach akustycznych i ładnej melodii, po prostu musiał przypaść do gustu większości słuchaczy. To zresztą zdecydowanie jedna z najpiękniejszych ballad wszech czasów. Kończący utwór szum wiatru to jednocześnie wstęp do "Shine on You Crazy Diamond (Parts VI-IX)". Po chwili wchodzi pulsująca linia basu, będąca akompaniamentem do dźwięków wygrywanych przez Wrighta i Gilmoura. Ten drugi wkrótce prezentuje długą solówkę, będącą wstępem do części wokalnej. Przedostatnia część opiera się na funkowym motywie, natomiast ostatnia to piękny popis umiejętności klawiszowca.

Ocena: 10/10

PS. W 2011 roku album został wydanych w dwóch specjalnych edycjach: dwupłytowej "Experience" i w boksie "Immersion". Obie zawierały dodatkowy dysk z niepublikowanymi wcześniej nagraniami: fragmentami koncertu z Wembley, z 1974 roku ("Shine on You Crazy Diamond" - jeszcze niedokończony i w jednej części - oraz "Raving and Drooling" i "You've Got to Be Crazy", które zostały odrzucone podczas nagrywania "Wish You Were Here", ale do których zespół wróci podczas nagrywania następnego albumu); instrumentalny utwór "Wine Glasses" z sesji "Household Objects" (użyty później jako wstęp "Shine on...", przez co jego atrakcyjność nie jest zbyt wielka); oraz alternatywne wersje "Have a Cigar" (z wokalami Gilmoura i Watersa) i "Wish You Were Here" (z partią skrzypiec w wykonaniu Stéphane'a Grappelli, zupełnie nie pasującą do tego, co gra zespół).



Pink Floyd - "Wish You Were Here" (1975)

1. Shine on You Crazy Diamond (Parts I-V); 2. Welcome to the Machine; 3. Have a Cigar; 4. Wish You Were Here; 5. Sine on You Crazy Diamond (Parts VI-IX)

Skład: Roger Waters - wokal (1,2,5), bass, syntezatory; David Gilmour - gitara, syntezatory, wokal (4); Rick Wright - instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Dick Parry - saksofon (1); Roy Harper - wokal (3)
Producent: Pink Floyd


25 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "The Dark Side of the Moon" (1973)



Czy można jeszcze napisać coś odkrywczego o albumie, który przez 741 tygodni (ok. 14 lat) utrzymywał się na liście Billboardu, a jego sprzedaż wynosi ponad 45 milionów egzemplarzy? O albumie, który jest powszechnie uważany za jedno z największych i najambitniejszych arcydzieł współczesnej muzyki, nie tylko rockowej? "The Dark Side of the Moon" przez ostatnie (prawie) 40 lat był analizowany na wszystkie możliwe sposoby. Nie będę zatem podejmować się próby pokazania tego longplaya od nieznanej (ciemnej) strony. Ograniczę się jedynie do przedstawienia suchych faktów i własnej opinii.

Okładka wydania SACD (2003).
"The Dark Side of the Moon" to tzw. album koncepcyjny, spójny nie tylko tekstowo, ale również muzycznie, dlatego najlepiej słuchać go w całości. Fakt, że to samo można powiedzieć o każdym innym albumie Pink Floyd, jednak w tym wypadku jest to najbardziej uzasadnione. To tutaj najbardziej odczuwalne jest obcowanie z jednym, 40-minutowym utworem, podzielonym na 10 fragmentów. Nie każdy z nich zasługuje na miano pełnoprawnego utworu. Np. "Speak to Me" to tylko intro: odgłos bicia serca, jakieś piski... Po półtorej minuty wyłania się z nich przepiękny motyw utworu "Breathe" (na niektórych wydaniach kompaktowych oba utwory stanowią jedną ścieżkę). To jeden z tych typowych dla grupy, delikatniejszych utworów, z przyciągającym uwagę śpiewem Davida Gimoura i jego charakterystyczną grą na gitarze. Utwór nagle się urywa, a jego dalsza część pojawia się dopiero w końcówce "Time". Zanim jednak do niej dotrzemy, trzeba przebrnąć przez instrumentalny, elektroniczny "On the Run". W kawałku tym trudno wyłowić ślady melodii, brzmi to jak bezsensowna zabawa syntezatorem. Niektórzy mówią, że to pierwowzór techno - i mają w tym sporo racji. Co jednak ciekawe, początkowo zespół chciał umieścić w tym miejscu inny instrumentalny fragment, roboczo zatytułowany "The Travel Sequence". O tym, że byłaby to lepsza opcja, można się przekonać dzięki wydanemu w zeszłym roku boksowi "The Dark Side of the Moon - Immersion Edition".

Wspomniany już "Time" rozpoczyna się genialnym wstępem dzwoniących zegarów, zsynchronizowanych z rytmem utworu. To jeden z najdłuższych fragmentów albumu, oparty na świetnej melodii, która czyni go jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów Pink Floyd. Punktem kulminacyjnym jest genialna solówka Gilmoura, należąca do najpiękniejszych jakie stworzył. Zupełnie inny nastrój przynosi "The Great Gig in the Sky", w którym słychać tylko piękną partię fortepianu Ricka Wrighta, oraz przeszywającą wokalizę Clare Torry - był to pierwszy przypadek, kiedy w utworze Pink Floyd wystąpił ktoś spoza zespołu. Drugim jest udział saksofonisty Dicka Parry'ego w dwóch kolejnych utworach, otwierających stronę B winylowego wydania "Money" i "Us and Them". Pierwszy z nich to najostrzejszy fragment albumu, zagrany z niemal hardrockową mocą, słyszalną zwłaszcza w partiach Gilmoura. Całość opiera się jednak na genialnym w swojej prostocie, chwytliwym motywie basowym. Amerykański wydawca zespołu zdecydował się wydać utwór na singlu, co okazało się strzałem w dziesiątkę - 13. pozycja na liście Billboardu była jednym z powodów popularności całego albumu.

"Us and Them", jest już bardziej nastrojowy, może nawet senny, chociaż w refrenie następuje mocniejszy zryw. Co ciekawe, pierwotna wersja utworu powstała już trzy lata wcześniej, podczas pracy nad utworami do filmu "Zabriskie Point", jednak pomysł został odrzucony przez reżysera, Michelangelo Antonioniego. Nagrana wówczas wersja (nazwana "The Violent Sequence"), w której słychać jedynie fortepian Wrighta, także jest dostępna w boksie "The Dark Side of the Moon - Immersion Edition". W wersji płytowej utwór płynnie przechodzi w instrumentalny, bardzo przyjemny "Any Colour You Like", będący przede wszystkim popisem Wrighta i Gilmoura. Podniosły finał zapewniają tworzące całość "Brain Damage" i "Eclipse" - jedyne utwory, w których zaśpiewał główny kompozytor całości, Roger Waters. "Eclipse" przez pewien czas miało być nawet tytułem albumu, gdyż w czasie gdy Pink Floyd nagrywali swoje dzieło, w sklepach ukazał się album "Dark Side of the Moon" mało znanej grupy Medicine Head. Kiedy jednak okazało się, że ów album nie przepadł na listach przebojów, Floydzi postanowili wrócić do pierwotnego tytułu.

"The Dark Side of the Moon" to wspaniały album, jednak wbrew powszechnej opinii niekoniecznie jest tym najlepszym w dyskografii zespołu. Jest tu wiele genialnych fragmentów, ale i kilka troszkę słabszych ("On the Run", "Any Colour You Like"), które sprawiają, że do ideału trochę brakuje - ten zostanie osiągnięty na kolejnej płycie Pink Floyd. Bez wątpienia jest to jednak album klasyczny, a jak na taki przystało - dorobił się kilku ciekawych wznowień. W 2003 roku, z okazji 30-lecia premiery, ukazało się wydanie na płycie Super Audio CD, ze zmienioną okładką. Jeszcze ciekawsze okazały się dwie reedycje z 2011 roku: "Experience Edition", zawierająca dodatkowy dysk z koncertową rejestracją albumu (ze stadionu Wembley, z 1974 roku), oraz wspomniany już dwukrotnie boks "Immersion Edition". Na to ostatnie wydawnictwo trafiły trzy płyty audio (pierwsza z albumem, druga z koncertem na Wembley, a trzecia z dodatkowymi utworami), a także dwie DVD (z różnymi miksami albumu i materiałami wideo) i jedna Blu-ray (powielająca zawartość DVD).

Ocena: 10/10



Pink Floyd - "The Dark Side of the Moon" (1973)

1. Speak to Me; 2. Breathe; 3. On the Run; 4. Time; 5. The Great Gig in the Sky; 6. Money; 7. Us and Them; 8. Any Colour You Like; 9. Brain Damage; 10. Eclipse

Skład: David Gilmour - wokal (2,4,6,7), gitara, syntezatory; Roger Waters - bass, syntezatory, wokal (9,10); Rick Wright - instr. klawiszowe, wokal (4,7); Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Clare Torry - wokal (5); Dick Parry - saksofon (6,7)
Producent: Pink Floyd


24 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "Obscured by Clouds" (1972)



"Obscured by Clouds" jest jednym z mniej znanych i lubianych wydawnictw Pink Floyd. Częściowo wynika to z faktu, że nie jest to nawet pełnoprawny album, a jedynie soundtrack do mało znanego filmu "La Vallée" Barbeta Schroedera (była to druga, po "More", współpraca zespołu z tym reżyserem). Materiał został zarejestrowany podczas dwóch kilkudniowych sesji, w lutym i marcu 1972 roku. Muzycy pracowali już wówczas nad swoim dziełem "The Dark Side of the Moon", dlatego nie poświęcili wiele czasu ani uwagi na muzykę do filmu. Powstało jednak naprawdę udane wydawnictwo, będące bardzo przyjemnym zbiorem bezpretensjonalnych, melodyjnych piosenek.

No właśnie - album wypełniają przede wszystkim konwencjonalne piosenki, jakże odległe od wcześniejszych dokonań grupy, bliższe amerykańskiego mainstreamu. Najlepszym tego przykładem jest wydany w niektórych krajach na singlu "Free Four" - po prostu piosenkowy, bardzo chwytliwy kawałek (choć z pogodnym charakterem muzyki mocno kontrastuje cyniczny tekst Rogera Watersa, będący zapowiedzią warstwy tekstowej kolejnych albumów grupy). W podobnym stylu utrzymany jest także dynamiczny "The Gold It's in the...", oraz ballady - "Burning Bridges", "Wot's... Uh the Deal?" i najładniejsza z nich "Stay". Odrobinę bardziej złożonym utworem jest "Childhood's End" - pierwowzór "Time" z kolejnego albumu (zwłaszcza pod względem rytmicznym), ale z bardziej zadziornymi partiami wokalnymi i gitarowymi Gilmoura.

Znalazło się tu także trochę muzyki instrumentalnej, o niekoniecznie ilustracyjnym charakterze. Świetnie, intrygująco wypada tytułowy "Obscured by Clouds" - syntezatorowy szum i jednostajny rytm nawet dziś brzmią bardzo nowocześnie, ale floydowy klimat jest zachowany dzięki charakterystycznym, przeciągłym dźwiękom gitary. Utwór niemal płynnie przechodzi we właściwie stricte hardrockowy riffowiec "When You're In". "Mudmen" to dla odmiany bardziej nastrojowe granie, w typowym dla grupy klimacie. Mieszane odczucia wywołuje natomiast finałowy "Absolutely Curtains". Pierwsza połowa, utrzymana w kosmicznym klimacie wcześniejszej twórczości zespołu, jest absolutnie wspaniała. Ale druga połowa, z okropnym zawodzeniem członków plemienia Mapuga (występujących także w filmie), całkowicie rujnuje nastrój. Za każdym razem wyłączam płytę zaraz po pojawieniu się tych jęków.

Pomimo tej wpadki na koniec, "Obscured by Clouds" jest naprawdę udanym albumem. Oczywiście daleko mu do kreatywności wcześniejszych dokonań zespołu, jak i do dojrzałości późniejszych dzieł, ale jako zbiór prostych, ładnych piosenek, sprawdza się wyśmienicie. Album zasługuje na zdecydowanie większe uznanie, niż to, jakim się (nie) cieszy.

Ocena: 8/10



Pink Floyd - "Obscured by Clouds" (1972)

1. Obscured by Clouds; 2. When You're In; 3. Burning Bridges; 4. The Gold It's in the...; 5. Wot's... Uh the Deal?; 6. Mudmen; 7. Childhood's End; 8. Free Four; 9. Stay; 10. Absolutely Curtains

Skład: David Gilmour - gitara, wokal (3-5,7); Roger Waters - bass, wokal (8); Rick Wright - instr. klawiszowe, wokal (3,9); Nick Mason - perkusja
Producent: Pink Floyd


23 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "Meddle" (1971)



"Meddle" rozpoczyna nowy, dojrzały etap w dyskografii Pink Floyd. Po latach poszukiwań i nie zawsze udanych eksperymentów, zespół dopracował swój styl, którego będzie się trzymał na kolejnych albumach. Muzyka grupy stała się bardziej przystępna, a nawet nieco zachowawcza i bliższa konwencjonalna rocka, jednak wciąż potrafiąca intrygować. Na pewno muzycy wciąż rozwijali się jako kompozytorzy, tworząc coraz lepsze utwory (co bynajmniej nie znaczy, że wcześniej tworzyli kiepskie).

Podobnie jak poprzedni w dyskografii "Atom Heart Mother", "Meddle" składa się z kilku krótszych utworów, oraz jednej suity wypełniającej całą stronę płyty winylowej. Zespół zaproponował całkiem zróżnicowany stylistycznie materiał. Otwierający całość "One of These Days" najbliższy jest wcześniejszej, eksperymentalnej twórczości zespołu, za sprawą pulsującej, podwójnej linii basu (na gitarze basowej w tym utworze gra nie tylko Waters, ale także Gilmour, a ich partie zostały odseparowane w kanałach), która nadaje intrygującego, hipnotycznego klimatu. W drugiej połowie kawałek nabiera jednak ostrości, za sprawą gitarowego popisu Gilmoura. Uspokojenie przynoszą dwa kolejne, akustyczne utwory: bardzo nastrojowy, uroczy "A Pillow of Winds", wyróżniający się przepiękną partią wokalną Davida, oraz folkowy "Fearless", niestety mniej udany - trochę za bardzo rozwleczony i zepsuty końcówką z fragmentem pieśni "You'll Never Walk Alone" w wykonaniu kibiców Liverpool F.C. (był to żart Watersa, który był fanem Arsenalu).

"San Tropez", jedyny tutaj utwór śpiewany przez Rogera, przynosi lekki, wakacyjny klimat, chwytliwą melodię, oraz lekko jazzowe zabarwienie. Z kolei "Seamus" to typowy akustyczny blues, wzbogacony partią harmonijki i... szczekaniem psa. To jeden z najsłabszych utworów w dorobku Pink Floyd. Prawie zawsze go omijam, gdy słucham tego albumu. Jednak zaraz potem, po przewróceniu płyty na drugą stronę, rozbrzmiewa jedna z najwspanialszych kompozycji nie tylko tego zespołu, ale całej muzyki rockowej. "Echoes" to prawdziwe arcydzieło, przepiękny utwór zbudowany z kilku części, które tworzą niezwykle spójną i przemyślaną całość. Tak właśnie powinno się tworzyć progresywne suity - bez przesadnego komplikowania i udziwniania, dbając przede wszystkim o ich zwartość. Cudownie wypadają tutaj wokalne harmonie Gilmoura i Wrighta, niesamowity jest fragment w siedemnastej minucie, kiedy nagle wyłania się przepiękny klawiszowy motyw, wspaniały jest też gitarowo-klawiszowy duet w końcówce. Jednak reszta utworu nie pozostaje daleko w tyle, a co najważniejsze - całość ani przez chwilę nie nudzi, mimo długości przekraczającej 23 minuty.

"Meddle" zupełnie nie słusznie pozostaje w cieniu późniejszych albumów zespołu. Już tutaj zespół zaprezentował się niezwykle dojrzale, świadomy tego, co chce osiągnąć i w jaki sposób tego dokonać. Muzycy znali już swoje ograniczenia, dzięki czemu potrafili mierzyć siły na zamiary. I zaczęli wykorzystywać w pełni swoje możliwości, braki techniczne wciąż zastępując pomysłowością. Co prawda, nie wszystkie utwory trzymają równie wysoki poziom, jednak te słabsze momenty ("Seamus", końcówka "Fearless") nie są w stanie zmniejszyć wrażenia, jakie wywołują pozostałe kompozycje.

Ocena: 9/10



Pink Floyd - "Meddle" (1971)

1. One of These Days; 2. A Pillow of Winds; 3. Fearless; 4. San Tropez; 5. Seamus; 6. Echoes

Skład: David Gilmour - wokal (2,3,5,6), gitara, bass (1), harmonijka (5); Roger Waters - bass, wokal (4), gitara (4); Rick Wright - instr. klawiszowe, wokal (6); Nick Mason - perkusja, głos (1)
Gościnnie: Seamus the Dog - głos (5)
Producent: Pink Floyd

Po prawej: okładka wydania kanadyjskiego.



22 czerwca 2012

[Recenzje] Pink Floyd - "Relics" (1971)



Po wielkim sukcesie komercyjnym "Atom Heart Mother", wydawca zespołu postanowił podsumować wcześniejszą twórczość zespołu składanką. "Relics" jest jednak dość osobliwą kompilacją. Znalazło się na niej pięć utworów z pierwszych trzech albumów grupy, pięć niealbumowych kawałków ze stron A i B singli, oraz jedna zupełnie premierowa kompozycja. W rezultacie, nie jest to ani dobre podsumowanie tego okresu (brakuje chociażby tak ważnych albumowych utworów, jak "Astronomy Domine", "Set the Controls for the Heart of the Sun" czy "A Saucerful of Secrets"), ani dobre uzupełnienie podstawowej dyskografii (brakuje kilku niealbumowych nagrań z singli*).

"Relics" może natomiast sprawdzić się jako wprowadzenie do wczesnej twórczości zespołu. Trafiły tu zarówno bardzo przyjemne, melodyjne kawałki w rodzaju "Remember a Day" czy "Cirrus Minor", jak i ostry, hardrockowy "The Nile Song", czy hipnotyzujący, psychodeliczny jam "Interstellar Overdrive". Zaletą wydawnictwa niewątpliwie jest obecność kilku trudniej dostępnych nagrań. Jak singlowe przeboje "Arnold Layne" i "See Emily Play" - szczególnie ten drugi zachwyca bardzo chwytliwą melodią. Albo nagrania ze stron B singli (które okazały się ciekawsze od ich stron A): dość chwytliwy, a zarazem nieco oniryczny "Paintbox", urocza akustyczna ballada "Julia Dream", czy studyjna wersja "Careful with That Axe, Eugene" - nie tak odjechana, jak koncertowe wykonania (zamiast szalonego wrzasku Watersa słychać tylko rozmyte wokalizy), ale też dość klimatyczna. Jednak przede wszystkim należy wspomnieć o niedostępnym na żadnym innym albumie "Biding My Time". To świetny utwór, zdradzający inspirację jazzem, co podkreśla partia Ricka Wrighta na puzonie. Do tego z kolejną świetną solówką Gilmoura.

Wydawnictwo byłoby na pewno znacznie bardziej wartościowe, gdyby zamiast powtórek z regularnych albumów, znalazły się na nim wyłącznie nagrania niealbumowe - także te tutaj pominięte. Jednak z braku lepszej alternatywy, warto mieć tę kompilację w swojej kolekcji.

Ocena: 8/10

* Czyli "Candy and a Currant Bun" ze strony B singla "Arnold Layne", oraz wydane na stronach A "Apples and Oranges", "It Would Be So Nice" i "Point Me at the Sky" (ten ostatni nie tylko tytułem przypomina beatlesowski "Lucy with Diamonds in the Sky"). 

Dla jeszcze pełniejszego obrazu, można by uwzględnić także utwór "Embryo" z wydanej w 1970 roku kompilacji "Picnic - A Breath of Fresh Air" z nagraniami różnych wykonawców nagrywających dla Harvest Records (później powtórzony tylko na kompilacji "Works" z 1983 roku, zawierającej dziwaczny wybór utworów Pink Floyd), oraz nigdy nie wydane oficjalnie nagrania "Scream Thy Last Scream" i "Vegetable Man".



Pink Floyd - "Relics" (1971)

1. Arnold Layne; 2. Interstellar Overdrive; 3. See Emily Play; 4. Remember a Day; 5. Paintbox; 6. Julia Dream; 7. Careful with That Axe, Eugene; 8. Cirrus Minor; 9. The Nile Song; 10. Biding My Time; 11. Bike

Skład: Syd Barett - wokal (1,3,11), gitara (1-5,11); David Glimour - wokal (6,8,9), gitara (6-10); Roger Waters - wokal (7,10), bass; Rick Wright - wokal (4,5), instr.  klawiszowe (1-8,10,11), puzon (10); Nick Mason - perkusja i instr. perkusyjne (1-3,5-7,9-11)
Gościnnie: Norman Smith - perkusja (4)
Producent: Pink Floyd, Norman Smith i Joe Boyd


21 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "Atom Heart Mother" (1970)



Piąty album Pink Floyd to kolejne kontrowersyjne wydawnictwo w dyskografii grupy. Przez wielu uważane za prawdziwe arcydzieło, przez innych za kolejny - po studyjnej części "Ummagumma" - nie do końca udany eksperyment. Sami muzycy po latach nie byli zadowoleni z tego dzieła. David Gilmour tłumaczył: Nikt z nas wówczas nie miał pojęcia, co tak naprawdę chcemy zrobić, ani tym bardziej jak to zrobić. Jeśli mam być szczery, powstał gniot. Aż tak źle tu jednak nie jest, choć arcydziełem ten album też z pewnością nie jest.

Całą pierwszą stronę winylowego wydania wypełnia instrumentalna kompozycja tytułowa. Jej zalążkiem był westernowy motyw wymyślony przez Gilmoura, który stał się przewodnim tematem utworu. Stąd też oryginalny tytuł brzmiał "Theme from an Imaginary Western". Muzycy coraz bardziej rozbudowywali utwór, a na koncertach zapowiadali go jako beztytułowy, "The Amazing Pudding", aż w końcu "Atom Heart Mother" (od tytułu artykułu, znalezionego przez Rogera Watersa w gazecie). Zarówno główny tytuł, jak i podtytuły kolejnych jego części, nie mają żadnego związku z samą kompozycją, która ma bardzo abstrakcyjny charakter. W końcu muzycy wpadli na pomysł dodania orkiestry i chóru. Ponieważ sami nie potrafili nawet czytać nut, aranżację partii orkiestry i chóru powierzyli swojemu swojemu przyjacielowi, awangardowemu kompozytorowi i pianiście Ronowi Geesinowi (z którym w tym samym czasie Waters nagrywał album "Music from the Body"). Było to niezwykle żmudne zadanie, stwarzające wiele problemów, zarówno w kwestiach czysto technicznych, jak i współpracy z muzykami sesyjnej orkiestry studia Abbey Road, niezadowolonymi z faktu grania rockowego utworu. Pod koniec sesji na miejscu aranżera zastąpił go John Alldis, dyrygent chóru, który wziął udział w nagraniu.

Powstało dzieło monumentalne i ambitne, ale niestety także dość kuriozalne - zbyt pretensjonalne i bombastyczne na muzykę rockową, a zarazem zbyt naiwne i proste, jak na muzykę poważną lub awangardową. Paradoksalnie (lub wręcz przeciwnie), najlepiej wypadają te fragmenty suity, w których zespół gra bez wsparcia muzyków z zewnątrz lub udział tych ostatnich ogranicza się do tła. W piątej i dwudziestej drugiej minucie rozbrzmiewają przepiękne solówki Gilmoura, rewelacyjny jest też grany przez sam zespół fragment zaczynający się w jedenastej minucie, w którym słychać już w pełni dojrzały styl grupy. Niestety, całość wywołuje bardzo mieszane odczucia. Muzycy po raz kolejny nieco przecenili swoje możliwości, a może po prostu byli niewystarczająco zaangażowani w powstawanie utworu, zdając się na przypadek i ludzi z zewnątrz. Tak czy inaczej, powstało coś zupełnie unikalnego w muzyce rockowej, nawet jeśli nie była to pierwsza tak zaawansowana współpraca rockowego zespołu z orkiestrą (parę miesięcy wcześniej Deep Purple wydali "Concerto for Group and Orchestra").

Innym eksperymentem jest trzynastominutowy finał albumu - "Alan's Psychedelic Breakfast". W przeciwieństwie do kompletnie abstrakcyjnej suity tytułowej, tym razem mamy do czynienia z muzyką programową. Muzycy po raz kolejny włączyli do swojej twórczości elementy muzyki konkretnej, jednak w tym przypadku służą one osiągnięciu określonego celu. Utwór jest bowiem ilustracją... robienia i spożywania śniadania. Wszystkie ilustracyjne dźwięki zostały zarejestrowane w kuchni Alana Stylesa (technicznego zespołu), podczas gdy właściciel przygotowywał posiłek. Następnie muzycy dograli partie instrumentalne, ewidentnie podkreślające żartobliwy charakter tego nagrania. Abstrahując od czysto artystycznych walorów tego dzieła (szczerze mówiąc, niewielkich), trzeba przyznać, że sam pomysł był genialny w swoim szaleństwie. Trzeba było mieć jaja, żeby umieścić takie nagranie na albumie.

Pomiędzy tymi dwiema kompozycjami umieszczone zostały trzy konwencjonalne, melodyjne utwory o łagodnym charakterze: "If" Rogera Watersa, "Summer '68" Rogera Wrighta i "Fat Old Sun" Davida Gilmoura. W każdym z nich kompozytor pełni rolę wokalisty. Najciekawiej wypada utwór gitarzysty, który zresztą zagrał w nim także na basie i perkusji. To właśnie w tej uroczej, folkowej piosence o pastoralnym nastroju, Gilmour po raz pierwszy w pełni pokazał swój kompozytorski i wokalny talent, a także po raz kolejny udowodnił jak dobrym jest gitarzystą. Co ciekawe, w końcówce słychać dźwięk dzwonów, który po wielu latach powtórzono w kompozycji "High Hopes". "Fat Old Sun" był w tamtym czasie (tzn. w okolicach premiery albumu) stałym punktem występów zespołu, a na żywo rozrastał się nawet do kilkunastu minut, robiąc jeszcze większe wrażenie. Szkoda tylko, że żadne koncertowe wykonanie wciąż nie doczekało się oficjalnej publikacji.

"Atom Heart Mother" to dziwny album, miejscami po prostu przekombinowany, jednak zawierający też sporo naprawdę ciekawych, nowatorskich pomysłów i kilka pięknych momentów. Longplay okazał się kolejnym wielkim sukcesem komercyjnym, dochodząc na szczyt brytyjskiego notowania i do 55. miejsca na liście Billboardu. Był to największy sukces Pink Floyd do czasu wydania "The Dark Side of the Moon". Czy także pod względem artystycznym? Raczej nie.

Ocena: 7/10



Pink Floyd - "Atom Heart Mother" (1970)

1. Atom Heart Mother; 2. If; 3. Summer '68; 4. Fat Old Sun; 5. Alan's Psychedelic Breakfast

Skład: David Gilmour - gitara, wokal (4), bass (4), perkusja (4); Roger Waters - bass (1-3,5), wokal (2), gitara (2); Rick Wright - instr. klawiszowe, wokal (3); Nick Mason - perkusja (1-3,5)
Gościnnie: Ron Geesin - aranżacja chóru i orkiestry (1,3); Abbey Road Session Pops Orchestra - instr. dęte (1,3); John Alldis Choir - chór (1); Haflidi Hallgrimsson - wiolonczela (1); Alan Styles - głos i efekty (5)
Producent: Pink Floyd i Norman Smith


20 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "Ummagumma" (1969)



"Ummagumma" to dwupłytowe wydawnictwo, na które składają się właściwie dwa różne albumy. Pierwszy z nich, odpowiadający pierwszej płycie, to po prostu zbiór koncertowych nagrań, zarejestrowanych wiosną 1969 roku w Birmingham i Manczesterze. Drugi zawiera eksperymentalne, awangardowe nagrania studyjne, skomponowane i zarejestrowane przez poszczególnych muzyków oddzielnie. Choć jest to najtrudniejszy w odbiorze album zespołu, nie przeszkodziło mu to w osiągnięciu sporego sukcesu komercyjnego. Longplay pobił wyniki poprzednich wydawnictw grupy, dochodząc do 5. miejsca listy sprzedaży w Wielkiej Brytanii i łapiąc się do pierwszej setki amerykańskiej listy Billboardu. Takie to były czasy - można było być popularnym grając ambitną muzykę.

Koncertowa część zachwyca już samą tracklistą. To tylko cztery utwory, ale za to najlepsze, jakie zespół do tamtej pory stworzył (no dobrze, obok "Interstellar Overdrive"). Przy czym to tutejsze wersje należy uznać za definitywne. Album rozpoczyna się tak samo, jak debiutancki "The Piper at the Gates of Dawn" - od "Astronomy Domine". Tutaj utwór został trochę rozbudowany i nabrał mocniejszego brzmienia, ale jednocześnie zachował kosmiczny klimat oryginału. David Gilmour nie tylko godnie zastąpił Syda Barretta, ale wręcz wniósł nową jakość, zarówno jako wokalista, jak i gitarzysta. "Careful with That Axe, Eugene" z dość niepozornego instrumentalnego kawałka (wydanego na stronie B niealbumowego singla "Point Me at the Sky") przerodził się w porywający psychodeliczny jam. Instrumentaliści budują niesamowity, hipnotyzujący nastrój, a dziki wrzask Rogera Watersa za każdym razem przyprawia mnie o dreszcze. Drugą stronę wypełniają dwa utwory z "A Saucerful of Secrets". "Set the Controls for the Heart of the Sun" nabrał tu jeszcze bardziej mistycznego klimatu, a nagranie tytułowe w tej wersji jeszcze bardziej zachwyca połączeniem awangardowego chaosu z przepiękną kodą, tutaj wzbogaconą o bardzo ładną wokalizę Gilmoura. Zespół był w tamtym czasie naprawdę fenomenalny na żywo i chyba jeszcze bardziej kreatywny, niż w studiu. Dlatego szkoda, że te cztery utwory to, obok filmu "Live at Pompeii", jedyny oficjalnie wydany koncertowy materiał zespołu z wczesnego etapu kariery.

Mieszane odczucia wywołuje natomiast część studyjna. Każdy z muzyków dostał pół strony płyty winylowej na zaprezentowanie swoich pomysłów. I, niestety, żaden z nich nie stworzył dzieła pozbawionego wad. Rick Wright zaproponował serię czterech instrumentalnych utworów o wspólnym tytule "Sysyphus", granych na różnych instrumentach klawiszowych, zdradzających inspirację muzyką klasyczną i awangardową. O ile początek jest naprawdę obiecujący i intrygujący, tak z czasem muzyka staje się coraz bardziej irytująca. Jak na awangardę, jest zbyt przypadkowa i prosta, jak na rock - zbyt udziwniona i pretensjonalna. Z dwóch nagrań Rogera Watersa lepsze wrażenie sprawia "Grantchester Meadows". To przyjemna i w sumie bardzo konwencjonalna piosenka w stylu "Cirrus Minor" z poprzedniego albumu, z delikatnym śpiewem i partią gitary akustycznej, oraz odgłosami przyrody w tle. Ale Waters odpowiada także za najbardziej dziwaczny "Several Species of Small Furry Animals Gathered Together in a Cave and Grooving with a Pict" - dźwiękowy kolaż przeróżnych odgłosów i dźwięków nie pochodzących instrumentów, poddanych studyjnej obróbce. Ciężko ten eksperyment w ogóle nazwać muzyką. Bardzo melodyjnie wypada natomiast "The Narrow Way" Davida Gilmoura - zwłaszcza w drugiej, piosenkowej połowie, bo pierwsza część zawiera trochę niezbyt zaawansowanych i w sumie niepotrzebnych eksperymentów dźwiękowych. Kompozytor zagrał w tym utworze na wszystkich instrumentach, włącznie z perkusją i klawiszami. Ostatnia ćwiartka należy do Nicka Masona - "The Grand Vizier's Garden Party" to po prostu przydługawe i nieciekawe solo perkusyjne (wzbogacone wstępem i zakończeniem granym na flecie przez żonę bębniarza).

"Ummagumma" pokazuje, że siła Pink Floyd tkwiła we współpracy wszystkich członków, którzy samodzielnie nie potrafili wspiąć się nawet w połowie na ten poziom (co później potwierdziły ich solowe kariery). Koncertowa część to absolutne wyżyny muzyki rockowej. Gdybym miał oceniać ten materiał indywidualnie, nie zawahałbym się przed wystawieniem najwyższej oceny. Solowe nagrania muzyków z drugiej płyty niestety są przerostem ambicji nad umiejętnościami. Niezbyt przemyślanym eksperymentem, brzmiącym jakby sami muzycy nie bardzo wiedzieli, co właściwie pragną osiągnąć. Awangardowe fragmenty wypadają zdecydowanie słabiej od piosenkowych, co pokazuje, że zespół znalazł się na niewłaściwym dla siebie gruncie. Mimo wszystko, "Ummagumma" jako całość zasługuje na wysoką ocenę. Szkoda jednak, że nie jest to po prostu dwupłytowy album koncertowy, na którym starczyłoby miejsca także na "Interstellar Overdrive", "Embryo", "Cymbaline" i inne utwory, jakie zespół wykonywał w tamtym czasie.

Ocena: 8/10



Pink Floyd - "Ummagumma" (1969)

LP1: 1. Astronomy Domine; 2. Careful with That Axe, Eugene; 3. Set the Controls for the Heart of the Sun; 4. A Saucerful of Secrets
LP2: 1. Sysyphus (Parts I-IV); 2. Grantchester Meadows; 3. Several Species of Small Furry Animals Gathered Together in a Cave and Grooving with a Pict; 4. The Narrow Way (Parts I-III); 5. The Grand Vizier's Garden Party (Part I-III)

Skład: David Gilmour - wokal (LP1: 1,4, LP2: 4); gitara (LP1, LP2: 4), bass (LP2: 4), perkusja (LP2: 4), instr. klawiszowe (LP2: 4); Roger Waters - wokal (LP1: 2,3, LP2: 2,3), bass (LP1), gitara (LP2: 2); Rick Wright - wokal (LP1: 1), instr. klawiszowe (LP1, LP2: 1); Nick Mason - perkusja (LP1, LP2: 5)
Gościnnie: Ron Geesin - wokal (LP2: 3); Lindy Mason - flet (LP2: 5)
Producent: Pink Floyd i Norman Smith


19 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "More" (1969)



Trzeci album Pink Floyd to w praktyce soundtrack do tak samo zatytułowanego filmu w reżyserii Barbeta Schroedera. Dlatego też znaczna część tego wydawnictwa (w tym prawie cała druga strona wydania winylowego) to instrumentalna muzyka o zdecydowanie ilustracyjnym charakterze. Czasem naprawdę ciekawa, o hipnotyzującym, psychodelicznym charakterze ("Main Theme", "Up the Khyber", "Dramatic Theme"), kiedy indziej będąca po prostu nieabsorbującym tłem (np. ambientowy "Quicksilver"). Znalazło się tu także kilka prostych, melodyjnych piosenek. Zwykle o łagodnym charakterze, jak wzbogacony o elementy muzyki konkretnej "Cirrus Minor", "Green Is the Colour" (który wszedł na kilka lat do koncertowej setlisty zespołu), czy najładniejszy z nich "Cymbaline", ze wspaniałą partią organów o onirycznym nastroju. Sporym zaskoczeniem, zarówno w kontekście wcześniejszej, jak i późniejszej twórczości zespołu, są utwory "The Nile Song" i "Ibiza Bar" - oba bardzo ostre brzmieniowo, hałaśliwe, wręcz agresywne. Zespół pokazuje tu pazury, a efekt jest naprawdę dobry, zwłaszcza w pierwszym z tych utworów.

Warto odnotować, że "A Spanish Piece" - miniaturka z partią gitary akustycznej w hiszpańskim stylu - jest pierwszym utworem, jaki dla Pink Floyd samodzielnie napisał David Gilmour. Zresztą muzyk ten odgrywa na "More" znacznie bardziej prominentną rolę, niż na poprzednim w dyskografii "A Saucerful of Secrets". Dopiero tutaj słychać, jak wiele grupa zyskała na jego dołączeniu. Po pierwsze, zyskała świetnego, rozpoznawalnego wokalistę, o bardzo przyjemnej, ciepłej barwie głosu, gdy jednak trzeba, potrafiącego śpiewać także w mocniejszy sposób (vide "The Nile Song" i "Ibiza Bar"). Zaś po drugie, zyskała jeszcze lepszego gitarzystę - może i nieszczególnie sprawnego pod względem technicznym, ale za to mającego bardzo charakterystyczne brzmienie i styl, czerpiący z bluesa, równie piękny i emocjonalny. Choć dopiero na kolejnych albumach w pełni pokazał, na co go stać.

"More" należy raczej traktować jako dodatek do podstawowej dyskografii Pink Floyd. Dla zespołu był to raczej krok w bok, niż do przodu, choć pewne zaprezentowane tu rozwiązania (jak eksperymenty z muzyką konkretną) znalazły kontynuację na kolejnych albumach. Zdecydowanie nie wybitne, ale za to całkiem przyjemne wydawnictwo.

Ocena: 7/10



Pink Floyd - "More" (1969)

1. Cirrus Minor; 2. The Nile Song; 3. Crying Song; 4. Up the Khyber; 5. Green Is the Colour; 6. Cymbaline; 7. Party Sequence; 8. Main Theme; 9. Ibiza Bar; 10. More Blues; 11. Quicksilver; 12. A Spanish Piece; 13. Dramatic Theme

Skład: David Gilmour - wokal (1-3,5,6,9,12), gitara (1-3,5,6,8-13), flażolet (7); Roger Waters - bass (2-6,8-10,13); Rick Wright - instr. klawiszowe (1,3-6,8-11,13); Nick Mason - perkusja (2-11,13)
Gościnnie: Lindy Mason - flażolet (5,7)
Producent: Pink Floyd


18 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "A Saucerful of Secrets" (1968)



Prace nad drugim albumem Pink Floyd przeciągały się miesiącami. Częściowo była to wina pogarszającego się stanu Syda Barretta - uzależnionego od narkotyków i zdradzającego pierwsze objawy choroby psychicznej. Na koncertach miał coraz większe problemy z synchronizacją z resztą zespołu, a czasem zdarzało się, że po prostu stał na scenie i zamierał. Po kilku tego typu wybrykach, pozostali muzycy zdecydowali się zatrudnić drugiego gitarzystę, Davida Gilmoura. Początkowo miał być tylko zabezpieczeniem, na wypadek kolejnych odlotów Barretta, jednak z czasem zespół w ogóle przestał informować o występach swojego niedawnego lidera.

W tym przejściowym okresie, trwającym od sierpnia 1967 roku do maja następnego roku, zespół wielokrotnie wchodził do studia, próbując stworzyć materiał na drugi album. Pisanie nowych utworów nie przychodziło łatwo, ze względu na stan dotychczasowego głównego kompozytora. W sierpniu zespół nagrał dwa utwory z myślą o singlu - "Set the Controls for the Heart of the Sun" napisany przez Rogera Watersa, oraz  "Scream Thy Last Scream" Barretta. Do wydania małej płyty ostatecznie nie doszło. Kolejna sesja miała miejsce w październiku, wciąż w oryginalnym składzie. Nagrano wówczas utwory "Apples and Oranges", "Paint Box" (oba wkrótce potem wydano na singlu), "Jugband Blues" i "Vegetable Man", a także dograno nowe partie do "Set the Controls..." i pochodzącej jeszcze z sesji nagraniowej debiutu kompozycji Richarda Wrighta "Remember a Day". Jak się wkrótce okazało, były to ostatnie nagrania Pink Floyd z Barrettem.

Na początku następnego roku zespół wszedł już do studia z Gilmourem. Muzycy dograli kolejne partie do "Set the Controls...", a także zarejestrowali kilka nowych utworów: "Let There Be More Light", "Corporal Clegg", "See-Saw", oraz "It Would Be So Nice" i "Julia Dream". Po oddelegowaniu dwóch ostatnich na kolejny singiel, oraz podjęciu decyzji o niewydawaniu "Scream Thy Last Scream" i "Vegetable Man" (do dziś dostępnych wyłącznie na bootlegach), okazało się, że zespołowi brakuje jeszcze około dwunastu minut, by wypełnić longplay. Muzycy stworzyli wówczas improwizowaną kompozycję "A Saucerful of Secrets", która dała tytuł całemu wydawnictwu. Mało brakowałoby, a w ogóle nie znalazłaby się ona na albumie - jej wydaniu sprzeciwiał się producent Norman Smith, uważający, że zespół powinien grać trzyminutowe piosenki. Na szczęście, muzykom udało się podstawić na swoim.

Pomimo wszystkich trudności, jakie w czasie nagrywania spotkały zespół, "A Saucerful of Secrets" jest albumem znacznie bardziej dojrzałym od debiutanckiego "The Piper at the Gates of Dawn". Choć stylistycznie mający z nim jeszcze wiele wspólnego, zwłaszcza w tych bardziej piosenkowych utworach, jak "Jugband Blues" - jedyny ze śpiewem Barretta - czy "Remember a Day" i "See-Saw",(oba skomponowane i zaśpiewane przez Wrighta). Trochę bajkowego klimatu w stylu poprzedniego albumu znalazło się też w zwariowanej kompozycji Watersa, "Corporal Clegg". Pozostałe utwory pokazują jednak zwrot w bardziej poważnym i eksperymentalnym kierunku. Watersowskie "Let There Be More Light" i "Set the Control for the Heart of the Sun" (jedyny utwór grupy, w którym słychać gitarowe partie i Barretta, i Gilmoura) maja niesamowity, nieco orientalny klimat, tworzony przez hipnotyzujące partie basu i psychodelicznie brzmiące organy. Jeszcze bardziej niezwykłym utworem jest instrumentalny "A Saucerful of Secrets", będący muzyczną ilustracją bitwy. Z początku bardzo awangardowy, pełen atonalnych i sprzęgających się dźwięków, z których pod koniec wyłania się przepiękna melodia.

"A Saucerful of Secrets" ze względu na swój przejściowy charakter i brak jednoznacznego lidera (na pewno nie był już nim Barrett, a Waters i Wright mieli równie ważny wkład w ten album, w przeciwieństwie do nieśmiało stawiającego pierwsze kroki Gilmoura) jest nieco niespójny, ale wyraźnie ukazuje rozwój zespołu. Szczególnie nowsze utwory świadczą o pomysłowości i większej dojrzałości muzyków. Słychać, że zespół powoli wypracowywał już zupełnie nowy styl (równie rozpoznawalny, co baśniowa psychodelia Barretta), który będzie dopracowywać na kolejnych albumach. Co jednak nie znaczy, że należy traktować "A Saucerful of Secrets" jako ciekawostkę. To wspaniały album, z wieloma interesującymi pomysłami kompozytorskimi i aranżacyjnymi, ze świetnie wyważonymi proporcjami między melodyjnością, a eksperymentami.

Ocena: 9/10



Pink Floyd - "A Saucerful of Secrets" (1968)

1. Let There Be More Light; 2. Remember a Day; 3. Set the Control for the Heart of the Sun; 4. Corporal Clegg; 5. A Saucerful of Secrets; 6. See-Saw; 7. Jugband Blues

Skład: David Gilmour - wokal (1,4,5), gitara (1,3-6), kazoo (4); Roger Waters - wokal (1,3), bass (1-7); Syd Barrett - gitara (2,3,7), wokal (7); Rick Wright - wokal (1,2,4-6), instr. klawiszowe (1-7); Nick Mason - perkusja (1,3-7), wokal (4), kazoo (7)
Gościnnie: Norman Smith - perkusja (2); The Salvation Army - orkiestra (7)
Producent: Norman Smith


17 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "The Piper at the Gates of Dawn" (1967)



Rok 1967 przyniósł kilka ważnych, przełomowych dla muzyki rockowej albumów. Ciekawie rozwijały się nurty psychodeliczny i bluesrockowy, wydając na świat takie dzieła, jak - wymieniając tylko te najważniejsze - "Are You Experienced" The Jimi Hendrix Experience, "Disraeli Gears" Cream, "Surrealistic Pillow" Jefferson Airplane, debiuty The Velvet Underground i The Doors, czy prawdopodobnie najsłynniejszy album Beatlesów, czyli "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band". W czasie, gdy nagrywany był ten ostatni, w studiu obok pracowała nad swoim debiutem mało wówczas znana, choć kultowa w londyńskim "podziemiu", grupa Pink Floyd. Jeszcze dwa lata wcześniej był to niepozorny zespół rhythm'n'bluesowy. Jednak pod wpływem takich wykonawców, jak The Byrds czy The Mothers of Invention, grupa podążyła w bardziej eksperymentalne rejony. Na koncertach coraz większą rolę zaczęły odgrywać długie, psychodeliczne, kakofoniczne jamy, składające się ze zgrzytliwych, atonalnych partii gitary, "kosmicznych" dźwięków elektrycznych organów, oraz transowego podkładu sekcji rytmicznej.

Wielu ówczesnych wielbicieli zespołu musiało być bardzo rozczarowanych, gdy do sprzedaży trafił debiutancki album "The Piper at the Gates of Dawn" (tytuł został zaczerpnięty z książki dla dzieci "O czym szumią wierzby" Kennetha Grahame'a). Znane z koncertów psychodeliczne odloty pojawiają się tylko w dwóch instrumentalnych utworach,podpisanych nazwiskami wszystkich ówczesnych muzyków - "Pow R. Toc H." i "Interstellar Overdrive". Choć z drugiej strony, są to dwa najdłuższe utwory na tym albumie. I o ile pierwszy nie przekracza czterech i pół minuty, tak drugi trwa ponad dwa razy tyle, co stanowi jedną czwartą całego albumu. Jego wyjątkowość nie tkwi jednak w samej długości - ta szalona, bardzo swobodna improwizacja po prostu niesamowicie wciąga i hipnotyzuje swoim klimatem. Echa tego typu grania słychać jeszcze w warstwie instrumentalnej "Take Up Thy Stethoscope and Walk" - jedynej tutaj kompozycji Rogera Watersa - i "Astronomy Domine", autorstwa ówczesnego lidera grupy, Syda Barretta. Ten ostatni utwór jeszcze przez kilka lat był stałym punktem koncertów grupy i trudno się temu dziwić, bo to najlepsza, obok "Interstellar Overdrive", wizytówka tego składu. Reszta albumu - napisana przez samego Barretta - ma już zupełnie inny charakter. To bardziej piosenkowe, melodyjne utwory, o baśniowym klimacie. Mniej eksperymentalne, choć dzięki klawiszom Ricka Wrighta zachowujące psychodeliczny nastrój. Wyróżniają się zwłaszcza pozbawiony rytmu "Chapter 24", oraz przywodzący na myśl ówczesne eksperymenty brzmieniowe Beatlesów "Bike".

"The Piper at the Gates of Dawn" niewiele ma wspólnego z późniejszymi dokonaniami Pink Floyd. Ba, ciężko w ogóle znaleźć jakiś podobny album. Jasne, ta muzyka nie wzięła się całkiem znikąd i słyszalne są w niej wpływy The Byrds, Zappy, tudzież Beatlesów (coś tam muzycy podsłuchali zza ściany), całość brzmi jednak bardzo oryginalnie i niepowtarzalnie. Album zachwyca kreatywnością i niekonwencjonalnym podejściem zespołu. Niestety, w przeciwieństwie do jego późniejszych dokonań, wyraźnie się zestarzał. Szczególnie w tych mniej eksperymentalnych momentach, dziś brzmiących trochę infantylnie.

Ocena: 8/10



Pink Floyd - "The Piper at the Gates of Dawn" (1967)

1. Astronomy Domine; 2. Lucifer Sam; 3. Matilda Mother; 4. Flaming; 5. Pow R. Toc H.; 6. Take Up Thy Stethoscope and Walk; 7. Interstellar Overdrive; 8. The Gnome; 9. Chapter 24; 10. The Scarecrow; 11. Bike

Skład: Syd Barrett - wokal i gitara; Roger Waters - bass, wokal; Richard Wright - instr. klawiszowe, wokal; Nick Mason - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Norman Smith


16 czerwca 2012

[Recenzja] Rainbow - "Live in Munich 1977" (2006)



"Live in Munich 1977" to zapis występu z 20 października 1977 roku w Monachium. Materiał został profesjonalnie zarejestrowany w celu wyemitowania w niemieckim programie telewizyjnym Rockpalast. Przez lata był wielokrotnie bootlegowany, aż w 2006 roku doczekał się oficjalnego wydania, zarówno w wersji CD, jak i DVD (w 2010 roku doszło jeszcze winylowe wydanie). Choć koncert odbył się blisko rok po trasie udokumentowanej albumem "On Stage", już po zmianie składu (basista Bob Daisley i klawiszowiec David Stone zajęli miejsca Jimmy'ego Baina i Tony'ego Careya), to jego repertuar był niemal identyczny.

Utwory powtarzające się z "On Stage" wypadają tutaj bardzo podobnie. Trudno zatem przyczepić się do tutejszych wykonań... z dwoma wyjątkami. W obu przypadkach są to, niestety, różnice na niekorzyść tutejszych wersji. W "Catch the Rainbow" zupełnie inna jest partia klawiszy, brzmiąca bardziej kiczowato. Natomiast "Still I'm Sad" jest zdecydowanie za długi - w ciągu 25 minut pojawiają się aż dwie solówki na klawiszach, z których żadna nie porywa, oraz męczący popis Cozy'ego Powella. Zespół rozciągał tak ten utwór także podczas poprzedniej trasy, jednak na "On Stage" znalazł się 11-minutowy miks Martina Bircha, zawierający same najlepsze fragmenty.

"Live in Munich 1977" zawiera także dwa utwory nieobecne na "On Stage". "Long Live Rock 'n' Roll", który zajął w setliście miejsce "Stargazer", idealnie sprawdził się na żywo, stając się prawdziwym hymnem zespołu. Tutejsze wykonanie jest nieporównywalnie lepsze od studyjnego. Niestety, nie mogę tego powiedzieć o "Do You Close Your Eyes", który irytuje tutaj jeszcze bardziej, niż na "Rising" - studyjna wersja jest przynajmniej krótka. Tutaj ten banalny kawałek rozrósł się do dziesięciu minut, z czego kilka ostatnich to zgrzyty niszczonej przez Blackmore'a gitary. Fajnie ogląda się to na DVD, ale w wersji audio męczy.

DVD dodatkowo zawiera trzy teledyski promujące album "Long Live Rock 'n' Roll" (do utworu tytułowego, "Gates of Babylon" i "LA Connection"), wywiady z Bobem Daisleyem i koncertowym menadżerem zespołu, Colinem Hartem, a także galerię zdjęć.

Dla fanów zespołu "Live in Munich 1977" jest pozycją obowiązkową. Wszyscy pozostali mogą sobie odpuścić to wydawnictwo. Dla tych z nich, którzy chcieliby mieć w swojej kolekcji jedno wydawnictwo Rainbow, zdecydowanie lepszym wyborem jest bardziej zwarty i pozbawiony dłużyzn "On Stage".

Ocena: 7/10



Rainbow - "Live in Munich 1977" (2006)

CD1: 1. Kill the King; 2. Mistreated; 3. Sixteenth Century Greensleeves; 4. Catch the Rainbow; 5. Long Live Rock 'n' Roll
CD2: 1. Man on the Silver Mountain; 2. Still I'm Sad; 3. Do You Close Your Eyes

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; David Stone - instr. klawiszowe; Bob Daisley - bass, dodatkowy wokal; Cozy Powell - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Drew Thompson, Terry Shand, Geoff Kempin


[Recenzja] Rainbow - "Long Live Rock 'n' Roll" (1978)



Trzeci studyjny album Rainbow został nagrany właściwie przez trio Blackmore, Dio, Powell - nowi muzycy, David Stone i Bob Daisley, zagrali tylko w kilku utworach. Album na ogół oceniany jest niżej od poprzednich, choć prezentuje podobny poziom. Dominują tutaj energetyczne, przebojowe kawałki, zwykle dość przyjemne (jak tytułowy "Long Live Rock 'n' Roll", "Lady of the Lake", "Sensitive to Light"), choć czasem popadające w przesadny banał ("L.A. Connection"). Zupełnie niepotrzebna wydaje się studyjna wersja "Kill the King", która wypada po prostu blado w porównaniu z koncertowym wykonaniem z "On Stage". W "The Shed (Subtle)" zespół gra nieco ciężej niż zwykle, zaś orientalizujący "Gates of Babylon" jest wyraźnym następcą "Stargazer" (zespołowi znów towarzyszą muzycy grający na smyczkach), choć na szczęście nieco mniej pretensjonalnym. Te dwa utwory są zdecydowanie najmocniejszymi punktami albumu. Na przeciwnym biegunie mieści się natomiast przesłodzona, kiczowata ballada "Rainbow Eyes".

"Long Live Rock 'n' Roll" okazał się ostatnim albumem Rainbow, na którym wystąpił Ronnie James Dio. Ritchie Blackmore nagrał pod tym szyldem jeszcze parę albumów (na każdym modyfikując skład), na których zwrócił się w stronę tandetnego pop rocka.

Ocena: 6/10



Rainbow - "Long Live Rock 'n' Roll" (1978)

1. Long Live Rock 'n' Roll; 2. Lady of the Lake; 3. L.A. Connection; 4. Gates of Babylon; 5. Kill the King; 6. The Shed (Subtle); 7. Sensitive to Light; 8. Rainbow Eyes

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Ritchie Blackmore - gitara, bass (1-3,6,8); Bob Daisley - bass (4,5,7); Cozy Powell - perkusja; David Stone - instr. klawiszowe (3-6)
Gościnnie: Bavarian String Ensemble - instr. smyczkowe (4); Ferenc Kiss i Nico Nicolicv - altówka (8); Karl Heinz Feit - wiolonczela (8); Rudi Risavy i Max Hecker - flet (8)
Producent: Martin Birch


15 czerwca 2012

[Recenzja] Rainbow - "On Stage" (1977)



Po wydaniu zaledwie dwóch albumów studyjnych Rainbow, Ritchie Blackmore zdecydował się na opublikowanie koncertówki. Bardzo wcześnie, zważywszy na ilość materiału jakim dysponował zespół. Z drugiej strony, na żywo wypadał on zupełnie inaczej, niż w studiu. Na dwóch płytach winylowych zmieściło się zaledwie sześć - za to w większości bardzo rozbudowanych - utworów, zarejestrowanych w grudniu 1976 roku podczas koncertów w Japonii i Niemczech. Chociaż zespół promował wówczas wspomniany album "Rising", na "On Stage" złożyły się głównie utwory z debiutanckiego "Ritchie Blackmore's Rainbow".

Całość rozpoczyna jednak rozpędzony "Kill the King", który właśnie tutaj ma swoją płytową premierę (dopiero w 1978 roku, na albumie "Long Live Rock 'n' Roll", została wydana wersja studyjna). Muzycy napisali ten utwór specjalnie na koncerty, ponieważ potrzebowali szybkiego otwieracza występów. Wcześniej rozpoczynali koncerty od "A Light in the Black", ale najwyraźniej nie sprawdził się w tej roli. Kolejny utwór to znany już z debiutu "Man on the Silver Mountain" - tutaj jednak zaprezentowany w znacznie bardziej porywającej wersji. Brzmienie jest cięższe, bardziej pasujące do hard rockowego charakteru utworu, a poza tym został znacznie wydłużony. Rozbudowano go między innymi o fajną, bluesową improwizację, a także o krótki fragment  utworu "Starstuck" - podobno Ronnie James Dio i Cozy Powell postanowili dodać go bez wiedzy Ritchiego Blackmore'a, który jednak błyskawicznie zareagował dołączając do nich. Szkoda tylko, że te kilkadziesiąt sekund to jedyny fragment "Rising", jaki znalazł się na "On Stage". Wynagradza to świetne wykonanie "Catch the Rainbow". Z prostej ballady przerodził się w ponad piętnastominutową improwizację, pełną zmian dynamiki - od naprawdę delikatnych fragmentów, po bardziej intensywne, pełne pasji granie. Mimo zupełnie nowego charakteru, utwór zachował całą swoją magię, bajeczny klimat.

Niespodzianką jest uwzględnienie w repertuarze "Mistreated" z repertuaru Deep Purple. To utwór idealny do grania na żywo, dający przede wszystkim spore pole do popisu Blackmore'owi. Niestety, Dio nie radzi sobie najlepiej wokalnie. Jego interpretacja wypada sztucznie i bardziej pretensjonalnie od wykonań Davida Coverdale'a. "Sixteen Century Greensleeves" to kolejny fragment debiutu, który wiele tutaj zyskuje - nie tylko dzięki mocniejszemu brzmieniu, ale również dodatkowego balladowego wstępu, którego nie ma w wersji studyjnej. Największa metamorfozę przeszedł jednak "Still I'm Sad" - w wersji studyjnej instrumentalna, łagodna miniaturka; tutaj przerodziła się w ciężki, jedenastominutowy utwór, z ekspresyjną partią wokalną Ronniego i świetnymi improwizacjami muzyków, przede wszystkim Blackmore'a, chociaż również Tony Carey dostał czas na zaprezentowanie swoich umiejętności. Na koncertach można było usłyszeć także perkusyjną solówkę Powella, ale tutaj została wycięta z powodu ograniczeń czasowych płyty winylowej. Moim zdaniem wyszło jednak na dobre - dzięki temu utwór jest bardziej zwarty.

"On Stage" pokazuje, że grupa zdecydowanie lepiej wypadała podczas grania na żywo, niż w studiu. Więcej tutaj swobody i energii, w końcu też ciężko przyczepić się do brzmienia, które wreszcie ma odpowiedni ciężar i dynamikę. Całkiem zadowalający jest repertuar (choć zamiast "Mistreated" wolałbym usłyszeć np. "A Light in the Black") i wykonanie (pomijając co bardziej pretensjonalne partie Dio). Nie jest to co prawda poziom "Made in Japan" czy "Made in Europe", ale w wśród hardrockowych koncertówek jest to bez wątpienia jedna z najciekawszych pozycji.

Ocena: 8/10




Rainbow - "On Stage" (1977)

LP1: 1. Kill the King; 2. Medley: Man on the Silver Mountain / Blues / Starstuck; 3. Catch the Rainbow
LP2: 1. Mistreated; 2. Sixteen Century Greensleeves; 3. Still I'm Sad

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jimmy Bain - bass; Cozy Powell - perkusja; Tony Carey - instr. klawiszowe
Producent: Martin Birch


14 czerwca 2012

[Recenzje] Rainbow - "Rising" (1976)



Pierwszy album Rainbow okazał się sporym sukcesem komercyjnym, choć nie był nawet promowany trasą koncertową. Brak trasy wynikał z kontraktowych obowiązków Ritchiego Blackmore'a, który musiał grać z Deep Purple. Pozostali muzycy wykorzystali ten czas na promocję albumu "Trying to Burn the Sun", który wydali pod szyldem Elf. Gdy jednak Ritchie odzyskał wolność, odchodząc z Deep Purple, postanowił zmienić skład swojej grupy. Doszedł do wniosku, że dotychczasowi instrumentaliści - klawiszowiec Micky Lee Soule, basista Craig Gruber i perkusista Gary Driscoll - nie pasują do jego wizji zespołu. Zatrudnił więc na ich miejsce Tony'ego Careya, Jimmy'ego Baina, oraz zdolnego perkusistę Cozy'ego Powella (ex-The Jeff Beck Group). Na miejscu wokalisty pozostał Ronnie James Dio. Skład ten istniał krótko, jednak pozostawił po sobie jeden z najbardziej cenionych albumów hardrockowych - "Rising".

Początek rzeczywiście jest świetny. "Tarot Woman" doskonale łączy hardrockowy czad i chwytliwą melodię. W porównaniu z debiutem zwraca uwagę lepsze, tzn. cięższe brzmienie. Choć produkcja Martina Bircha i tym razem nie jest doskonała - praktycznie nie słychać gitary basowej. "Run with the Wolf" to kolejny energetyczny i melodyjny kawałek, niestety już nie tak bardzo zapadający w pamięć. Album stopniowo kieruje się w coraz bardziej komercyjne rejony - "Starstuck" opiera się na prostym rockandrollowym schemacie, a "Do You Close Your Eyes?" razi okropnym, niewiarygodnie banalnym refrenem. Większe ambicje muzyków pokazuje ośmiominutowy "Stargazer". W zamyśle miało to być monumentalne, inspirowane muzyką klasyczną dzieło. Udział w nagraniu wzięła nawet prawdziwa orkiestra. Efekt, jak można się domyślić, brzmi bardzo pretensjonalnie (szczególnie partie Dio i orkiestry), ocierając się o kicz i śmieszność. O wiele lepsze wrażenie sprawia finałowy "A Light in the Black" - tak samo długi, lecz stawiający na hardrockowy czad. Świetnie wypadają tutaj grane w zawrotnym tempie partie Blackmore'a, Powella i Careya.

Zachwyty nad "Rising" są zdecydowanie przesadzone. Zespół często popada tutaj w banał lub teatralność. Zdecydowanie zbyt często, jak na tak krótki - niewiele ponad półgodzinny - album. Owszem, słychać tu pewien postęp w stosunku do debiutu, zarówno w kwestii brzmienia, jak i przede wszystkim kompozycji (pierwszy i ostatni utwór są naprawdę udane), ale to wciąż za mało, by uznawać "Rising" za klasykę czegokolwiek. 

Ocena: 7/10



Rainbow - "Rising" (1976)

1. Tarot Woman; 2. Run with the Wolf; 3. Starstuck; 4. Do You Close Your Eyes?; 5. Stargazer; 6. A Light in the Black

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jimmy Bain - bass; Cozy Powell - perkusja; Tony Carey - instr. klawiszowe
Gościnnie: Munich Philharmonic Orchestra - instr. smyczkowe i dęte (5); Rainer Pietsch - dyrygent (5)
Producent: Martin Birch


13 czerwca 2012

[Recenzja] Rainbow - "Ritchie Blackmore's Rainbow" (1975)



W połowie lat 70. Ritchie Blackmore zdecydował się opuścić grupę Deep Purple. Nie podobał mu się kierunek, w jakim zespół zmierzał pod wpływem nowego basisty, Glenna Hughesa, zafascynowanego muzyką funk i soul. Nie bez znaczenia była też jego malejąca pozycja w zespole. Gdy podczas prac nad albumem "Stormbringer" zaproponował nagranie coverów "Black Sheep of the Family" Quatermass i "Still I'm Sad" The Yardbirds, spotkał się ze zdecydowaną odmową pozostałych muzyków. Wówczas podjął decyzję o powołaniu solowego projektu. Do udziału w nim próbował namówić Davida Coverdale'a, ówczesnego wokalistę Purpli. Ten jednak odmówił, gdy usłyszał jaką muzykę chce grać gitarzysta - będącą krokiem wstecz, powrotem do czasów "Machine Head". Kolejnym wyborem był Ronnie James Dio z supportującej Deep Purple na koncertach grupy Elf. Wokalista zgodził się pod warunkiem, że w nagraniach wezmą udział także pozostali członkowie jego grupy (poza gitarzystą). Tak narodził się pierwszy skład Rainbow.

Poza nagraniem dwóch wspomnianych coverów, grupa nagrała także siedem nowych kompozycji, autorstwa Blackmore'a i Dio. Gitarzysta nie miał zamiaru odbiegać tutaj daleko od stylu wypracowanego przed laty z Deep Purple. Zmniejszona została tylko rola klawiszy, na rzecz dłuższych partii solowych samego Blackmore'a. Poza tym większy nacisk położono na melodie, często po prostu popowe. Brzmienie albumu jest zresztą bardzo wygładzone. W riffowych "Man on the Silver Mountain" i "Sixteen Century Greensleeves" wyraźnie brakuje mocy. Nieporównywalnie lepiej utwory te wypadały na koncertach. Podobnie jak "Still I'm Sad" - w tutejszej wersji jest to banalny instrumentalny kawałek, który nie ma ani klimatu oryginalnej wersji The Yardbirds, ani energii koncertowych wykonań Rainbow. Zespół zresztą często ociera się tutaj o banał, żeby wspomnieć tylko o sztampowych "Black Sheep of the Family" i "If You Don't Like Rock 'n' Roll". Tak naprawdę bronią się tylko dwie balladowe kompozycje, które są naprawdę urokliwe. Delikatny "Catch the Rainbow" w partiach gitary wyraźnie wskazuje na inspirację Jimim Hendrixem, natomiast nieco żywszy "The Temple of the King" momentami lekko przypomina "Stairway to Heaven". Mimo, że żaden z tych utworów nie zbliża się poziomem do pierwowzoru, to na tle całości jawią się jako prawdziwe perły.

Jak na klasykę hard rocka, do której "Ritchie Blackmore's Rainbow" jest zaliczany, album brzmi zbyt popowo. Stanowi też spory krok wstecz w porównaniu z tym, co Ritchie robił w ciągu poprzednich pięciu lat z Deep Purple. Na tle takich albumów, jak "In Rock" czy "Made in Japan", debiut Rainbow brzmi bardzo zachowawczo i niestety dość naiwnie (okładka idealnie oddaje charakter zawartej tutaj muzyki). Poziom poszczególnych kompozycji jest różny (w najlepszych przypadkach ledwie dobry, bez rewelacji), a wykonanie jest przyzwoite, lecz nie porywa - w grze Blackmore'a słychać rutynę, wokal Dio często brzmi pretensjonalnie, zaś reszta zespołu jest tylko tłem dla tej dwójki.

Ocena: 6/10



Rainbow - "Ritchie Blackmore's Rainbow" (1975)

1. Man on the Silver Mountain; 2. Self Portrait; 3. Black Sheep of the Family; 4. Catch the Rainbow; 5. Snake Charmer; 6. The Temple of the King; 7. If You Don't Like Rock 'n' Roll; 8. Sixteen Century Greensleeves; 9. Still I'm Sad

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Craig Gruber - bass; Gary Driscoll - perkusja; Micky Lee Soule - instr. klawiszowe
Producent: Ritchie Blackmore, Ronnie James Dio i Martin Birch