29 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "The Final Cut" (1983)



Podczas sesji nagraniowej "The Final Cut" nie było już zespołu - był tylko Roger Waters, ze swoją wizją i otaczającymi go muzykami sesyjnymi. Wśród tych ostatnich znaleźli się co prawda David Gilmour i Nick Mason, ale pierwszemu z nich tylko w kilku momentach udaje się wyraźniej zaznaczyć swoją obecność (przede wszystkim podczas charakterystycznych, pięknych solówek w "Your Possible Pasts", "The Fletcher Memorial Home" i "The Final Cut"), natomiast gra drugiego z nich jest całkiem bezbarwna. Opinie, że w rzeczywistości jest to solowy album Watersa, są do pewnego stopnia uzasadnione. Aczkolwiek wspomniane wcześniej solówki Gilmoura uzasadniają wydanie go pod szyldem Pink Floyd.

"The Final Cut" początkowo miał nosić tytuł "Spare Brick" i być uzupełnieniem albumu "The Wall" - zawierać utwory z tak samo zatytułowanego filmu, których nie było na płycie ("When the Tigers Broke Free", "What Shall We Do Now?") lub były, ale specjalnie na potrzeby filmu zostały nagrane na nowo (np. "Bring the Boys Back Home"). Wybuch wojny o Falklandy spowodował jednak, że Waters postanowił stworzyć nowy materiał, o zdecydowanie antywojennym przesłaniu. Dodać jednak trzeba, że cztery utwory z "The Final Cut" ("Your Possible Pasts", "One of the Few", tytułowy "The Final Cut" i "The Hero's Return") są w rzeczywistości odrzutami z "The Wall", w na nowo opracowanych wersjach - zmiany dotknęły zwłaszcza tekstów, muzyka pozostała bez zmian (wystarczy porównać "The Hero's Return" z jego wcześniejszą wersją, "Teacher, Teacher", dostępną w boksie "The Wall - Immersion Edition").

Utwory na "The Final Cut" są wyjątkowo - jak na Pink Floyd - mało urozmaicone. Pierwszoplanową rolę odgrywają w nich partie wokalne Watersa - raczej recytowane niż śpiewane - którym towarzyszy monotonny podkład muzyczny (np. "The Post War Dream", "Get Your Filthy Hands Off My Desert", "Southampton Dock"). Często jedynym urozmaiceniem są solówki, nie tylko Gilmoura, ale też saksofonisty Raphaela Ravenscrofta ("The Gunner's Dream", "Two Suns in the Sunset"). Większą dynamiką charakteryzują się tylko dwa utwory: "Your Possible Pasts" z mocniejszym refrenem i ostrym gitarowym solem, a także hardrockowy "Not Now John". Ten drugi to zresztą najbardziej wyróżniający się utwór na płycie, przełamujący wokalny monopol Watersa - część tekstu śpiewa Gilmour, a wtórują mu chórzystki (powtarzające m.in. wers "fuck all that"). W ocenzurowanej wersji kawałek został wydany na singlu, który warto zdobyć dla umieszczonej na stronie B pełnej, dwukrotnie dłuższej od albumowej, wersji  "The Hero's Return".

Na płycie nie brak też pięknych fragmentów, w których pojawia się to magiczne, floydowe brzmienie, znane z poprzednich wydawnictw grupy - mam na myśli takie utwory, jak "The Final Cut" (z orkiestracją przywołującą na myśl "Comfortably Numb" i z prawie równie dobrą solówką), "Paranoid Eyes" oraz finałowy "Two Suns in the Sunset", który idealnie pasuje na zamknięcie ostatniej płyty zespołu - bo przecież "The Final Cut" miał być ostatnim longplayem Pink Floyd. I może byłoby lepiej gdyby faktycznie nim był. Bo na dwóch kolejnych - nagranych już bez Watersa "A Momentary Lapse of Reason" i "The Division Bell" - grupa jeszcze bardziej traci swoje charakterystyczne brzmienie.

Ocena: 7/10

PS. Kompaktowe reedycje albumu (z 2004 i 2011 roku) zawierają dodatkowo utwór "When the Tigers Broke Free", umieszczony pomiędzy "One of the Few" i "The Hero's Return". Wcześniej kawałek dostępny był wyłącznie na niealbumowym singlu.



Pink Floyd - "The Final Cut" (1983)

1. The Post War Dream; 2. Your Possible Pasts; 3. One of the Few; 4. The Hero's Return; 5. The Gunner's Dream; 6. Paranoid Eyes; 7. Get Your Filthy Hands Off My Desert; 8. The Fletcher Memorial Home; 9. Southampton Dock; 10. The Final Cut; 11. Not Now John; 12. Two Suns in the Sunset

Skład: Roger Waters - wokal, bass, gitara i syntezatory; David Gilmour - gitara, bass, wokal (11); Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Andy Bown - instr. klawiszowe; Michael Kamen - pianino; Raphael Ravenscroft - saksofon (5,12); Andy Newmark - perkusja (12)
Producent: Roger Waters, James Guthrie i Michael Kamen


28 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "The Wall" (1979)



"The Wall", czyli najlepiej sprzedający się dwupłytowy longplay w historii muzyki, to "rockowa opera" autorstwa Rogera Watersa, opowiadająca - częściowo autobiograficzną - historię muzyka rockowego o imieniu Pink. Główny bohater, który w dzieciństwie stracił na wojnie ojca i był wychowywany przez nadopiekuńczą matkę, w pewnym momencie zaczyna budować wokół siebie symboliczny Mur, którym odgradza się od okrutnego świata. W drugiej części dzieła staje się kimś na wzór faszystowskiego przywódcy, a na koniec postanawia zburzyć swój Mur.

Okładka reedycji.
Pod względem muzycznym, album jest zbliżony do gitarowego "Animals", ale w przeciwieństwie do wszystkich poprzednich płyt zespołu, trafiły tu dość proste, krótkie utwory (od niespełna minutowych "Goodbye Cruel World" i "Stop" do ponad sześciominutowego "Comfortably Numb"). Tworzące spójną całość (głównie dzięki powtarzaniu kilku przewodnich motywów), ale zróżnicowane. Są tutaj utwory zaskakująco zwyczajne, jak akustyczna piosenka "Mother" czy hardrockowy "Young Lust". Są też najdziwniejsze w całym dorobku grupy orkiestrowe "Bring the Boys Back Home" i "The Trial". W drugim z nich pojawia się wyjątkowo ciężki jak na Floydów gitarowy riff, słychać go zresztą także w dwóch innych utworach, "Hey You" i "Waiting for the Worms". Inny mocny riff pojawia się w obu częściach "In the Flesh".

Ozdobą płyty są świetne solówki Davida Gilmoura z utworów "The Thin Ice", "Another Brick in the Wall (Part II)", "Don't Leave Me Now" oraz - przede wszystkim - "Hey You" i "Comfortably Numb". Ten ostatni utwór to zresztą jeden z nielicznych na płycie skomponowanych przez kogoś innego niż Waters - Gilmour stworzył go z myślą o albumie solowym, ale dzięki staraniom producenta Boba Ezrina trafił na "The Wall". Ezrinowi grupa zawdzięcza także swój największy przebój - to on wpadł na pomysł uprzebojowienia "Another Brick in the Wall (Part II)", poprzez dodanie funkowego rytmu i dziecięcego chóru.

Głównym wokalistą na albumie jest oczywiście Waters. Nie zawsze śpiewanie wychodzi mu dobrze (fałsze w "Don't Leave Me Now"), ale też potrafi robić to bardzo poruszająco ("Goodbye Cruel World", "Vera"), a swoją wszechstronność pokazuje w "The Trial", w którym wciela się w kilka różnych postaci. Czasem oddaje głos Gilmourowi ("Another Brick in the Wall (Part II)", "Young Lust", świetny "Goodbye Blue Sky" oraz "The Show Must Go On"), ale najlepsze efekty osiągają śpiewając wspólnie ("The Thin Ice", "Mother", "Hey You", "Comfortably Numb" i "Waiting for the Worms").

Nie można nie wspomnieć o takich utworach jak "The Happiest Days of Our Lives" i "Empty Spaces", które wydają się być jedynie wstępami do następujących po nich utworów, ale ich mroczny klimat intryguje, wciąga. Podobnie zresztą wygląda z pierwszą i trzecią częścią "Another Brick in the Wall" - nie są tak chwytliwe jak "Part II", ale za to bardziej emocjonalne. A przecież jest tu jeszcze przepiękna instrumentalna miniaturka "Is There Anybody There?".

"The Wall" nie jest albumem łatwym w odbiorze, ale warto poświęcić tej płycie więcej uwagi, dla tych kilkunastu genialnych utworów, które sprawiają, że słabsze momenty nie mają znaczenia.

Ocena: 9/10



Pink Floyd - "The Wall" (1979)

LP1: 1. In the Flesh?; 2. The Thin Ice; 3. Another Brick In the Wall (Part I); 4. The Happiest Days of Our Lives; 5. Another Brick In the Wall (Part II); 6. Mother; 7. Goodbye Blue Sky; 8. Empty Spaces; 9. Young Lust; 10. One of My Turns; 11. Don’t Leave Me Now, 12. Another Brick In the Wall (Part III); 13. Goodbye Cruel World
LP2: 1. Hey You; 2. Is There Anybody Out There?; 3. Nobody Home; 4. Vera; 5. Bring the Boys Back Home; 6. Comfortably Numb; 7. The Show Must Go On; 8. In the Flesh; 9. Run Like Hell; 10. Waiting for the Worms; 11. Stop; 12. The Trial; 13. Outside the Wall

Skład: Roger Waters - wokal, bass i gitara; David Gilmour - gitara, wokal, bass i syntezatory; Rick Wright - instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Fred Mandel - organy (LP1: 1. LP2: 8); Bruce Johnston - dodatkowy wokal (LP1: 1, LP2: 7,8,10); James Guthrie - instr. perkusyjne (LP1: 4, LP2: 9), instr. klawiszowe (LP1: 8, LP2: 8); uczniowie Islington Green School - wokal (LP1: 5); Bob Ezrin - instr. klawiszowe (LP1: 6,10, LP2: 2,3,7,8,10); Jeff Porcaro - perkusja (LP1: 6), werbel (LP2: 5); Harry Waters - głos (LP1: 7); Lee Ritenour - gitara (LP1: 10, LP2: 6); Trudy Young - głos (LP1: 10); Joe DiBlasi - gitara (LP2: 2); Michael Kamen - aranżacja instr. smyczkowych (LP2: 2,6); New York Symphony Orchestra - instr. smyczkowe (LP2: 3-5,12); New York Opera - chór (LP2: 5); Bobbye Hall - instr. perkusyjne (LP2: 9); Frank Marrocco - koncertyna (LP2: 13); Larry Williams - klarnet (LP2: 13); Trevor Veitch - mandolina (LP2: 13)
Producent: Bob Ezrin, Roger Waters, David Gilmour, James Guthrie


27 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "Animals" (1977)



Po łagodnym "Wish You Were Here" muzycy Pink Floyd postanowili nagrać zdecydowanie mocniejszy album. "Animals" to zdecydowanie najostrzejszy longplay w och dyskografii, zarówno w warstwie muzycznej, jak i słownej. Roger Waters, po raz kolejny autor wszystkich tekstów, zaproponował album koncepcyjny, na którym w ostrych słowach krytykuje menadżerów, myślących tylko o pieniądzach i własnej karierze ("Dogs"), polityków i innych ludzi na wysokich szczeblach władzy ("Pigs (Three Different Ones)"), ale też ślepo im posłusznych zwykłych obywateli ("Sheep"). Koncept ten wyraźnie nawiązuje do powieści "Folwark zwierzęcy" George'a Orwella, chociaż sam Waters zawsze zaprzeczał, że owe dzieło było dla niego inspiracją.

Album rozpoczyna się jednak spokojnie, od niespełna półtora minutowej miniaturki "Pigs on the Wing (Part I)" - to tylko gitara akustyczna i śpiew Watersa. Utwór ma pogodniejszy nastrój od kolejnych kawałków, oraz nietypowy dla grupy tekst, będący miłosnym wyznaniem Rogera do ówczesnej żony. Druga część utworu - pod względem muzycznym identyczna - zamyka album. Początkowo obie części stanowiły jeden utwór, a łącznikiem pomiędzy nimi była gitarowa solówka Gilmoura, z którą wiąże się pewna anegdota. Pod koniec sesji nagraniowej muzycy zespołu mieli przesłuchać niejakiego Snowy'ego White'a, gdyż ze względu na gitarowy charakter "Animals" potrzebowali drugiego gitarzystę na trasę koncertową. White trafił jednak na niewłaściwy moment - muzycy byli wściekli, gdyż okazało się, że przypadkiem została skasowana wspomniana solówka. Kiedy White stwierdził, że chciałby pograć z zespołem, zanim zgodzi się do nich dołączyć, Gilmour odparł mu szorstko: Nie byłoby cię tutaj, gdybyś nie potrafił grać, nie?, Waters zasugerował jednak, żeby pozwolić mu zagrać utracony fragment. Wersja z zaimprowizowaną przez niego solówką została wydana tylko we Francji (na singlu) i w Stanach (na albumie "Animals" w wersji 8-track, czyli tzw. kasecie kartridżowej).

Pierwszym "właściwym" utworem jest 17-minutowy "Dogs" - jedyny na płycie, którego Waters nie skomponował samodzielnie, a z pomocą Gilmoura. Jest to też jedyny utwór, w którym można usłyszeć wokal gitarzysty. "Dogs" powstał jednak kilka lat wcześniej: już w 1974 roku był wykonywany na żywo, wówczas pod tytułem "You've Got to Be Crazy". Mroczny nastrój kompozycji wywołuje skojarzenia z "Welcome to the Machine" z poprzedniego longplaya, ale początek utworu jest dość łagodny. Akompaniament partii wokalnej Gilmoura stanowią gitary akustyczne i klawiszowe dźwięki w tle. Jednak dynamika szybko wzrasta, dołącza sekcja rytmiczna, a potem rozbrzmiewa zadziorna solówka Gilmoura - jedna z kilku w tym utworze, przy czym każda kolejna brzmi coraz ostrzej. Oczywiście, nie brak tu progresywnych zmian motywów i nastrojów - największy następuje w dziewiątej minucie, kiedy "żywe" instrumenty ustępują miejsca zimnym dźwiękom syntezatora i odgłosom szczekających psów. Po kilku minutach wraca jednak główny motyw, zaś sama końcówka (już z wokalem Watersa) należy do najcięższych - ale i najbardziej zapamiętywalnych - momentów albumu.

Najbardziej zadziornym utworem na albumie jest jednak "Pigs (Three Different Ones)" - brutalnemu tekstowi Watersa (z wersami typu You fucked up old hag / Ha, ha, charade you are) towarzyszą tutaj ciężkie brzmienie gitar i jeszcze ostrzejsze solówki - zwłaszcza ta kończąca utwór robi wrażenie. Melodia jest co prawda całkiem chwytliwa, za sprawą linii basu i klawiszowych ozdobników Ricka Wrighta, ale trudno traktować ten niemal 12-minutowy w kategoriach przeboju (chociaż Brazylijczycy wydali go na singlu - w wersji skróconej do czterech minut). Najbardziej znanym fragmentem albumu jest natomiast "Sheep", kolejny starszy utwór, grany na koncertach już kilka lat wcześniej (jako "Raving and Drooling"). Rozpoczyna się lekko jazzowymi dźwiękami pianina elektrycznego, a po chwili dochodzi pulsująca linia basu, nie tak odległa od tej z "One of These Days". Kiedy włączają się Gilmour i Mason, a Waters zaczyna wykrzykiwać swój oskarżycielski tekst, utwór nabiera wręcz hardrockowej mocy. Ale jednocześnie zachowuje progresywny charakter, co ma odbicie w długości - to kolejne kilkunastominutowe dzieło. Kontrowersje wywołał fragment z sarkastyczną parafrazą Psalmu 23, chociaż został on przetworzony wokoderem, przez co jest słabo słyszalny.

"Animals", mimo ostrego przekazu i brzmienia, okazał się kolejnym sukcesem Pink Floyd, osiągając 2. miejsce na Brytyjskim notowaniu, a 3. na amerykańskiej liście Billboardu. Obecnie album pozostaje jednak w cieniu innych dokonań grupy. Niesłusznie. Zespół idealnie połączył tutaj progresywność poprzednich dzieł (ze wskazaniem na utwór "Echoes" i album "Wish You Were Here") z mocniejszym brzmieniem i przekazem, które można traktować jako zapowiedź wydanego dwa lata później "The Wall". Może trochę mniej tutaj zapadających w pamięć melodii, ale pięknych fragmentów nie brakuje. Bez wątpienia "Animals" należy do największych arcydzieł zespołu, a także całej muzyki rockowej.

Ocena: 10/10



Pink Floyd - "Animals" (1977)

1. Pigs on the Wing (Part I); 2. Dogs; 3. Pigs (Three Different Ones); 4. Sheep; 5. Pigs on the Wing (Part II)

Skład: Roger Waters - wokal, bass i gitara; David Gilmour - gitara, wokal (2), syntezator; Rick Wright - instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Pink Floyd


26 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "Wish You Were Here" (1975)



Chociaż "Wish You Were Here" powstawał w nie najlepszym okresie dla zespołu - podczas sesji muzycy byli przeważnie obecni tylko ciałem, najchętniej w ogóle nie przebywaliby razem w jednym pomieszczeniu, brakowało im pomysłów na nowe utwory - jest kolejnym wybitnym, ponadczasowym dziełem. Pod pewnymi względami nawet przebija "The Dark Side of the Moon". Chociaż i tutaj warstwa słowna jest bardzo istotna (to kolejny album koncepcyjny, tym razem dotyczący wyobcowania i negatywnych aspektów muzycznego biznesu), to w mniejszym stopniu odciąga od muzyki.

Alternatywna wersja okładki.
Bez wątpienia najważniejszym utworem jest składający się z dziewięciu części "Shine on You Crazy Diamond". To największe - obok "Echoes" - dzieło grupy zostało podzielone na dwa fragmenty: części 1-5 otwierają album, a 6-9 zamykają go. Utwór rozpoczyna się delikatnymi dźwiękami, granymi na kieliszkach do wina - to pozostałość po niedokończonym projekcie "The Household Objects", w którym cała muzyka miała być stworzona bez prawdziwych instrumentów, za pomocą domowego sprzętu codziennego użytku. Po wstępie, rozpoczyna się część grana na organach, zaś kolejna jest zdominowana przez gitarę Gilmoura, grającego najpierw delikatnie, później coraz mocniej. Śpiew Watersa pojawia się dopiero pod koniec dziewiątej minuty. "Parts I-V" kończy saksofonowe solo w wykonaniu Dicka Parry'ego, który współpracował już zespołem przy okazji poprzedniej płyty. Jeżeli zaś chodzi o tekst, to tytułowym Szalonym Diamentem jest oczywiście Syd Barrett. Pierwszy lider grupy pojawił się zresztą w studiu (po odbiór tantiem), kiedy zespół nagrywał album. Podobno nawet zapytał ich kiedy ma nagrać swoje partie...

"Welcome to the Machine" został zbudowany na zestawieniu gitar akustycznych z przerażającymi dźwiękami wydobywanymi z syntezatora. Daje to naprawdę niesamowity efekt, a sam utwór należy do najmroczniejszych w dorobku grupy. Bardziej pogodny - pod względem muzycznym - wydaje się "Have a Cigar", w którym pomimo lekko jazzowej melodii, pojawiają się ostrzejsze partie gitar, zdające się zapowiadać kierunek, jaki grupa obierze na kolejnych albumach. Co ciekawe, Waters miał problem z zaśpiewaniem tego utworu, a Gilmour odmówił zrobienia tego, bo nie utożsamiał się z tekstem. W rezultacie w nagraniu słuchać folk rockowego wokalistę Roya Harpera, który akurat nagrywał swój własny album w sąsiednim studiu.

Tytułowy "Wish You Were Here" to jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów grupy. Oparty na gitarach akustycznych i ładnej melodii, po prostu musiał przypaść do gustu większości słuchaczy. To zresztą zdecydowanie jedna z najpiękniejszych ballad wszech czasów. Kończący utwór szum wiatru to jednocześnie wstęp do "Shine on You Crazy Diamond (Parts VI-IX)". Po chwili wchodzi pulsująca linia basu, będąca akompaniamentem do dźwięków wygrywanych przez Wrighta i Gilmoura. Ten drugi wkrótce prezentuje długą solówkę, będącą wstępem do części wokalnej. Przedostatnia część opiera się na funkowym motywie, natomiast ostatnia to piękny popis umiejętności klawiszowca.

Ocena: 10/10

PS. W 2011 roku album został wydanych w dwóch specjalnych edycjach: dwupłytowej "Experience" i w boksie "Immersion". Obie zawierały dodatkowy dysk z niepublikowanymi wcześniej nagraniami: fragmentami koncertu z Wembley, z 1974 roku ("Shine on You Crazy Diamond" - jeszcze niedokończony i w jednej części - oraz "Raving and Drooling" i "You've Got to Be Crazy", które zostały odrzucone podczas nagrywania "Wish You Were Here", ale do których zespół wróci podczas nagrywania następnego albumu); instrumentalny utwór "Wine Glasses" z sesji "Household Objects" (użyty później jako wstęp "Shine on...", przez co jego atrakcyjność nie jest zbyt wielka); oraz alternatywne wersje "Have a Cigar" (z wokalami Gilmoura i Watersa) i "Wish You Were Here" (z partią skrzypiec w wykonaniu Stéphane'a Grappelli, zupełnie nie pasującą do tego, co gra zespół).



Pink Floyd - "Wish You Were Here" (1975)

1. Shine on You Crazy Diamond (Parts I-V); 2. Welcome to the Machine; 3. Have a Cigar; 4. Wish You Were Here; 5. Sine on You Crazy Diamond (Parts VI-IX)

Skład: Roger Waters - wokal (1,2,5), bass, syntezatory; David Gilmour - gitara, syntezatory, wokal (4); Rick Wright - instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Dick Parry - saksofon (1); Roy Harper - wokal (3)
Producent: Pink Floyd


25 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "The Dark Side of the Moon" (1973)



Czy można jeszcze napisać coś odkrywczego o albumie, który przez 741 tygodni (ok. 14 lat) utrzymywał się na liście Billboardu, a jego sprzedaż wynosi ponad 45 milionów egzemplarzy? O albumie, który jest powszechnie uważany za jedno z największych i najambitniejszych arcydzieł współczesnej muzyki, nie tylko rockowej? "The Dark Side of the Moon" przez ostatnie (prawie) 40 lat był analizowany na wszystkie możliwe sposoby. Nie będę zatem podejmować się próby pokazania tego longplaya od nieznanej (ciemnej) strony. Ograniczę się jedynie do przedstawienia suchych faktów i własnej opinii.

Okładka wydania SACD (2003).
"The Dark Side of the Moon" to tzw. album koncepcyjny, spójny nie tylko tekstowo, ale również muzycznie, dlatego najlepiej słuchać go w całości. Fakt, że to samo można powiedzieć o każdym innym albumie Pink Floyd, jednak w tym wypadku jest to najbardziej uzasadnione. To tutaj najbardziej odczuwalne jest obcowanie z jednym, 40-minutowym utworem, podzielonym na 10 fragmentów. Nie każdy z nich zasługuje na miano pełnoprawnego utworu. Np. "Speak to Me" to tylko intro: odgłos bicia serca, jakieś piski... Po półtorej minuty wyłania się z nich przepiękny motyw utworu "Breathe" (na niektórych wydaniach kompaktowych oba utwory stanowią jedną ścieżkę). To jeden z tych typowych dla grupy, delikatniejszych utworów, z przyciągającym uwagę śpiewem Davida Gimoura i jego charakterystyczną grą na gitarze. Utwór nagle się urywa, a jego dalsza część pojawia się dopiero w końcówce "Time". Zanim jednak do niej dotrzemy, trzeba przebrnąć przez instrumentalny, elektroniczny "On the Run". W kawałku tym trudno wyłowić ślady melodii, brzmi to jak bezsensowna zabawa syntezatorem. Niektórzy mówią, że to pierwowzór techno - i mają w tym sporo racji. Co jednak ciekawe, początkowo zespół chciał umieścić w tym miejscu inny instrumentalny fragment, roboczo zatytułowany "The Travel Sequence". O tym, że byłaby to lepsza opcja, można się przekonać dzięki wydanemu w zeszłym roku boksowi "The Dark Side of the Moon - Immersion Edition".

Wspomniany już "Time" rozpoczyna się genialnym wstępem dzwoniących zegarów, zsynchronizowanych z rytmem utworu. To jeden z najdłuższych fragmentów albumu, oparty na świetnej melodii, która czyni go jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów Pink Floyd. Punktem kulminacyjnym jest genialna solówka Gilmoura, należąca do najpiękniejszych jakie stworzył. Zupełnie inny nastrój przynosi "The Great Gig in the Sky", w którym słychać tylko piękną partię fortepianu Ricka Wrighta, oraz przeszywającą wokalizę Clare Torry - był to pierwszy przypadek, kiedy w utworze Pink Floyd wystąpił ktoś spoza zespołu. Drugim jest udział saksofonisty Dicka Parry'ego w dwóch kolejnych utworach, otwierających stronę B winylowego wydania "Money" i "Us and Them". Pierwszy z nich to najostrzejszy fragment albumu, zagrany z niemal hardrockową mocą, słyszalną zwłaszcza w partiach Gilmoura. Całość opiera się jednak na genialnym w swojej prostocie, chwytliwym motywie basowym. Amerykański wydawca zespołu zdecydował się wydać utwór na singlu, co okazało się strzałem w dziesiątkę - 13. pozycja na liście Billboardu była jednym z powodów popularności całego albumu.

"Us and Them", jest już bardziej nastrojowy, może nawet senny, chociaż w refrenie następuje mocniejszy zryw. Co ciekawe, pierwotna wersja utworu powstała już trzy lata wcześniej, podczas pracy nad utworami do filmu "Zabriskie Point", jednak pomysł został odrzucony przez reżysera, Michelangelo Antonioniego. Nagrana wówczas wersja (nazwana "The Violent Sequence"), w której słychać jedynie fortepian Wrighta, także jest dostępna w boksie "The Dark Side of the Moon - Immersion Edition". W wersji płytowej utwór płynnie przechodzi w instrumentalny, bardzo przyjemny "Any Colour You Like", będący przede wszystkim popisem Wrighta i Gilmoura. Podniosły finał zapewniają tworzące całość "Brain Damage" i "Eclipse" - jedyne utwory, w których zaśpiewał główny kompozytor całości, Roger Waters. "Eclipse" przez pewien czas miało być nawet tytułem albumu, gdyż w czasie gdy Pink Floyd nagrywali swoje dzieło, w sklepach ukazał się album "Dark Side of the Moon" mało znanej grupy Medicine Head. Kiedy jednak okazało się, że ów album nie przepadł na listach przebojów, Floydzi postanowili wrócić do pierwotnego tytułu.

"The Dark Side of the Moon" to wspaniały album, jednak wbrew powszechnej opinii niekoniecznie jest tym najlepszym w dyskografii zespołu. Jest tu wiele genialnych fragmentów, ale i kilka troszkę słabszych ("On the Run", "Any Colour You Like"), które sprawiają, że do ideału trochę brakuje - ten zostanie osiągnięty na kolejnej płycie Pink Floyd. Bez wątpienia jest to jednak album klasyczny, a jak na taki przystało - dorobił się kilku ciekawych wznowień. W 2003 roku, z okazji 30-lecia premiery, ukazało się wydanie na płycie Super Audio CD, ze zmienioną okładką. Jeszcze ciekawsze okazały się dwie reedycje z 2011 roku: "Experience Edition", zawierająca dodatkowy dysk z koncertową rejestracją albumu (ze stadionu Wembley, z 1974 roku), oraz wspomniany już dwukrotnie boks "Immersion Edition". Na to ostatnie wydawnictwo trafiły trzy płyty audio (pierwsza z albumem, druga z koncertem na Wembley, a trzecia z dodatkowymi utworami), a także dwie DVD (z różnymi miksami albumu i materiałami wideo) i jedna Blu-ray (powielająca zawartość DVD).

Ocena: 10/10



Pink Floyd - "The Dark Side of the Moon" (1973)

1. Speak to Me; 2. Breathe; 3. On the Run; 4. Time; 5. The Great Gig in the Sky; 6. Money; 7. Us and Them; 8. Any Colour You Like; 9. Brain Damage; 10. Eclipse

Skład: David Gilmour - wokal (2,4,6,7), gitara, syntezatory; Roger Waters - bass, syntezatory, wokal (9,10); Rick Wright - instr. klawiszowe, wokal (4,7); Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Clare Torry - wokal (5); Dick Parry - saksofon (6,7)
Producent: Pink Floyd


24 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "Obscured by Clouds" (1972)



Bardzo niedoceniany album, często wręcz zapominany. Zupełnie niesłusznie, chociaż nie trudno zrozumieć, dlaczego tak jest. "Obscured by Clouds" powstał właściwie z doskoku, na zamówienie (jako soundtrack do filmu "La Vallée" Barbeta Schroedera), napisany i nagrany w zaledwie dwa tygodnie, pomiędzy żmudnymi, trwającymi wiele miesięcy sesjami nagraniowymi "The Dark Side of the Moon". Album nie był promowany trasą koncertową - ba, muzycy prawie w ogóle nie sięgali po ten materiał na żywo (tylko trzy utwory - tytułowy, "When You're In" i "Childhood's End" były obecne w setliście w latach 1972-73; natomiast "Wot's... Uh the Deal?" został przypomniany przez Davida Gilmoura na jego solowej trasie z 2006 roku). Członkowie grupy zgodnie podkreślali, że "Obscured by Clouds" nie jest nawet pełnoprawnym albumem, a tylko ciekawostką, dodatkiem do podstawowej strony. Z drugiej strony, Gilmour i Nick Mason przyznają, że bardzo lubią ten materiał. I trudno im się dziwić, bowiem to naprawdę świetna porcja muzyki.

"Obscured by Clouds", w przeciwieństwie do większości albumów Pink Floyd, przemyślanym od początku do końca dziełem, na którym wszystkie utwory tworzą dopracowaną w najmniejszych szczegółach całość. To po prostu zbiór niepowiązanych ze sobą piosenek, raczej prostych, bez długich popisów instrumentalnych. I w tym tkwi jego siła - w przyjemnych, czasem naprawdę uroczych melodiach i ogólnie słyszalnym luzie, na który muzycy tak rzadko sobie pozwalali. Album rozpoczyna się od brzmiącego bardzo nowocześnie tytułowego "Obscured by Clouds" - syntezatorowy szum, jednostajny rytm i charakterystyczne, przeciągane dźwięki gitary Gilmoura. Kawałek płynnie przechodzi w dynamiczny "When You're In", oparty na hardrockowym riffowaniu; w tle przyjemnie wybrzmiewają klawisze. Bardziej subtelny nastrój przynosi ballada "Burning Bridges" - pierwszy utwór na płycie, w którym pojawia się partia wokalna (wykonana przez Richarda Wrighta, wspartego przez Gilmoura). W warstwie muzycznej dominują dźwięki organów, którym towarzyszy mocna gra sekcji rytmicznej, oczywiście nie brakuje też gitarowej solówki.

Dwa kolejne utwory, oba śpiewane przez Davida, to mocniejszy, niemal hardrockowy "The Gold It's in the...", oraz delikatniejszy "Wot's... Uh the Deal?", zdominowany przez gitarę akustyczną - jednak jego kluczowym momentem jest klawiszowa solówka Wrighta. Kończący pierwszą stronę winylowego wydania instrumentalny "Mudmen" pod względem brzmienia mieści się gdzieś pomiędzy dwoma poprzednimi utworami - ładny motyw grany na gitarze akustycznej i delikatne klawiszowe tło kontrastują w nim z ostrą solówką i mocną grą Nicka Masona. "Childhood's End" pod względem rytmicznym brzmi jak "Time" z następnego albumu, ale śpiew Gilmoura i brzmienie jego gitary są tutaj o wiele bardziej zadziorne - znów niemal hardrockowe. Najbardziej piosenkowy w zestawie, akustyczny "Free Four" to jedyny tutaj popis wokalny Rogera Watersa; tekstowo jest natomiast zapowiedzią tematyki późniejszych albumów grupy, "The Wall" i - zwłaszcza - "The Final Cut". W Stanach "Free Four" został wydany na singlu i być może właśnie dzięki niemu "Obscured by Clouds" sprzedawał się tam lepiej od wszystkich poprzednich albumów grupy.

Ostatnim "zwykłym" utworem na płycie jest przepiękna ballada "Stay", śpiewana przez Ricka Wrighta i zdominowana przez brzmienie jego klawiszy. Po nim rozbrzmiewa już tylko najmniej konwencjonalny "Absolutely Curtains". Pierwsza cześć kompozycji to spacerockowy odlot, nieco w klimacie późniejszego "Shine on You Crazy Diamonds". Gdyby cały był utrzymany w tym klimacie, stanowiłby piękne zwieńczenie albumu. Niestety, jego druga połowa zdominowana jest zawodzeniem członków plemienia Mapuga (występujących także w filmie), które całkowicie rujnuje jej nastrój. W rezultacie jest to jeden z dwóch utworów Pink Floyd (obok "Several Species of Small Furry Animals Gathered Together in a Cave and Grooving with a Pict" z albumu "Ummagumma"), których nigdy nie jestem w stanie wysłuchać w całości. Cóż, taka odrobina dziegciu na koniec przepysznej beczki miodu.

"Obscured by Clouds", wbrew temu jak traktują ją muzycy zespołu, to naprawdę wartościowa pozycja w dyskografii Pink Floyd, pokazująca inne oblicze jego twórczości. Mniej ambitne, ale równie wspaniałe.

Ocena: 8/10



Pink Floyd - "Obscured by Clouds" (1972)

1. Obscured by Clouds; 2. When You're In; 3. Burning Bridges; 4. The Gold It's in the...; 5. Wot's... Uh the Deal?; 6. Mudmen; 7. Childhood's End; 8. Free Four; 9. Stay; 10. Absolutely Curtains

Skład: David Gilmour - wokal (3-5,7), gitara; Roger Waters - wokal (8), bass; Rick Wright - wokal (3,9), instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja
Producent: Pink Floyd


23 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "Meddle" (1971)



Album "Meddle" otwiera nowy rozdział w dyskografii Pink Floyd. Zespół, po latach poszukiwań i eksperymentów, odnalazł tu swój styl, którego będzie się trzymał na kolejnych płytach. Choć trzeba dodać, że w przeciwieństwie do ich późniejszych dzieł, jest dość niespójny. Zaczyna się od dynamicznego "One of These Days", opartego na pulsującej linii basu (na gitarze basowej gra tutaj nie tylko Roger Waters, ale także David Gilmour - jednego z nich słychać w prawym kanale, a drugiego w lewym), z ostrymi, wręcz agresywnymi, gitarowymi partiami Gilmoura. Dalej mamy kontrast w postaci dwóch łagodnych utworów, opartych na brzmieniach akustycznych (bardzo ładny, nastrojowy "A Pillow of Winds" i trochę mniej udany "Fearless", zepsuty w końcówce fragmentem pieśni "You'll Never Walk Alone" w wykonaniu kibiców). Z kolei w "San Tropez" muzycy zbliżają się do jazzu, natomiast zamykający pierwszą stronę winylowego wydania "Seamus" to kawałek stricte-bluesowy, wzbogacony partią harmonijki i... szczekaniem psa. Ten ostatni kawałek jest zresztą ewidentnym wypełniaczem i jednym z najgorszych utworów w dorobku zespołu.

Okładka wydania kanadyjskiego.
Strona A pozostawia zatem mieszane odczucia, jednak wszelkie jej wady rekompensuje druga strona longplaya. Znalazł się tutaj tylko jeden, 23-minutowy utwór. Jeden niesamowity utwór, będący najwspanialszym dziełem zespołu - a może całej muzyki rockowej - "Echoes". Rozpoczyna się od pojedynczych, przetworzonych dźwięków fortepianu, do których z czasem dochodzą kolejne instrumenty, grające piękną melodię, podkreślaną przez wokalny duet Gilmoura i Wrighta, śpiewających poetycki tekst Watersa. Z czasem utwór nabiera intensywności, pojawiają się długie solówki gitarzysty. Tuż po siódmej minucie następuje nagłe przełamanie i zaczyna się część w której muzycy mogą zaprezentować swoje umiejętności. Niespełna cztery minuty później utwór znowu zostaje przełamany - tym razem rozpoczyna się mroczna część, pełna dziwnych odgłosów, z których - od ok. piętnastej minuty - zaczyna wyłaniać się niesamowity klawiszowy motyw. To najpiękniejszy fragment utworu, ciężko opisać go słowami. Następnie muzycy wracają do głównego tematu, z partią wokalną, a w końcówce pojawia się jeszcze jeden piękny motyw, grany na przemian przez Gilmoura i Wrighta. Jednym słowem - skończenie doskonałe arcydzieło.

"Meddle" pozostaje w cieniu późniejszych albumów zespołu, z "Dark Side of the Moon", "Wish You Were Here" i "The Wall" na czele, ale bez niego żadne z tych dzieł by nie powstało. I chociaż nie wszystkie utwory trzymają poziom, to ze względu na tak magiczne momenty, jak "Echoes" czy "A Pillow of Wind", można śmiało postawić "Meddle" na równi z wymienionymi płytami. To tak samo ważny w historii rocka longplay jak one.

Ocena: 9/10



Pink Floyd - "Meddle" (1971)

1. One of These Days; 2. A Pillow of Winds; 3. Fearless; 4. San Tropez; 5. Seamus; 6. Echoes

Skład: David Gilmour - wokal (2,3,5,6), gitara, bass (1), harmonijka (5); Roger Waters - wokal (4), bass, gitara (4); Rick Wright - wokal (6), instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja, głos (1)
Producent: Pink Floyd


22 czerwca 2012

[Recenzje] Pink Floyd - "Relics" (1971)



"Relics" to dość osobliwa kompilacja wczesnych nagrań Pink Floyd. Znalazło się na niej pięć utworów z pierwszych trzech albumów grupy, pięć nagrań ze stron A i B singli, oraz jedna zupełnie premierowa kompozycja. W rezultacie, nie jest to ani dobre podsumowanie tego okresu (brakuje chociażby tak ważnych albumowych utworów, jak "Astronomy Domine" czy "Set the Controls for the Heart of the Sun"), ani dobre uzupełnienie podstawowej dyskografii (brakuje kilku niealbumowych nagrań z singli). "Relics" może natomiast sprawdzić się jako wprowadzenie do wczesnej twórczości zespołu. Z jednej strony mamy tu bowiem bardzo przyjemne, chwytliwe kawałki w rodzaju "See Emily Play" czy "Arnold Layne", a z drugiej niesamowity, bardzo psychodeliczny jam "Interstellar Overdrive". Zaletą wydawnictwa niewątpliwie jest obecność kilku trudniej dostępnych nagrań, takich jak uroczy "Julia Dream" (oparty na gitarze akustycznej i klawiszach udających flet), studyjna wersja "Careful with That Axe, Eugene" (nie tak odjechana jak koncertowe wykonania, ale i tak robiąca wrażenie), czy przede wszystkim nieobecny na żadnym innym wydawnictwie "Biding My Time" - bardzo interesujący utwór, z dobrą melodią i lekko jazzowym charakterze, w czym zasługa grającego na puzonie Ricka Wrighta. Dla tego jednego fragmentu "Relics" powinien znaleźć się w kolekcji każdego wielbiciela Pink Floyd.

Wydawnictwo byłoby na pewno znacznie bardziej wartościowe, gdyby zamiast powtórek z regularnych albumów, znalazły się na nim pozostałe utwory z niealbumowych singli. Choć z drugiej strony, żaden z nich* nie jest szczególnie udany. 

Ocena: 8/10

"Candy and a Currant Bun" ze strony B singla "Arnold Layne", oraz wydane na stronach A "Apples and Oranges", "It Would Be So Nice" i "Point Me at the Sky".



Pink Floyd - "Relics" (1971)

1. Arnold Layne; 2. Interstellar Overdrive; 3. See Emily Play; 4. Remember a Day; 5. Paintbox; 6. Julia Dream; 7. Careful with That Axe, Eugene; 8. Cirrus Minor; 9. The Nile Song; 10. Biding My Time; 11. Bike

Skład: Syd Barett - wokal (1,3,11), gitara (1-5,11); David Glimour - wokal (6,8,9), gitara (6-10); Roger Waters - wokal (7,10), bass; Rick Wright - wokal (4,5), instr.  klawiszowe (1-8,10,11), puzon (10); Nick Mason - perkusja i instr. perkusyjne (1-3,5-7,9-11)
Gościnnie: Norman Smith - perkusja (4)
Producent: Pink Floyd, Norman Smith i Joe Boyd


21 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "Atom Heart Mother" (1970)



Nikt z nas wówczas nie miał pojęcia, co tak naprawdę chcemy zrobić, ani tym bardziej jak to zrobić. Jeśli mam być szczery, powstał gniot - to słowa Davida Gilmoura dotyczące piątego albumu Pink Floyd, "Atom Heart Mother". Niestety, bardzo wyraźnie słychać na nim owo zagubienie. Na pewno nie można natomiast zarzucić, że muzykom brakowało wówczas pomysłów, a tym bardziej ambicji. Problem w tym, że znacznie przecenili swoje umiejętności i możliwości. Czwórka młodych muzyków postawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko - stworzenie rozbudowanej kompozycji, długiej na całą stronę płyty winylowej, nagranej z udziałem orkiestry i chóru. Polegli już na etapie kompozytorskim. Żaden z nich nie umiał nawet czytać nut, a co dopiero rozpisać partie chóru i sekcji orkiestrowej. Do ich zaaranżowania musieli skorzystać z pomocy Rona Geesina - awangardowego pianisty, który akurat w tym samym czasie pracował z Rogerem Watersem nad soundtrackiem do filmu "The Body".

Efekt jednak i tak pozostawia sporo do życzenia. Jak na tak długą kompozycję (23 minuty, 44 sekundy) jest dość prosta. Do tego partie chóru brzmią bardzo kuriozalnie na płycie zespołu rockowego i zupełnie nie pasują do rockowych fragmentów suity. Z drugiej strony, jest tutaj kilka naprawdę ciekawych fragmentów. Należą do nich te fragmenty, w których na pierwszy plan wychodzi zespół. Przede wszystkim przepiękna solówka Gilmoura, rozpoczynająca się pod koniec czwartej minuty (i powtórzone potem w dwudziestej pierwszej). Z początku bardzo delikatna, ale nagle nabierająca zupełnie niespodziewanej ostrości. Albo fragment z jedenastej minuty, w którym na pierwszy plan wychodzą organy Ricka Wrighta, a w tle przyjemnie pulsuje gitara basowa. Na takim tle rozbrzmiewa kolejne solo Gilmoura, tym razem bardziej bluesujące, robiące nieco mniejsze wrażenie. To jednak tylko króciutkie fragmenty w bardzo długiej kobyle, która w sporej części ociera się o chaos.

Druga strona albumu rozpoczyna się od trzech krótszych, bardziej konwencjonalnych utworów - po jednym skomponowanym/zaśpiewanym przez Watersa, Wrighta i Gilmoura. Pierwszy z nich zaproponował dość smętną piosenkę "If", opartą gównie na monotonnym akompaniamencie gitary akustycznej. Ratuje ją właściwie tylko klawiszowy motyw Wrighta. Klawiszowiec nie popisał się natomiast szczególnie w swojej własnej kompozycji, "Summer '68". Wyróżniającej się bardzo ładną partią wokalną, ale pod względem muzycznym nieco zbyt chaotycznej. Najlepiej wypada utwór Gilmoura, "Fat Old Sun", z bardzo uroczą melodią i świetną gitarową solówką. W latach 1970-71 był to obowiązkowy punkt wszystkich koncertów zespołu, na których rozrastał się do kilkunastu minut. Wówczas robił jeszcze większe wrażenie i szkoda, że nigdy (jak dotąd) nie został oficjalnie wydany w takiej wersji.

Album kończy jeszcze jeden długi, trzynastominutowy utwór, podpisany przez cały skład - "Alan's Psychedelic Breakfast". To jedna z najdziwniejszych kompozycji w całej dyskografii zespołu, będąca muzyczną ilustracją do... robienia śniadania. Pojawiają się w niej odgłosy przygotowania do posiłku wraz z komentarzem (a potem także mlaskaniem i chrupaniem) niejakiego Alana Stylesa, technicznego grupy. Pomiędzy tymi wszystkimi dźwiękami pojawiają się trzy fragmenty instrumentalne: "Rise and Shine" zdominowana przez klawiszowe popisy Wrighta, "Sunny Side Up" z przepięknymi pasażami Gilmoura na gitarze akustycznej, a także zagrany przez cały zespół, podniosły "Morning Glory". Całość należy jednak traktować wyłącznie w kategorii muzycznego żartu.

"Atom Heart Mother" to album bardzo eksperymentalny, w dodatku zdradzający, że muzycy Pink Floyd cierpieli w tamtym czasie na znaczny przerost ambicji nad umiejętnościami. Jest tutaj kilka naprawdę świetnych momentów, ale całość jest niedopracowana, a często wręcz chaotyczna. Na pewno nie jest to longplay, który można by zaliczyć do największych dokonań grupy.

Ocena: 6/10



Pink Floyd - "Atom Heart Mother" (1970)

1. Atom Heart Mother; 2. If; 3. Summer '68; 4. Fat Old Sun; 5. Alan's Psychedelic Breakfast

Skład: David Gilmour - gitara (1-5), wokal (4), bass (4), perkusja (4); Roger Waters - bass (1-3,5), wokal (2), gitara (2); Rick Wright - instr. klawiszowe (1-5), wokal (3); Nick Mason - perkusja (1-3,5)
Gościnnie: Ron Geesin - aranżacja chóru i orkiestry (1,3); Abbey Road Session Pops Orchestra - instr. dęte i orkiestra (1,3); John Alldis Choir - chór (1); Haflidi Hallgrimsson - wiolonczela (1); Alan Styles - wokal i efekty (5)
Producent: Pink Floyd i Norman Smith


20 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "Ummagumma" (1969)



"Ummagumma" to dwa wydawnictwa w jednym - pierwszy koncertowy album w dyskografii Pink Floyd na jednym dysku, drugi zaś zawiera czwarty studyjny album zespołu, będący jednak zbiorem solowych kompozycji czterech członków zespołu, nagranych bez pomocy pozostałych.

Live album:
To jedyny oficjalny zapis wczesnych Floydów na żywo (nieco późniejszy "Live at Pompeii" w wersji audio, bez obrazu, ukazał się tylko na bootlegach). Jest to też jedna z niewielu w ogóle koncertówek zespołu, a więc tym bardziej warto się z nią zapoznać. Wszystkie cztery utwory wypadają znacznie lepiej od wersji studyjnych, choć trzeba przyznać, że w latach 70. było to normą. Zaczynając od rozbudowanej wersji "Astronomy Domine", utworu który powstał przed dołączeniem Davida Gilmoura do zespołu, w tej wersji będącego głównym wokalistą; przez wciągające, psychodeliczno-kosmiczne "Careful with that Axe, Eugene" - z dzikim wrzaskiem Rogera Watersa, który musi wywoływać zazdrość u blackmetalowych wokalistów - i równie hipnotyczny "Set the Controls for the Heart of the Sun"; aż po genialną wersje czteroczęściowego "A Saucersful of Secrets", z ocierającą się o chaos częścią środkową ("Syncopated Pandemonium") i piękną wokalizą Gilmoura w części ostatniej ("Celestial Voices") - to dla mnie najwspanialszy fragment wczesnej twórczości Pink Floyd (tej sprzed "Meddle"). Pozostaje mieć jedynie żal do zespołu, że nie wydali więcej albumów na żywo z tamtego okresu. Albo mieć nadzieje, że jeszcze to nastąpi.

Studio album: 
Ze studyjną płytą sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Słusznie uznawana jest za najdziwniejszy album zespołu. Często mówi się o niej także jako najgorzej. I chociaż dużo w tym prawdy, nie znaczy to, że nie warto się z nią zapoznać. Album jest bardzo awangardowy, eksperymentalny. Niektóre utwory ciężko wysłuchać w całości. "Sysyphus" Ricka Wrighta to zbiór klawiszowych, instrumentalnych miniaturek. Z kolei "The Grand Vizier's Garden Party" Nicka Masona to po prostu 8-minutowa solówka perkusyjna (we wstępie i zakończeniu wzbogacona fletem). Najbardziej awangardowy jest jednak "Several Species of Small Furry Animals Gathered Together in a Cave and Grooving with a Pict" autorstwa Rogera Watersa. To po prostu kolaż dźwięków wydawanych przez zwierzęta, bez udziału żadnych instrumentów. Waters jako jedyny z muzyków podpisany jest pod dwoma utworami, jednak "Grantchester Meadows" to dla odmiany bardziej konwencjonalny utwór - typowa dla muzyka spokojna piosenka, z akompaniamentem gitary akustycznej i odgłosami fauny w tle. Najlepszym i najbardziej przystępnym utworem jest natomiast "The Narrow Way" Davida Gilmoura, nie różniący się specjalnie od tego, co zespół nagrywał wcześniej.

Do studyjnej połowy "Ummagumma" nie wracam zbyt często, bo niespecjalnie pobadają mi się te wszystkie dziwne eksperymenty. Musze jednak przyznać, że muzycy mieli jaja, aby wydać coś takiego - bardzo niekonwencjonalnego i awangardowego - na płycie. I za to zasłużyli na ocenę pozytywną. A że druga, koncertowa połowa albumu jest ideałem - ocena ta musi być wysoka.

Ocena: 8/10



Pink Floyd - "Ummagumma" (1969)

LP1: 1. Astronomy Domine; 2. Careful with That Axe, Eugene; 3. Set the Controls for the Heart of the Sun; 4. A Saucerful of Secrets
LP2: 1. Sysyphus (Parts I-IV); 2. Grantchester Meadows; 3. Several Species of Small Furry Animals Gathered Together in a Cave and Grooving with a Pict; 4. The Narrow Way (Parts I-III); 5. The Grand Vizier's Garden Party (Part I-III)

Skład: David Gilmour - wokal (LP1: 1,4, LP2: 4); gitara (LP1: 1-4, LP2: 4), bass (LP2: 4), perkusja (LP2: 4), instr. klawiszowe (LP2: 4); Roger Waters - wokal (LP1: 2,3, LP2: 2,3), bass (LP1: 1-4), gitara (LP2: 2); Rick Wright - wokal (LP1: 1), instr. klawiszowe (LP1: 1-4, LP2: 1); Nick Mason - perkusja (LP1: 1-4, LP2: 5)
Gościnnie: Ron Geesin - wokal (LP2: 3); Lindy Mason - flet (LP2: 5)
Producent: Pink Floyd i Norman Smith


19 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "More" (1969)



"More", a właściwie "Soundtrack from the Film More", to trzeci album Pink Floyd, a jednocześnie ścieżka dźwiękowa tak samo zatytułowanego filmu. Chociaż wszystkie utwory (a także nieobecny na "More" utwór "Seabirds") zostały wykorzystane w filmie, na album większość trafiła w innych, zmienionych lub na nowo nagranych wersjach. Otwieracz albumu, "Cirrus Minor", to typowo watersowski, spokojny utwór. Zaskoczeniem jest natomiast następujący po nim ostry, przesterowany "The Nile Song" z mocnym śpiewem Gilmoura. Często określa się go mianem najmocniejszego utworu grupy. Coś w tym jest, chociaż na "More" trafił też niemal identyczny "Ibiza Bar". Na albumie przeważają jednak spokojniejsze kawałki, jak "Crying Song", "Green Is the Colour" i "Cymbaline". Pozostałe siedem utworów to ilustracyjne miniaturki oraz psychodeliczny odlot "Up the Khyber". "Soundtrack from the Film More" nie zalicza się do największych dzieł zespołu, ale posłuchać zdecydowanie warto.

Ocena: 6/10



Pink Floyd - "Soundtrack from the Film More" (1969)

1. Cirrus Minor; 2. The Nile Song; 3. Crying Song; 4. Up the Khyber; 5. Green Is the Colour; 6. Cymbaline; 7. Party Sequence; 8. Main Theme; 9. Ibiza Bar; 10. More Blues; 11. Quicksilver; 12. A Spanish Piece; 13. Dramatic Theme

Skład: David Gilmour - wokal (1-3,5,6,9,12), gitara (1-3,5,6,8-13), flażolet (7); Roger Waters - bass (2-6,8-10,13); Rick Wright - instr. klawiszowe (1,3-6,8-11,13); Nick Mason - perkusja (2-11,13)
Producent: Pink Floyd


18 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "A Saucerful of Secrets" (1968)



"A Saucerful of Secrets" to dla mnie właściwy debiut Pink Floyd. Sami muzycy przyznają, że to na nim zaczęli grać w stylu, który rozwinęli na późniejszych albumach, od "Meddle" wzwyż. Poza tym to pierwsze wydawnictwo zespołu z fenomenalnym gitarzystą Davidem Gilmourem. Natomiast niezrównoważony Syd Barrett - główna postać debiutanckiego "The Piper at the Gates of Dawn" - jest tu niemal nieobecny. Słychać go praktycznie tylko w finałowym "Jugband Blues", który jest niemal jego solowym dziełem - sam tu zaśpiewał i zagrał na gitarze akustycznej, towarzyszy mu jedynie orkiestra, grająca w zwariowanej części środkowej. Poza tym to całkiem zwykła, przyjemna piosenka - bardzo prosta w porównaniu z resztą płyty. Pozostali muzycy nie są do końca pewni w których jeszcze utworach zagrał Barrett. Prawie na pewno w "Remember a Day", być może także w "Set the Control for the Heart of the Sun" i "Let There Be More Light".

Zespół, pozbawiony dotychczasowego lidera i głównego kompozytora, całkiem nieźle poradził sobie z tworzeniem nowego materiału. Chociaż coś z kompozytorskiego stylu Barretta pobrzmiewa w dwóch łagodnych utworach autorstwa Ricka Wrighta (zaśpiewanych przez niego "Remember a Day" i "See-Saw"), a zwłaszcza w zwariowanym "Corporal Clegg" Rogera Watersa (jeden z nielicznych utworów grupy, w których słychać śpiew Nicka Masona), to znalazły się tu także utwory znacznie wykraczające poza wcześniejszą twórczość. Dobrą zapowiedzią zmian jest już otwierający album "Let There Be More Light", z genialnym basowym wstępem. Później niestety utwór trochę się rozmywa i nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle setek innych psychodelicznych utworów z tamtego okresu.

W przeciwieństwie do naprawdę rewelacyjnego "Set the Control for the Heart of the Sun". Ten hipnotyczny utwór, z sennym śpiewem Watersa, został oparty na monotonnym motywie zagranym w skali frygijskiej, używanej w starożytnej Grecji. Niebezpodstawnie stał się jednym z najpopularniejszych utworów z wczesnego repertuaru grupy, regularnie wykonywanym przez nią na żywo aż do 1973 roku. Jednak utworem, który miał największy wpływ na dalszą działalność Pink Floyd, jest dwunastominutowa suita "A Saucerful of Secrets". Składa się ona z czterech części, podczas których można usłyszeć mroczne dźwięki klawiszy, sprzęgające się gitary, perkusyjne solo, a także - na końcu - przepiękne chórki Gilmoura z niebiańskim podkładem melotronu. Jednak eksperymentalna, awangardowa forma tego utworu sprawia, że nie każdemu przypadnie on do gustu.

Cały album należy jednak do najbardziej udanych dzieł Pink Floyd i - mimo ogromnego zróżnicowania poszczególnych utworów - wypada bardzo spójnie. Nie jest to jeszcze w pełni dojrzałe oblicze grupy (to zostanie zaprezentowane na "Meddle"), ale już tutaj słychać, że będzie to wielki zespół.

Ocena: 8/10



Pink Floyd - "A Saucerful of Secrets" (1968)

1. Let There Be More Light; 2. Remember a Day; 3. Set the Control for the Heart of the Sun; 4. Corporal Clegg; 5. A Saucerful of Secrets; 6. See-Saw; 7. Jugband Blues

Skład: David Gilmour - wokal (1,4,5), gitara (1,3-6), kazoo (4); Roger Waters - wokal (1,3), bass (1-7); Syd Barrett - gitara (2,3,7), wokal (7); Rick Wright - wokal (1,2,4-6), instr. klawiszowe (1-7); Nick Mason - perkusja (1,3-7), wokal (4), kazoo (7)
Gościnnie: Norman Smith - perkusja (2); The Salvation Army - orkiestra (7)
Producent: Norman Smith


17 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "The Piper at the Gates of Dawn" (1967)



Rok 1967 przyniósł kilka ważnych, przełomowych dla muzyki rockowej albumów. Ciekawie rozwijały się nurty psychodeliczny i bluesrockowy, wydając na świat takie dzieła, jak - wymieniając tylko te najważniejsze - "Are You Experienced" The Jimi Hendrix Experience, "Disraeli Gears" Cream, "Surrealistic Pillow" Jefferson Airplane, debiuty The Velvet Underground i The Doors, czy prawdopodobnie najsłynniejszy album Beatlesów, czyli "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band". W czasie, gdy nagrywany był ten ostatni, w studiu obok pracowała nad swoim debiutem mało wówczas znana, choć kultowa w londyńskim "podziemiu", grupa Pink Floyd. Jeszcze dwa lata wcześniej był to niepozorny zespół rhythm'n'bluesowy. Jednak pod wpływem takich wykonawców, jak The Byrds czy The Mothers of Invention, grupa podążyła w bardziej eksperymentalne rejony. Na koncertach coraz większą rolę zaczęły odgrywać długie, psychodeliczne, kakofoniczne jamy, składające się ze zgrzytliwych, atonalnych partii gitary, "kosmicznych" dźwięków elektrycznych organów, oraz transowego podkładu sekcji rytmicznej.

Wielu ówczesnych wielbicieli zespołu musiało być bardzo rozczarowanych, gdy do sprzedaży trafił debiutancki album "The Piper at the Gates of Dawn" (tytuł został zaczerpnięty z książki dla dzieci "O czym szumią wierzby" Kennetha Grahame'a). Znane z koncertów psychodeliczne odloty pojawiają się tylko w dwóch instrumentalnych utworach,podpisanych nazwiskami wszystkich ówczesnych muzyków - "Pow R. Toc H." i "Interstellar Overdrive". Choć z drugiej strony, są to dwa najdłuższe utwory na tym albumie. I o ile pierwszy nie przekracza czterech i pół minuty, tak drugi trwa ponad dwa razy tyle, co stanowi jedną czwartą całego albumu. Jego wyjątkowość nie tkwi jednak w samej długości - ta szalona, bardzo swobodna improwizacja po prostu niesamowicie wciąga i hipnotyzuje swoim klimatem. Echa tego typu grania słychać jeszcze w warstwie instrumentalnej "Take Up Thy Stethoscope and Walk" - jedynej tutaj kompozycji Rogera Watersa - i "Astronomy Domine", autorstwa ówczesnego lidera grupy, Syda Barretta. Ten ostatni utwór jeszcze przez kilka lat był stałym punktem koncertów grupy i trudno się temu dziwić, bo to najlepsza, obok "Interstellar Overdrive", wizytówka tego składu. Reszta albumu - napisana przez samego Barretta - ma już zupełnie inny charakter. To bardziej piosenkowe, melodyjne utwory, o baśniowym klimacie. Mniej eksperymentalne, choć dzięki klawiszom Ricka Wrighta zachowujące psychodeliczny nastrój. Wyróżniają się zwłaszcza pozbawiony rytmu "Chapter 24", oraz przywodzący na myśl ówczesne eksperymenty brzmieniowe Beatlesów "Bike".

"The Piper at the Gates of Dawn" niewiele ma wspólnego z późniejszymi dokonaniami Pink Floyd. Ba, ciężko w ogóle znaleźć jakiś podobny album. Jasne, ta muzyka nie wzięła się całkiem znikąd i słyszalne są w niej wpływy The Byrds, Zappy, tudzież Beatlesów (coś tam muzycy podsłuchali zza ściany), całość brzmi jednak bardzo oryginalnie i niepowtarzalnie. Album zachwyca kreatywnością i niekonwencjonalnym podejściem zespołu. Niestety, w przeciwieństwie do jego późniejszych dokonań, wyraźnie się zestarzał. Szczególnie w tych mniej eksperymentalnych momentach, dziś brzmiących trochę infantylnie.

Ocena: 8/10



Pink Floyd - "The Piper at the Gates of Dawn" (1967)

1. Astronomy Domine; 2. Lucifer Sam; 3. Matilda Mother; 4. Flaming; 5. Pow R. Toc H.; 6. Take Up Thy Stethoscope and Walk; 7. Interstellar Overdrive; 8. The Gnome; 9. Chapter 24; 10. The Scarecrow; 11. Bike

Skład: Syd Barrett - wokal i gitara; Roger Waters - bass, wokal; Richard Wright - instr. klawiszowe, wokal; Nick Mason - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Norman Smith


16 czerwca 2012

[Recenzja] Rainbow - "Long Live Rock 'n' Roll" (1978)



Trzeci studyjny album Rainbow został nagrany właściwie przez trio Blackmore, Dio, Powell - nowi muzycy, David Stone i Bob Daisley, zagrali tylko w kilku utworach. Album na ogół oceniany jest niżej od poprzednich, jako płyta nierówna. Rzeczywiście, obok genialnych utworów pojawiły się tu słabsze. Z tym, że tych pierwszych jest zdecydowanie więcej.

Już na początek otrzymujemy jeden z nich - tytułowy "Long Live Rock 'n' Roll", rzeczywiście utrzymany w rockandrollowym klimacie, choć niepozbawiony hardrockowego ciężaru. Przebojowy refren uczynił go nie tylko obowiązkowym fragmentem koncertów Rainbow, ale też zespołu Dio, który wokalista utworzył kilka lat później. Jeszcze lepsze utwory to znany już z "On Stage", szybki "Kill the King", intrygujący, orientalizujący "Gates of Babylon" oraz "The Shed (Subtle)" z chwytliwym, choć niemal metalowym riffowaniem. Ten ostatni utwór psuje jednak otwierające go, solowy popis Blackmore'a.

Do lepszych fragmentów trzeba zaliczyć jeszcze przebojowe "Lady of the Lake" i "Sensitive to Light". Zostają więc tylko dwa utwory, które można uznać za słabsze. W "L.A. Connection" przeszkadza barowe pianino, natomiast "Rainbow Eyes" to zbyt delikatna, nastrojowa ballada. Chyba jedyny utwór zespołu, w którym nie sprawdził się Dio. Porównywać z "Catch the Rainbow" wręcz nie wypada.

Po wydaniu "Long Live Rock 'n' Roll" zespół opuścił Ronnie Dio, niedługo później (po nagraniu albumu "Down to Earth") odszedł tez Cozy Powell - obaj niezadowoleni z popowego kierunku, w jakim postanowił pójść Blackmore. Chociaż na kolejnych albumach towarzyszyli mu m.in. basista Roger Glover - usunięty z Deep Purple kilka lat wcześniej właśnie przez Ritchiego - oraz świetny perkusista Bobby Rondinelli, to żaden z nich nie mógł równać się z płytami nagranymi z Dio.

Ocena: 8/10



Rainbow - "Long Live Rock 'n' Roll" (1978)

1. Long Live Rock 'n' Roll; 2. Lady of the Lake; 3. L.A. Connection; 4. Gates of Babylon; 5. Kill the King; 6. The Shed (Subtle); 7. Sensitive to Light; 8. Rainbow Eyes

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Ritchie Blackmore - gitara, bass (1-3,6,8); Bob Daisley - bass (4,5,7); Cozy Powell - perkusja; David Stone - instr. klawiszowe (3-6)
Gościnnie: Bavarian String Ensemble - instr. smyczkowe (4); Ferenc Kiss i Nico Nicolicv - altówka (8); Karl Heinz Feit - wiolonczela (8); Rudi Risavy i Max Hecker - flet (8)
Producent: Martin Birch


15 czerwca 2012

[Recenzja] Rainbow - "On Stage" (1977)



"On Stage" to jeden z najlepszych albumów koncertowych wszech czasów. Nagrany przez świetny skład z "Rising", musiał być czymś równie wspaniałym. Na dwóch płytach winylowych zmieściło się zaledwie sześć - za to w większości bardzo rozbudowanych - utworów, zarejestrowanych w grudniu 1976 roku podczas koncertów w Japonii i Niemczech. Chociaż zespół promował wówczas wspomniany album "Rising", na "On Stage" złożyły się głównie utwory z debiutanckiego "Ritchie Blackmore's Rainbow". Całość rozpoczyna natomiast rozpędzony "Kill the King", który właśnie tutaj ma swoją płytową premierę (dopiero w 1977 roku został nagrany w studiu, na album "Long Live Rock 'n' Roll"). Muzycy napisali ten utwór specjalnie na koncerty, ponieważ potrzebowali szybkiego otwieracza występów. Wcześniej rozpoczynali koncerty od "A Light in the Black", ale najwyraźniej nie sprawdził się w tej roli.

Kolejny utwór to znany już z debiutu "Man on the Silver Mountain" - tutaj jednak zaprezentowany w znacznie bardziej porywającej wersji. Brzmienie jest cięższe, bardziej pasujące do hard rockowego charakteru utworu, a poza tym został zaprezentowany w wersji ponad dwukrotnie dłużej od studyjnego oryginału. Rozbudowano go między innymi o fajną, bluesową improwizację, a także o krótki fragment  utworu "Starstuck" - podobno Ronnie James Dio i Cozy Powell postanowili dodać go bez wiedzy Ritchiego Blackmore'a, który jednak błyskawicznie zareagował dołączając do nich. Szkoda tylko, że te kilkadziesiąt sekund to jedyny fragment "Rising", jaki znalazł się na "On Stage". A przecież zespół grał na tej trasie także genialny "Stargazer"... Zamiast tego pojawia się tu niespodzianka w postaci "Mistreated" z repertuaru Deep Purple. Porywająca, trzynastominutowa wersja wypełnia całą trzecią stronę albumu. To utwór idealny do grania na żywo, dający przede wszystkim spore pole do popisu Blackmore'owi. Dio całkiem nieźle poradził sobie z wymagającą partią wokalną, chociaż jego głos nie pasuje tu tak dobrze, jak wokal Davida Coverdale'a.

Wcześniej, na drugiej stronie albumu, pojawia się fenomenalne wykonanie "Catch the Rainbow". Z prostej ballady przerodził się w ponad piętnastominutową, zaimprowizowaną kompozycję, pełną zmian dynamiki - od naprawdę delikatnych fragmentów, po bardziej intensywne, pełne pasji granie. Mimo zupełnie nowego charakteru, utwór zachował całą swoją magię, bajeczny klimat. "Sixteen Century Greensleeves" to kolejny fragment debiutu, który wiele tutaj zyskuje - nie tylko dzięki mocniejszemu brzmieniu, ale również dodatkowego balladowego wstępu, którego w wersji studyjnej nie ma. Najbardziej różni się jednak "Still I'm Sad" - w wersji studyjnej instrumentalna, łagodna miniaturka; tutaj - ciężki, jedenastominutowy utwór, z rewelacyjną partią wokalną Ronniego i porywającymi improwizacjami muzyków, przede wszystkim Blackmore'a, chociaż również Tony Carey dostał czas na zaprezentowanie swoich umiejętności. Na koncertach można było usłyszeć także perkusyjną solówkę Powella, ale tutaj została wycięta z powodu ograniczeń czasowych płyty winylowej. Moim zdaniem wyszło jednak na dobre - dzięki temu utwór jest bardziej zwarty

Po tak entuzjastycznym opisie nie muszę się już chyba wysilać z podsumowaniem. Powtórzę więc tylko raz jeszcze: "On Stage" to ścisła czołówka najlepszych koncertówek. Świetny skład, świetny repertuar i jeszcze lepsze lepsze wykonanie. Wszystkie utwory wiele tutaj zyskują w porównaniu z zachowawczymi i gorzej brzmiącymi studyjnymi wersjami; nabierają zupełnie nowego charakteru. Niewiele było zespołów, które potrafiło tak grać na żywo. Dziś nikt już tak, niestety, nie gra.

Ocena: 10/10

PS. Trasa koncertowa promująca album "Rising" po latach została udokumentowana czterema innymi albumami: skompilowany z kilku koncertów "Live in Germany 1976" (1990), a także zawierające zapisy konkretnych występów "Live in Köln 1976" (2006), "Live in Düsseldorf 1976" (2006) i "Live in Nürnberg" (2007). Tracklista na wszystkich jest podobna - zawierają inne wykonania sześciu utworów obecnych na "On Stage", oraz kompozycje "Stargazer" i "Do You Close Your Eyes" (tego ostatniego nie ma na zapisie występu z Düsseldorfu). Z kolei album i DVD "Live in Munich 1977" (2006) to zapis nieco późniejszego występu, poprzedzającego wydanie longplaya "Long Live Rock 'n' Roll". Do repertuaru doszedł tytułowy utwór z tego albumu; poza tym na trackliście powtarzają się wszystkie utwory z "On Stage", a całości dopełnia "Do You Close Your Eyes".



Rainbow - "On Stage" (1977)

LP1: 1. Kill the King; 2. Medley: Man on the Silver Mountain / Blues / Starstuck; 3. Catch the Rainbow
LP2: 1. Mistreated; 2. Sixteen Century Greensleeves; 3. Still I'm Sad

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jimmy Bain - bass; Cozy Powell - perkusja; Tony Carey - instr. klawiszowe
Producent: Martin Birch


14 czerwca 2012

[Recenzje] Rainbow - "Rising" (1976)



Ritchie Blackmore nigdy nie stworzył dwóch albumów Rainbow z tym samym zestawem muzyków. Ze składu towarzyszącego gitarzyście na debiutanckim "Ritchie Blackmore's Rainbow" tylko wokalista Ronnie James Dio przetrwał w zespole trochę dłużej, niż przez jedną sesję nagraniową. Do grupy dołączyła świetna sekcja rytmiczna - perkusista Cozy Powell i basista Jimmy Bain - a także niemniej utalentowany klawiszowiec Tony Carey. Właśnie ten skład Rainbow uznawany jest za najlepszy. A wszystko dzięki nagranemu przez tych właśnie muzyków "Rising". Albumu bardzo krótkiego, trwającego niewiele ponad pół godziny, ale należącego do ścisłej czołówki największych arcydzieł ciężkiego rocka.

Pierwszą stronę winylowego wydania wypełniają cztery dość krótkie utwory. Długie syntezatorowe intro "Tarot Woman" to tylko zmyłka, wraz z wejściem pozostałych muzyków nabiera wręcz heavy metalowej mocy. Jest to jednak jeden z najbardziej chwytliwych utworów w dorobku grupy, głównie za sprawą świetnej partii wokalnej Ronniego. Bardzo przebojowe, w dobrym znaczeniu tego słowa, są także kolejne dwa utwory, "Run with the Wolf" i "Starstuck". Ale już "Do You Close Your Eyes?" jest trochę zbyt banalny, przynajmniej w refrenie. Cóż, nie jest przecież tajemnicą, że Blackmore'a w tamtym czasie interesowała także muzyka pop. Na szczęście kawałek trwa tylko dwie minuty z kawałkiem, a to za mało, żeby znacząco obniżyć poziom płyty.

Tym bardziej, że druga strona "Rising" pokazuje bardziej ambitne oblicze grupy. Znalazły się na niej tylko dwa utwory, za to oba trwające ponad osiem minut. Monumentalny "Stargazer" - przypominający, że Blackmore zafascynowany był także muzyką klasyczną - to jedno z największych arcydzieł całej muzyki rockowej. Mimo pozornej monotonności, utwór wspaniale się rozwija. Dio po raz kolejny przechodzi samego siebie, budując coraz większe napięcie swoją partią wokalną. A "A Light in the Black"? Sami muzycy twierdzili, że jest niedopracowany, ale... Chyba żaden inny zespół nie potrafił grać wtedy w taki sposób! Zawrotnie szybkie tempo i mnóstwo świetnych popisów solowych.

Mimo wszystko, album wydaje się trochę niepełny. Na debiucie zespół zachwycił przede wszystkim dwiema wspaniałymi balladami, "Catch the Rainbow" i "The Temple of the King". Gdyby i tutaj pojawiła się kompozycja tego rodzaju, utrzymana na podobnym poziomie - "Rising" byłby albumem skończenie doskonałym.

Ocena: 9/10



Rainbow - "Rising" (1976)

1. Tarot Woman; 2. Run with the Wolf; 3. Starstuck; 4. Do You Close Your Eyes?; 5. Stargazer; 6. A Light in the Black

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jimmy Bain - bass; Cozy Powell - perkusja; Tony Carey - instr. klawiszowe
Gościnnie: Munich Philharmonic Orchestra - instr. smyczkowe (5)
Producent: Martin Birch


13 czerwca 2012

[Recenzja] Rainbow - "Ritchie Blackmore's Rainbow" (1975)



Po wydaniu przez Deep Purple albumu "Burn", gitarzysta Ritchie Blackmore był coraz bardziej niezadowolony z kierunku, w jaki zmierzał zespół pod wpływem nowego basisty, Glenna Hughesa, zafascynowanego muzyką funk i soul. Decyzję o nagraniu czegoś na własny rachunek podjął jednak dopiero gdy pozostali muzycy odmówili nagrania coverów "Black Sheep of the Family" Quatermass i "Still I'm Sad" The Yardbirds. Początkowo miał go wesprzeć ówczesny wokalista Purpli, David Coverdale, ale po jego odmowie Blackmore zaproponował współpracę Ronniemu Jamesowi Dio z supportującej Deep Purple na koncertach grupy Elf. Wokalista zgodził się pod warunkiem, że w nagraniach wezmą udział także pozostali członkowie jego grupy (poza gitarzystą). Tak narodził się pierwszy skład Rainbow.

Poza nagraniem dwóch wspomnianych coverów, grupa nagrała także siedem nowych kompozycji, autorstwa Blackmore'a i Dio. Gitarzysta nie miał zamiaru odbiegać tutaj daleko od stylu wypracowanego z Deep Purple. Zmniejszona została tylko rola klawiszy, na rzecz dłuższych partii solowych samego Blackmore'a. Poza tym większy nacisk położono na melodie - twórczość grupy momentami wręcz ociera się o pop. Brzmienie albumu jest zresztą bardzo wygładzone. Pasuje to może do banalnych, dość  łagodnych "Black Sheep of the Family" i "If You Don't Like Rock 'n' Roll", ale osłabia siłę utworów typowo hardrockowych, jak "Man on the Silver Mountain", "Sixteen Century Greensleeves", "Self Portrait" i "Snake Charmer". Pierwsze dwa były grane na koncertach o wiele mocniej, na czym wiele zyskały. Podobnie jak "Still I'm Sad" - tutaj zagrany jakby od niechcenia i bez partii wokalnej. Najbardziej przekonująco zespół wypadł w dwóch wspaniałych balladach: bardzo nastrojowej "Catch the Rainbow" i trochę żywszej "The Temple of the King". Te dwa utwory są wystarczającym powodem do posiadania tego albumu.

Mimo wszystko, "Ritchie Blackmore's Rainbow" to bardzo ciekawy debiut, dziś słusznie uznawany za klasykę muzyki rockowej. Warto dodać, że album był wysoko notowany na listach sprzedaży, mimo że pierwsze koncerty zespołu odbyły się dopiero trzy miesiące po jego wydaniu (w zmienionym składzie, który nagrał kolejny longplay, "Rising"). Jednak dopiero na kolejnych płytach Blackmore i Dio, już niemający żadnych zobowiązań w stosunku do swoich poprzednich zespołów, w pełni pokazali na co ich stać.

Ocena: 7/10



Rainbow - "Ritchie Blackmore's Rainbow" (1975)

1. Man on the Silver Mountain; 2. Self Portrait; 3. Black Sheep of the Family; 4. Catch the Rainbow; 5. Snake Charmer; 6. The Temple of the King; 7. If You Don't Like Rock 'n' Roll; 8. Sixteen Century Greensleeves; 9. Still I'm Sad

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Craig Gruber - bass; Gary Driscoll - perkusja; Micky Lee Soule - instr. klawiszowe
Producent: Ritchie Blackmore, Ronnie James Dio i Martin Birch


12 czerwca 2012

[Recenzja] Deep Purple - "Rapture of the Deep" (2005)



Chociaż producentem znowu jest Michael Bradford, "Rapture of the Deep" to solidny hardrockowy album, bez wycieczek w stronę popu (może z wyjątkiem zbyt komercyjnego "Girls Like That"). W muzyków wróciła energia, co zaowocowało wieloma mocnymi kawałkami, w których nie brak świetnych riffów i chwytliwych melodii ("Money Talks", "Wrong Man", "Don't Let Go"). W końcu zrezygnowali z elementów folkowych, wróciły natomiast orientalizmy ("Rapture of the Deep", "Before Time Began"), które zawsze tak dobrze pasowały do muzyki Purpli. Na albumie nie brak też bardzo udanej ballady ("Clearly Quite Absurd"). Minusem są natomiast bladnące umiejętności Gillana, który miejscami zamiast śpiewać musi recytować ("Money Talks", "Before Time Began").

Niecały rok po premierze albumu, ukazała się jego reedycja, z podtytułem "Special Tour 2 CD Edition". Pierwszy dysk został wzbogacony o niezbyt ciekawy utwór "MTV", natomiast zawartość dysku drugiego to: nowa wersja "Clearly Quite Absurd", utwory "Things I Never Said" (przebojowy kawałek z japońskiego wydania "Rapture...") i "The Well-Dressed Guitar" (instrumentalny odrzut z "Bananas" - koszmarna popisówka Morse'a w stylu Yngwiego Malmsteena), a także kilka utworów w wersjach koncertowych - zarówno nowości ("Rapture of the Deep", "Wrong Man"), jak i purpurowa klasyka ("Highway Star", "Smoke on the Water" i "Perfect Strangers").

Ocena: 6/10



Deep Purple - "Rapture of the Deep" (2005)

1. Money Talks; 2. Girls Like That; 3. Wrong Man; 4. Rapture of the Deep; 5. Clearly Quite Absurd; 6. Don't Let Go; 7. Back to Back; 8. Kiss Tomorrow Goodbye; 9. Junkyard Blues; 10. Before Time Began

Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Roger Glover - bass; Don Airey - instr. klawiszowe; Ian Paice - perkusja
Producent: Michael Bradford


11 czerwca 2012

[Recenzja] Deep Purple - "Bananas" (2003)



Pierwszy album Deep Purple nagrany bez Jona Lorda (zastąpił go Don Airey, grający wcześniej m.in. z Rainbow i Ozzym Osbournem), odpycha już przy pierwszym kontakcie, jeszcze przed poznaniem zawartej na nim muzyki. Kretyński tytuł i tandetna okładka szargają dobre imię jednej z legend hard rocka. Nie mam pojęcia dlaczego Gillan, Glover i Paice postanowili ośmieszyć zespół, który trzydzieści lat wcześniej zapewnił im nieśmiertelność. A co gorsze, pod względem muzycznym wcale nie jest tutaj lepiej. Zespół powierzył produkcję niejakiemu Michaelowi Bradfordowi - facetowi, który wcześniej współpracował m.in. z Madonną. Jego wpływ słychać przede wszystkim w takich potwornych kawałkach, jak "Doing It Tonight", nawiązującym do współczesnej muzyki pop, czy balladowym "Haunted", w którym pojawia się ckliwy duet wokalny Iana Gillana z Beth Hart i jeszcze bardziej kiczowate smyczki w tle. Ale na tym lista okropności wcale się nie kończy. Bo znalazł się tu jeszcze chociażby cukierkowaty "Never a World". Ale nawet gdy zespół próbuje grać bardziej w swoim stylu, wychodzą im utwory całkiem bezbarwne (np. "House of Pain", "Sun Goes Down"). Dość intrygująco wypadają natomiast stonowane "Walk On" i "Contact Lost", ale to zdecydowanie za mało, by uratować ten album. Album, który nigdy nie powinien się ukazać.

Ocena: 3/10



Deep Purple - "Bananas" (2003)

1. House of Pain; 2. Sun Goes Down; 3. Haunted; 4. Razzle Dazzle; 5. Silver Tongue; 6. Walk On; 7. Picture of Innocence; 8. I Got Your Number; 9. Never a Word; 10. Bananas; 11. Doing It Tonight; 12. Contact Lost

Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Roger Glover - bass; Don Airey - instr. klawiszowe; Ian Paice - perkusja
Gościnnie: Beth Hart - wokal (3); Paul Buckmaster - aranżacja instr. smyczkowych (3); Michael Bradford - gitara (6)
Producent: Michael Bradford


10 czerwca 2012

[Recenzja] Deep Purple - "Abandon" (1998)



Na początek zaznaczę, że w przeciwieństwie do wszystkich pozostałych albumów Deep Purple, które dotąd słyszałem od kilku do kilkudziesięciu razy, "Abandon" słucham dopiero po raz pierwszy w trakcie pisania tej recenzji. Dlatego też w poniższym opisie może trochę zabraknąć dystansu.

"Any Fule Kno That" to typowy dla zespołu hard rock z zaskakującą, rapowaną partią wokalną Gillana. Utwór nie jest jednak tak tragiczny, jak można by sądzić, a nawet całkiem niezły. Jeżeli mimo wszystko ktoś będzie zdegustowany, to mogę uspokoić, że już w do bólu tradycyjnym "Almost Human" wszystko wraca do normy. "Don't Make Me Happy" to niemal czysty blues. "Seventh Heaven" ma bardziej metalowe brzmienie, ale przy tym jest bardzo melodyjny. Mocny riff na początku "Watching the Sky" to zmyłka - dalej przeważa granie balladowe.

W tym miejscu mogę już śmiało stwierdzić, że "Abandon" to płyta znacznie ciekawsza od eksperymentalnego "Purpendicular". Co prawda, w "Fingers to the Bone" wracają folkowe inspiracje, które pojawiły się na poprzednim longplayu, ale tym razem akustyczne motywy zestawiono z ciężkimi riffami, co daje rewelacyjny efekt. Niestety, dalej płyta zaczyna się psuć. "Jack Ruby" i toporny "She Was" to tylko wypełniacze. "Whatsername" ma nieco banalną melodię. Lepiej wypada riffowy "'69" ze spokojnym przejściem w połowie, ale dopiero chwytliwy "Evil Louie" to kawałek na poziomie tych z początku albumu.

Kompletnym nieporozumieniem jest natomiast zamykający album "Bludsucker". Tytuł brzmi znajomo? Tak, to nowa wersja "Bloodsucker" z "In Rock". Jeżeli ktoś liczy na to, że zespół mocno przearanżował ten utwór  - takie podejście uzasadniłoby jego obecność na tym albumie - to rozczaruje się. To niemal dokładne odegranie oryginału, różnice słychać tylko w solówkach Morse'a (starającego się nie kopiować Blackmore'a), oraz w wokalu Gillana, słabszym niż ćwierć wieku wcześniej.

Mimo tych kilku niedoskonałości, z pewnością będę wracał do tej płyty. Częściej niż do "Purpendicular", czy kolejnego w dyskografii "Bananas".

Ocena: 5/10



Deep Purple - "Abandon" (1998)

1. Any Fule Kno That; 2. Almost Human; 3. Don't Make Me Happy; 4. Seventh Heaven; 5. Watching the Sky; 6. Fingers to the Bone; 7. Jack Ruby; 8. She Was; 9. Whatsername; 10. '69; 11. Evil Louie; 12. Bludsucker

Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Roger Glover - bass; Jon Lord - instr. klawiszowe; Ian Paice - perkusja
Producent: Deep Purple


9 czerwca 2012

[Recenzja] Deep Purple - "Purpendicular" (1996)



"Purpendicular" to debiut Steve'a Morse'a w Deep Purple. Gitarzysta zdobywał doświadczenie w zespołach Dixie Dregs i Kansas, prowadził tez własny Steve Morse Band. Umiejętności na pewno mu nie brak, tylko czy jego styl gry pasuje do Purpli? Niekoniecznie. "Vavoom: Ted the Mechanic" to nijakie, monotonne riffowanie z solówką będącą techniczną popisówką, bez magii, którą miały dźwięki tworzone przez Blackmore'a. Morse o wiele lepiej sprawdza się w delikatniejszym "Loosen My Strings", w którym zresztą każdy z muzyków daje z siebie wszystko. Zarówno pod względem kompozytorskim, jak i wykonawczym, jest to najlepszy fragment albumu.

Kolejne utwory nie zachwycają. "Soon Forgoten" brzmi jak żart, zamiast radości wywołuje jednak zażenowanie. "Sometimes I Feel Like Screaming" to z początku poruszająca ballada, zepsuto ją jednak ostrzejszymi fragmentami, z wykrzykującym tekst Gillanem - który jednak nie posiada już takich umiejętności, jak w czasach "Child in Time". Szybki "Cascades: I'm Not Your Lover", z klasycyzującą solówką Lorda (i nudnym, technicznym popisem Morse'a), należy do tych nielicznych lepszych fragmentów albumu. 

Zaskoczeniem jest akustyczny, folkowy "The Aviator". Można by go uznać za żart (tak jak "Anyone's Daughter" z "Fireball", w stylu country), gdyby nie obecność jeszcze jednego utworu w tym klimacie, "A Touch Away". Ten drugi przekonuje trochę bardziej, za sprawą bardziej chwytliwej melodii. W obu utworach nie ma jednak ani odrobiny stylu Deep Purple. Nie są natomiast zbyt odległe od twórczości Kansas, co pokazuje jak duży wpływ na ten album miał nowy gitarzysta.

"Rosa's Cantina", z harmonijką i funkowym podkładem, to kolejny nieudany eksperyment. Właśnie takie eksperymentalne kawałki przeważają pod koniec albumu ("Hey Cisco", "The Purpendicular Waltz"); a kiedy już muzycy decydują się grać bardziej tradycyjne, hard rockowo, to brakuje im pomysłów na dobre melodie ("A Castle Full of Rascals"). Wyjątek stanowi całkiem udany, chwytliwy "Somebody Stole My Guitar". Podsumowując, na "Purpendicular", znalazły się przynajmniej trzy dobre utwory, ale całość jest bardzo nierówna, nie wszystkie pomysły zespołu są udane, a potencjał niektórych kawałków został zmarnowany.

Ocena: 5/10



Deep Purple - "Purpendicular" (1996)

1. Vavoom: Ted the Mechanic; 2. Loosen My Strings; 3. Soon Forgotten; 4. Sometimes I Feel Like Screaming; 5. Cascades: I'm Not Your Lover; 6. The Aviator; 7. Rosa's Cantina; 8. A Castle Full of Rascals; 9. A Touch Away; 10. Hey Cisco; 11. Somebody Stole My Guitar; 12. The Purpendicular Waltz

Skład: Ian Gillan - wokal, harmonijka; Steve Morse - gitara; Roger Glover - bass; Jon Lord - instr. klawiszowe; Ian Paice - perkusja
Producent: Deep Purple