31 maja 2012

[Recenzja] Deep Purple - "Made in Japan" (1972)



"Made in Japan" to kolejne arcydzieło Mark II. Powszechnie uznawany za jeden z najlepszych koncertowych albumów wszech czasów, będący kompletnym świadectwem tego, jak w latach 70. wyglądały rockowe koncerty. Zupełnie inaczej niż współcześnie - wówczas muzycy nie starali się odgrywać swoich utworów nuta w nutę, jak na płytach. Studyjne wersje utworów były tylko punktem wyjścia do improwizacji, które wydłużały utwór wielokrotnie.

Album został zarejestrowany w Tokio i Osace, w dniach 15, 16 i 17 sierpnia 1972 roku. Utwory - zamieszczone na dwóch płytach winylowych - zostały ułożone tak samo jak w koncertowej setliście, jedynie na bisy zabrakło już miejsca. Świetnie w roli otwieracza sprawdza się "Highway Star". Ze wszystkich utworów na "Made in Japan" ten właśnie jest najbliższy studyjnego pierwowzoru. Brzmi jednak jeszcze mocniej, jeszcze bardziej energetycznie. Studyjną wersję przebija także lekko wydłużony "Child in Time". Wprost niesamowita jest partia wokalna Iana Gillana - od krzyku potrafił czysto przejść do delikatnego śpiewu. Zespół od wielu lat nie wykonuje tego utwory właśnie ze względu na trudną partię wokalną, której zaśpiewanie przerasta obecne umiejętności Gillana. W ostrej części instrumentalnej - podobnie jak w przypadku "Highway Star" - jest znacznie więcej energii, niż udało się muzykom z siebie wydobyć w warunkach studyjnych.

"Smoke on the Water" zaczyna się od... pomyłki Blackmore'a. Gitarzyście udało się z tego jednak zgrabnie wybrnąć. Wybranie akurat tego wykonania - mając do wyboru dwa inne - nadaje całej koncertówce autentyczności, czyli czegoś, czego najbardziej brakuje współczesnym płytom rejestrowanym na żywo. Na "Made in Japan" znalazł się jeszcze jeden przebój, "Strange Kind of Woman". Tutejsze wykonanie przeszło do historii, za sprawą słynnego pojedynku Blackmore'a z Gillanem - ten drugi po raz kolejny pokazuje swoje ogromne umiejętności wokalne, naśladując partie grane przez gitarzystę. W porównaniu z wersją studyjną, utwór rozrósł się aż dwukrotnie, do niemal dziesięciu minut. Jest tu także  rozimprowizowana wersja świetnego "Lazy".

Problem stanowią dla mnie pozostałe dwa utwory zamieszczone na "Made in Japan". Lubię "The Mule", a jeszcze bardziej "Space Truckin'". Ale nie w tych wersjach. Pierwszy został wzbogacony o perkusyjną solówkę, która trwa dłużej niż reszta utworu, a drugi z 5-minutowej piosenki przeszedł transformację w 20-minutowe, rozimprowizowane monstrum. Jasne, na żywo coś takiego musiało robić ogromne wrażenie. Zwłaszcza, że publiczność oprócz muzyki dostała możliwość oglądania szalejących na scenie muzyków. Jednak słuchanie tego z płyty to średnia przyjemność. Szkoda, że zamiast tego zespół nie umieścił tu utworów "Black Night" i "Speed King", które wykonywał wówczas podczas bisów. To, czego brakuje na "Made in Japan", to właśnie większa liczba takich zwartych, czadowych utworów.

Ocena: 9/10

PS. W 1993 roku ukazał się trzypłytowy zestaw "Live in Japan", zawierający prawie kompletne zapisy każdego z trzech japońskich występów grupy. Zabrakło "Smoke in the Water" z pierwszego występu i "The Mule" z ostatniego - czyli akurat tych wersji, które znalazły się na "Made in Japan". Ich brak rekompensują "Black Night" i "Speed King" - oba w wersjach z pierwszego koncertu. Ciekawym wydawnictwem jest również reedycja "Made in Japan" z 1998 roku, wzbogacona o dodatkowy dysk. Trafiły na niego utwory "Black Night" i "Speed King" (tym razem w wersjach z ostatniego występu), a także przeróbka "Lucille" Little Richarda, która została spontanicznie wykonana tylko podczas środkowego koncertu.



Deep Purple - "Made in Japan" (1972)

LP1: 1. Highway Star; 2. Child in Time; 3. Smoke on the Water; 4. The Mule
LP2: 1. Strange Kind of Woman; 2. Lazy; 3. Space Truckin'

Skład: Ian Gillan - wokal, instr. perkusyjne, harmonijka; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja
Producent: Deep Purple


30 maja 2012

[Recenzja] Deep Purple - "Machine Head" (1972)



Album "Machine Head" uznawany jest za jedno z największych dokonań Deep Purple i ciężkiego rocka w ogóle. To głównie zasługa jednego utworu, "Smoke on the Water". Najbardziej znanego utworu grupy, opartego na jednym z najbardziej rozpoznawalnych riffów wszech czasów. To bardzo prosty motyw, składający się ledwie z czterech dźwięków. Ritchie Blackmore twierdzi, że po prostu zagrał od tyłu jeden z motywów V Symfonii Beethovena. Często jednak najprostsze utwory stają się największymi przebojami. Muzycy nie od razu jednak dostrzegli jego potencjał. Na pierwszy singiel wytypowali "Never Before" - prostą melodyjną piosenkę, której dziś trochę się wstydzą. Pomysł wydania "Smoke on the Water" na kolejnym singlu początkowo wyśmiali. Ostatecznie utwór trafił na małą płytę czternaście miesięcy po premierze "Machine Head", gdy w sklepach dostępny był już kolejny longplay zespołu, "Who Do We Think We Are". Ponieważ fani już od dawna mieli ten utwór na albumie, singiel nie podbił notowań. Przynajmniej nie w rodzimej Wielkiej Brytanii, gdzie zatrzymał się na 21. miejscu (wyżej notowane były "Black Night", "Strange Kind of Woman", a nawet "Fireball"). Najwidoczniej przypomniał jednak o zespole Amerykanom - w Stanach doszedł do miejsca 4. (najlepszy wynik zespołu na tamtejszym rynku obok starszego o dwa lata "Hush"). Z czasem kompozycja zyskała status kultowej.

Ale "Machine Head" to nie tylko "Smoke on the Water". Znalazło się tutaj także sześć innych utworów, z których połowa na stałe weszła do koncertowego repertuaru Deep Purple. Do nich należy rozpędzony "Highway Star". Jeden z najlepszych utworów zespołu, z rewelacyjnymi solówkami Blackmore'a i Jona Lorda, zdradzającymi inspirację muzyką klasyczną, świetnie zaśpiewany przez Gillana. Przyczepić można się tylko do wygładzonego brzmienia, które nie pasuje do charakteru tej kompozycji. Bardziej pasowałoby surowe brzmienie znane z dwóch poprzednich albumów. Na koncertach utwór zyskał jednak odpowiedni ciężar i właśnie koncertowych wykonań słucha się najlepiej (np. niesamowicie energetycznej wersji z "Made in Japan"). Kolejny klasyk to "Lazy". Rozpoczęty rewelacyjnym organowym popisem Lorda, a po dołączeniu pozostałych muzyków nabierający bluesowego charakteru. Świetnie w takiej stylistyce odnalazł się Gillan (którego partia pojawia się dopiero w drugiej połowie utworu). Wokalista zagrał tutaj także na harmonijce, co jest fajnym urozmaiceniem. Na koniec pojawia się jeszcze fantastyczna solówka Blackmore'a. Szkoda, że zespół nie inspirował się częściej bluesem, bo tutaj dało to wspaniały efekt. Na koniec czeka jeszcze bardzo energetyczny i chwytliwy "Space Trackin'". Na koncertach utwór rozrastał się nawet do pół godziny. Moim zdaniem najlepiej wypada jednak w skondensowanej do czterech i pół minuty wersji studyjnej.

Do mniej klasycznych fragmentów albumu zalicza się "Maybe I'm a Leo". Ten utrzymany w średnim tempie utwór nie ma może takiej wyrazistości, jak opisane wyżej kompozycje, jednak jest całkiem przyjemnym wypełniaczem. Natomiast galopujący "Pictures of Home" to już kawałek zdecydowanie niedoceniony, także przez sam zespół, który nie wykonywał go na żywo aż do 1993 roku. A przecież to idealny kawałek na koncerty, dający przede wszystkim pole do popisu sekcji rytmicznej. Już w wersji studyjnej pojawia się perkusyjny wstęp Iana Paice'a i basowe solo Rogera Glovera. Podczas występów fragmenty te mogłyby zostać ciekawie rozbudowane. Na koniec zostawiłem jeszcze wspominany "Never Before". Najbardziej kontrowersyjny fragment longplaya. Bo z jednej strony jest to całkiem przyjemny, melodyjny kawałek, z ciekawym zwolnieniem kojarzącym się nieco z... Pink Floyd. A z drugiej - sami muzycy przyznają, że napisali go z "niewłaściwych", a więc stricte komercyjnych pobudek. I te pobudki niestety doskonale słychać w nieco sztampowym refrenie. Największą zbrodnią, jaką muzycy w tamtym czasie muzycy popełnili, było nieumieszczenie na albumie przepięknej, przejmującej ballady "When a Blind Man Cries". Miejsca na winylu było jeszcze dość, jednak Blackmore uznał, że utwór jest zbyt spokojny, przez co nie pasuje do reszty albumu (a "Catch the Rainbow" niby pasuje do reszty "Ritchie Blackmore's Rainbow"?). Utwór oryginalnie został "zmarnowany" na stronie B singla "Never Before", jednak można go znaleźć także na większości składanek zespołu, oraz na kompaktowych reedycjach "Machine Head". Od czasu odejścia Ritchiego jest też chętnie wykonywany na żywo.

"Machine Head" nie należy do czołówki moich ulubionych longplayów Deep Purple (plasuje się gdzieś w okolicach szóstego miejsca), jednak to bardzo dobry album hardrockowy, zawierający wiele wspaniałych utworów. A wszystkich, którzy znają tylko "Smoke on the Water", muszę poinformować, że to akurat jeden ze słabszych fragmentów, na którego braku longplay niewiele by stracił.

Ocena: 8/10



Deep Purple - "Machine Head" (1972)

1. Highway Star; 2. Maybe I'm a Leo; 3. Pictures of Home; 4. Never Before; 5. Smoke on the Water; 6. Lazy; 7. Space Truckin'

Skład: Ian Gillan - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja
Producent: Deep Purple


29 maja 2012

[Recenzja] Deep Purple - "Fireball" (1971)



"Fireball" jest powszechnie oceniany niżej od obu albumów, pomiędzy którymi się ukazał. Nawet członkowie zespołu niespecjalnie przepadają za tym materiałem. Z wyjątkiem Iana Gillana, który twierdzi, że niechęć pozostałych muzyków wynika z tego, że longplay nie osiągnął takiego sukcesu jak inne ich wydawnictwa. Fakty jednak temu przeczą, bo "Fireball" w notowaniach zaszedł wyżej od swojego słynnego poprzednika, "In Rock". Próbę czasu zniósł natomiast gorzej, nie stał się tak kultową i kanoniczną pozycją. Ale to już w sporym stopniu wina samych muzyków, którzy rzadko sięgali po utwory z tego albumu podczas koncertów (z jednym wyjątkiem, o czym później).

A jest tutaj kilka prawdziwych petard, z utworem tytułowym na czele. Ten rozpędzony kawałek, z agresywnymi zwrotkami i melodyjnym refrenem, idealnie sprawdzał się na żywo, lecz zespół wykonywał go sporadycznie. Ciekawostką w utworze jest brak gitarowej solówki - są za to popisy Rogera Glovera i Jona Lorda. Warto też dodać, że "Fireball" był jednym z największych singlowych przebojów zespołu w Wielkiej Brytanii, gdzie doszedł do 15. miejsca notowania. Z koncertowej setlisty bardzo szybko wypadły dwa kolejne utwory, "No No No" i "Demon's Eye" (ten drugi wrócił do niej po ponad 30 latach). Oba są bardzo udane. Pierwszy jest nieco łagodniejszy, bardzo chwytliwy i zawierający kilka ciekawych fragmentów instrumentalnych. Drugi wyróżnia się charakterystycznym organowym motywem i zadziornymi zagrywkami gitary; tu również nie brakuje świetnych solówek i chwytliwej melodii.

Co ciekawe, na amerykańskim wydaniu albumu "Demon's Eye" został zastąpiony utworem "Strange Kind of Woman", w Europie wydanym na niealbumowym singlu (który doszedł do 8. miejsca na UK Singles Chart). Ten akurat utwór był (i jest do dzisiaj) bardzo chętnie wykonywany przez zespół na koncertach. Nic dziwnego, bo to naprawdę fantastyczna kompozycja, z rewelacyjną, chwytliwą melodią, ale i odpowiednim ciężarem. Powinien być częścią tego albumu, ale nie zamiast również udanego "Demon's Eye", lecz zamiast "Anyone's Daughter" - ewidentnego wygłupu w stylu... country. Kompletnie niepasującego do reszty longplaya - powinien raczej skończyć na stronie B któregoś z singli.

O wiele ciekawiej wyszły zespołowi pozostałe eksperymenty, czyli psychodeliczny, bardzo melodyjny "The Mule" - który jako jedyny utwór z brytyjskiego wydania albumu był stałym punktem ówczesnych koncertów grupy - oraz "Fools". Ten drugi utwór to jedna z najwspanialszych i najbardziej niedocenianych kompozycji grupy.  Rozpoczyna się klimatycznym wstępem z delikatną wokalizą, który nagle przechodzi w agresywną, hardrockową część z zadziornym śpiewem Gillana. W środku pojawia się jeszcze długie instrumentalne zwolnienie o nieco mroczniejszym klimacie, tworzonym przez przeciągłe dźwięki, brzmiące jak jakiś instrument smyczkowy, a w rzeczywistości grany na gitarze przy jednoczesnym modulowaniu gałki głośności w wzmacniaczu. Świetny efekt, pokazujący sporą pomysłowość Ritchiego Blackmore'a. Na zakończenie pojawia się jeszcze typowo purplowy, hardrockowy "No One Came", z fantastyczną, długą solówką Lorda i niemniej udanym popisem Blackmore'a. Tekst utworu zdaje się zadawać pytanie: co jeśli publiczność przestanie przychodzić na koncerty Deep Purple? W tamtym czasie na pewno im to nie groziło.

"Fireball" to naprawdę solidny album. Pod pewnymi względami nawet przewyższający swojego wielkiego poprzednika - muzycy pokazali na nim większą wszechstronność, a i same kompozycje wydają się bardziej dojrzałe. Niestety, nie obyło się bez ewidentnych wpadek (obecność "Anyone's Daughter", brak "Strange Kind of Woman" lub "Demon's Eye"), które powstrzymują mnie przed wystawieniem maksymalnej oceny.

Ocena: 9/10



Deep Purple - "Fireball" (1971)

1. Fireball; 2. No No No; 3. Demon's Eye; 4. Anyone's Daughter; 5. The Mule; 6. Fools; 7. No One Came

Skład: Ian Gillan - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja
Producent: Deep Purple


28 maja 2012

[Recenzja] Deep Purple - "In Rock" (1970)



Po szoku, jaki wywołał debiutancki album Led Zeppelin i sukcesie jaki osiągnął, Lord, Blackmore i Paice zdali sobie sprawę, że to jest muzyka przyszłości, i najlepsze co mogą zrobić, to porzucić psychodeliczne klimaty, a także zaostrzyć brzmienie. Zdawali sobie jednak sprawę, że z Rodem Evansem jako wokalistą niewiele osiągną w takiej stylistyce, zatem postanowili się go pozbyć. Przy okazji zdecydowali wyrzucić także basistę Nicka Simpera, w którego towarzystwie nie czuli się najlepiej. Wciąż koncertując w oryginalnym składzie, odbywali potajemne sesje z muzykami popowej grupy Episode Six, wokalistą Ianem Gillanem i basistą Rogerem Gloverem. W ten sposób uformował się drugi skład grupy, powszechnie znany jako Mark II.

Grupa nie od razu jednak poszła śladem Led Zeppelin. Pierwszym wydawnictwem Mark II był singiel "Hallelujah", utrzymany w dotychczasowym stylu Deep Purple, choć wyróżniający się mocnym śpiewem Gillana, wzorującego się na utworze "Fire" Arthura Browna. Następnie zespół odbył serię występów z orkiestrą, których rezultatem był koncertowy album "Concerto for Group and Orchestra" (1969), zawierający tytułową, niemal godzinną kompozycję Jona Lorda. Klawiszowiec chciał pójść dalej w tym kierunku, jednak pozostali muzycy poskromili jego ambicje i zmusili do nagrania czadowej, rockowej płyty. Grupa rozpoczęła sesję nagraniową pod okiem realizatora dźwięku Martina Bircha, który pomógł osiągnąć odpowiednio ciężkie brzmienie. Pierwszym owocem sesji był chwytliwy utwór "Black Night", który okazał się największym singlowym sukcesem Deep Purple - osiągnął drugie miejsce w brytyjskim notowaniu. Na recenzowany tu album jednak nie trafił (poza edycją meksykańską i kompaktowymi reedycjami).

Przejdźmy zatem do tego, co na longplayu się znalazło. Wydany w czerwcu 1970 roku "In Rock" (albo "Deep Purple in Rock") rozpoczyna się od gitarowego zgiełku, z którego wyłania się ładny hammondowy motyw. Zaraz jednak dołącza się cały zespół i utwór - zatytułowany "Speed King" - nabiera agresji, która w tamtych czasach była czymś praktycznie niespotykanym w muzyce. Ostry śpiew Gillana pokazuje zaś, że był on wówczas największym krzykaczem rocka, nawet Robert Plant nie mógł się z nim równać. W środku utworu pojawia się jednak instrumentalna, spokojniejsza część, będąca popisem instrumentalistów. Riffowy "Bloodsucker" to kolejna porcja agresji, jednak już w "Child in Time" grupa pokazuje inne, liryczno-progresywne oblicze. Wspaniały klawiszowy motyw (co z tego, że inspirowany utworem "Bombay Calling" grupy It's a Beautiful Day?), delikatny śpiew Gillana, przechodzący w wysoki krzyk podczas narastającej dynamiki, w środku długa, mocniejsza część instrumentalna, a potem powrót do głównego motywu - to wszystko złożyło się na jeden z najwspanialszych utworów w historii muzyki.

Szkoda, że druga strona "In Rock" już tak nie ekscytuje. "Flight of the Rat" to prosty hardrockowy utwór, rozciągnięty jednak do ośmiu minut. Utwór nigdy nie był wykonywany na żywo i słuchając go nie trudno zgadnąć dlaczego. "Into the Fire" opiera się na chwytliwym riffie i zaskakuje wyjątkowo wolną - jak na Blackmore'a - solówką. Kolejny prostszy utwór, "Living Wreck" wyróżnia się nie tylko kolejnym udanym riffem, ale także niespodziewanie melodyjnym refrenem. Finałowy "Hard Lovin' Man" to natomiast kolejny czad na miarę "Speed King", ale o bardziej swobodnej, jamowej strukturze. I to wszystko - zaledwie 7 utworów, które złożyły się na jeden z największych kamieni milowych muzyki rockowej. Choć nie da się ukryć, że swoją popularność album zawiera przede wszystkim dwóm utworom - "Child in Time" i "Speed King". Reszta to tylko dodatek, choć w większości prezentujący wysoki poziom.

Ocena: 9/10

PS. W 1995 roku ukazała się rozszerzona reedycja albumu, "25th anniversary edition". Poza podstawowym repertuarem zawiera: dwa niealbumowe utwory zarejestrowane podczas tej samej sesji, "Black Night" i "Cry Free" (ten drugi to dość chwytliwy, riffowy kawałek); alternatywną wersję "Speed King" (z podtytułem "piano version"), pozbawioną wstępu i z pianinem zamiast organów Hammonda; nieopublikowany wcześniej, instrumentalny "Jam Stew"; a także trzy utwory zremiksowane przez Rogera Glovera specjalnie na to wydawnictwo ("Flight of the Rat", "Speed King" i "Black Night"). Zabrakło jednak wspomnianego na początku "Hallelujah".



Deep Purple - "In Rock" (1970)

1. Speed King; 2. Bloodsucker; 3. Child in Time; 4. Flight of the Rat; 5. Into the Fire; 6. Living Wreck; 7. Hard Lovin' Man

Skład: Ian Gillan - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja
Producent: Deep Purple


27 maja 2012

[Recenzja] Deep Purple - "Deep Purple" (1969)



Niezatytułowany, trzeci album Deep Purple to najbardziej przemyślany i najlepszy longplay pierwszego składu grupy (tzw. Mark I). Chociaż wciąż mocno tkwi w psychodelicznym brzmieniu późnych lat 60., to zdecydowanie więcej tutaj hard rocka. Chociaż otwierający album "Chasing Shadow" tego nie zapowiada. Utwór opiera się na niesamowitej, bardzo intensywnej, plemiennej grze perkusisty, Iana Paice'a. Wszystko inne schodzi tu na dalszy plan, choć przecież bulgoczący bas Nicka Simpera, ostre solówki Ritchiego Blackmore'a i łagodniejsza Jona Lorda, a także zadziorny wokal Roda Evansa są także na najwyższym poziomie. To jeden z najbardziej niezwykłych utworów w dorobku grupy. I świetne otwarcie albumu.

W "Blind" proporcje między instrumentami są już bardziej tradycyjne, melodia jest zaś bardziej piosenkowa. Co nie znaczy, że muzycy nie prezentują tu swoich umiejętności. Urocza ballada "Lalena", z repertuaru Donovana, to jedyny na tym albumie utwór cudzego autorstwa. Instrumentalny "Fault Line" to bardziej eksperymentalny utwór, będący wprowadzeniem do chwytliwego "The Painter". Jeszcze bardziej przebojowo jest w cięższym "Why Didn't Rosemary?", brzmiącym jak utwór drugiego składu grupy - aż dziwne, że nigdy nie był grany na żywo przez Mark II. Najcięższym utworem - ale też jednym z najbardziej melodyjnych - jest tutaj "Bird Has Flown". W tych trzech ostatnich utworach słychać wyraźne wpływy blues rocka..

Najważniejszym utworem jest jednak trzyczęściowy, ponad 12-minutowy "April", pełen barokowego rozmachu. Część pierwsza to podniosłe brzmienie organów Lorda i gitar (akustycznej i elektrycznej) Blackmore'a, uzupełniane wokalizami Evansa. W drugiej części słychać tylko kwartet smyczkowy, natomiast ostatnia część to hardrockowy czad, ze świetnym brzmieniem gitary basowej i chwytliwą melodią. Jon Lord - główny autor "April" - chciał, żeby grupa poszła właśnie w tym kierunku. I częściowo udało mu się dopiąć swego, chociaż jak się miało wkrótce okazać - "symfoniczny" etap kariery Deep Purple nie trwał zbyt długo.

W okresie albumu "Deep Purple" muzycy wprowadzili dziwną tradycję (kontynuowaną przy okazji kolejnych trzech płyt), aby nie umieszczać na longplayach jednego z najlepszych owoców sesji. Tym samym niesamowicie chwytliwy utwór "Emmaretta" został oryginalnie wydany tylko na niealbumowym singlu. Dopiero przy okazji reedycji znalazł się w repertuarze "Deep Purple", wśród czterech innych bonusów (skróconej wersji "The Bird Has Flown" - strony B singla "Emmaretta" - oraz trzech utworów z sesji dla BBC: "Emmaretta", "Lalena" i "The Painter").

Ocena: 7/10



Deep Purple - "Deep Purple" (1969)

1. Chasing Shadows; 2. Blind; 3. Lalena; 4. Fault Line / The Painter; 5. Why Didn't Rosemary?; 6. Bird Has Flown; 7. April

Skład: Rod Evans - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Nick Simper - bass; Ian Paice - perkusja
Producent: Derek Lawrence


26 maja 2012

[Recenzja] Deep Purple - "The Book of Taliesyn" (1968)



Amerykanie naciskali. Moim zdaniem uważali, że zespół nie przetrwa, trzeba go więc doić, póki się da. Nie dali nam czasu na tworzenie. Te słowa Nicka Simpera tłumaczą dlaczego drugi album Deep Purple - wydany zaledwie cztery miesiące po debiucie - jest jeszcze bardziej nieprzemyślany od debiutu. Pierwsza strona albumu jest po prostu bałaganiarska. Na początek "Listen, Learn, Read On", w którym ostrym acidrockowym gitarom towarzyszą psychodeliczne organy i mówiono-śpiewana partia wokalna. Hardrockowy, instrumentalny "Wring That Neck" (na amerykańskim wydaniu zatytułowany "Hard Road") to z kolei kolejny utwór zapowiadający przyszłe Deep Purple. I podobnie jak "Mandrake Root" był stałym punktem koncertów na początku lat 70. - także w rozbudowanej do kilkunastu minut formie. 

Kolejny utwór na płycie, "Kentucky Woman" z repertuaru Neila Diamonda, to niemal czysty rock and roll. Miał to być kolejny, po "Hush", ogromny przebój na amerykańskich listach. 38-ego miejsca na liście Billboardu nie można było jednak uznać za wielkie osiągnięcie. Instrumentalny "Exposition" (z cytatem z Beethovena) jest wstępem do kolejnej przeróbki, "We Can Work It Out" Beatlesów. Wersja Purpli jest znacznie ostrzejsza i rozimprowizowana, ale ogólnie nie różni się mocno od oryginału. Nie muszę chyba dodawać, że jest od niego znacznie słabsza.

Znacznie lepiej prezentuje się druga strona albumu - przynajmniej dwa pierwsze utwory. "Shield" to progrockowy utwór z genialnym klawiszowym motywem i cudowną melodią. Równie udana jest podniosła ballada "Anthem", z zaskakującym, klasycyzującym fragmentem, w którym solówkom Lorda i Blackmore'a towarzyszy kwartet smyczkowy. Całości dopełnia przydługa przeróbka "River Deep, Mountain High" Ike'a i Tiny Turnerów, rozszerzona przez zespół do dziesięciu minut. Amerykański wydawca zdecydował wydać utwór na singlu, w wersji skróconej do ledwie dwóch i pół minuty. Rozczarowani tym faktem muzycy postanowili przestać schlebiać amerykańskim gustom, czego dowodem wydany rok później album "Deep Purple".

Ocena: 6/10

PS. W 2000 roku "The Book of Taliesyn" został wznowiony w wersji z bonusami: dwoma odrzutami - melodyjnym kowerze "Oh No No No" Bena E. Kinga i ostrzejszym, instrumentalnym "Playground" - oraz trzema utworami zarejestrowanymi podczas BBC Top Gear Session: "It's All Over", "Hey Bop a Re Bop" (czyli pierwotna wersja "The Painter", który trafi na kolejny album zespołu) i "Wring That Neck".



Deep Purple - "The Book of Taliesyn" (1968)

1. Listen, Learn, Read On; 2. Wring That Neck; 3. Kentucky Woman; 4.  Exposition / We Can Work It Out; 5. Shield; 6. Anthem; 7. River Deep, Mountain High

Skład: Rod Evans - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe  Nick Simper - bass; Ian Paice - perkusja
Producent: Derek Lawrence


25 maja 2012

[Recenzja] Deep Purple - "Shades of Deep Purple" (1968)



Deep Purple sukces odniósł już kilka tygodni po sformowaniu pierwszego składu, kiedy to singiel z ich wersją "Hush" (przeboju Billy'ego Joe Royala, autorstwa Joe Southa) trafiła na czwarte miejsce w amerykańskich notowaniach, a na drugie w Kanadzie (w rodzimej Wlk. Brytanii zespół nie będzie zauważany aż do 1970 roku - wcześniej EMI/Parlophone skupiali się wyłącznie na promocji The Beatles). Kując żelazo póki gorące, Amerykanie wymusili na zespole jak najszybsze nagranie pełnego albumu. I dlatego właśnie "Shades of Deep Purple" jest płytą bardzo niedojrzałą, nie do końca przemyślaną. 

Longplay w połowie składa się z cudzych utworów. Fakt, że zespół znacznie je pozmieniał, tak żeby nadać im własnego brzmienia. W przypadku wspomnianego "Hush" jest to tylko zaostrzenie brzmienia, ale już w przeróbkach "I'm So Glad" Skipa Jamesa i "Hey Joe" The Leaves (bardziej znanych z wykonań - odpowiednio - Cream i The Jimi Hendrix Experience) pojawiają się długie instrumentalne wstępy, inspirowane muzyką klasyczną (w "Prelude: Happiness", czyli wstępie do "I'm So Glad", pojawia się cytat z "Scheherazade" Nikołaja Rimski-Korsakowa, a w "Hey Joe" - z "Mars, the Bringer of War" Gustava Holsta). Natomiast beatlesowski "Help!", w oryginale bardzo dynamiczny, został przerobiony na spokojną balladę - czyli tak, jak pierwotnie miał być nagrany przez Wspaniałą Czwórkę.

Jeżeli zaś chodzi o autorski repertuar, to zespół kompletnie jeszcze nie miał pojęcia, co właściwie chce grać. "One More Rainy Day" i "Love Help Me" to piosenki niemal popowe. Z drugiej strony są tu takie utwory, jak instrumentalny "And the Address" czy niemal hardrockowy "Mandrake Root", zapowiadające kierunek, w którym zespół wkrótce podąży. Zresztą ten ostatni stał się obowiązkowym punktem koncertów w latach 1970-71, kiedy pierwszy skład Deep Purple był już historią. Na żywo "Mandrake Root" rozrastał się do kilkunastu minut, chociaż już w 6-minutowej wersji studyjnej sporą część stanowiły rozbudowane solowe popisy, o psychodeliczno-orientalnym zabarwieniu.

"Shades of Deep Purple" jest w dyskografii Deep Purple tylko ciekawostką, pokazującą początki grupy, ale nie mającą prawie nic wspólnego z jej dalszą działalnością. Kompaktowa reedycja zawiera niewykorzystany utwór "Shadows" (kolejny z prezentujących popowe oblicze zespołu), instrumentalną wersję "Love Help Me", alternatywne podejście do "Help!", "Hey Joe" z radiowej audycji BBC Top Gear Session, a także wersję "Hush" z bliżej nieokreślonego amerykańskiego programu TV.

Ocena: 6/10



Deep Purple - "Shades of Deep Purple" (1968)

1. And the Address; 2. Hush; 3. One More Rainy Day; 4. Prelude: Happiness / I'm So Glad; 5. Mandrake Root; 6. Help!; 7. Love Help Me; 8. Hey Joe

Skład: Rod Evans - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe  Nick Simper - bass; Ian Paice - perkusja
Producent: Derek Lawrence


24 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "The Dio Years" (2007)



W 2006 roku wytwórnia płytowa Rhino wpadła na pomysł wydania kompilacji zawierającej utwory Black Sabbath z czasów, gdy wokalistą był Ronnie James Dio. Na wszelki wypadek przypomnę, że grupa zarejestrowała z nim trzy albumy studyjne - "Heaven and Hell" i "Mob Rules" na początku lat 80., oraz nagrany dekadę później "Dehumanizer" - a także jeden koncertowy, "Live Evil". Przedstawiciele wytwórni zgłosili się do Tony'ego Iommi z pytaniem, czy dysponuje jakimiś nieopublikowanymi nagraniami z tego okresu. Kiedy gitarzysta odparł, że nie, postanowili skontaktować go Ronniem Dio, w celu przeprowadzenia rozmowy o ewentualnym nagraniu nowego materiału. Kiedy obaj muzycy się spotkali, szybko, bez żadnych trudności napisali trzy nowe utwory. Nagrali je w składzie w którym powstały albumy "Mob Rules", "Live Evil" i "Dehumanizer", a więc z basistą Geezerem Butlerem i perkusistą Vinnym Appicem (początkowo udział miał wziąć Bill Ward, ale odmówił). Współpraca układała się na tyle dobrze, że muzycy postanowili wyruszyć razem w trasę (pod szyldem Heaven & Hell, gdyż nieco wcześniej Ozzy Osbourne wygrał w sądzie część praw do nazwy Black Sabbath, wcześniej należącej wyłącznie do Iommiego).

Owym trzem nowym utworom stylistycznie najbliżej do albumu "Dehumanizer" - to z jednej strony tradycyjne heavy-doom metalowe granie, ale o ciężkim, nowoczesnym brzmieniu. Wybrany na singiel "The Devil Cried" wyróżnia się świetnym riffem, bardzo charakterystycznym dla Black Sabbath i Iommiego. Dio wciąż dysponował swoim wspaniałym głosem, chociaż słychać, że trochę lat mu przybyło, odkąd ostatnio występował z tą grupą. Co ciekawe, w "Shadow of the Wind" brzmi o wiele młodziej. Sam utwór wypada chyba najlepiej ze wszystkich nowości. Utrzymany jest w dość wolnym tempie, a po udanej gitarowej solówce następuje ciekawe balladowe przejście. Świetny jest także nagły powrót ciężkich riffów. "Ear in the Wall" jest z kolei przypomnieniem, że ten skład grupy grał także szybkie kawałki. Znowu można się przyczepić do słabszego wokalu Dio, za to muzycznie jest wszystko na właściwym miejscu. Dobrze, że podczas trasy muzycy zdecydowali się nagrać pełnowymiarowy longplay ("The Devil You Know", 2009), bo szkoda byłoby gdyby zmarnowali potencjał obecny w tym składzie.

Jeżeli zaś chodzi o pozostałe utwory - jak to bywa ze składankami, wybór materiału dla nikogo nie będzie idealny. Najlepszą reprezentację ma klasyczny "Heaven and Hell": "Neon Knights", "Heaven and Hell", "Die Young", "Lonely Is the Word" oraz "Childeren of the Sea" (ten ostatni zamieszczony został w wersji z "Live Evil") należą do najlepszych utworów w dorobku grupy, nie tylko z tytułowych lat Dio. Trochę niepotrzebnie dodano słabszy "Lady Evil". Wybór z "Mob Rules" już nie jest tak udany. Jest tu co prawda genialny "Falling Off the Edge of the World", ale zabrakło równie świetnych "Over and Over" i "The Sign of the Southern Cross". Umieszczono za to kilka zdecydowanie słabszych kawałków. Do trzech utworów z "Dehumanizera" nie mogę się przyczepić, ale szkoda, że zabrakło miejsca dla "Computer God". Wniosek stąd taki: warto poznać tą kompilację dla nowych utworów, ale nie można jej traktować jako substytut trzech albumów Black Sabbath nagranych z Ronniem Jamesem Dio - bo te trzeba znać w całości.

Ocena: 7/10



Black Sabbath - "The Dio Years" (2007)

1. Neon Knights; 2. Lady Evil; 3. Heaven and Hell; 4. Die Young; 5. Lonely is the Word; 6. The Mob Rules; 7. Turn Up the Night; 8. Voodoo; 9. Falling Off the Edge of the World; 10. After All (the Dead); 11. TV Crimes; 12. I; 13. Children of the Sea (live); 14. The Devil Cried; 15. Shadow of the Wind; 16. Ear in the Wall

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Bill Ward - perkusja (1-5); Vinny Appice - perkusja (6-16)
Gościnnie: Geoff Nicholls - instr. klawiszowe (1-13)
Producent: Martin Birch (1-9); Reinhold Mack (10-12); Black Sabbath (13-16)


23 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Past Lives" (2002)



Na fali popularności reaktywowanego Black Sabbath, wytwórnia postanowiła wydać kompilację z archiwalnymi nagraniami koncertowymi z lat 70. Rezultatem jest dwupłytowy album "Past Lives". Pierwszy dysk tego wydawnictwa wypełnia materiał z marca 1973 roku, wydany już wcześniej na albumie "Live at Last" (1980), już wcześniej przeze mnie zrecenzowanym. Dlatego od razu przejdę do drugiej płyty. Trafiło na nią przede wszystkim sześć utworów ("Hand of Doom", "Iron Man", "Black Sabbath", "N.I.B.", "Behind the Wall of Sleep", "Faires Wear Boots"), zarejestrowanych 20 grudnia 1970 roku w paryskim Olympia Theatre. Był to naprawdę rewelacyjny występ, na którym zespół zaprezentował porywające - choć niewiele różniące się od studyjnych pierwowzorów - wykonania utworów ze swoich dwóch pierwszych longplayów, "Black Sabbath" i "Paranoid". Brzmienie, podobnie jak na pierwszym dysku, pozostawia nieco do życzenia, ale za to lepiej słychać gitarę basową. Szkoda jednak, że nie trafił tu kompletny zapis tego występu - pominięto powtarzające się z zawartością "Live at Last" utwory "Paranoid" i "War Pigs". Na szczęście zapis całego koncertu - i to z obrazem - istnieje, a wydano go np. na DVD "Black Sabbath in Concert - Historical Live Performance 1970" z 2004 roku.

Na drugim dysku "Past Lives" znalazły się także trzy utwory z albumu "Sabotage", zarejestrowane 6 sierpnia 1975 roku w Asbury Park Convention Hall w New Jersey. Brzmienie tym razem jest bliższe ideału, ale nie do końca przekonuje dobór utworów. Obecność "Hole in the Sky" i "Symptom of the Universe" - w porywających, energetycznych wykonaniach - jest jak najbardziej na plus. Zupełnie inaczej sprawa ma się z kompozycją "Megalomania" - już w wersji studyjnej nieudaną (muzycy chcieli stworzyć rozbudowany, progresywny utwór, ale nie podołali zadaniu - wyszedł im zdecydowanie przydługi, chaotyczny kawałek), która tutaj bynajmniej nic nie zyskuje. Za to zajmuje aż dziesięć minut, które mogło być wykorzystane znacznie lepiej. Czy naprawdę nie zarejestrowano w latach 70. żadnego wykonania takich utworów, jak "Sabbath Bloody Sabbath" i "Under the Sun"? Bez nich niestety ciężko uznać "Past Lives" za kompletny dokument koncertowej działalności zespołu z pierwszej dekady działalności.

Ocena: 8/10



Black Sabbath - "Past Lives" (2002)

CD1: 1. Tomorrow's Dream; 2. Sweet Leaf; 3. Killing Yourself to Live; 4. Cornucopia; 5. Snowblind; 6. Children of the Grave; 7. War Pigs; 8. Wicked World; 9. Paranoid
CD2: 1. Hand of Doom; 2. Hole in the Sky; 3. Symptom of the Universe; 4. Megalomania; 5. Iron Man, 6. Black Sabbath; 7. N.I.B.; 8. Behind the Wall of Sleep; 9. Faires Wear Boots

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Bill Ward - perkusja
Producent: Black Sabbath


22 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Reunion" (1998)



Chociaż oryginalny skład Black Sabbath - Tony Iommi, Ozzy Osbourne, Geezer Butler i Bill Ward - przestał istnieć w roku 1979, jego członkowie w kolejnych latach dwukrotnie powracali razem na scenę (w 1985 i 1992 roku), by w latach 1997-99 zagrać regularną trasę (choć częściowo bez Warda). Album "Reunion" to zapis dwóch koncertów, które odbyły się 4 i 5 grudnia 1997 w rodzimym Birmingham. Dodatkowo, na longplayu znalazły się dwa premierowe, studyjne utwory. "Psycho Man", mimo charakterystycznych riffów Iommi'ego, bliżej do solowej twórczości Ozzy'ego (zwłaszcza w pierwszej połowie kawałka), jednak "Selling My Soul" spokojnie mógłby zostać nagrany przez zespół w latach 70. Co ciekawe, zamiast Warda słychać tu automat perkusyjny, ale nie ma to wielkiego wpływu na brzmienie.

Nagrania koncertowe? Wybór utworów jest bardzo zadowalający, a większość z nich pochodzi z pierwszych trzech, czyli najlepszych albumów Black Sabbath. Nie zabrakło mrocznych "War Pigs", "Children of the Grave" czy - przede wszystkim - "Black Sabbath". Ale, co oczywiste, są tu też te bardziej przebojowe utwory, jak "N.I.B.", "Sweet Leaf", "Snowblind", "Iron Man" oraz "Paranoid". Nie brak mniej oczywistych utworów, jak "Into the Void" czy popularnego, ale z niewiadomych powodów rzadko wykonywanego na żywo "Sabbath Bloody Sabbath". Największą niespodzianką jest jednak obecność "Spiral Architect" i "Dirty Women". Ten drugi brzmi znacznie lepiej od wersji studyjnej (jest cięższy i bardziej zwarty), czego - niestety - nie da się powiedzieć o większości pozostałych utworów. Niestety, upływ czasu zrobił swoje, co słychać przede wszystkim w śpiewie Ozzy'ego. Mimo tego, "Reunion" jest pozycją obowiązkową dla wszystkich fanów Black Sabbath.

Ocena: 8/10



Black Sabbath - "Reunion" (1998)

CD1: 1. War Pigs; 2. Behind the Wall of Sleep; 3. N.I.B.; 4. Faires Wear Boots; 5. Electric Funeral; 6. Sweet Leaf; 7. Spiral Architect; 8. Into the Void; 9. Snowblind
CD2: 1. Sabbath Bloody Sabbath; 2. Orchid / Lord of This World; 3. Dirty Women; 4. Black Sabbath; 5. Iron Man; 6. Children of the Grave; 7. Paranoid; 8. Psycho Man; 9. Selling My Soul

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Bill Ward - perkusja
Gościnnie: Geoff Nicholls - instr. klawiszowe, gitara
Producent: Thom Panunzio (CD1, CD2: 1-7) i Bob Marlette (CD2: 8,9)


21 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Forbidden" (1995)



Odejście Geezera Butlera (do solowego zespołu Ozzy'ego Osbourne'a) i perkusisty Bobby'ego Rondinelli było świetną okazją do ponownego nawiązania współpracy z jedną z lepszych sekcji rytmicznych, jakie przez lata przewinęły się przez zespół - perkusistą Cozym Powellem i basistą Neilem Murrayem. Dokładnie ten sam skład brał udział w nagrywaniu "Tyr". "Forbidden" mógł być kolejnym popisem tych muzyków. Niestety, wytwórnia zrobiła wszystko, aby album ten - za przeproszeniem - spieprzyć. Począwszy od wyboru kiczowatej okładki, a kończąc na narzuceniu współpracy z producentem Erniem C - gitarzystą rap metalowego Body Count. Rezultatem jest najgorzej brzmiący album w całej dyskografii Black Sabbath. Nawet nagrania demo z końca lat 60. miały lepszą jakość.

Jakby tego było mało, w utworze "The Illusion of Power" gościnnie wystąpił inny członek Body Count, raper Ice-T. W połowie lat 90. wielką popularnością cieszyło się łączenie metalowych riffów z rapowaniem - wytwórnia liczyła więc, że album sprzeda się lepiej, jeśli coś takiego na nim się znajdzie. Zabieg ten nie pomógł jednak grupie zdobyć nowej publiczności. A nietrudno zgadnąć, że dawnych wielbicieli rozczarował - "Forbidden" to najgorzej sprzedający się album w całej karierze zespołu. W kolejnych utworach nie ma już co prawda rapu, ale aranżacje są równie nietrafione. Dużo tutaj utworów, w których typowe dla grupy riffowanie zostało zestawione z fragmentami stricte popowymi ("Can't Get Close Enough", "Sick and Tired", "Rusty Angels"). A ballada "I Won't Cry for You" to utwór wprost stworzony do grania w komercyjnych rozgłośniach radiowych.

Nawet jeśli pojawiają się utwory w całości oparte na riffach, to kiepskie brzmienie odbiera im wyrazistość ("Get a Grip", "Guilty as Hell"), albo wręcz stwarza wrażenie chaosu ("Shaking Off the Chains"). Jedynym utworem, który naprawdę przykuwa uwagę, jest tytułowy "Forbidden". Charakteryzuje go przede wszystkim świetny, bardzo nośny riff, jak również niesamowicie chwytliwa linia wokalna. To też jedyny utwór, w którym Iommi i Powell mogą w pełni pokazać swoje umiejętności. Ponad tragicznie niski poziom albumu wybija się jeszcze półballadowy "Kiss of Death". To z kolei najlepszy popis Tony'ego Martina. Czy jednak warto dla dwóch utworów kupować ten album? Zdecydowanie nie, skoro można za darmo przesłuchać je w Internecie, a pieniądze lepiej przeznaczyć na jakikolwiek inny longplay Black Sabbath. A jeśli ktoś jednak zdecyduje się na zakup - najlepiej poszukać wydania japońskiego, bogatszego o całkiem zgrabny kawałek "Loser Gets It All".

Po wydaniu "Forbidden", Tony Iommi postanowił zakończyć działalność zespołu. Szkoda, że nie mógł tego zrobić przed jego nagraniem.

Ocena: 3/10



Black Sabbath - "Forbidden" (1995)

1. The Illusion of Power; 2. Get a Grip; 3. Can't Get Close Enough; 4. Shaking Off the Chains; 5. I Won't Cry for You; 6. Guilty as Hell; 7. Sick and Tired; 8. Rusty Angels; 9. Forbidden; 10. Kiss of Death

Skład: Tony Martin - wokal; Tony Iommi - gitara; Neil Murray - bass; Cozy Powell - perkusja; Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Gościnnie: Ice-T - wokal (1)
Producent: Ernie C


20 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Cross Purposes - Live" (1995)



"Cross Purposes - Live" to najtrudniejszy do zdobycia album Black Sabbath. Od czasu wydania w 1995 roku (jako boks zawierający płytę CD i dłuższą o trzy utwory kasetę VHS) nie został nigdy wznowiony. A w każdym razie nie oficjalnie - istnieje bowiem nieautoryzowane wydanie DVD, niestety, zawierające tylko dziewięć utworów z szesnastu obecnych na oryginalnym VHS. Szkoda, ponieważ to naprawdę interesujący materiał. Zapis występu grupy w londyńskim Hammersmith Apollo, 13 kwietnia 1994 roku. Będący jedynym wydawnictwem Black Sabbath zawierającym koncertowe nagrania z czasów, gdy obowiązki wokalisty i frontmana pełnił Tony Martin. A ten jest tutaj w naprawdę wyśmienitej formie. Doskonale radzi sobie z repertuarem z czasów Ronniego Dio ("Time Machine", "The Mob Rules", "Neon Knight"), a klasykę z czasów Ozzy'ego interpretuje na swój własny, interesujący sposób. Świetnie wypada np. "Symptom of the Universe" z rozbudowaną spokojniejszą częścią i perkusyjną solówką Bobby'ego Rondinelliego. Albo "The Wizard", w którym Martin zagrał na harmonijce. Warto wyróżnić też porywające wykonania "Iron Man" i "Sabbath Bloody Sabbath". Szkoda tylko, że tak mało tutaj utworów z albumów nagranych z udziałem samego Martina. Największą reprezentację ma oczywiście promowany wówczas "Cross Purposes" ("I Witness", "Psychophobia" i przepięknie wykonany "Cross of Thorns"). Poza tym pojawiają się jeszcze "Anno Mundi" z "Tyr", oraz rewelacyjny "Headless Cross" (zakończony gitarowym popisem Tony'ego Iommiego) z albumu o tym samym tytule.

"Cross Purposes - Live" to wydawnictwo warte poznania. Potwierdzające, że Tony Martin doskonale paskował do Black Sabbath nie gorzej niż jego poprzednicy. Warto też dodać, że przeciwieństwie do wygładzonych brzmieniowo studyjnych albumów z jego udziałem, tutaj jest naprawdę ciężko, w klasycznie sabbathowym stylu. 

Ocena: 8/10



Black Sabbath - "Cross Purposes - Live" (1995)

CD: 1. Time Machine; 2. Children of the Grave; 3. I Witness; 4. Into the Void; 5. Black Sabbath; 6. Psychophobia; 7. The Wizard; 8. Cross of Thorns; 9. Symptom of the Universe; 10. Headless Cross; 11. Paranoid; 12. Iron Man; 13. Sabbath Bloody Sabbath

VHS: 1. Time Machine; 2. Children of the Grave; 3. I Witness; 4. The Mob Rules; 5. Into the Void; 6. Anno Mundi; 7. Black Sabbath; 8. Neon Knights; 9. Psychophobia; 10. The Wizard; 11. Cross of Thorns; 12. Symptom of the Universe / Drum solo; 13. Headless Cross; 14. Paranoid; 15. Iron Man; 16. Sabbath Bloody Sabbath

Skład: Tony Martin - wokal, harmonijka; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Bobby Rondinelli - perkusja; Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Producent: Black Sabbath


[Recenzja] Black Sabbath - "Cross Purposes" (1994)



Historia lubi się powtarzać. Ronnie James Dio po raz drugi opuścił zespół, ponownie zabierając ze sobą perkusistę Vinny'ego Appice'a. W zespole - oprócz dwóch stałych członków, Tony'ego Iommiego i Geoffa Nichollsa - pozostał Geezer Butler, na stanowisko wokalisty ściągnięto z powrotem Tony'ego Martina (który zaledwie trzy lata wcześniej musiał ustąpić miejsce Ronniemu), a nowym perkusistą został Bobby Rondinelli (były członek Rainbow). Nagrany w tym składzie "Cross Purposes" to raczej kontynuacja poprzednich albumów z Martinem, "Headless Cross" i "Tyr", niż wydanego dwa lata wcześniej "Dehumanizer". I dobrze, bo do takiej muzyki jego wokal pasuje zdecydowanie bardziej.

Na początek grupa powiela patent sprawdzony już na albumie "Heaven and Hell" - rolę otwieracza pełni rozpędzony, przebojowy kawałek ("I Witness"), który już po chwili zostaje skontrastowany wolniejszym utworem z balladowymi fragmentami ("Cross of Thorns"). Głos Martina - podobnie jak Dio - sprawdza się równie dobrze w obu stylistykach. "Psychophobia" i "Immaculate Deception" opierają się na zestawieniu szybkich i wolnych fragmentów - w pierwszym szybkie są zwrotki, a refren wolny, w drugim jest na odwrót. Dość kontrowersyjnym utworem jest "Virtual Death". Zespół chciał nawiązać w nim do swoich własnych korzeni, a zabrzmiał jak... Alice in Chains. Takie skojarzenia wywołuje przede wszystkim ten "mechaniczny" - żeby nie powiedzieć "zdehumanizowany" - sposób śpiewania Martina. Mimo wszystko, to jeden z najlepszych utworów, jakie zespół nagrał w latach 90. Pozytywnie zaskakuje także łagodna ballada "Dying for Love", czarująca bluesującymi solówkami Iommiego.

Dalsza część albumu niestety nie jest już tak udana. "Back to Eden" niby opiera się na całkiem nośnym riffie, ale nie zostaje na dłużej w pamięci. W "The Hand That Rocks the Cradle" powtórzono patent z balladowymi fragmentami, ale jest to tylko blade odbicie "Cross of Thorns", nie wspominając o starszych kompozycjach tego typu, w rodzaju "Children of the Sea". Jeszcze bardziej rozczarowuje "Cardinal Sin", brzmiący jak marna kopia "Kashmir" Led Zeppelin. A finałowy "Evil Eye" to przeciętny riffowiec o mało wyrazistej melodii. Podobno w jego tworzeniu brał udział Eddie Van Halen, ale z przyczyn prawnych nie mógł zostać dopisany jako współautor. Japońskie wydanie ponadto zawiera kompozycję "What's the Use" - czadowy, a zarazem całkiem nośny kawałek, który poprawia wrażenie po słabszej drugiej połowie albumu.

"Cross Purposes" to solidny longplay, z kilkoma mocnymi punktami, ale również z kilkoma wypełniaczami, których natężenie pod koniec albumu może znacznie obniżyć ogólne wrażenie. W sumie więc "Cross Purposes" wypada nieco słabiej od "Headless Cross" i "Tyr" - wciąż jednak trzymając przyzwoity poziom.

Ocena: 7/10



Black Sabbath - "Cross Purposes" (1994)

1. I Witness; 2. Cross of Thorns; 3. Psychophobia; 4. Virtual Death; 5. Immaculate Deception; 6. Dying for Love; 7. Back to Eden; 8. The Hand That Rocks the Cradle; 9. Cardinal Sin; 10. Evil Eye

Skład: Tony Martin - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Bobby Rondinelli - perkusja; Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Producent: Leif Mases i Black Sabbath


19 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Dehumanizer" (1992)



Na początku lat 90. nastąpił niespodziewany powrót Geezera Butlera do składu Black Sabbath. Zaledwie miesiąc później, w styczniu 1991 roku, basista namówił do powrotu także Ronniego Jamesa Dio. W pracach nad nowym materiałem początkowo uczestniczył Cozy Powell (w sieci można znaleźć sporo demówek z tamtego okresu), który jednak tuż przed przystąpieniem do nagrywania nowego albumu perkusista uległ kontuzji. Był to poniekąd szczęśliwy zbieg okoliczności, gdyż - jak powszechnie wiadomo - Powell niezbyt dobrze dogadywał się z Dio (obaj muzycy występowali kiedyś razem w grupie Rainbow). Jego następcą został Vinnie Appice, co oznaczało powrót składu z albumu "Mob Rules".

Jeśli jednak ktoś spodziewał się powrotu do stylu z początku poprzedniej dekady, musiał być srodze zawiedziony. "Dehumanizer" to najcięższy longplay w dyskografii Black Sabbath. Wolne tempa, miażdżące riffy Tony'ego Iommi i wgniatająca w ziemię sekcja rytmiczna - ten opis pasuje właściwie do każdego z dziesięciu zamieszczonych tu kawałków. Ale nie znaczy to bynajmniej, że album jest monotonny. Już w otwierającym go "Computer God" pojawia się bardzo chwytliwy refren i nagłe przełamanie, w postaci balladowego fragmentu z delikatnym śpiewem Ronniego. Pod koniec, podczas gitarowej solówki, następuje zaś przyśpieszenie, trochę w stylu - a jednak - albumów "Heaven and Hell" i "Mob Rules". Nieco mechaniczny "After All (the Dead)" na początku przywołuje klimat najstarszych dokonań grupy, ale jego rozwinięcie jest jeszcze bardziej miażdżące. Zaś refren znowu wpadający w ucho.

"TV Crimes" to jeden z nielicznych tutaj utworów utrzymanych w szybszym tempie. Ale już w "Letters from Earth" zespół zwalnia do doom metalowego tempa. "Master of Insanity" nie tylko tytułem nawiązuje do trzeciego albumu Black Sabbath. Chwytliwy "Time Machine" - drugi i ostatni z szybszych utworów - bliższy jest z kolei dokonań grupy Dio. Najdziwniejszym utworem jest "Sins of the Father", brzmiący bardziej nowocześnie. Większym zaskoczeniem jest jednak "Too Late" - spokojny klawiszowy wstęp, delikatna zwrotka z podkładem gitary akustycznej. Utwór jednak staje się coraz mocniejszy, po pierwszym refrenie włącza się sekcja rytmiczna, a w drugim Iommi prezentuje kolejny ciężki riff - kawałek nie traci jednak nic ze swojej melodyjności. Sztandarowym utworem z tego albumu jest jednak "I" - energetyczny riff, zadziorny śpiew Ronniego (I'm virgin / I'm a whore...), wszystko jest tu genialne. Całości dopełnia najcięższy na płycie "Buried Alive", w którym jednak nie brak pięknych momentów, jak zwolnienie na początku solówki.

Powrót tego składu grupy okazał się strzałem w dziesiątkę. Niestety, już podczas trasy zaczęły się problemy. Iommi i Butler zgodzili się zagrać na Ozzfeście, co nie spodobało się Dio, który nie chciał występować jako support Ozzy'ego Osbourne'a. Ronnie od początku podejrzewał, że były wokalista Sabbath będzie chciał wówczas dołączyć na scenie do swoich dawnych kolegów, dlatego też zdecydował się opuścić grupę, wraz ze swoim stronnikiem, Vinnym Appicem (którego ponownie zaprosił do swojej grupy). Black Sabbath wystąpił na Ozzfest 14 i 15 listopada 1992 roku, w składzie z oryginalnym perkusistą, Billem Wardem, oraz Robem Halfordem z Judas Priest w roli wokalisty. Osbourne dołączył do grupy podczas bisów drugiego dnia. Pięć lat później nastąpił trwały powrót oryginalnego składu grupy, w międzyczasie ukazały się jednak jeszcze dwa studyjne albumy grupy, z Tonym Martinem jako wokalistą.

Ocena: 8/10

PS. W 2010 roku ukazała się reedycja "Dehumanizer" (zarówno na CD, jak i w wersji winylowej) zawierająca dodatkowy dysk, na który trafiły alternatywne wersje trzech utworów ("Master of Insanity", "Letter from Earth", "Time Machine") oraz fragment koncertu z Florydy, zarejestrowany w lipcu 1992 roku ("Children of the Sea", "Die Young", "TV Crimes", "Master of Insanity" połączony z  "After All (the Dead)", "Neon Knights"). Niestety, zabrakło wspomnianych demówek z sesji z Cozym Powellem, wśród których znalazły się utwory, które na album nie trafiły, znane tylko z bootlegów (pod tytułami "Caught in the Middle", "Bad Blood", "Raising Hell" i "The Next Time" - riff tego ostatniego został wykorzystany później w "Psychophobii" z "Cross Purposes"). Wszystkie z tych utworów prezentują równie wysoki poziom, co kawałki z albumu, szkoda, że nie zostały profesjonalnie zarejestrowane.



Black Sabbath - "Dehumanizer" (1992)

1. Computer God; 2. After All (the Dead); 3. TV Crimes; 4. Letters from Earth; 5. Master of Insanity; 6. Time Machine; 7. Sins of the Father; 8. Too Late; 9. I; 10. Buried Alive

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Vinny Appice - perkusja
Gościnnie: Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Producent: Reinhold Mack


18 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Tyr" (1990)



Skład zespołu poszerzył się o kolejnego byłego muzyka Whitesnake, basistę Neila Murraya, ale styl zespołu pozostał niemal bez zmian - ta najistotniejsza dotyczyła warstwy tekstowej. Iommi przekonał Martina, żeby porzucił tematykę okultystyczną, wokalista dostarczył zatem teksty oparte głównie na mitologii nordyckiej. Pod względem muzycznym album można traktować jako kontynuacje wydanego rok wcześniej "Headless Cross", aczkolwiek jest tu kilka niespodzianek. Zaskoczeniem jest już początek "Anno Mundi (the Vision)" - akustyczna gitara i partia... chóru. Dopiero po minucie wchodzi charakterystyczny dla grupy ciężki riff. Dalej to już typowy Black Sabbath w średnim tempie, o nieco podniosłym nastroju, dzięki klawiszowemu tłu. Jedynym szybszym momentem albumu jest kolejny utwór, "The Law Maker". Gitary brzmią tutaj wyjątkowo chaotycznie i kawałek ratuje tylko świetna partia wokalna Tony'ego Martina.

Tony Iommi zdecydowanie lepiej czuje się w wolniejszych kompozycjach, co udowadniają dwie kolejne - chwytliwy "Jerusalem" i rozbudowany "The Sabbath Stones", w którym ciężkie fragmenty, oparte na posępnych riffach, przeplatają się z fragmentami akustycznymi, w których wspaniale brzmi bas Murraya. Otwierający drugą stronę wydania winylowego "The Battle of Tyr" to tylko instrumentalny, elektroniczny wstęp do "Oddin's Court" - kolejnego zaskakującego utworu, w którym spokojnej partii wokalnej Martina towarzyszy gitara akustyczna. "Oddin's Court" płynnie przechodzi w czadowy "Valhalla", wyróżniający się melodyjnym refrenem. A skoro już mowa o melodyjności - następny na płycie, singlowy "Feels Good to Me" to chyba najbardziej radiowy utwór w całym dorobku zespołu. W porównaniu z resztą albumu jest to właściwie pop rock. Chociaż pojawiają się tu też ostrzejsze fragmenty, całość jest zbyt przesłodzona. Dla kontrastu, finałowy "Heaven in Black" to powrót to ciężkiego riffowania. Mimo chwytliwego refrenu jest to jednak najbardziej zachowawczy i najmniej porywający utwór na albumie.

Pomimo kilku mniej przekonujących utworów, "Tyr" to bardzo interesujący album. Może nie podium największych dokonań Black Sabbath, ale mieści się w pierwszej dziesiątce najlepszych albumów grupy.

Ocena: 7/10



Black Sabbath - "Tyr" (1990)

1. Anno Mundi (the Vision); 2. The Law Maker; 3. Jerusalem; 4. The Sabbath Stones; 5. The Battle of Tyr; 6. Oddin's Court; 7. Valhalla; 8. Feels Good to Me; 9. Heaven in Black

Skład: Tony Martin - wokal; Tony Iommi - gitara; Neil Murray - bass; Cozy Powell - perkusja; Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Producent: Tony Iommi i Cozy Powell


17 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Headless Cross" (1989)



Nowym perkusistą zespołu został Cozy Powell - jeden z najlepszych rockowych bębniarzy, mający już za sobą współpracę m.in. z Jeffem Beckiem, Rainbow i Whitesnake. Muzyk został także głównym partnerem Tony'ego Iommiego w tworzeniu nowego materiału, jako współkompozytor i współproducent. Teksty napisał tym razem Tony Martin (na poprzednim albumie odpowiadał za to ówczesny basista, Bob Daisley). Wokalista zaproponował głównie tematykę okultystyczną, nawiązując do wczesnych albumów grupy. Pod względem muzycznym bliżej jest twórczości zespołu z czasów, kiedy śpiewał w nim Ronnie James Dio, a więc albumów "Heaven and Hell" i "Mob Rules". Tylko brzmienie jest bardziej amerykańskie i większą rolę odgrywają instrumenty klawiszowe.

Alternatywna wersja okładki.
"The Gates of Hell" to tylko mroczny wstęp, bez którego spokojnie by się obyło. Pierwszym właściwym utworem jest tytułowy "Headless Cross". Rozpoczyna się od mocnych uderzeń Powella, do których wkrótce dołącza charakterystyczna gitara Iommiego i pulsująca linia basu. Warto w tym miejscu dodać, że album został nagrany bez basisty w składzie. Wszystkie partie tego instrumentu zarejestrował muzyk sesyjny, Laurence Cottle, który choć na co dzień zajmuje się muzyką jazzową, idealnie wpasował się w styl grupy. Wracając do "Headless Cross", utwór posiada fantastyczny klimat, dzięki klawiszowemu tłu Geoffa Nichollsa. Nie można zapomnieć o świetnej partii Tony'ego Martina, który na tej płycie powoli odchodzi od kopiowania stylu śpiewania Dio, na rzecz poszukiwania własnego.

Podobny klimat ma nieco szybszy "Devil & Daughter". Kawałek początkowo nosił tytuł "Devil's Daughter", ale został zmieniony, kiedy okazało się, że tak samo zatytułowana kompozycja znalazła się na wydanym pół roku wcześniej "No Rest for the Wicked" Ozzy'ego Osbourne'a. Przypadek? Raczej nie, skoro tytuł utworu "Hero" musiał zostać zmieniony z tego samego powodu (na "Call of the Wild"). Pierwszą stronę winylowego wydania zamyka wspaniały "When Death Calls", w którym balladowe zwrotki zestawione zostały z cięższymi fragmentami. W środku następuje przyśpieszenie i pojawia się świetna solówka, wykonana przez... Briana Maya z Queen. To jedyny utwór w całej dyskografii zespołu, w którym obok Iommiego wystąpił inny gitarzysta.

"Kill in the Spirit World" wyróżnia się niesamowicie chwytliwą linią wokalną we zwrotkach. Gdyby nie klimatyczne zwolnienia, pojawiające się zamiast refrenów, byłby to prawdopodobnie najbardziej przebojowy utwór w całym dorobku Black Sabbath. Bardzo chwytliwe są także "Call of the Wild" i "Black Moon". Ten drugi był już wcześniej znany ze strony B singla "The Shining". W nowej wersji zmieniona została tonacja, co trochę podniosło wartość utworu. Mimo wszystko, okazuje się najsłabszym fragmentem "Headless Cross". W pełni rekompensuje go jednak finałowy "Nightwing". Kolejny świetny utwór, łączący momenty balladowe (oparte na akustycznej gitarze i bezprogowym basie) z typowym dla Iommiego, ciężkim riffowaniem.

Albumy Black Sabbath nagrane z Tonym Martinem pozostają w cieniu twórczości z czasów, gdy w zespole śpiewali Ozzy Osbourne i Ronnie James Dio. "Headless Cross" niewiele jednak ustępuje poziomem najlepszym albumom z tamtymi wokalistami. A nawet przebija sporą część płyt oryginalnego składu grupy.

Ocena: 8/10



Black Sabbath - "Headless Cross" (1989)

1. The Gates of Hell; 2. Headless Cross; 3. Devil & Daughter; 4. When Death Calls; 5. Kill in the Spirit World; 6. Call of the Wild; 7. Black Moon; 8. Nightwing

Skład: Tony Martin - wokal; Tony Iommi - gitara; Cozy Powell - perkusja; Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Gościnnie: Laurence Cottle - bass; Brian May - gitara (4)
Producent: Tony Iomm i Cozy Powell


16 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "The Eternal Idol" (1987)



Album "The Eternal Idol" powstawał w trudnym dla Black Sabbath okresie. Jeszcze przed rozpoczęciem nagrań z grupy odszedł basista Dave Spitz (zastąpił go Bob Daisley, znany z z Rainbow i solowych albumów Osbourne'a), a już po ich zakończeniu w jego ślady poszli wokalista Ray Gillen i sekcja rytmiczna Singer/Daisley, która postanowiła dołączyć do zespołu Gary'ego Moore'a. Tony Iommi nie miał zamiaru po raz kolejny wydawać albumu z jednym wokalistą, a na trasę wyruszyć już z innym. Zatrudnił więc Tony'ego Martina, aby nagrał na nowo wszystkie partie Gillena. Wyszło na dobre, o czym można się przekonać dzięki reedycji "The Eternal Idol" z 2010 roku. Została ona wzbogacona o drugi dysk, na którym znalazła się oryginalna wersja albumu. Bardzo wysoki i mało charakterystyczny głos Gillena zupełnie nie pasuje do muzyki granej przez Black Sabbath.

Tymczasem Tony Martin poradził sobie doskonale. Można nawet powiedzieć, że jego głos jest największą zaletą "The Eternal Idol". We zwrotkach "The Shinning" brzmi jak sam Ronnie James Dio! Bezbłędnie imituje styl śpiewania swojego poprzednika, a barwę głosu też ma podobną. Choć momentami pobrzmiewa w niej także coś z Glenna Hughesa. Wspomniany "The Shinning" to także pod względem muzycznym jeden z ciekawszych fragmentów longplaya - pełen zmian motywów i z bardzo chwytliwym refrenem. Kawałek został wybrany do promocji albumu na singlu. Świetnie się do tego nadawał, ale mógł wprowadzić w błąd. Zapowiadał równie świetną całość, a tymczasem na "The Eternal Idol" niewiele utworów dorównuje muz poziomem. Właściwie wymienić można tylko "Ancient Warrior", w którym istotną rolę odgrywają instrumenty klawiszowe i orientalizujące partie Iommiego, a także powolny i posępny "Eternal Idol", który przywodzi na myśl klasyczne utwory grupy.

Pozostałe utwory to właściwie poprawne granie na pograniczu heavy metalu i hard rocka, o zamerykanizowanym brzmieniu. Niby z przebojowymi refrenami ("Hard Life to Love", "Glory Ride", "Born to Lose", "Nightmare", "Lost Forever"), ale szybko ulatującymi z pamięci. Nie takiej muzyki oczekuje się po Black Sabbath. Wymienione w tym akapicie utwory bronią się tylko dzięki ekspresyjnym partiom wokalnym Martina, rzadziej dzięki solówkom Iommiego ("Lost Forever", "Hard Life to Love"). Całości dopełnia instrumentalny przerywnik "Scarlet Pimpernel" - rzecz w tamtych czasach obowiązkowa na płytach zespołu, ale zupełnie niepotrzebna.

Ocena: 6/10



Black Sabbath - "The Eternal Idol" (1987)

1. The Shining; 2. Ancient Warrior; 3. Hard Life to Love; 4. Glory Ride; 5. Born to Lose; 6. Nightmare; 7. Scarlet Pimpernel; 8. Lost Forever; 9. Eternal Idol

Skład: Tony Martin - wokal; Tony Iommi - gitara; Bob Daisley - bass; Eric Singer - perkusja; Geoff Nicholls - instr. klawiszowe; dodatkowo: Bev Bevan - instr. perkusyjne (7,9)
Producent: Jeff Glixman, Vic Coppersmith-Heaven, Chris Tsangarides


15 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Seventh Star" (1986)



Po rozstaniu z Ianem Gillanem, który wrócił do reaktywowanego Deep Purple, Tony Iommi i Geezer Butler, znów wsparci przez Billa Warda, podjęli próby stworzenia kolejnego wcielenia Black Sabbath. Nowym wokalistą został Dave Donato. Nic jednak z tego nie wyszło, skład ten nigdy nie wydał żadnego albumu. W 1985 roku doszło natomiast do występu grupy na Live Aid - w oryginalnym składzie, z Ozzym Osbournem. Było to jednak jednorazowe zjednoczenie, a wkrótce po tym wydarzeniu zespół został rozwiązany. Iommi postanowił nagrać album solowy, na którym śpiewać mieli różni wokaliści. Spisałem sobie listę osób, które chciałem zaprosić, takich jak Robert Plant, Rob Halford, David Coverdale, czy Glenn Hughes - mówił gitarzysta. Ale przekonanie ich do współpracy okazało się nie takie proste. Musiałem załatwić kontrakty, rozmawiać z przedstawicielami wytwórni, którzy nie pozwalali swoim podopiecznym brać udziału w tym przedsięwzięciu i wszyscy po kolei mi odmawiali.

Iommi zdecydował się nagrać album z nieznanym wokalistą Jeffem Fenholtem, ale ostatecznie udało się pozyskać Glenna Hughesa, znanego z Trapeze i Deep Purple. Składu dopełnił współpracownik Black Sabbath, klawiszowiec Geoff Nicholls, a także sekcja rytmiczna pożyczona z zespołu Lity Ford: perkusista Eric Singer i basista Gordon Copley. Ten ostatni został wkrótce zastąpiony przez Dave'a Spitza, który zarejestrował większość partii gitary basowej (tylko w "No Stranger to Love" zachowała się oryginalna partia wykonywana przez Copleya). Album był gotowy przed końcem 1985 roku. Problemy zaczęły się podczas przygotowań go do wydania. Menadżer Iommiego, Don Arden, nie zgodził się na wydanie "Seventh Star" jako albumu solowego. Zgodnie z kontraktem, gitarzysta musiał dostarczyć jeszcze jeden album pod szyldem Black Sabbath. Ostatecznie longplay ukazał się pod idiotycznym szyldem "Black Sabbath featuring Tony Iommi", który miał zapewnić lepszą sprzedaż.

"Seventh Star" oceniany jako album Black Sabbath wiele traci. Iommi wciąż potrafił zabłysnąć całkiem niezłymi riffami ("In for the Kill", "Turn to Stone", "Danger Zone", "Heart Like a Wheel", "Angry Heart"), ale problem w tym, że są to riffy zupełnie niesabbathowe, a wymienione utwory całkowicie pozbawione są charakterystycznego dla grupy mroku i ciężaru. "Seventh Star" zyskuje natomiast, gdy patrzy się na niego jak na solowy album Iommiego. Gitarzysta stworzył bowiem naprawdę interesujący materiał. Do jego najciekawszych momentów zaliczają się przede wszystkim dwie ballady: nieco bluesowa "No Stranger to Love", słusznie wybrana na singiel, oraz przejmująca "In Memory...". Świetnie wypada również tytułowy "Seventh Star", którego monumentalna monotonia kojarzyć może się z twórczością Rainbow z czasów, gdy śpiewał w nim Ronnie James Dio (szczególnie z utworem "Stargazer"). Z szybszych kawałków najbardziej w pamięć zapada natomiast "Danger Zone", wyróżniający się ciekawą linią wokalną Hughesa. Wokalista zresztą świetnie sprawdza także w pozostałych utworach, a na wyżyny swoich umiejętności wspina się w "No Stranger to Love".

Niestety, wydanie "Seventh Star" jako albumu Black Sabbath oznaczało, że na trasie koncertowej promującej album Hughes będzie musiał śpiewać także kompozycje zespołu z poprzednich płyt, z czym sobie kompletnie nie radził. Po ledwie kilku koncertach Iommi zdecydował zastąpić go nowym wokalistą, Rayem Gillenem. Jak sobie radził, można się przekonać dzięki reedycji "Seventh Star" z 2010 roku. Drugi dysk tego wydawnictwa zawiera dziewięć utworów zarejestrowanych w czerwcu 1986 roku, podczas występu w londyńskim Hammersmith Odeon. Poza utworami z promowanego albumu ("Danger Zone", tytułowy) w setliście znalazła się także klasyka z czasów Osbourne'a ("War Pigs", "Black Sabbath", "N.I.B.", "Paranoid") i Dio ("The Mob Rules", "Die Young", "Neon Knights"). Wysoki wokal Gillena najlepiej pasuje do tych ostatnich, za to fatalnie wypada w najstarszych kompozycjach grupy.

Ocena: 6/10



Black Sabbath featuring Tony Iommi - "Seventh Star" (1986)

1. In for the Kill; 2. No Stranger to Love; 3. Turn to Stone; 4. Sphinx (The Guardian); 5. Seventh Star; 6. Danger Zone; 7. Heart Like a Wheel; 8. Angry Heart; 9. In Memory...

Skład: Tony Iommi - gitara; Glenn Hughes - wokal; Dave Spitz - bass; Geoff Nicholls - instr. klawiszowe; Eric Singer - perkusja
Gościnnie: Gordon Copley - bass (2)
Producent: Jeff Glixman


14 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Born Again" (1983)



"Born Again" został nagrany po kolejnej zmianie składu Black Sabbath. Na bębny wrócił Bill Ward, a nowym wokalistą został Ian Gillan, znany przede wszystkim z Deep Purple. Jak sam przyznaje, do grupy trafił przypadkiem: Tony Iommi i Geezer Butler zaprosili mnie na obiad - mówił. Mieliśmy przegadać różne sprawy. I zanim zdążyłem się zorientować, w czym rzecz, byłem wokalistą Black Sabbath. Ale tak naprawdę nie sądzę, by można było o mnie mówić jako o wokaliście Black Sabbath. To tytuł zarezerwowany przede wszystkim dla Ozzy'ego. Do tamtego zespołu pasowało określenie Black Purple. Albo Deep Sabbath. Muzycy chcieli nagrać album pod innym szyldem, ale nie pozwolił na to ówczesny menadżer, Don Arden.

Pierwszy kontakt z albumem może być odpychający - na koszmarną okładkę można jeszcze przymknąć oko, ale ciężko być tak samo wyrozumiałym dla okropnego, demówkowego brzmienia. Podobno tuż po nagraniu album brzmiał świetnie, ale ktoś coś spieprzył podczas masteringu. Muzycy dowiedzieli się o tym dopiero gdy longplay był już w sklepach. Jeśli wierzyć słowom Gillana, to po otrzymaniu kartonu płyt i włączeniu jednej z nich, tak się wkurzył, że połamał wszystkie egzemplarze... Najlepiej nie słuchać "Born Again" tuż po jakimkolwiek innym, dobrze brzmiącym, albumie. Różnica pomiędzy nim, a np. poprzednim w dyskografii "Mob Rules", jest ogromna.

A jak album prezentuje się od strony kompozytorskiej? Na pewno zupełnie inaczej od pozostałych albumów Black Sabbath. Wpływ Gillana na całość jest bardzo istotny. W niemal połowie utworów hard rockowa przebojowość Deep Purple dominuje nad ciężarem i mrokiem Black Sabbath ("Trashed", "Digital Bitch", "Hot Line", "Keep It Warm"). Jednak i w tych bardziej sabbathowych momentach to Gillan jest postacią dominująca. Zupełnie nie dziwi mnie, że utwory "Zero the Hero" i "Born Again" nie były wykonywane na żywo z innymi wokalistami. Nie dlatego, że są złe - po prostu nikt inny nie potrafiłby ich tak zaśpiewać. Wrażenie robi zwłaszcza wykrzyczana partia wokalna w tym pierwszym, która idealnie pasuje do transowego podkładu, opartego na mantrowo powtarzanym riffie. Natomiast w mrocznej tytułowej balladzie wokalista pokazuje całą skalę swojego głosu, od delikatnego śpiewu po dziki wrzask. Ciekawym fragmentem albumu jest także ciężki, pokręcony "Disturbing the Priest". Całości zaś dopełniają dwie instrumentalne miniaturki: ambientowy "Stonehenge" oraz "The Dark", będący właściwie integralną częścią "Zero the Hero".

Ocena: 7/10

PS. Reedycja albumu z 2011 roku została poszerzona o dodatkowy dysk zawierający niepublikowany wcześniej utwór "The Fallen", dłuższą wersję "Stonehenge", oraz obszerny fragment koncertu zarejestrowanego w sierpniu '83 na Reading Festival. Warto się z nim zapoznać przynajmniej z dwóch powodów: aby przekonać się, że sabbathowa klasyka z czasów Ozzy'ego ("War Pigs", "Black Sabbath", "Iron Man", "Paranoid") brzmi lepiej w interpretacji Gillana niż Ronniego Dio, oraz dla obecnego tu... "Smoke on the Water". Utwór został dodany do koncertowego repertuaru, kiedy okazało się, że Ian ma problemy z zapamiętaniem tekstów utworów Black Sabbath (Nie ma w nich żadnych historii, nie potrafię się z nimi identyfikować - tłumaczył się). Co jednak ciekawe, podczas pierwszego wspólnego wykonania hitu Purpli okazało się, że... jego słów także nie pamięta.




Black Sabbath - "Born Again" (1983)

1. Trashed; 2. Stonehenge; 3. Disturbing the Priest; 4. The Dark; 5. Zero the Hero; 6. Digital Bitch; 7. Born Again; 8. Hot Line; 9. Keep It Warm

Skład: Ian Gillan - wokal; Tony Iommi - gitara, Geezer Butler - bass, Bill Ward - perkusja
Gościnnie: Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Producent: Black Sabbath i Robin Black


13 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Live Evil" (1982)



Koncertowe poczynania pierwszego składu Black Sabbath zostały w 1980 roku udokumentowane albumem "Live at Last", wydanym przez firmę NEMS - oficjalnego wydawcę płyt grupy w Stanach. Co jednak ciekawe, materiał ten ukazał się bez zgody i wiedzy zespołu, któremu zresztą wydanie tych nagrań nie było na rękę - instrumentaliści grupy woleli aby promowany był nowy skład, z Ronniem Jamesem Dio jako wokalistą, tak samo były frontman, Ozzy Osbourne, chciał aby ludzie kupowali jego solowe albumy, a nie stare nagrania Black Sabbath. Z kolejną koncertówką, "Live Evil", sprawa wyglądała już inaczej - muzycy sami zajęli się jej produkcją, miała też prezentować aktualne wcielenie grupy. Z tym ostatnim akurat nie do końca wyszło - zanim album ukazał się w sklepach, Tony Iommi i Geezer Butler uwierzyli w nieprawdziwe plotki, że podczas ich nieobecności w studiu Ronnie Dio zmienia miksy, aby jego głos był bardziej wysunięty do przodu. W rezultacie wokalista został zmuszony do odejścia. Wraz z nim grupę opuścił perkusista Vinny Appice.

"Live Evil" został zarejestrowany podczas amerykańskiej części trasy promującej album "Mob Rules", w Seattle, Dallas i San Antonio. Połowa repertuaru albumu to utwory z obu płyt nagranych w składzie z Dio - od superszybkich czadów "Neon Knights", "Voodoo" i "The Mob Rules", przez półballadowy "Children of the Sea", po monumentalny "Heaven and Hell", rozimprowizowany do niemal dwudziestu minut (wśród których pojawia się fragment "The Sign of the Southern Cross"). Szkoda, że tylko tyle, bo właśnie w tym repertuarze wokalista wypada najlepiej. Kompletnie nie sprawdza się natomiast w klasycznych kompozycjach grupy, z czasów Osbourne'a. Najgorzej wypadły "N.I.B." (niepotrzebnie zagrany szybciej) i "Paranoid", w których Dio śpiewa zbyt teatralnie. Czemu zamiast nich nie trafiło tu więcej nowszych utworów? Takie "Die Young" i "Falling Off the Edge of the World" świetnie wypadały na żywo, więc tylko podniosłyby poziom "Live Evil". Ze starszych kawałków zostać powinny tylko "Black Sabbath" i "War Pigs". Pierwszy zaprezentowany jest w ciekawej wersji, ze spokojnym wstępem, którego próżno szukać w wersji studyjnej, natomiast drugi wypada wyjątkowo dobrze w interpretacji Dio - zresztą wokalista śpiewał go już na początku lat 70., ze swoim ówczesnym zespołem, Elf.

Ocena: 7/10



Black Sabbath - "Live Evil" (1982)

LP1: 1. E5150; 2. Neon Knight; 3. N.I.B.; 4. Children of the Sea; 5. Voodoo; 6. Black Sabbath; 7. War Pigs; 8. Iron Man
LP2: 1. The Mob Rules; 2. Heaven and Hell; 3. The Sign of the Southern Cross / Heaven and Hell (Continued); 4. Paranoid; 5. Children of the Grave; 6. Fluff

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass, Vinny Appice - perkusja
Gościnnie: Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Producent: Tony Iommi i Geezer Butler


12 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Mob Rules" (1981)



Przed nagraniem "Mob Rules" skład Black Sabbath uszczuplił się o kolejnego oryginalnego członka zespołu, perkusistę Billa Warda. Vinny Appice okazał się jednak godnym następcą i zmiana jest praktycznie niesłyszalna. Album jest udaną kontynuacją "Heaven and Hell", ale już takiego wrażenia nie robi. Czadowy "Turn Up the Night" to świetne otwarcie, ale nie mogące się równać z "Neon Knights". Następny na płycie, chwytliwy "Voodoo" to utwór średni - nie tylko w kwestii tempa. Poziom wzrasta za to przy rozbudowanym "The Sign of the Southern Cross", łączącym balladowe momenty z doom metalowym ciężarem. Rozczarowuje tylko śpiew Dio w tych spokojniejszych fragmentach, brzmiący zbyt zniewieściale. Na szczęście w tym mocniejszych śpiewa już po swojemu, co wychodzi mu jak zwykle świetnie.

Zaskoczeniem jest "E5150" - mroczny, elektroniczny przerywnik. Tytuł to zakodowane słowo "EVIL" (wystarczy zamienić liczby 5, 1 i 50 ich rzymskimi odpowiednikami). "The Mob Rules" nie jest kolejnym arcydziełem na miarę utworu tytułowego z poprzedniego longplaya, a prostym, metalowym czadem, wyróżniającym się tylko za sprawą gitarowej solówki. Oparty na świetnym riffie "Country Girl" przynosi klimat najwcześniejszych utworów Black Sabbath - do czasu spokojnego przejścia w połowie, zakończonego kolejnym świetnym solem. Hardrockowy "Sleeping Away" jest bardzo przewidywalny, w dodatku razi refrenem za bardzo przypominającym Led Zeppelin.

Najlepsze dwa utwory, uzasadniające moją wysoką ocenę płyty, umieszczono na samym końcu. "Falling Off of the Edge of the World" to trzyczęściowe arcydzieło - z początku jest to ballada, w środkowej, instrumentalnej części pojawiają się powolne, ciężkie riffy, natomiast w ostatniej, najdłuższej części muzycy maksymalnie (jak na uprawiany styl) przyśpieszają tempo. Jeszcze większe wrażenie robi "Over and Over" - mroczna ballada, utrzymana w ciężkim, doomowym klimacie, ze świetnymi solówkami Iommi'ego, wyraźnym basem Geezera, oraz niesamowitym śpiewem Dio. To jakby kontynuacja "Lonely Is the Word" z "Heaven and Hell", ale przebijająca pierwowzór pod każdym względem.

Ocena: 8/10

PS. W 2010 roku ukazała się dwupłytowa reedycja albumu "Mob Rules". Pierwszy dysk, poza zawartością oryginalnego longplaya, zawiera dwa bonusy: oryginalną wersję utworu "The Mob Rules" (z soundtracku filmu "Heavy Metal") oraz koncertowe wykonanie "Die Young". Dysk drugi to materiał znany z koncertówki "Live at Hammersmith Odeon", oryginalnie wydanej w 2007 roku, w bardzo ograniczonym nakładzie (5 tysięcy egzemplarzy). Jest to zapis koncertu z 31 grudnia 1981 roku w Londynie, a repertuar jest niemal identyczny, co na zarejestrowanej podczas tej samej trasy "Live Evil" (1982), ale zamiast "The Sign of the Southern Cross" i "Fluff", można usłyszeć tu "Country Girl" i "Sleeping Away".



Black Sabbath - "Mob Rules" (1981)

1. Turn Up the Night; 2. Voodoo; 3. The Sign of the Southern Cross; 4. E5150; 5. The Mob Rules; 6. Country Girl; 7. Slipping Away; 8. Falling Off of the Edge of the World; 9. Over and Over

Skład: Ronnie James Dio - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass, Vinny Appice - perkusja
Gościnnie: Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Producent: Martin Birch


11 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Live at Last" (1980)



"Live at Last" to pierwszy koncertowy album w dyskografii Black Sabbath. Wydawnictwo budzi jednak pewne kontrowersje, bo mimo że wydane zostało absolutnie legalne (przez byłego menadżera grupy, Patricka Meehana, posiadającego prawa do tych nagrań), stało się to bez wiedzy i zgody członków zespołu. Nie spodobało się to ani instrumentalistom Black Sabbath, ani będącemu już poza zespołem Ozzy'emu, którzy woleli, aby uwaga fanów skupiła się na ich aktualnych wydawnictwach - albumach "Heaven and Hell" i "Blizzard of Ozz". Powodów do narzekań z pewnością nie mieli ci ostatni, którzy w końcu mogli dołączyć do swojej kolekcji koncertowe nagrania Black Sabbath - i to z czasów, gdy oryginalny skład grupy wciąż był w swojej szczytowej formie.

Na album złożyły się fragmenty dwóch występów z marca 1973 roku - z Manchester Free Trade Hall i londyńskiego Rainbow Theatre. Brzmienie pozostawia sporo do życzenia (jest wręcz bootlegowe, ze słabo słyszalnym basem Geezera Butlera), ale wynagradzają to pełne młodzieńczej energii wykonania. W repertuarze dominują utwory z najnowszych wówczas albumów "Master of Reality" ("Sweet Leaf", "Embryo", "Children of the Grave") i "Vol. 4" ("Tomorrow's Dream", "Cornucopia", "Snowblind"), a poza tym pojawia się jeden utwór z niewydanego wówczas jeszcze "Sabbath Bloody Sabbath" ("Killing Yourself to Live", jeszcze z trochę innym tekstem), ale są też dwa utwory z "Paranoid" ("War Pigs" i tytułowy), a także jeden z amerykańskiego wydania debiutu ("Wicked World"). Pomimo tego, iż w ówczesnych studyjnych dokonaniach zespół oddalił się od swoich bluesrockowych korzeni, to "Live at Last" pokazuje, że na koncertach grupa wciąż "czuła bluesa". Nowsze utwory nabrały bardziej bluesowego charakteru, a ponadto zespół nie unikał dłuższych improwizacji - czego najlepszym przykładem jest 18-minutowa wersja "Wicked World", poza rozbudowanymi solówkami Iommiego i Warda, zawierająca także cytaty z innych utworów grupy ("Into the Void", "Supernaut" i niewydanego nigdy w wersji studyjnej "Sometimes I'm Happy").

Pozostaje tylko żałować, że "Live at Last" nie jest dwupłytowym wydawnictwem, przez co zabrakło na nim miejsca dla takich kompozycji, jak np. "Black Sabbath", "N.I.B.", "Iron Man", czy "Under the Sun". Jednak to, co na album trafiło, jest wystarczająco wartościowe, aby koniecznie zapoznał się z nim każdy wielbiciel zespołu i w ogóle ciężkiego rocka.

Ocena: 7/10



Black Sabbath - "Live at Last" (1980)

1. Tomorrow's Dream; 2. Sweet Leaf; 3. Killing Yourself to Live; 4. Cornucopia; 5. Snowblind; 6. Embryo / Children of the Grave; 7. War Pigs; 8. Wicked World; 9. Paranoid

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Bill Ward - perkusja
Producent: Patrick Meehan