31 maja 2012

[Recenzja] Deep Purple - "Made in Japan" (1972)



"Made in Japan" powszechnie uznawany jest za jeden z najlepszych koncertowych albumów wszech czasów. Całkiem zasłużenie. Zespół prezentuje się tutaj od najlepszej strony, jak przystało na reprezentanta starej szkoły. Zamiast odgrywania utworów nuta w nutę, zgodnie z oryginalnymi wersjami, studyjne pierwowzory są jedynie punktem wyjścia do improwizacji, które rozwijały je w twórczy sposób, nadając zupełnie nowej jakości.

Materiał zarejestrowano w szczytowym momencie kariery Deep Purple, podczas japońskiej trasy: 15 i 16 sierpnia 1972 roku w Osace, oraz 17 sierpnia w Tokio. Utwory - oryginalnie rozmieszczone na dwóch płytach winylowych - zostały ułożone w takiej samej kolejności, jak na koncertowej setliście (zabrakło jednak miejsca dla bisów).

Za co uwielbiamy "Made in Japan"?

  • Za niesamowitą energię w "Highway Star" - dopiero tutaj utwór ten zabrzmiał tak, jak powinien, w czym zasługa nie tylko ekspresyjnego wykonania, ale także cięższego brzmienia.
  • Za porywające wykonanie "Child in Time", z niesamowitą partią Iana Gillana, który potrafił płynnie i bez wysiłku przechodzić z delikatnego śpiewu do dzikiego wrzasku, a także za wspaniałe popisy pozostałych muzyków w części instrumentalnej.
  • Za falstart na początku "Smoke on the Water", który dodaje całości autentyzmu.
  • Za perkusyjną solówkę Iana Paice'a w "The Mule" (choć osobiście uważam ten fragment za najsłabszą część całości)
  • Za gitarowo-wokalny pojedynek Ritchiego Blackmore'a i Gillana w "Strange Kind of Woman".
  • Za luzackie wykonanie "Lazy", rozpoczęte długim popisem Jona Lorda.
  • Za niesamowitą, prawie 20-minutową improwizację w "Space Truckin'", daleko wykraczającą poza granice hard rocka.

Największym minusem oryginalnego wydania jest brak granych w trakcie bisów utworów "Black Night" i "Speed King". Zawsze można jednak sięgnąć po którąś z rozszerzonych reedycji. A wybór jest spory i obejmuje:

  • 3-płytowy zestaw "Live in Japan" z 1993 roku, zawierający prawie kompletne zapisy wszystkich trzech występów - brakuje tylko "Smoke on the Water" i "The Mule" w wersjach z "Made in Japan", oraz większości bisów (są tylko "Black Night" i "Speed King" z pierwszego wieczoru).
  • Reedycja z okazji 25-lecia albumu, wydana w 1998 roku - dodatkowy dysk zawiera "Black Night" i "Speed King" w wersjach z ostatniego wieczoru, a także przeróbkę "Lucille" Alberta Kinga, zagraną spontanicznie podczas środkowego wieczoru.
  • 6-płytowy boks z 2014 roku, zawierający kompletne zapisy wszystkich trzech występów (wszystkie bisy zostały umieszczone na czwartym dysku), dokumentalne DVD, a także replikę japońskiego singla "Smoke on the Water", z remiksami koncertowej i studyjnej wersji tego utworu.
  • 2-płytowe wydanie z 2014 roku, zawierające oryginalny album i dodatkowy dysk ze wszystkimi bisami.


W trakcie swojej 45-letniej kariery, zespół wydał około pięćdziesięciu albumów koncertowych, jednak żaden nie zbliżył się do poziomu "Made in Japan". Podczas japońskich koncertów muzycy byli w niesamowitej formie i u samego szczytu swojej kreatywności.

Ocena: 9/10



Deep Purple - "Made in Japan" (1972)

LP1: 1. Highway Star; 2. Child in Time; 3. Smoke on the Water; 4. The Mule
LP2: 1. Strange Kind of Woman; 2. Lazy; 3. Space Truckin'

Skład: Ian Gillan - wokal, instr. perkusyjne, harmonijka; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Deep Purple


30 maja 2012

[Recenzja] Deep Purple - "Machine Head" (1972)



Album "Machine Head" uznawany jest za jedno z największych dokonań Deep Purple i ciężkiego rocka w ogóle. To głównie zasługa jednego utworu - "Smoke on the Water". Najsłynniejszej kompozycji grupy, opartej na jednym z najbardziej rozpoznawalnych riffów wszech czasów. Ritchie Blackmore twierdzi, że ten prosty, składający się ledwie z czterech dźwięków motyw, to po prostu zagrany od tyłu jeden z motywów V Symfonii Beethovena. Muzycy nie od razu jednak dostrzegli jego potencjał. Na pierwszy singiel wytypowali "Never Before" - prostą melodyjną piosenkę, której dziś trochę się wstydzą. Pomysł wydania "Smoke on the Water" na kolejnym singlu początkowo wyśmiali. Ostatecznie utwór trafił na małą płytę czternaście miesięcy po premierze "Machine Head", gdy w sklepach dostępny był już kolejny studyjny longplay zespołu, "Who Do We Think We Are". W Europie singiel przeszedł niemal bez echa, ale w Stanach osiągnął ogromny sukces , dochodząc do czwartego miejsca notowania (najlepszy wynik zespołu na tamtejszym rynku od czasu wydanego cztery lata wcześniej "Hush").

Ale "Machine Head" to nie tylko "Smoke on the Water". Znalazło się tutaj także sześć innych utworów, z których połowa na stałe weszła do koncertowego repertuaru Deep Purple. Do nich należy rozpędzony "Highway Star". Jeden z najlepszych utworów zespołu, z rewelacyjnymi solówkami Blackmore'a i Jona Lorda, zdradzającymi inspirację muzyką klasyczną, świetnie zaśpiewany przez Gillana. Przyczepić można się tylko do wygładzonego brzmienia, które nie pasuje do charakteru tej kompozycji. Bardziej pasowałoby surowe brzmienie znane z dwóch poprzednich albumów. Na koncertach utwór zyskał jednak odpowiedni ciężar i właśnie koncertowych wykonań słucha się najlepiej (np. niesamowicie energetycznej wersji z "Made in Japan"). Kolejny klasyk to "Lazy". Rozpoczęty rewelacyjnym organowym popisem Lorda, a po dołączeniu pozostałych muzyków nabierający bluesowego charakteru. Świetnie w takiej stylistyce odnalazł się Gillan (którego partia pojawia się dopiero w drugiej połowie utworu). Wokalista zagrał tutaj także na harmonijce, co jest fajnym urozmaiceniem. Na koniec pojawia się jeszcze fantastyczna solówka Blackmore'a. Szkoda, że zespół nie inspirował się częściej bluesem, bo tutaj dało to wspaniały efekt. Nie można też zapomnieć o bardzo energetycznym i chwytliwym "Space Trackin'". Na koncertach utwór rozrastał się nawet do pół godziny. Moim zdaniem najlepiej wypada jednak w skondensowanej do czterech i pół minuty wersji studyjnej.

Do mniej klasycznych fragmentów albumu zalicza się "Maybe I'm a Leo". Ten utrzymany w średnim tempie utwór nie ma może takiej wyrazistości, jak opisane wyżej kompozycje, jednak jest całkiem przyjemnym wypełniaczem. Natomiast galopujący "Pictures of Home" to już kawałek zdecydowanie niedoceniony, także przez sam zespół, który nie wykonywał go na żywo aż do 1993 roku. A przecież idealnie sprawdziłby się na koncertach, dając przede wszystkim pole do popisu sekcji rytmicznej. Już w wersji studyjnej pojawia się perkusyjny wstęp Iana Paice'a i basowe solo Rogera Glovera. Podczas występów fragmenty te mogłyby zostać ciekawie rozbudowane. Jest jeszcze wspomniany "Never Before". Najbardziej kontrowersyjny fragment longplaya. Bo z jednej strony jest to całkiem przyjemny, melodyjny kawałek. A z drugiej - sami muzycy przyznają, że napisali go z niewłaściwych, a więc czysto merkantylnych pobudek. I te pobudki niestety doskonale słychać w nieco sztampowym refrenie. Największą zbrodnią, jaką muzycy w tamtym czasie muzycy popełnili, było jednak nieumieszczenie na albumie przepięknej, przejmującej ballady "When a Blind Man Cries". Miejsca na winylu było jeszcze dość, jednak Blackmore uznał, że utwór jest zbyt spokojny, przez co nie pasuje do reszty albumu. Utwór oryginalnie został zmarnowany na stronie B singla "Never Before", jednak można go znaleźć także na większości składanek zespołu, oraz na kompaktowych reedycjach "Machine Head". A od czasu odejścia z zespołu Ritchiego, jest chętnie wykonywany przez zespół na żywo.

"Machine Head" to klasyczna pozycja w dyskografii Deep Purple, otoczona przez fanów prawdziwym kultem. Zdecydowanie jednak nie należy do moich faworytów - nie podoba mi się jej wygładzone brzmienie, ani niektóre zawarte tutaj kompozycje (przy jednoczesnym braku "When a Blind Man Cries"). Słychać, że zespołowi bardzo spodobał się sukces i nie chcąc go stracić, nagrał materiał o bardziej przystępnym i komercyjnym charakterze. Ale z drugiej strony, jest to jednak jeden z lepszych albumów zespołu (w pierwszej piątce bym go nie umieścił, ale w dziesiątce - jak najbardziej), na którym znalazło się kilka naprawdę świetnych kompozycji. To nie tylko ograny na wszelkie możliwe sposoby "Smoke on the Water".

Ocena: 7/10



Deep Purple - "Machine Head" (1972)

1. Highway Star; 2. Maybe I'm a Leo; 3. Pictures of Home; 4. Never Before; 5. Smoke on the Water; 6. Lazy; 7. Space Truckin'

Skład: Ian Gillan - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja
Producent: Deep Purple


29 maja 2012

[Recenzja] Deep Purple - "Fireball" (1971)



Muzycy Deep Purple stanęli przed trudnym zadaniem nagrania następcy "In Rock". Wysoko ustawionej poprzeczki nie dało się przeskoczyć, jednak zespół i tak nieźle wybrnął z sytuacji, nagrywając nieco inny album - luźniejszy, bardziej różnorodny. Sami jednak nie byli z niego zadowoleni (z wyjątkiem Iana Gillana), przez co dość szybko zrezygnowali z promowania tych utworów na żywo. A szkoda, bo znaczna część tego materiału idealnie nadawała się na koncerty, żeby wspomnieć tylko o bardzo energetycznym "Fireball" (dość wyjątkowym utworem w repertuarze zespołu, bo z solówką Glovera, a nie Blackmore'a), chwytliwym "Demon's Eye", czy "No No No" i "No One Came", które byłyby dobrym punktem wyjścia do improwizacji. Oprócz typowo hardrockowych kawałków, znalazły się tutaj także takie utwory, jak niemal progresywny "Fools" (z bardzo ciekawym, klimatycznym zwolnieniem), psychodeliczny "The Mule" (ten akurat nieco dłużej utrzymał się w koncertowej setliście), oraz "Anyone's Daughter", czyli... akustyczna ballada w stylu country. Ten ostatni mogli już sobie darować, a zamiast niego zamieścić singlowy przebój "Strange Kind of Woman" (który trafił na amerykańskie wydanie, ale zamiast "Demon's Eye"). Ogólnie rzecz biorąc, jest to jednak bardzo fajny i niesłusznie niedoceniany album.

Ocena: 8/10



Deep Purple - "Fireball" (1971)

1. Fireball; 2. No No No; 3. Demon's Eye; 4. Anyone's Daughter; 5. The Mule; 6. Fools; 7. No One Came

Skład: Ian Gillan - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja
Producent: Deep Purple


28 maja 2012

[Recenzja] Deep Purple - "In Rock" (1970)



Po szoku, jaki wywołał debiutancki album Led Zeppelin i sukcesie jaki osiągnął, muzycy Deep Purple - a raczej ich część: Blackmore, Lord i Paice - zdali sobie sprawę, że to jest muzyka przyszłości. I że najlepsze, co mogą zrobić, to porzucić psychodeliczne klimaty, na rzecz cięższego grania. Byli jednak świadomi, że z Rodem Evansem jako wokalistą niewiele osiągną w takiej stylistyce, zatem postanowili się go pozbyć. Przy okazji zdecydowali wyrzucić także basistę Nicka Simpera, który nie pasował im pod względem towarzyskim. Wciąż koncertując w oryginalnym składzie, odbywali potajemne sesje z muzykami popowej grupy Episode Six, wokalistą Ianem Gillanem i basistą Rogerem Gloverem. W ten sposób uformował się drugi skład grupy, powszechnie znany jako Mark II.

Grupa nie od razu jednak poszła śladem Led Zeppelin. Pierwszym wydawnictwem Mark II był singiel "Hallelujah", utrzymany w dotychczasowym stylu Deep Purple, choć wyróżniający się mocnym i ekspresyjnym śpiewem Gillana, wzorującego się na Arthurze Brownie. Następnie zespół odbył serię występów z orkiestrą, których rezultatem był koncertowy album "Concerto for Group and Orchestra" (1969), zawierający tytułową kompozycję Jona Lorda. Klawiszowiec chciał pójść dalej w tym kierunku, jednak pozostali muzycy poskromili jego ambicje i zmusili do nagrania czadowej, rockowej płyty. Grupa rozpoczęła sesję nagraniową pod okiem realizatora dźwięku Martina Bircha, który pomógł osiągnąć odpowiednio ciężkie brzmienie. Pierwszym owocem sesji był chwytliwy utwór "Black Night", który okazał się największym singlowym sukcesem Deep Purple - osiągnął drugie miejsce w brytyjskim notowaniu. Na recenzowany tu album jednak nie trafił (poza edycją meksykańską i kompaktowymi reedycjami).

Przejdźmy zatem do tego, co na longplayu się znalazło. Wydany w czerwcu 1970 roku "In Rock" (albo "Deep Purple in Rock") rozpoczyna się od gitarowego zgiełku, z którego wyłania się ładny hammondowy motyw. Zaraz jednak dołącza się cały zespół i utwór - zatytułowany "Speed King" - nabiera agresji, jak w tamtych czasach rzadko była spotykana w muzyce. Ostry śpiew Gillana pokazuje zaś, że był on wówczas największym krzykaczem rocka, nawet Robert Plant nie mógł się z nim równać. W środku utworu pojawia się jednak instrumentalna, spokojniejsza część, będąca popisem instrumentalistów. Riffowy "Bloodsucker" to kolejna porcja agresji, jednak już w "Child in Time" grupa pokazuje inne, liryczno-progresywne oblicze. Wspaniały klawiszowy motyw (co z tego, że inspirowany utworem "Bombay Calling" grupy It's a Beautiful Day?), delikatny śpiew Gillana, przechodzący w wysoki krzyk podczas narastającej dynamiki, w środku długa, mocniejsza część instrumentalna, a potem powrót do głównego motywu - to wszystko złożyło się na jeden z najwspanialszych utworów w historii muzyki.

Szkoda, że druga strona "In Rock" już tak nie ekscytuje. "Flight of the Rat" to prosty hardrockowy utwór, rozciągnięty jednak do ośmiu minut. Utwór nigdy nie był wykonywany na żywo i słuchając go nie trudno zgadnąć dlaczego. Nigdy nie przepadałem za tym kawałkiem. Całkiem przyjemnie wypadają natomiast "Into the Fire"  i "Living Wreck", łączące hardrockowy ciężar z chwytliwymi melodiami. Ponadto oba opierają się na naprawdę fajnych riffach. Finałowy "Hard Lovin' Man" to natomiast kolejny czad na miarę "Speed King", ale o bardziej swobodnej, jamowej strukturze.

Mimo pewnych niedociągnięć, "In Rock" to naprawdę świetny album - kamień milowy muzyki rockowej i jeden z najwspanialszych pomników hard rocka. Deep Purple wraz z wydaniem tego longplaya wszedł do ekstraklasy ciężkiej muzyki, gdzie do dziś króluje wraz z Led Zeppelin i Black Sabbath, tworząc z nimi niekwestionowaną wielką trójkę hard rocka.

Ocena: 9/10




Deep Purple - "In Rock" (1970)

1. Speed King; 2. Bloodsucker; 3. Child in Time; 4. Flight of the Rat; 5. Into the Fire; 6. Living Wreck; 7. Hard Lovin' Man

Skład: Ian Gillan - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja
Producent: Deep Purple


27 maja 2012

[Recenzja] Deep Purple & The Royal Philharmonic Orchestra conducted by Malcolm Arnold - "Concerto for Group and Orchestra" (1969)



Jon Lord od zawsze fascynował się muzyką klasyczną, a odkąd zaczął grać w zespołach rockowych, marzył o połączeniu tych dwóch światów. Ambicje te zaczął realizować już na albumach pierwszego składu Deep Purple, przede wszystkim w kompozycji "April", nagranej z pomocą kwartetu smyczkowego. Warto jednak podkreślić, że tamtym czasie nie było to już nic odkrywczego. Beatlesi już od połowy lat 60. nagrywali utwory z kwartetami smyczkowymi, a nawet bardziej rozbudowanymi orkiestrami. Orkiestra pełniła także istotną rolę na albumie "Days of Future Passed" grupy The Moody Blues z 1967 roku. Funkcjonowały też takie grupy, jak The Nice i Vanilla Fudge, dla których muzyka klasyczna stała się podstawą ich stylu. Jon Lord wyprzedził jednak konkurencję, tworząc swój "Concerto for Group and Orchestra" - blisko godzinną kompozycję na zespół rockowy i orkiestrę, posiadająca elementy takich klasycznych form muzycznych, jak concerto grosso, symfonia koncertująca i koncert na orkiestrę.

Album "Concerto for Group and Orchestra" został zarejestrowany 24 września 1969 roku w londyńskiej Royal Albert Hall. Zespołowi (już z nowymi muzykami w składzie - wokalistą Ianem Gillanem i basistą Rogerem Gloverem) towarzyszyła The Royal Philharmonic Orchestra pod batutą Malcolm Arnold. Program występu składał się z trzech części. Podczas pierwszej wystąpiła sama orkiestra, grając kompozycję Arnolda, "Symphony No. 6, Op. 95". Druga część należała do samego zespołu, który zaprezentował przebój "Hush", rozbudowaną wersję "Wring That Neck", oraz przedpremierowo wykonał "Child in Time". W najważniejszej, trzeciej części brali udział zarówno muzycy zespołu, jak i orkiestry, którzy wspólnie wykonali tytułową kompozycję. Na oryginalnym, winylowym wydaniu albumu, znalazł się wyłącznie zapis ostatniej części (kompaktowe reedycje i wydane w 2003 roku DVD zawierają kompletny zapis).

Pomysł Lorda na to trzyczęściowe dzieło był bardzo prosty: początkowo muzycy rockowi i klasyczni występują w roli antagonistów, grając swoje partie naprzemiennie, by z czasem coraz bardziej ze sobą współpracować, uzupełniając się nawzajem. Niestety, wykorzystane przez klawiszowca środki są również bardzo proste, co w połączeniu z poważnym charakterem kompozycji daje bardzo naiwny efekt. Lord nie jest prawdziwym kompozytorem muzyki klasycznej, a jedynie twórcą muzyki rockowej z ambicjami przekraczającymi możliwości. Znamienne jest to, że najciekawszymi fragmentami suity są te najbliższe piosenkowej formy, gdy do instrumentalistów dołącza Gillan. Wokalista był wówczas w szczytowej formie i daje tutaj wspaniały pokaz swoich umiejętności, najpierw śpiewając przepiękną, delikatną partię z towarzyszeniem samej orkiestry, a następnie bardziej ekspresyjnie, ze wsparciem swoich kolegów. W utworze znalazło się też kilka udanych solówek Blackmore'a i Lorda, jednak całość - i ogólna koncepcja - brzmi bardzo pretensjonalnie.

"Concerto for Group and Orchestra" to z jednej strony ciekawy i odważny eksperyment, będący godnym podziwu wyjściem ze schematu narzucanego grupom rockowym. Jednak z drugiej strony, efekt pozostawia wiele do życzenia i pokazuje, że sam pomysł nie wystarcza, jeśli nie dysponuje się wystarczającymi środkami do jego realizacji. Pierwszą koncertówkę Deep Purple należy zatem traktować jako ciekawostkę i przestrogę dla innych wykonawców. Niestety, wciąż nie brakuje chętnych na łączenie muzyki rockowej i orkiestry, co zwykle kończy się spektakularną klęską, żeby przypomnieć tylko o żałosnych próbach Metalliki i Scorpions. 

Ocena: 6/10



Deep Purple & The Royal Philharmonic Orchestra conducted by Malcolm Arnold - "Concerto for Group and Orchestra" (1969)

1. First Movement: Moderato - Allegro; 2. Second Movement: Andante; 3. Second Movement: Andante (Conclusion); 4. Third Movement: Vivace - Presto

Skład: Jon Lord - instr. klawiszowe; Ritchie Blackmore - gitara; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja i instr. perkusyjne; Ian Gillan - wokal
Gościnnie: The Royal Philharmonic Orchestra; Malcolm Arnold - dyrygent
Producent: Deep Purple


[Recenzja] Deep Purple - "Deep Purple" (1969)



Niezatytułowany, trzeci album Deep Purple to najbardziej przemyślany i najlepszy longplay pierwszego składu grupy (później znanego jako Mark I). Chociaż wciąż mocno tkwi w psychodelicznym brzmieniu późnych lat 60., to zdecydowanie więcej tutaj hard rocka. Chociaż otwierający album "Chasing Shadow" tego nie zapowiada. Utwór opiera się na niesamowitej, bardzo intensywnej, plemiennej grze perkusisty, Iana Paice'a. Wszystko inne schodzi tu na dalszy plan, choć przecież bulgoczący bas Nicka Simpera, ostre solówki Ritchiego Blackmore'a i charakterystyczne brzmienie organów Jona Lorda, a także zadziorny wokal Roda Evansa są także na najwyższym poziomie. To jeden z najbardziej niezwykłych utworów w dorobku grupy. I świetne, a zarazem nietypowe otwarcie albumu.

W "Blind" proporcje między instrumentami są już bardziej tradycyjne, melodia jest zaś bardziej piosenkowa. Co nie znaczy, że muzycy nie prezentują tu swoich umiejętności. Ballada "Lalena" z repertuaru Donovana to jedyny na tym albumie utwór cudzego autorstwa i jednocześnie najsłabszy - zbyt sentymentalny, nie pasujący do reszty. Szkoda, że na jego miejscu nie znalazł się nagrany w tym samym czasie, ale wydany wyłącznie nie singlu, autorski "Emmaretta" - najbardziej chwytliwy kawałek tego składu. Dołączono go dopiero na kompaktowych reedycjach. Wracając do oryginalnego albumu, instrumentalny "Fault Line" to bardziej eksperymentalny utwór, będący wprowadzeniem do chwytliwego "The Painter". Jeszcze bardziej przebojowo jest w cięższym "Why Didn't Rosemary?", brzmiącym jak prawie jak dokonania drugiego składu zespołu - aż dziwne, że nigdy nie był grany na żywo przez Mark II. Najcięższym utworem - ale też jednym z najbardziej melodyjnych - jest tutaj "Bird Has Flown". W tych trzech ostatnich utworach słychać wyraźne wpływy blues rocka..

Najważniejszym utworem jest jednak trzyczęściowy, ponad 12-minutowy "April", pełen barokowego rozmachu. Część pierwsza to podniosłe brzmienie organów Lorda i gitar (akustycznej i elektrycznej) Blackmore'a, uzupełniane wokalizami Evansa. W drugiej części słychać tylko kwartet smyczkowy, natomiast ostatnia część to już typowo hardrockowe granie, ze świetnym brzmieniem gitary basowej i chwytliwą melodią. Jon Lord - główny autor "April" - chciał, żeby grupa poszła właśnie w tym kierunku. I częściowo udało mu się dopiąć swego, chociaż jak się miało wkrótce okazać - symfoniczny etap kariery Deep Purple nie trwał zbyt długo.

"Deep Purple" to najlepszy album Mark I. Zespół w końcu miał czas, żeby skupić się na tworzeniu własnych utworów i wypracowywaniu własnego stylu. I choć w pełni dopracował go dopiero po zmianie składu, to już na tym albumie słychać więcej, niż zalążek przyszłej wielkości.

Ocena: 7/10



Deep Purple - "Deep Purple" (1969)

1. Chasing Shadows; 2. Blind; 3. Lalena; 4. Fault Line / The Painter; 5. Why Didn't Rosemary?; 6. Bird Has Flown; 7. April

Skład: Rod Evans - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Nick Simper - bass; Ian Paice - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Derek Lawrence


26 maja 2012

[Recenzja] Deep Purple - "The Book of Taliesyn" (1968)



Amerykanie naciskali. Moim zdaniem uważali, że zespół nie przetrwa, trzeba go więc doić, póki się da. Nie dali nam czasu na tworzenie. Te słowa Nicka Simpera tłumaczą dlaczego drugi album Deep Purple - wydany zaledwie cztery miesiące po debiucie - jest jeszcze bardziej nieprzemyślany i niedopracowany od debiutu. Przede wszystkim zabrakło jednak pomysłów na nowe utwory. Muzycy ponownie sięgnęli więc po cudze kompozycje, czego wynikiem jest obecność "Kentucky Woman" w nie mniej banalnej wersji od oryginału Neila Diamonda, słabiutkie wykonanie beatlesowskiego "We Can Work It Out", oraz rozciągnięte zupełnie bez inwencji "River Deep, Mountain High" z repertuaru Ike'a i Tiny Turnerów. Autorski materiał to w znaczniej większości przyzwoite, ale kompletnie niezapamiętywalne, kawałki w około-psychodelicznej stylistyce ("Listen, Learn, Read On", "Shield", "Anthem"). Na plus wyróżnia się instrumentalny "Wring That Neck" (tudzież "Hard Road", jak podpisano go na wydaniu amerykańskim), zapowiadający hardrockowe wcielenie Deep Purple. Nie przypadkiem jest to jedyny utwór z tego albumu, jaki zespół wykonywał na żywo. Zresztą koncertowe wersje, często rozbudowane do kilkunastu minut, znacznie przewyższają studyjny pierwowzór.

"The Book of Taliesyn" to zupełnie niepotrzebne wydawnictwo. Nagrane zbyt szybko, w pośpiechu, bez pomysłu. Album nie powtórzył oczywiście komercyjnego sukcesu poprzednika, co akurat odniosło pozytywny efekt - wydawca nie naciskał na zespół, by śpieszyli się z nagraniem kolejnego longplaya, dzięki czemu muzycy mogli popracować nad swoim kompozytorskim warsztatem.

Ocena: 5/10



Deep Purple - "The Book of Taliesyn" (1968)

1. Listen, Learn, Read On; 2. Wring That Neck; 3. Kentucky Woman; 4.  Exposition / We Can Work It Out; 5. Shield; 6. Anthem; 7. River Deep, Mountain High

Skład: Rod Evans - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe  Nick Simper - bass; Ian Paice - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Derek Lawrence


25 maja 2012

[Recenzja] Deep Purple - "Shades of Deep Purple" (1968)



W przeciwieństwie do większości wykonawców, grupa Deep Purple bardzo wcześnie odniosła komercyjny sukces. Być może dlatego, że część składu już wcześniej zdobyła doświadczenie jako muzycy sesyjni. Już kilka tygodni po sformowaniu pierwszego składu, muzycy wypuścili singiel ze swoją wersją "Hush" (przeboju Billy'ego Joe Royala, autorstwa Joe Southa), który trafił na czwarte miejsce w amerykańskich notowaniach, a na drugie w Kanadzie (w rodzimej Wielkiej Brytanii zespół nie będzie zauważany aż do 1970 roku - wcześniej EMI/Parlophone skupiali się wyłącznie na promocji The Beatles). Kując żelazo póki gorące, Amerykanie wymusili na zespole jak najszybsze nagranie pełnego albumu. I dlatego właśnie "Shades of Deep Purple" jest albumem bardzo niezdecydowanym stylistycznie i portretującym zespół przed wypracowaniem własnego charakteru.

Longplay aż w połowie składa się z cudzych utworów. Fakt, że zespół nie ograniczył się do zwykłego odegrania ich w zgodzie z pierwowzorami. W przypadku wspomnianego "Hush" jest to tylko zaostrzenie brzmienia, ale już w przeróbkach "I'm So Glad" Skipa Jamesa i "Hey Joe" The Leaves (fanom rocka bardziej znanych z wykonań - odpowiednio - supergrupy Cream i The Jimi Hendrix Experience) pojawiają się długie instrumentalne wstępy, inspirowane muzyką klasyczną (w "Prelude: Happiness", czyli wstępie do "I'm So Glad", pojawia się cytat z "Scheherazade" Nikołaja Rimski-Korsakowa, a w "Hey Joe" - z "Mars, the Bringer of War" Gustava Holsta). Natomiast beatlesowski "Help!", w oryginale bardzo dynamiczny, został przerobiony na spokojną balladę - czyli tak, jak pierwotnie miał być nagrany przez Wspaniałą Czwórkę.

Jeżeli zaś chodzi o autorski repertuar, to zespół kompletnie jeszcze nie miał pojęcia, jaką muzykę chciałby wykonywać. "One More Rainy Day" i "Love Help Me" to poprockowe piosenki, które bardziej kojarzą się z pierwszą połową lat 60., niż 1968 rokiem. Z drugiej strony, znalazły się tutaj także takie utwory, jak "Mandrake Root" i instrumentalny "And the Address", które zdają się zapowiadać hardrockowy kierunek obrany wkrótce przez zespół. Zresztą ten pierwszy był obowiązkowym punktem koncertów jeszcze w 1971 roku, kiedy pierwszy skład Deep Purple był już historią. Na żywo "Mandrake Root" rozrastał się nawet do kilkunastu minut, chociaż już w 6-minutowej wersji studyjnej sporą część stanowiły rozbudowane solowe popisy, o psychodeliczno-orientalnym zabarwieniu.

"Shades of Deep Purple" jest w dyskografii Deep Purple raczej ciekawostką dla jej najwierniejszych fanów, chcących się przekonać jak wyglądały początki zespołu, oraz dla osób bardzo lubiących psychodeliczne granie z końca lat 60.

Ocena: 6/10



Deep Purple - "Shades of Deep Purple" (1968)

1. And the Address; 2. Hush; 3. One More Rainy Day; 4. Prelude: Happiness / I'm So Glad; 5. Mandrake Root; 6. Help!; 7. Love Help Me; 8. Hey Joe

Skład: Rod Evans - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Nick Simper - bass; Ian Paice - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Derek Lawrence


24 maja 2012

[Recenzja] Heaven & Hell - "The Devil You Know" (2009)



Diabeł, którego znacie - bo tak naprawdę jest to kolejny album Black Sabbath. Nagrany w tym samym składzie, co "Mob Rules" i "Dehumanizer". Choć Tony Iommi, Geezer Butler, Ronnie James Dio i Vinny Appice mieli nagrać jedynie kilka nowych kawałków na kompilację "The Dio Years", współpraca ułożyła się tyle dobrze, że postanowili ją kontynuować. Nie mogli jednak pozostać przy nazwie Black Sabbath, bo kilka lat wcześniej Iommi, w wyniku sądowej rozprawy z Ozzym Osbourne'em, stracił wyłączność na nią. Muzycy przyjęli więc nazwę Heaven & Hell (od tytułu pierwszego albumu Black Sabbath z Dio), co wyszło zdecydowanie na dobre. Bo po pierwsze - na koncertach nikt nie oczekiwał, że będą grać utwory z lat 70. (z czym Dio zawsze miał spore trudności). A po drugie - dzięki temu album "The Devil You Know" nie jest zaliczany do dyskografii Black Sabbath.

I całe szczęście, bo delikatnie mówiąc, nie jest to zbyt udane wydawnictwo. Pod względem stylistycznym najbliżej mu do "Dehumanizer". Oba albumy cechuje podobny ciężar i przewaga wolniejszych utworów. Niestety, same kompozycje są po prostu nijakie: brakuje w nich dobrych, rozpoznawalnych riffów i solówek, podobnie jak zapamiętywalnych melodii. W dodatku niewiele się w nich dzieje i opierają na samych ogranych schematach. Jedynie w "Rock and Roll Angel" pojawia się zalążek dobrej melodii i jest to nieco mniej przewidywalny utwór (w balladowym fragmencie Iommi gra dość nietypową, jak na siebie, solówkę. Jednak sytuacji na pewno nie poprawia bardzo współczesne, skompresowane brzmienie, przez które utworom brakuje dynamiki i przestrzeni, są zbyt ociężałe, jakby zanurzone w smole. Kolejny problem to Dio, który wyraźnie się męczy, przez co jego teatralna maniera stała się jeszcze bardziej karykaturalna.

Z innym wokalistą i mniej przytłaczającym brzmieniem, dałoby się uratować ten materiał. No, przydałyby się jeszcze nieco lepsze kompozycje. I mniej zachowawcze - bo pomimo nowej nazwy, muzycy uparcie trzymali się stylu i rozwiązań charakterystycznych dla Black Sabbath. Na plus mogę zaliczyć tylko dobrą formę trzech instrumentalistów - słychać w ich grze zapał do pracy i radość ze wspólnego grania po latach przerwy. I tym razem jednak ten skład nie przetrwał długo, choć powód jego końca był bardziej poważny - 16 maja 2010 roku zmarł Ronnie James Dio. Zaprzepaściło to szanse na kolejny album Heaven & Hell, za to dało możliwość powrotu oryginalnego wcielenia Black Sabbath.

Ocena: 3/10



Heaven & Hell - "The Devil You Know" (2009)

1. Atom and Evil; 2. Fear; 3. Bible Black; 4. Double the Pain; 5. Rock and Roll Angel; 6. The Turn of the Screw; 7. Eating the Cannibals; 8. Follow the Tears; 9. Neverwhere; 10. Breaking Into Heaven

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Vinny Appice - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Mike Exeter - instr. klawiszowe
Producent: Ronnie James Dio, Tony Iommi, Geezer Butler i Mike Exeter


[Recenzja] Black Sabbath - "The Dio Years" (2007)



W 2006 roku wytwórnia płytowa Rhino wpadła na pomysł wydania kompilacji zawierającej utwory Black Sabbath z czasów, gdy wokalistą był Ronnie James Dio. Przedstawiciele wytwórni zgłosili się do Tony'ego Iommi z pytaniem, czy dysponuje jakimiś nieopublikowanymi nagraniami z tego okresu. Kiedy gitarzysta zaprzeczył, postanowili skontaktować go z Dio, w celu przeprowadzenia rozmowy o ewentualnym nagraniu nowego materiału. Kiedy obaj muzycy się spotkali, niemal od razu napisali trzy nowe utwory. Następnie nagrali je z pomocą Geezera Butlera i Vinny'ego Appice'a (początkowo brany był pod uwagę Bill Ward, ale muzykom nie udało się dogadać).

Trzy nowe nagrania, uzupełniające materiał na "The Dio Years", to: utrzymany w średnim tempie "The Devil Cried", powolny "Shadow of the Wind", oraz rozpędzony "Ear in the Wall". Zaskakująco dobrze wypada ich warstwa instrumentalna - zwłaszcza w dwóch pierwszych Tony Iommi błyszczy świetnymi riffami, utrzymanymi w jego charakterystycznym stylu. Szybsze utwory natomiast nigdy nie należały do mocnych stron Black Sabbath i również "Ear in the Wall" razi swoją topornością. Gorzej niestety wypada warstwa wokalna - Dio na starość wciąż brzmi pretensjonalnie, a dodatkowo wyraźnie się męczy. Mimo wszystko, dobrze usłyszeć resztę zespołu w tak dobrej formie.

Pozostałe utwory są już doskonale znane z albumów "Heaven and Hell", "Mob Rules", "Dehumanizer" i koncertowego "Live Evil". Jeśli chodzi o repertuar, to z niektórymi wyborami trudno się nie zgodzić, inne rozczarowują, podobnie jak brak kilku kawałków. Cóż, to już odwieczny problem ze składankami - wybór utworów dla nikogo nie będzie w pełni satysfakcjonujący. Choć w tym przypadku nie jest najgorzej, bo każdy z trzech albumów studyjnych ma liczną reprezentację.

Jeżeli ktoś chciałby mieć tylko jeden album Black Sabbath z Dio, to "The Dio Years" jest najlepszą opcją. Natomiast fanom tego wcielenia zespołu nie muszę polecać tego wydawnictwa - trzy premierowe utwory są wystarczającą zachętą.

Ocena: 6/10



Black Sabbath - "The Dio Years" (2007)

1. Neon Knights; 2. Lady Evil; 3. Heaven and Hell; 4. Die Young; 5. Lonely is the Word; 6. The Mob Rules; 7. Turn Up the Night; 8. Voodoo; 9. Falling Off the Edge of the World; 10. After All (the Dead); 11. TV Crimes; 12. I; 13. Children of the Sea (live); 14. The Devil Cried; 15. Shadow of the Wind; 16. Ear in the Wall

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Bill Ward - perkusja (1-5); Vinny Appice - perkusja (6-16)
Gościnnie: Geoff Nicholls - instr. klawiszowe (1-13)
Producent: Martin Birch (1-9); Reinhold Mack (10-12); Black Sabbath (13-16)


23 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Past Lives" (2002)



Na fali popularności reaktywowanego Black Sabbath, wytwórnia postanowiła wydać kompilację z archiwalnymi nagraniami koncertowymi z lat 70. Rezultatem jest dwupłytowy album "Past Lives". Pierwszy dysk tego wydawnictwa wypełniają nagrania z 11 i 16 marca 1973 roku, wydane już wcześniej na albumie "Live at Last". To świetny materiał, portretujący zespół u szczytu kariery, choć nieco do życzenia pozostawia jego słabe brzmienie i brak kilku ważnych utworów... Tu jednak z pomocą przychodzi drugi dysk, na którym znalazł się zapis prawie całego występu zespołu z 20 grudnia 1970 roku w paryskim Olympia Theatre (pominięto jednak utwory "Paranoid" i "War Pigs" - zapewne ze względu na ich obecność na pierwszej płycie), a także trzy utwory z występu 6 sierpnia 1975 roku w Asbury Park Convention Hall w New Jersey.

Nagrania z 1975 roku niespecjalnie mnie przekonują. W "Hole in the Sky" i "Sympthom of the Universe" fatalnie wypada Ozzy, a pretensjonalnej i przekombinowanej "Megalomanii" nigdy nie lubiłem w żadnej wersji. Za to paryski występ to zdecydowanie najlepsze koncertowe nagrania Black Sabbath, jakie oficjalnie wydano. Młodzieńcza energia, jaka rozpierała wszystkich muzyków, jest tu wprost niesamowita. Na żadnych innych nagraniach nie słychać, żeby grali aż z takim zaangażowaniem i pasją, do tego wszyscy są w swojej szczytowej formie. A ponadto mamy tu świetny repertuar, obejmujący prawie wszystkie najlepsze utwory z albumów "Black Sabbath" i dopiero co wydanego "Paranoid" (do pełni szczęścia brakuje "The Warning"). Przy takich zaletach, nie przeszkadza nawet kiepskie brzmienie.

"Past Lives" pozostawia mieszane odczucia. Z jednej strony zaprezentowano tutaj spory kawał historii jednej z największych grup rockowych, a nagrania z 1970 roku to najbardziej porywający koncertowy materiał Black Sabbath, jaki został wydany. Ale z drugiej strony - czy naprawdę konieczna była powtórka z wciąż dostępnego w sprzedaży "Live at Last"? Albo czy w archiwum zespołu nie było ciekawszych nagrań od tych z 1975 roku? W to drugie ciężko uwierzyć, skoro na bootlegach można znaleźć dużo lepsze występy w całkiem przyzwoitej jakości.

Ocena: 7/10



Black Sabbath - "Past Lives" (2002)

CD1: 1. Tomorrow's Dream; 2. Sweet Leaf; 3. Killing Yourself to Live; 4. Cornucopia; 5. Snowblind; 6. Children of the Grave; 7. War Pigs; 8. Wicked World; 9. Paranoid
CD2: 1. Hand of Doom; 2. Hole in the Sky; 3. Symptom of the Universe; 4. Megalomania; 5. Iron Man, 6. Black Sabbath; 7. N.I.B.; 8. Behind the Wall of Sleep; 9. Faires Wear Boots

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Bill Ward - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Black Sabbath


22 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Reunion" (1998)



Pod koniec lat 90. doszło do długo wyczekiwanej reaktywacji Black Sabbath w najsłynniejszym, oryginalnym składzie. Tony Iommi, Ozzy Osbourne, Geezer Butler i Bill Ward wyruszyli na trasę koncertową (niestety, Ward z przyczyn zdrowotnych brał udział tylko w części występów), a nawet zarejestrowali dwa nowe utwory w studiu. "Psycho Man" łączy klasyczny styl Black Sabbath ze stylistyką albumu "Ozzmosis" Osbourne'a, natomiast "Selling My Soul" brzmi jak jakaś zapomniana kompozycja zespołu z lat 70. Oba te utwory można znaleźć na albumie "Reunion", którego podstawową zawartość stanowią fragmenty występów z 4 i 5 grudnia 1997 roku w rodzinnym Birmingham.

Na repertuar składają się utwory z pierwszych pięciu, najlepszych albumów Black Sabbath, oraz jeden fragment "Technical Ecstasy". Dominują oczywiście przeboje, w rodzaju "Paranoid", "Iron Man", "War Pigs", "Black Sabbath", czy "Children of the Grave". Ale znalazło się też miejsce dla mniej oczywistych utworów, jak np. "Electric Funeral", "Spiral Architect" czy "Lord of This World". Cieszy obecność "Sabbath Bloody Sabbath" - rzadko wykonywanego przez zespół nawet w latach 70., ze względu na trudną partię wokalną. Niestety, zarówno brzmienie albumu (zbyt nowoczesne i skompresowane), jak i wykonanie (zwłaszcza bełkotliwy śpiew Ozzy'ego) działają na niekorzyść tutejszych wersji. Jedynie "Dirty Woman" wypada lepiej od studyjnego pierwowzoru, za sprawą lepiej słyszalnego basu i rezygnacji z partii wokalnej podczas finałowej solówki Iommiego.

Powrót klasycznego składu Black Sabbath był wielkim i - dla uczestników ówczesnych koncertów - niezapomnianym wydarzeniem. Album "Reunion" nie brzmi jednak zbyt ekscytująco. Warto poznać go dla premierowych utworów, ale starszych - oprócz "Dirty Woman" - nieporównywalnie lepiej słucha się w oryginalnych wersjach.

Ocena: 7/10



Black Sabbath - "Reunion" (1998)

CD1: 1. War Pigs; 2. Behind the Wall of Sleep; 3. N.I.B.; 4. Faires Wear Boots; 5. Electric Funeral; 6. Sweet Leaf; 7. Spiral Architect; 8. Into the Void; 9. Snowblind
CD2: 1. Sabbath Bloody Sabbath; 2. Orchid / Lord of This World; 3. Dirty Women; 4. Black Sabbath; 5. Iron Man; 6. Children of the Grave; 7. Paranoid; 8. Psycho Man; 9. Selling My Soul

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Bill Ward - perkusja
Gościnnie: Geoff Nicholls - instr. klawiszowe, gitara
Producent: Thom Panunzio (CD1, CD2: 1-7) i Bob Marlette (CD2: 8,9)


21 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Forbidden" (1995)



"Forbidden" został zarejestrowany w tym samym składzie, co "Tyr" - Cozy Powell i Neil Murray wrócili na miejsca zwolnione przez Bobby'ego Rondinelliego i Geezera Butlera (który dołączył do solowego zespołu Ozzy'ego Osbourne'a). Tym razem powstał jeszcze słabszy album. Tony Iommi całkowicie stracił zapał do dalszego grania i zgodził się ze wszystkimi, nawet najdurniejszymi sugestiami wytwórni. Takimi, jak powierzenie produkcji Erniemu C - gitarzyście rapmetalowego Body Count. Albo na gościnny udział innego muzyka tej grupy, Ice-T, który rapuje w "The Illusion of Power". Miało to pomóc w sprzedaży albumu, ale jedynie wkurzyło dotychczasowych fanów.

Album brzmi naprawdę okropnie, jak amatorskie demo. Ale nawet lepsza produkcja niewiele by tu pomogła, gdyż sam materiał jest po prostu kiepski. Oprócz dość przebojowego utworu tytułowego, nie znalazło się tu absolutnie nic godnego uwagi. Pozostałe utwory są chaotyczne, nudne, brakuje w nich dobrych melodii i rozpoznawalnych riffów. Wyraźnie słychać, że muzykom po prostu nie chce się grać - odwalają chałturę, byle tylko mieć już za sobą nagrania, wyruszyć w trasę i liczyć kasę. "Forbidden" to po prostu najgorszy i najbardziej kuriozalny album wydany pod szyldem Black Sabbath. Po zakończeniu jego promocji, Iommi podjął decyzję, którą powinien postanowić już długo wcześniej - o zawieszeniu dalszej działalności zespołu.

Ocena: 3/10



Black Sabbath - "Forbidden" (1995)

1. The Illusion of Power; 2. Get a Grip; 3. Can't Get Close Enough; 4. Shaking Off the Chains; 5. I Won't Cry for You; 6. Guilty as Hell; 7. Sick and Tired; 8. Rusty Angels; 9. Forbidden; 10. Kiss of Death

Skład: Tony Martin - wokal; Tony Iommi - gitara; Neil Murray - bass; Cozy Powell - perkusja i instr. perkusyjne; Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Gościnnie: Ice-T - wokal (1)
Producent: Ernie C


20 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Cross Purposes" (1994)



Historia lubi się powtarzać. Ronnie James Dio po raz drugi opuścił zespół, ponownie zabierając ze sobą perkusistę Vinny'ego Appice'a. W zespole - oprócz stałych członków, Tony'ego Iommiego i Geoffa Nichollsa - pozostał Geezer Butler, na stanowisko wokalisty ściągnięto z powrotem Tony'ego Martina (który zaledwie trzy lata wcześniej musiał ustąpić miejsce Ronniemu), a nowym perkusistą został Bobby Rondinelli (były członek Rainbow). Nagrany w tym składzie "Cross Purposes" różni się od poprzednich albumów z Martinem. Słychać, że to już lata 90., kiedy do łask wróciło bardziej naturalne, surowsze brzmienie. Cieszy mniejsza rola brzmień klawiszowych, a także mniej pretensjonalny śpiew Martina, którego głos brzmi tutaj niżej, jest bardziej zachrypnięty.

Świetnie wypada jego mechaniczna partia wokalna w ciężkim "Virtual Death", brzmiącym jak skrzyżowanie wczesnego Black Sabbath z Alice in Chains. To połączenie klasyki z nowoczesnością dało naprawdę fantastyczny efekt. Gdybym miał wybrać najlepszy utwór zespołu z Martinem, bez wahania wskazałbym właśnie na ten. Całkiem nieźle wypada także rozpędzony "I Witness", podobnie jak półballadowy "Cross of Thorns", choć w tym drugim niepotrzebnie pojawia się klawiszowe tło. Potencjał był także w balladzie "Dying for Love", wyróżniającej się nieco bluesowymi zagrywkami Iommiego, ale ostatecznie muzycy za bardzo przesłodzili ten utwór. W bezbarwnym "Back to Eden" zmarnowano natomiast całkiem fajny riff. Im zresztą dalej, tym album bardziej nudzi. Z jego drugiej połowy wyróżnia się właściwie tylko "Cardinal Sin" - za sprawą fragmentów przypominających zeppelinowy "Kashmir". Ciekawostką jest natomiast, że w powstaniu finałowego "Evil Eyes" pomógł Eddie Van Halen - jego udział nie został jednak odnotowany z przyczyn prawnych. A sam kawałek jest najmniej ciekawym fragmentem całości, najbliższym metalowej sztampy (nie licząc dodanego w wydaniu japońskim "What's the Use").

"Cross Purposes" pozostawia mieszane odczucia. Z jednej strony cieszy, że zespół obrał mniej kiczowaty kierunek, niż pod koniec lat 80., ale z drugiej - niewiele tutaj naprawdę udanych kompozycji.

Ocena: 6/10



Black Sabbath - "Cross Purposes" (1994)

1. I Witness; 2. Cross of Thorns; 3. Psychophobia; 4. Virtual Death; 5. Immaculate Deception; 6. Dying for Love; 7. Back to Eden; 8. The Hand That Rocks the Cradle; 9. Cardinal Sin; 10. Evil Eye

Skład: Tony Martin - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Bobby Rondinelli - perkusja; Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Producent: Leif Mases i Black Sabbath


19 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Dehumanizer" (1992)



Kiedy już dawało się, że skład Black Sabbath w końcu okrzepł, zupełnie niespodziewanie zainteresowanie powrotem do zespołu zgłosili Geezer Butler i Ronnie James Dio. Ponieważ mogło to pomóc odzyskać nadwyrężone zaufanie fanów i krytyków, Tony Iommi odprawił Tony'ego Martina i Neila Murraya. W pracach nad nowym materiałem początkowo uczestniczył Cozy Powell (w sieci można znaleźć sporo demówek z tamtego okresu), który jednak tuż przed przystąpieniem do nagrywania nowego albumu uległ kontuzji. Był to poniekąd szczęśliwy zbieg okoliczności, gdyż - jak powszechnie wiadomo - Powell niezbyt dobrze dogadywał się z Dio (obaj muzycy występowali kiedyś razem w grupie Rainbow). Na jego miejsce przyjęto Vinnie Appice, a tym samym odrodził się skład z "Mob Rules".

Muzycy nie zamierzali jednak wracać do grania takiej samej muzyki, jaką tworzyli razem dekadę wcześniej. "Dehumanizer" brzmi znacznie nowocześniej. Zespół stawia tu przede wszystkim na miażdżący ciężar i posępny klimat. Cieszy odejście od wygładzonego brzmienia kilku poprzednich albumów i zminimalizowanie roli klawiszy. Nawet teksty Dio stały się bardziej poważne - tematykę fantasy zastąpiły prawdziwe problemy współczesnego świata. A jego głos też brzmi tutaj nieco mniej pretensjonalnie niż zwykle.

Na albumie znalazło się kilka utworów w powolnym tempie, w których zespół zbliża się do swojego klasycznego stylu ("After All (the Dead)", "Sins of the Father"), czasem muzycy podkręcają tempo ("TV Crimes", "Time Machine"), jednak przede wszystkim upodobali sobie średnie tempa (np. "Computer God", "Letters from Earth", "Master of Insanity"). O ile jednak poszczególne utwory wypadają całkiem solidnie (poza "Too Late", z niepasującymi do reszty, przesłodzonymi fragmentami o balladowym charakterze), tak razem tworzą nieco zbyt monotonną masę, która zlewa się w jedną całość. Brakuje tutaj jakiś wybijających się utworów, do których chciałoby się wracać. Najbliżej do tego w bardzo zadziornym, a zarazem całkiem chwytliwym "I" - który jednak o wiele większe wrażenie robiłby w bardziej różnorodnym otoczeniu.

"Dehumanizer" to album nieco zbyt ociężały i monotonny, ale pomimo tego naprawdę solidny i najbardziej udany od czasu wydanego niemal dekadę wcześniej "Born Again". Niestety, zespół znów nie przetrwał długo w tej konfiguracji. Gdy Iommi i Butler przyjęli propozycję zagrania na Ozzfest, Dio zdecydował się odejść, gdyż nie podobał mu się pomysł grania jako support dla Ozzy'ego Osbourne'a. Ostatecznie zespół wystąpił dwukrotnie na festiwalu (14 i 15 listopada 1992 roku), w składzie z oryginalnym perkusistą Billem Wardem i Robem Halfordem z Judas Priest w roli wokalisty. Podczas drugiego występu na bisy dołączył do zespołu Ozzy - był to pierwszy raz od 1985 roku, gdy cały oryginalny skład spotkał się na scenie. 

Ocena: 7/10



Black Sabbath - "Dehumanizer" (1992)

1. Computer God; 2. After All (the Dead); 3. TV Crimes; 4. Letters from Earth; 5. Master of Insanity; 6. Time Machine; 7. Sins of the Father; 8. Too Late; 9. I; 10. Buried Alive

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Vinny Appice - perkusja
Gościnnie: Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Producent: Reinhold Mack


18 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Tyr" (1990)



Następca "Headless Cross" to ewidentna kontynuacja tamtego albumu, choć pojawia się też kilka nowych elementów. Najistotniejsza zmiana nastąpiła w warstwie tekstowej. Iommi przekonał Martina, żeby porzucił tematykę okultystyczną, wokalista dostarczył zatem bardziej różnorodne teksty, m.in. inspirowane mitologią nordycką (z której zaczerpnięty został także tytuł albumu). Pod względem muzycznym również jest nieco bardziej urozmaicony. Ale i mniej udany, jeśli chodzi o poziom poszczególnych utworów.

"Tyr" przynosi naprawdę sporą dawkę kiczu i pretensjonalności, za co znów odpowiadają głównie tandetne klawiszowe tła i coraz bardziej teatralny śpiew Martina. Dużo tutaj heavymetalowej sztampy i toporności, obecnej zwłaszcza w tych szybkich utworach, jak "The Law Maker", "Valhalla" i "Heaven in Black". Czasem zespół zbliża się też do miałkości softmetalowych grup, czego przykładem "Jerusalem" i zwłaszcza singlowy "Feels Good to Me" - nigdy wcześniej, ani później zespół nie nagrał czegoś aż tak komercyjnego (choć wystarczyło tylko na 79. miejsce UK Singles Chart). Do lepszych fragmentów longplaya można zaliczyć natomiast balladę "Oddin's Court", oraz ciężkie, powolne "Anno Mundi (the Vision)" i "The Sabbath Stones", które przywołują skojarzenia z dawnym Black Sabbath. Gdyby tylko nie te okropne brzmienia syntezatora i zmanierowany wokal, można by mówić o całkiem udanym powrocie do korzeni.

"Tyr" to niestety jeden z najsłabszych albumów Black Sabbath. Zespół ewidentnie próbował utrzymać swoją popularność, poprzez zbliżenie się do popularnych w tamtym czasie, lecz tandetnych odmian metalu. Nawet w momentach nawiązujących do własnej przeszłości, nie potrafił się wyzbyć tych okropnych wpływów. Jedyne, co ratuje ten materiał, to partie Iommiego, Murraya i Powella, którzy grają naprawdę dobrze, jak na taką stylistykę, choć i tak poniżej swoich możliwości.

Ocena: 5/10



Black Sabbath - "Tyr" (1990)

1. Anno Mundi (the Vision); 2. The Law Maker; 3. Jerusalem; 4. The Sabbath Stones; 5. The Battle of Tyr; 6. Oddin's Court; 7. Valhalla; 8. Feels Good to Me; 9. Heaven in Black

Skład: Tony Martin - wokal; Tony Iommi - gitara; Neil Murray - bass; Cozy Powell - perkusja i instr. perkusyjne; Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Producent: Tony Iommi i Cozy Powell


17 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Headless Cross" (1989)



Po nagraniu dwóch albumów w zupełnie przypadkowym składzie, Tony Iommi zaczął budować prawdziwy zespół. Oprócz Tony'ego Martina i Geoffa Nichollsa, znaleźli się w nim perkusista Cozy Powell (wcześniej muzyk The Jeff Beck Group, Rainbow i Whitesnake), oraz basista Neil Murray (wcześniej członek m.in. Colosseum II, National Health, Whitesnake i zespołu Gary'ego Moore'a). Zanim jednak ten ostatni dołączył do składu, pozostali muzycy - wsparci przez sesyjnego basistę Laurence'a Cottle'a - zarejestrowali materiał na album zatytułowany "Headless Cross".

Przyznaję, że mam sentyment do tego wydawnictwa - był to pierwszy album sygnowany nazwą Black Sabbath, jaki usłyszałem w całości. Wtedy zrobił na mnie spore wrażenie, lecz dziś patrzę na niego w bardziej krytyczny sposób. Iommi i spółka ewidentnie próbowali być na czasie i dlatego zawartość tego longplaya niebezpiecznie zbliża się do amerykańskiego soft metalu z końca lat 80. Drażni wypolerowanym brzmieniem i kiczowatymi tłami z syntezatora, którymi zepsuto praktycznie każdy utwór. Z drugiej strony, słychać tutaj znaczny postęp w porównaniu z poprzednim w dyskografii "The Eternal Idol". Między muzykami panuje lepsza chemia. Martin i Powell zdołali się już zaaklimatyzować (obaj, wraz z Iommim, są współautorami wszystkich utworów). Jednak przede wszystkim lepsze są same kompozycje. Czy to w podniosłym utworze tytułowym, czy w przebojowych "Kill in the Spirit World", "Call of the Wild" i "Black Moon" (ten ostatni, w wersji w innej tonacji, był już wydany na stronie B singla "The Shining"), czy w balladach "When Death Calls" (z gościnną solówką Briana Maya z Queen) i "Nightwing" - słychać tu po prostu radość z grania i dobre pomysły melodyczne. To bardzo miła odmiana po wymęczonym "The Eternal Idol". Album przyniósł zespołowi nawet dwa małe przeboje - utwory "Headless Cross" i "Devil & Daughter" trafiły do drugiej pięćdziesiątki UK Singles Chart. Były to pierwsze notowane single Black Sabbath od 1981 roku.

"Headless Cross", pomimo swojej nieciekawej stylistyki i sporej dawki kiczu (przede wszystkim w partiach Martina i Nichollsa), jest całkiem udanym albumem. Warto docenić go chociażby za grę Tony'ego Iommiego, który wrócił do naprawdę dobrej formy.

Ocena: 6/10



Black Sabbath - "Headless Cross" (1989)

1. The Gates of Hell; 2. Headless Cross; 3. Devil & Daughter; 4. When Death Calls; 5. Kill in the Spirit World; 6. Call of the Wild; 7. Black Moon; 8. Nightwing


Skład: Tony Martin - wokal; Tony Iommi - gitara; Cozy Powell - perkusja; Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Gościnnie: Laurence Cottle - bass; Brian May - gitara (4)
Producent: Tony Iommi i Cozy Powell


Po prawej: okładka wydań spoza Wielkiej Brytanii.


16 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "The Eternal Idol" (1987)



Album "The Eternal Idol" powstawał w trudnym dla Tony'ego Iommiego okresie. Zmuszony do kontynuowania działalności pod szyldem Black Sabbath, zmagał się z nieustającymi rotacjami w składzie. Jeszcze podczas trasy koncertowej promującej "Seventh Star", po jakiś trzech występach, z zespołu odszedł Glenn Hughes, a jego miejsce zajął Ray Gillen. Wkrótce potem nastąpiła zmiana na stanowisku basisty, które objął Bob Daisley (znany z Rainbow i solowych albumów Ozzy'ego Osbourne'a). Zespół przystąpił do tworzenia nowego albumu - nie bez problemów, bo okazało się, że Gillen zupełnie nie potrafi pisać tekstów. Ostatecznie napisał je Daisley, który zajmował się tym już u Osbourne'a. Najgorsze nastąpiło jednak tuż po zakończeniu nagrań, gdy skład całkowicie się posypał - odszedł zarówno Gillen, jak i sekcja rytmiczna, która postanowiła grać u Gary'ego Moore'a. Iommi nie miał zamiaru po raz kolejny wydawać albumu z jednym wokalistą, a na trasę wyruszyć już z innym. Zatrudnił więc Tony'ego Martina, aby nagrał na nowo wszystkie partie wokalne.

"The Eternal Idol" kontynuuje drogę obraną na "Seventh Star". Dominuje tutaj raczej sztampowe, heavymetalowe granie o wygładzonym brzmieniu za sprawą kiczowatych, syntezatorowych podkładów w tle. Całkiem nieźle wypada otwierający całość "The Shining", wyróżniający się nawet dobrą melodią, zaś w finałowym "Eternal Idol" pojawia się namiastka dawnego mroku i ciężaru - niestety, zespół nawiązuje do swojej przeszłości w zbyt przerysowany - i zwyczajnie nudny - sposób. Wyróżnia się jeszcze akustyczna, instrumentalna miniaturka "Scarlet Pimpernel" - ale tylko ze względu na swój odmienny charakter. O pozostałych kawałkach nie warto nawet wspominać. To po prostu bardzo przewidywalne i raczej tandetne granie, w naprawdę okropnej stylistyce, mieszczącej się gdzieś pomiędzy kiczowatym heavy metalem, a banalnym AOR-em. Jeśli zaś chodzi o Tony'ego Martina, to  za sprawą barwy głosu i zamiłowania do zbyt wysokich tonów - najbliżej mu do Ronniego Jamesa Dio. Na szczęście unika typowej dla Dio teatralnej maniery (poza utworem tytułowym), dzięki czemu jest nieco bardziej znośny.

"The Eternal Idol" to po prostu jeden z najsłabszych albumów wydanych pod szyldem Black Sabbath. Zawodzi tutaj niemal wszystko, od bezbarwnych kompozycji, przez denną stylistkę i bezpłciowe wykonanie, po kiczowate brzmienie. Firmowanie czegoś takiego nazwą Black Sabbath to zniewaga dla wszystkich wielbicieli tego zespołu.

Ocena: 4/10



Black Sabbath - "The Eternal Idol" (1987)

1. The Shining; 2. Ancient Warrior; 3. Hard Life to Love; 4. Glory Ride; 5. Born to Lose; 6. Nightmare; 7. Scarlet Pimpernel; 8. Lost Forever; 9. Eternal Idol

Skład: Tony Martin - wokal; Tony Iommi - gitara; Bob Daisley - bass; Eric Singer - perkusja; Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Gościnnie: Bev Bevan - instr. perkusyjne (7,9)
Producent: Jeff Glixman, Vic Coppersmith-Heaven, Chris Tsangarides


15 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Seventh Star" (1986)



Po rozstaniu z Ianem Gillanem, który wrócił do reaktywowanego Deep Purple, Tony Iommi i Geezer Butler, znów wsparci przez Billa Warda, podjęli próby stworzenia kolejnego wcielenia Black Sabbath. Nowym wokalistą został Dave Donato. Nic jednak z tego nie wyszło, skład ten nigdy nie wydał żadnego albumu. W 1985 roku doszło natomiast do występu grupy na Live Aid - w oryginalnym składzie, z Ozzym Osbournem. Było to jednak jednorazowe zjednoczenie, a wkrótce po tym wydarzeniu zespół został rozwiązany. Iommi postanowił nagrać album solowy, na którym śpiewać mieli różni wokaliści. Spisałem sobie listę osób, które chciałem zaprosić, takich jak Robert Plant, Rob Halford, David Coverdale, czy Glenn Hughes - tłumaczył gitarzysta. Ale przekonanie ich do współpracy okazało się nie takie proste. Musiałem załatwić kontrakty, rozmawiać z przedstawicielami wytwórni, którzy nie pozwalali swoim podopiecznym brać udziału w tym przedsięwzięciu i wszyscy po kolei mi odmawiali.

Iommi zdecydował się nagrać album z nieznanym wokalistą Jeffem Fenholtem, ale ostatecznie udało się pozyskać Glenna Hughesa, znanego z Trapeze i Deep Purple. Składu dopełnił współpracownik Black Sabbath, klawiszowiec Geoff Nicholls, a także sekcja rytmiczna pożyczona z zespołu Lity Ford (ówczesnej partnerki Tony'ego): perkusista Eric Singer (później członek Kiss) i basista Gordon Copley. Ten ostatni został wkrótce zastąpiony przez Dave'a Spitza, który zarejestrował większość partii gitary basowej (tylko w "No Stranger to Love" zachowała się oryginalna partia Copleya). Album był gotowy przed końcem 1985 roku. Problemy zaczęły się podczas przygotowań go do wydania. Menadżer Iommiego, Don Arden, nie zgodził się na wydanie "Seventh Star" jako albumu solowego. Zgodnie z kontraktem, gitarzysta musiał dostarczyć jeszcze jeden album pod szyldem Black Sabbath. Udało się jednak osiągnąć pewien kompromis i longplay ukazał się pod idiotycznym szyldem "Black Sabbath featuring Tony Iommi", który miał zapewnić lepszą sprzedaż.

Problem w tym, że "Seventh Star" zupełnie nie brzmi jak album Black Sabbath. Gitarzysta postanowił zrezygnować z charakterystycznych dla grupy elementów (całkiem słusznie, skoro miał to być album solowy) i zwrócić się w stronę standardowego heavy metalu z naleciałościami AOR-u. Iommi, jak to Iommi, pozostawił daleko w tyle konkurencję, tym razem w rodzaju takich zespołów, jak Foreigner, Kiss czy Rainbow bez Dio. Trudno jednak nagrać w takiej stylistyce arcydzieło. I "Seventh Star" do tego daleko. Znaczna część longplaya to sztampowe kawałki w szybkim tempie (np. "In for the Kill", "Turn to Stone", "Danger Zone"). Nieco lepiej wypadły ballady. Przyznam, że mam słabość do "No Stranger to Love", mimo płynącego z niego banału. Bardzo ładnie i przejmująco wypada natomiast finałowa "In Memory...". Glenn Hughes w obu tych utworach pokazał prawdziwy talent wokalny, a melodie zapadają w pamięć. Fajnym pomysłem było urozmaicenie albumu kawałkiem bluesowym, jednak wykonanie - w postaci "Heart Like a Wheel" - nie zachwyca. Warto natomiast wspomnieć o klimatycznej instrumentalnej miniaturce "Sphinx (The Guardian)" i następującym po niej, potężnym utworze tytułowym (z kolejnym fantastycznym popisem wokalnym Hughesa), w których pojawia się odrobina sabbathowego klimatu. Pozwala to przypuszczać, że gdyby muzycy przystępując do nagrania "Seventh Star" wiedzieli, że będzie to album Black Sabbath, potrafiliby nagrać znacznie ciekawszy materiał

"Seventh Star" wypada fatalnie jako album Black Sabbath i ledwo przeciętnie jako solowe dzieło Iommiego. Zwrot w kierunku metalowej sztampy lat 80. trudno uznać za dobry pomysł, choć pewnie miały na to wpływ względy merkantylne. Szkoda, że Iommi Hughes zmarnowali swój talent na taki album... Co gorsze, "Seventh Star" był dopiero początkiem bardzo dziwnego okresu, kiedy Iommi z pomocą zupełnie przypadkowych muzyków kontynuował działalność Black Sabbath.

Ocena: 5/10



Black Sabbath featuring Tony Iommi - "Seventh Star" (1986)

1. In for the Kill; 2. No Stranger to Love; 3. Turn to Stone; 4. Sphinx (The Guardian); 5. Seventh Star; 6. Danger Zone; 7. Heart Like a Wheel; 8. Angry Heart; 9. In Memory...

Skład: Glenn Hughes - wokal; Tony Iommi - gitara; Dave Spitz - bass; Geoff Nicholls - instr. klawiszowe; Eric Singer - perkusja
Gościnnie: Gordon Copley - bass (2)
Producent: Jeff Glixman


14 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Born Again" (1983)



Black Sabbath odrodził się po raz kolejny. Na bębny wrócił Bill Ward, jednak największą niespodzianką był nowy wokalista. Został nim sam Ian Gillan, były wokalista Deep Purple. Tony Iommi i Geezer Butler pozyskali go za pomocą podstępu. Zaprosili go na obiad, który oczywiście skończył się wspólną popijawą. Gdy Gillan był już wystarczająco pijany, podsunęli mu do podpisania kontrakt... Zanim zdążyłem się zorientować, w czym rzecz, byłem wokalistą Black Sabbath - podsumował Gillan. I dodawał: Tak naprawdę nie sądzę, by można było o mnie mówić jako o wokaliście Black Sabbath. To tytuł zarezerwowany przede wszystkim dla Ozzy'ego. Do tamtego zespołu pasowało określenie Black Purple. Albo Deep Sabbath. Muzycy chcieli nagrać album pod innym szyldem, ale ówczesny menadżer, Don Arden, nie chciał o tym nawet słyszeć. Nowa nazwa nie zapewniłaby takiej sprzedaży, jak popularny szyld.

Pierwszy kontakt z albumem może być odpychający - na koszmarną okładkę można jeszcze przymknąć oko, ale ciężko być tak samo wyrozumiałym dla okropnego, demówkowego brzmienia. Podobno tuż po nagraniu album brzmiał świetnie, ale ktoś coś spieprzył podczas masteringu. Muzycy dowiedzieli się o tym dopiero gdy longplay był już w sklepach. Jeśli wierzyć słowom Gillana, to po otrzymaniu kartonu płyt i włączeniu jednej z nich, tak się wkurzył, że połamał wszystkie egzemplarze.

Do samych utworów naprawdę trudno się przyczepić. Energetyczny "Trashed" doskonale sprawdza się na otwarcie longplaya. Gillan jest w naprawdę świetnej formie wokalnej, ale i warstwie instrumentalnej słychać po prostu radość z grania. Całkowitą zmianę klimatu przynosi instrumentalna, właściwie ambientowa miniaturka "Stonehenge", ale zaraz wszystko wraca do normy w "Disturbing the Priest", łączącym sabbathowy ciężar ze zwariowaną partią wokalną. Kolejna ambientowa miniaturka, "The Dark", to właściwie integralna część, wstęp do "Zero the Hero" - utworu, który powinien być zaliczany do absolutnej klasyki Black Sabbath. Rewelacyjnie wypadają w nim transowe riffy Iommiego i skandowana partia wokalna w zwrotkach, a także autentycznie chwytliwy, w dobrym tego słowa znaczeniu, refren. Rozpędzony "Digital Bitch" - którego inspiracją była ponoć Sharon Osbourne - nie robi większego wrażenia, raczej pełni tu rolę wypełniacza. Ale zaraz potem rozbrzmiewa przepiękny utwór tytułowy - mroczna ballada z Gillanem pokazującym całą paletę swoich możliwości, od przejmującego śpiewu po dziki wrzask. Chyba już nigdy później nie zbliżył się do tego poziomu. Na koniec albumu zamieszczono jeszcze dwa bardziej hardrockowe , przebojowe kawałki, "Hot Line" i "Keep It Warm", bliższe stylistyki Deep Purple, jednak z właściwym dla Black Sabbath ciężarem. Znów fantastycznie brzmi Gillan, Iommi dostarcza parę świetnych solówek, a w tle bardzo fajnie pulsuje bas Butlera.

Dla pełniejszego obrazu tego wcielania zespołu, warto zapoznać się z reedycją "Born Again" z 2011 roku. Dodatkowy dysk zawiera niepublikowaną wcześniej kompozycję "The Fallen" - naprawdę niezłą, świetnie łączącą sabbathowy ciężar z purpurową przebojowością - a także pełną wersję "Stonehenge" (dłuższą o niemal trzy minuty) i obszerny fragment występu grupy z 27 sierpnia 1983 roku na Reading Festival (z Bevem Bevanem na perkusji). Utwory z "Born Again" ("Hot Line", "Zero the Hero" i "Digital Bitch") wypadają lepiej od studyjnych wersji, nie tylko ze względu na brzmienie, ale również dzięki pełnemu energii wykonaniu. Gillan doskonale spisał się także w klasycznych kompozycjach zespołu, które zinterpretował w naprawdę ciekawy sposób, bez popadania w teatralność Dio ("War Pigs", "Black Sabbath", "Iron Man", "Paranoid"). Ciekawostką jest natomiast wykonanie "Smoke on the Water", który oczywiście w tej wersji nabrał większego ciężaru. Utwór został dodany do koncertowego repertuaru, ponieważ Gillan miał problem z zapamiętaniem tekstów, których sam nie napisał.

"Born Again" to bez żadnych wątpliwości najlepszy album Black Sabbath po rozpadzie oryginalnego składu. Gdyby nie to tragiczne brzmienie, zapewne byłby dziś bardziej ceniony. Iommi, Butler i Ward po raz kolejny udowodnili, że w tworzeniu i wykonywaniu ciężkiego rocka są bezkonkurencyjni, a będący wciąż w wysokiej formie wokalnej Gillan okazał się niezwykle cennym nabytkiem. To, co pokazał w tych nagraniach, zwłaszcza koncertowych, plasuje go na drugim miejscu najlepszych wokalistów Black Sabbath, zaraz po Ozzym (mniej utalentowanym, ale najlepiej pasującym do stylu grupy). Pozostaje tylko żałować, że jego przygoda z zespołem trwała tak krótko i już w następnym roku wrócił do reaktywowanego Deep Purple. Ten skład miał potencjał, by stać się najlepszą ciężko grającą grupą lat 80.

Ocena: 8/10



Black Sabbath - "Born Again" (1983)

1. Trashed; 2. Stonehenge; 3. Disturbing the Priest; 4. The Dark; 5. Zero the Hero; 6. Digital Bitch; 7. Born Again; 8. Hot Line; 9. Keep It Warm

Skład: Ian Gillan - wokal; Tony Iommi - gitara, flet, efekty; Geezer Butler - bass, efekty; Bill Ward - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Producent: Black Sabbath i Robin Black


13 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Live Evil" (1982)



"Live Evil" to pierwszy autoryzowany przez zespół album koncertowy. Materiał został zarejestrowany podczas trasy promującej album "Mob Rules". Ściślej mówiąc, nagrań dokonano podczas amerykańskiej części trasy,  na przełomie kwietnia i maja 1982 roku. W repertuarze znalazły się głównie utwory z dwóch najnowszych wówczas albumów, uzupełnione kilkoma klasykami z pierwszych trzech albumów zespołu (i odtworzonym z taśmy "Fluff"). Zespół stara się wiernie odtworzyć swoje kompozycje. Jedynie "Heaven and Hell" został znacznie rozbudowany - niestety nie o jakieś ciekawe improwizacje, a nudną zabawę call and response z fanami i cytat z "The Sign of the Southern Cross". Utwór wypada nieporównywalnie gorzej od studyjnego pierwowzoru - rozczarowuje zwłaszcza solówka Iommiego. Pozostałe z nowych utworów nie różnią się zbytnio od oryginalnych wersji, a jeśli już, to nieznacznie na korzyść tych drugich. Za to kompozycje z czasów Ozzy'ego zostały kompletnie zmasakrowane przez Dio. Jego pretensjonalny, teatralny śpiew nijak nie pasuje do tych utworów, irytuje, a w "N.I.B." i "Paranoid" jest tak żałosny, że wywołuje śmiech rozpaczy.

Na szczęście już wkrótce, przynajmniej na jakiś czas, drogi Dio i Black Sabbath się rozeszły, dzięki czemu nie mógł dłużej niszczyć dziedzictwa grupy. W trakcie miksowania "Live Evil" doszło do konfliktu między wokalistą, a Tonym i Geezerem. Pierwszy z nich rzekomo zakradał się nocami do studia, aby majstrować przy miksie i uwypuklać w nim swoje partie. Wokalista nigdy do tego się nie przyznał, a po latach wszyscy zgodnie zrzucili winę na inżyniera dźwięku. Czy tak było naprawdę, czy miały na to wpływ kolejne powroty Dio do składu - tego już się prawdopodobnie nie dowiemy. W każdym razie, to pierwsze rozstanie wyszło wszystkim na dobre - Ronnie założył swój własny zespół (z Vinnym Appice'em na perkusji) i odnosił sukcesy grając dla mało wymagającej / dobrze tolerującej kicz publiczności, zaś Iommi i Butler zaskoczyli kolejną inkarnacją Black Sabbath.

Ocena: 5/10



Black Sabbath - "Live Evil" (1982)

LP1: 1. E5150; 2. Neon Knight; 3. N.I.B.; 4. Children of the Sea; 5. Voodoo; 6. Black Sabbath; 7. War Pigs; 8. Iron Man
LP2: 1. The Mob Rules; 2. Heaven and Hell; 3. The Sign of the Southern Cross / Heaven and Hell (Continued); 4. Paranoid; 5. Children of the Grave; 6. Fluff

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass, Vinny Appice - perkusja
Gościnnie: Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Producent: Tony Iommi i Geezer Butler


12 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Mob Rules" (1981)



Przed nagraniem tego albumu z zespołu odszedł kolejny oryginalny członek - zmagający się z alkoholowym uzależnieniem Bill Ward. Jego miejsce zajął Vinny Appice, młodszy brat bardziej znanego Carmine'a Appice'a (m.in. Vanilla Fudge, Cactus i trio Beck, Bogert & Appice). Nie miało to oczywiście większego wpływu na graną przez zespół muzykę. "Mob Rules" spokojnie mógłby nosić tytuł "Heaven and Hell II". Dominują tutaj energiczne, proste, dość nośne, ale i heavymetalowo sztampowe, przewidywalne kawałki, w rodzaju utworu tytułowego, "Turn Up the Night", "Voodoo", czy "Slipping Away". Ale już w takim "Country Girl" pojawia się całkiem dobry riff i nawet Ronnie Dio nie przesadza w szarżowaniu swoim głosem. Dla równowagi znalazło się tutaj również kilka bardziej monumentalnych utworów. W balladowych fragmentach "The Sign of the Southern Cross" Dio śpiewa w jeszcze bardziej zniewieściały sposób, niż zwykle. Warstwa muzyczna też nie zachwyca, za dużo tu ogranych patentów. Lepiej wypada "Falling Off of the Edge of the World", szczególnie jego szybsza część, z fajnie pulsującym basem. Najlepsze zostawiono jednak na koniec - "Over and Over" (przypominający "Lonely Is the Word" z poprzedniego albumu) to naprawdę udana, ciężka ballada, ze świetnymi partiami Iommiego i Butlera, ale też wyjątkowo dobrą partią wokalną, która podkreśla dramatyzm tej kompozycji.

W podsumowaniu mógłbym napisać w zasadzie to samo, co przy okazji poprzedniego albumu. Black Sabbath naśladując młodszych wykonawców wciąż pozostawia konkurencję daleko w tyle, jednak nieporównywalnie ciekawsze rzeczy tworzył w swoim oryginalnym stylu, samemu będąc inspiracją dla innych, a nie epigonem.

Ocena: 7/10



Black Sabbath - "Mob Rules" (1981)

1. Turn Up the Night; 2. Voodoo; 3. The Sign of the Southern Cross; 4. E5150; 5. The Mob Rules; 6. Country Girl; 7. Slipping Away; 8. Falling Off of the Edge of the World; 9. Over and Over

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass, Vinny Appice - perkusja
Gościnnie: Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Producent: Martin Birch


11 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Live at Last" (1980)



"Live at Last" to pierwszy koncertowy album w dyskografii Black Sabbath. Wydawnictwo budzi jednak pewne kontrowersje, bo chociaż wydane zostało całkowicie legalne (przez byłego menadżera grupy, Patricka Meehana, posiadającego prawa do tych nagrań), stało się to bez wiedzy i zgody członków zespołu. Nie spodobało się to ani instrumentalistom Black Sabbath, ani będącemu już poza zespołem Ozzy'emu, którzy woleli, aby uwaga fanów skupiła się na ich aktualnych wydawnictwach - albumach "Heaven and Hell" i "Blizzard of Ozz". Powodów do narzekań z pewnością nie mieli ci ostatni, którzy w końcu mogli dołączyć do swojej kolekcji koncertowe nagrania Black Sabbath - i to z czasów, gdy oryginalny skład grupy wciąż był w swojej szczytowej formie.

Na album złożyły się fragmenty dwóch występów z marca 1973 roku - z Manchester Free Trade Hall i londyńskiego Rainbow Theatre. Brzmienie pozostawia sporo do życzenia (jest wręcz bootlegowe, ze słabo słyszalnym basem Geezera Butlera), ale wynagradzają to pełne młodzieńczej energii wykonania. W repertuarze dominują utwory z najnowszych wówczas albumów "Master of Reality" ("Sweet Leaf", "Embryo", "Children of the Grave") i "Vol. 4" ("Tomorrow's Dream", "Cornucopia", "Snowblind"), jest zagrany przedpremierowo "Killing Yourself to Live" (jeszcze z trochę innym tekstem), ale starczyło też miejsca dla skromnej reprezentacji "Paranoid"  ("War Pigs" i tytułowy) i niealbumowego "Wicked World". Pomimo tego, iż w ówczesnych studyjnych dokonaniach zespół oddalił się od swoich bluesrockowych korzeni, to "Live at Last" pokazuje, że na koncertach grupa wciąż czuła bluesa. Nowsze utwory nabrały bardziej bluesowego charakteru, a ponadto zespół nie unikał dłuższych improwizacji - czego najlepszym przykładem jest 18-minutowa wersja "Wicked World", poza rozbudowanymi solówkami Iommiego i Warda, zawierająca także cytaty z innych utworów grupy ("Into the Void", "Supernaut" i niewydanego nigdy w wersji studyjnej "Sometimes I'm Happy").

Pozostaje tylko żałować, że "Live at Last" nie jest dwupłytowym wydawnictwem, przez co zabrakło na nim miejsca dla takich kompozycji, jak np. "Black Sabbath", "N.I.B.", "Iron Man", czy "Under the Sun". Jednak to, co na album trafiło, jest wystarczająco wartościowe, aby koniecznie zapoznał się z nim każdy wielbiciel zespołu i w ogóle ciężkiego rocka. To naprawdę świetne uzupełnienie dyskografii Black Sabbath z lat 70.

Ocena: 7/10



Black Sabbath - "Live at Last" (1980)

1. Tomorrow's Dream; 2. Sweet Leaf; 3. Killing Yourself to Live; 4. Cornucopia; 5. Snowblind; 6. Embryo / Children of the Grave; 7. War Pigs; 8. Wicked World; 9. Paranoid

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Bill Ward - perkusja
Producent: Patrick Meehan


[Recenzja] Black Sabbath - "Heaven and Hell" (1980)



Po rozstaniu z Ozzym Osbourne'em, instrumentaliści Black Sabbath postanowili zatrudnić na jego miejsce Ronniego Jamesa Dio, który właśnie rozstał się z grupą Rainbow. Wokalistę o zupełnie innej barwie i szerszej skali głosu, co musiało wpłynąć na zmianę samej muzyki. Muzycy postanowili nawiązać do aktualnych trendów i porzucić swój eklektyczny hardrockowy styl na rzecz jednowymiarowego heavy metalu.

Pierwsze, co zwraca uwagę po włączeniu płyty, to naprawdę dobre brzmienie. Kilka poprzednich albumów grupy pozostawiało pod tym względem wiele do życzenia. Tym razem jednak zespół zatrudnił do produkcji fachowca - Martina Bircha, znanego m.in. ze współpracy z Deep Purple, Rainbow, ale też Fleetwood Mac i Wishbone Ash (a później Iron Maiden). Choć Birchowi czasem zdarzały się różne wpadki (np. niesłyszalny bas na "Rising" Rainbow), tym razem trudno do czegokolwiek się przyczepić. Zachwyca szczególnie uwypuklony w miksie bas... Choć to akurat nieco dzieło przypadku - podczas sesji nagraniowej z zespołu odszedł Geezer Butler, a jego partie zarejestrował Geoff Nicholls (lub - według swoich własnych słów - Craig Gruber, oryginalny basista Rainbow). Gdy album był już zmiksowany, do zespołu wrócił Geezer, który postanowił nagrać linie basu na nowo - nałożono je potem na gotowy miks w taki sposób, aby zagłuszyły wcześniejsze partie. Nicholls pozostał, jako klawiszowiec, stałym współpracownikiem zespołu aż do połowy lat 90.

Same utwory prezentują różny poziom. Często zalatują heavymetalową sztampą. Kawałki w rodzaju "Lady Evil", "Wishing Well" i "Walk Away" są wyjątkowo banalne. Schematami rażą także takie kawałki, jak rozpędzony "Neon Knights", czy półballadowy "Children of the Sea". W spokojniejszych momentach tego drugiego dodatkowo denerwuje kobiecy śpiew Dio. Zresztą to właśnie nowy wokalista spowodował, że zespół zaczął zbyt często ocierać się o kicz. Nie można mu odmówić sporych możliwości (pod tym względem znacznie przewyższa swojego poprzednika), ale jego teatralna maniera i nadużywanie wysokich tonów są dość irytujące. Nie brakuje tu jednak bardziej udanych momentów. Jak niezwykle szybki "Die Young", który sprawnie łączy wściekłe fragmenty z melodyjnym zwolnieniem. Albo prawdziwie monumentalny utwór tytułowy, z hipnotyzującą linią basu i chyba najlepszą solówką w całej karierze Iommiego. Czy w końcu potężny i majestatyczny finał w postaci "Lonely Is the Word". Przynajmniej w tych dwóch ostatnich udało się uniknąć metalowej sztampy i infantylności.

Black Sabbath na "Heaven and Hell" stracił wszystkie charakterystyczne elementy swojego stylu - zmienił się wokalista, Iommi zaczął grać na gitarze w zupełnie inny, mniej oryginalny sposób, a sekcja rytmiczna uprościła swoje partie. Żadna z tych zmian nie wyszła grupie na dobre w czysto artystycznym wymiarze, ale pomogła utrzymać popularność w dekadzie wszechobecnego kiczu. Oczywiście, "Heaven and Hell" nie jest kompletną porażką i na tle ówczesnej heavymetalowej tandety jawi się jako całkiem przyzwoite, a momentami naprawdę dobre dzieło. Problem w tym, że w porównaniu z twórczością zespołu z okresu 1970-73, jest to ogromny spadek jakości.

Ocena: 7/10



Black Sabbath - "Heaven and Hell" (1980)

1. Neon Knights; 2. Children of the Sea; 3. Lady Evil; 4. Heaven and Hell; 5. Wishing Well; 6. Die Young; 7. Walk Away; 8. Lonely Is the Word

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass, Bill Ward - perkusja
Gościnnie: Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Producent: Martin Birch