31 grudnia 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "A Momentary Lapse of Reason" (1987)



Roger Waters zawiesił działalność Pink Floyd po wydaniu "The Final Cut" i poświęcił się karierze solowej. Sytuację postanowił wykorzystać David Gilmour, który namówił Nicka Masona i Ricka Wrighta do wskrzeszenia zespołu. Sprzeciw Watersa, twierdzącego Pink Floyd to ja!, zakończony procesem o prawa do nazwy, niestety nic nie dał. Niestety, bo szybko stało się jasne, że nowe wcielenie zespołu ma niewiele, poza szyldem, wspólnego z jego wcześniejszą działalnością. To tak naprawdę solowa działalność Gilmoura, z minimalnym wkładem Masona i Wrighta (ten drugi zresztą początkowo był tylko współpracownikiem, a nie członkiem), których w nagraniach często wyręczali muzycy sesyjni - wśród których pojawili się m.in. uznani perkusiści Carmine Appice i Jim Keltner.

"A Momentary Lapse of Reason", pierwszy album odrodzonego "Pink Floyd", dobitnie pokazuje, że Gilmour nie miał zamiaru kontynuować twórczych poszukiwań zespołu. Zamiast tego śmiało podąża w stronę ówczesnego rockowego mainstreamu. Utwory w rodzaju singlowych "Learning to Fly" i "One Slip" rażą prostotą i banalnymi melodiami, skrojonymi pod stacje radiowe, a także swoim wygładzonym, syntetycznym brzmieniem. Nieco lepiej wypada trzeci singiel, balladowy "On the Turning Away" - również daleki stylistycznie od wcześniejszych dokonań sygnowanych tą nazwą, ale za to wyróżniający się ładną, nieco szkocką melodią. Pozostałe nagrania nie mają aż tak bardzo komercyjnego charakteru, co nie znaczy, że są bardziej ambitne. Raczej zwyczajnie nudne ("The Dogs of War", "Yet Another Movie", "Terminal Frost" i wszystkie miniaturowe przerywniki). Nieco ciekawiej robi się tylko w finałowym "Sorrow", choć raczej dzięki dobrej melodii i solówkom Gilmoura, niż próbie stworzenie czegoś bardziej progresywnego.

 Tytuł "A Momentary Lapse of Reason" można przetłumaczyć na język polski jako "Chwilowa utrata rozumu". Cóż, trudno o lepsze podsumowanie tego albumu. Reaktywowanie Pink Floyd i nagranie pod tym szyldem czegoś takiego, zdecydowanie nie było mądrym pomysłem.

Ocena: 5/10



Pink Floyd - "A Momentary Lapse of Reason" (1987)

1. Signs of Life; 2. Learning to Fly; 3. The Dogs of War; 4. One Slip; 5. On the Turning Away; 6. Yet Another Movie; 7. Round and Around; 8. A New Machine (Part 1); 9. Terminal Frost; 10. A New Machine (Part 2); 11. Sorrow

Skład: David Gilmour - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja, głos (1), efekty
Gościnnie: Rick Wright - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Bob Ezrin - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Jon Carin - instr. klawiszowe; Patrick Leonard - syntezatory; Bill Payne - organy; Tony Levin - bass, Chapman stick; Michael Landau - gitara; Jim Keltner - perkusja; Carmine Appice - perkusja; Steve Forman - instr. perkusyjne; Tom Scott - saksofon; Scott Page - saksofon; John Helliwell - saksofon; Darlene Koldenhoven, Carmen Twillie, Phyllis St. James, Donnie Gerrard - dodatkowy wokal
Producent: Bob Ezrin i David Gilmour


30 grudnia 2012

[Recenzja] David Gilmour - "About Face" (1984)



Produkcję swojego drugiego solowego albumu Gilmour powierzył  Bobowi Ezrinowi (producentowi m.in. "The Wall"), a w nagraniach towarzyszyli mu tacy muzycy, jak Jon Lord (Deep Purple) czy Steve Winwood (Traffic, Blind Faith). Mimo tego, wielkich zmian w porównaniu z debiutem nie ma. "About Face" ma co prawda bardziej wygładzone, popowe brzmienie, jednak to gitarowe solówki wciąż najbardziej przykuwają uwagę ("Murder", "You Know I'm Right", "Near the End", a zwłaszcza w instrumentalnym "Let's Get Metaphysical").

Utwory są dość zróżnicowane, obok przesadnie komercyjnych "Blue Light" i "All Lovers Are Deranged", oraz kilku średniaków ("Until We Sleep", You Know I'm Right"), znalazło się kilka bardzo udanych kawałków. Przede wszystkim poruszający "Out of the Blue", nieco w klimacie floydowych "The Wall" i "The Final Cut". Albo "Cruise" z naprawdę ładną melodią i zaskakującym, reggae'owym zakończeniem. Do tych lepszych fragmentów należą jeszcze "Murder", "Love on the Air" oraz "Near the End".

Ocena: 5/10



David Gilmour - "About Face" (1984)

1. Until We Sleep; 2. Murder; 3. Love on the Air; 4. Blue Light; 5. Out of the Blue; 6. All Lovers Are Deranged; 7. You Know I'm Right; 8. Cruise; 9. Let's Get Metaphysical; 10. Near the End

Skład: David Gilmour - wokal i gitara; Pino Palladino - bass; Jeff Porcaro - perkusja; Ian Kewley - instr. klawiszowe
Gościnnie: Jon Lord - syntezatory; Steve Winwood - instr. klawiszowe; Bob Ezrin - instr. klawiszowe; Anne Dudley - syntezatory
Producent: Bob Ezrin i David Gilmour


29 grudnia 2012

[Recenzja] David Gilmour - "David Gilmour" (1978)



Solowy debiut Davida Gilmoura - gitarzysty i jednego z wokalistów Pink Floyd - ukazał się w czasie, kiedy jego macierzysta grupa pracowała nad albumem "The Wall". Jest to o tyle istotne, że najlepszy utwór, jaki Gilmour skomponował z myślą o swoim longplayu, trafił na płytę Floydów. Mowa oczywiście o "Comfortably Numb". Żaden z dziewięciu zamieszczonych tu utworów nie zbliża się do tego poziomu. Najmocniejszym punktem albumu jest zresztą przeróbka "There's No Way Out of Here" mało znanej grupy Unicorn. Wyróżnia się świetnym gitarowym riffem, zdublowanym harmonijką, a także długimi solówkami i chwytliwą linią wokalną. Nic dziwnego, że to właśnie ten kawałek został wydany na singlu.

Z kompozycji stworzonych przez Gilmoura najlepiej wypadają: "Cry from the Street" z niemal hard rockowym riffowaniem; instrumentalny "Raise My Rent" z solówką przypominającą najlepsze momenty twórczości Pink Floyd; oraz wolny "No Way", z kolejnym pięknym solem, kończącym się nagłym zaostrzeniem. Ujdzie jeszcze balladowy "I Can't Breathe Anymore". Fatalnym pomysłem było otwarcie albumu nijakim, instrumentalnym "Mihalis"; ogólnego wrażenie nie poprawia przydługa ballada "So Far Away", ani zwyczajnie nudny "Short and Sweet".  Co ciekawe, współautor tej ostatniej kompozycji, Roy Harper, dwa lata później umieścił własną wersję na swoim albumie "The Unknown Soldier".

Album "David Gilmour" potwierdza to, czego można było się domyślić słuchając płyt Pink Floyd - że o ile Gilmour jest genialnym gitarzystą, tak jako kompozytor nie może się równać z Rogerem Watersem.

Ocena: 6/10



David Gilmour - "David Gilmour" (1978)

1. Mihalis; 2. There's No Way Out of Here; 3. Cry from the Street; 4. So Far Away; 5. Short and Sweet; 6. Raise My Rent; 7. No Way; 8. Deafinitely; 9. I Can't Breathe Anymore

Skład: David Gilmour - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Rick Wills - bass; Willie Wilson - perkusja
Gościnnie: Mick Weaver - pianino (4)
Producent: David Gilmour


28 grudnia 2012

[Artykuł] Podsumowanie roku 2012



Koniec roku to czas podsumowań. Pod względem muzycznym, rok 2012 był dość przeciętny. Ukazało się tylko kilka naprawdę interesujących albumów, których ledwo starczyło na zapełnienie poniższej listy. W międzyczasie pojawiło się też wiele rozczarowań, jak solowe albumy Steve'a Harrisa (Iron Maiden) i Slasha, albo debiutancki longplay Storm Corrosion - projektu Stevena Wilsona (Porcupine Tree) i Mikaela Åkerfelda (Opeth). Na szczęście było też kilka miłych niespodzianek, jak długo oczekiwany i zaskakująco udany powrót Soundgarden, zupełnie niespodziewane odrodzenie grupy Angel Witch, albo wydanie nowej koncertówki przez Led Zeppelin. Jak wysoko znalazły się ich płyty w moim kompletnie subiektywnym rankingu?


10. Black Country Communion - "Afterglow"

Trzeci album supergrupy, składającej się z śpiewającego basisty Glenna Hughesa (ex-Deep Purple, ex-Black Sabbath), perkusisty Jasona Bonhama (syna Johna Bonhama z Led Zeppelin), klawiszowca Dereka Sheriniana (ex-Dream Theater) i młodego gitarzysty Joe Bonamassy. Muzycy po raz kolejny zaproponowali solidną porcję klasycznego hard rocka, choć poziomu poprzednich albumów nie udało im się osiągnąć.

9. Jon Lord - "Concerto for Group and Orchestra"

Studyjna wersja najważniejszej kompozycji Jona Lorda, łączącej rock z muzyką klasyczną, stworzonej już w 1969 roku (dotąd wykonywanej tylko na żywo). Nagrana ze świetnymi muzykami, jak Bruce Dickinson czy Joe Bonamassa. Niestety sam Lord premiery nie doczekał - zmarł dwa miesiące wcześniej.


8. Paradise Lost - Tragic Idol"

W latach 90. zespół coraz bardziej łagodził swoją muzykę, aż do apogeum w postaci albumu "Host" (utrzymanego w stylu Depeche Mode). Z kolei od tamtej pory znów nagrywa coraz cięższe płyty. Tegoroczny "Tragic Idol" pod względem ciężaru może się niemal równać z klasycznym "Icon". Niestety, utworów na miarę "Embers Fire" tutaj nie uświadczymy.


7. Angel Witch - "As Above, So Below"

Ponad ćwierć wieku trzeba było czekać na czwarty studyjny album legendy NWOBHM, chociaż połowa zamieszczonych tu utworów powstała jeszcze w pierwszej połowie lat 80. Album przynosi klimat i brzmienie z tamtych lat, co czyni go obowiązkową pozycją dla wielbicieli klasycznego heavy metalu.

Recenzja

6. Soulsavers - "The Light the Dead See"

To czwarty album producenckiego duetu Rich Machin / Ian Glover, a pierwszy nagrany z wokalistą Depeche Mode, Davem Gahanem. Mimo przygnębiającego nastroju całości, album od pierwszych sekund czaruje niepowtarzalnym pięknem, tak rzadko spotykanym we współczesnej muzyce.

5. Led Zeppelin - "Celebration Day"

Koncert Led Zeppelin z grudnia 2007 roku to jedno z największych muzycznych wydarzeń ostatniego dwudziestolecia. Po pięciu latach w końcu został wydany zapis tego występu. Fani grupy mogą mieć problem z przyzwyczajeniem się do nowych wersji klasycznych kompozycji grupy (a znalazła się tu większość z ich najważniejszych kawałków), ale być może przypadną do gustu nowym pokoleniom wielbicieli rocka.

Recenzja

4. Rush - "Clockwork Angels"

Chociaż Rush już dawno przestał być zespołem progresywnym w dosłownym tego słowa znaczeniu, to obok ich kolejnych propozycji nie można przejść obojętnie. Wyczekiwany od pięciu lat najnowszy longplay to sentymentalna podróż przez wszystko, co najlepsze w ich 40-letniej działalności.

3. Testament - "Dark Roots of Earth"

Thrash metal w ciągu ostatnich lat znów rośnie w siłę. W zeszłym roku wyjątkowo udanym albumem zaskoczył Megadeth, a w obecnym równie udany longplay wypuścił Testament. Zespół wciąż gra tu bardzo ciężko, ale wróciły wyraziste melodie, nieobecne w ich twórczości od niemal dwóch dekad. Metalowy album roku.
2. Soundgarden - "King Animal"

Zaskakująco udany powrót po 16 latach przerwy. Zresztą album brzmi tak, jakby żadnej przerwy nie było; choć mimo nawiązań do dawnych dokonań grupy, wnosi także nowe elementy do jej twórczości. Oczywiście nie ma tu hitu na miarę "Black Hole Sun", ale wszyscy miłośnicy grunge'u powinni być zachwyceni tym materiałem.

1. Witchcraft - "Legend"

Zrezygnowali z brzmienia retro, charakteryzującego ich dotychczasową twórczość, jednak szacunek do tradycji ciężkiego grania pozostał i mimo nowocześniejszej produkcji, zamieszczone tu utwory spokojnie mogłyby powstać 40 lat temu. Wówczas zespół miałby status legendy równy np. Black Sabbath.


14 grudnia 2012

[Recenzja] Ghost - "Opus Eponymous" (2010)



Ghost to szwedzki zespół założony w 2008 roku. Nazwiska muzyków są nieznane, a podczas koncertów wokalista, Papa Emeritus, występuje w kardynalskim stroju i masce, zaś instrumentaliści zwani Nameless Ghouls - dwóch gitarzystów, basista, perkusista i klawiszowiec - w ciemnych szatach z kapturami. Cała ta otoczka zwraca na zespół uwagę, jednak najważniejsza jest przecież muzyka. A ta, wbrew temu czego można by się spodziewać, jest zaskakująco udana. Porównania do Black Sabbath, Blue Öyster Cult czy Mercyful Fate są jak najbardziej uzasadnione, jednak jednocześnie twórczość Ghost brzmi bardzo oryginalnie. To połączenie heavy / doom metalowych riffów z psychodelicznymi klawiszami w stylu późnych lat 60., oraz... popowym śpiewem.

Nie brak na "Opus Eponymous" naprawdę zapadających w pamięć melodii ("Ritual", "Elizabeth", "Stand by Him", "Satan Prayer"). Ciężkie riffy nie zawsze są zmiękczane klawiszami ("Con Clavi Con Dio", "Death Knell", "Prime Mover"), dzięki czemu album nie sprawia komercyjnego wrażenia. Muzycy nie unikają grania solówek ("Stand by Him", "Satan Prayer"), a największe pole do popisu mają w instrumentalnym "Genesis", zwieńczonym piękną akustyczną kodą. Japońskie wydanie albumu zawiera ponadto przeróbkę "Here Comes the Sun" The Beatles. Członkowie Ghost niewiele zmienili w aranżacji, ale bardzo mocno odcisnęli swoje piętno na tym utworze. W końcu są jednym z nielicznych współczesnych zespołów posiadających swój własny styl.

Ocena: 8/10



Ghost - "Opus Eponymous" (2010)

1. Deus Culpa; 2. Con Clavi Con Dio; 3. Ritual; 4. Elizabeth; 5. Stand by Him; 6. Satan Prayer; 7. Death Knell; 8. Prime Mover; 9. Genesis

Skład: Tobias Forge - wokal, gitara i instr. klawiszowe; Gustaf Lindström - bass; Ludvig Kennberg - perkusja
Producent: Gene Walker


8 grudnia 2012

[Recenzja] Bruce Dickinson - "Tattooed Millionaire" (1990)



Pod koniec lat 80. Bruce Dickinson otrzymał propozycję nagrania utworu na ścieżkę dźwiękową piątej części "Koszmaru z ulicy Wiązów". Wokalista zebrał skład (m.in. z gitarzystą Janickiem Gersem, który wkrótce potem zajął miejsce Adriana Smitha w Iron Maiden) i zarejestrował z nim własną kompozycję "Bring Your Daughter... to the Slaughter". Nagranie tak bardzo spodobało się przedstawicielom wytwórni, że zaproponowali Bruce'owi zarejestrowanie całego albumu.Tak doszło do powstania jego pierwszego solowego longplaya - "Tattooed Millionaire". "Bring Your Daughter..." nie został na nim powtórzony, gdyż Steve Harris przekonał Dickinsona, aby umieścić go - w nowej wersji - na następnym albumie Iron Maiden. I tak też się stało - kawałek trafił na "No Prayer for the Dying" (pierwszy album zespołu z Gersem) i promujący go singiel (który stał się największym singlowym przebojem Iron Maiden).

"Tattooed Millionaire" przyniósł dziesięć utworów odbiegających od stylistyki Iron Maiden. Chciałem zrobić coś, czego nigdy nie zrobiłbym z Maiden - wyjaśniał wokalista. W przeciwnym razie po co w ogóle się za to brać? To prostsza i łagodniejsza muzyka, nawiązująca do glam rocka (jest tu nawet przeróbka "All the Young Dudes" Mott the Hoople), rzadziej do stylistyki AC/DC ("Hell on Wheels") lub Aerosmith ("Lickin' the Gun"). Dickinsonowi zdarza się ocierać o plagiat (kawałek tytułowy momentami brzmi jak "Photograph" Def Leppard) lub nawet autoplagiat ("No Lies" przypomina "Bring Your Daughter..."). Początek albumu jest nie najgorszy. "Son of a Gun", zbudowany na kontraście fragmentów akustycznych i czadowych, przypomina łagodniejsze utwory Iron Maiden w rodzaju "Children of the Damned", choć nie zbliża się do nich poziomem. Jednak już "Tattooed Millionaire" i "Born in '58" odpychają banalnymi melodiami, a potem jest jeszcze gorzej, z apogeum tandety w postaci "Dive! Dive! Dive!" z żałosnymi chórkami, czy niewiele mniej żałosnym, sztampowym rock and rollem "Zulu Lulu".

"Tattooed Millionaire" bardzo się zestarzał i to już wkrótce po wydaniu, gdy tego typu muzyka - mainstreamowy hard rock z późnych lat 80. - stała się synonimem obciachu. W dodatku całość brzmi jak nagrywana w pośpiechu, w przerwach od działalności Iron Maiden.

Ocena: 2/10



Bruce Dickinson - "Tattooed Millionaire" (1990)

1. Son of a Gun; 2. Tattooed Millionaire; 3. Born in '58; 4. Hell on Wheels; 5. Gypsy Road; 6. Dive! Dive! Dive!; 7. All the Young Dudes; 8. Lickin' the Gun; 9. Zulu Lulu; 10. No Lies

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Janick Gers - gitara; Andy Carr - bass; Fabio Del Rio - perkusja
Producent: Chris Tsangarides


7 grudnia 2012

[Recenzja] Ozzy Osbourne - "Ozzmosis" (1995)



Po wydaniu "No More Tears" Ozzy zarzekał się, że to jego ostatni album i po zakończeniu promującej go trasy koncertowej przejdzie na emeryturę. Jednak już w 1995 roku wrócił z nowym wydawnictwem. Album "Ozzmosis" miał być jego kolejnym pożegnaniem, gdyż z powodu błędnej diagnozy Osbourne myślał, że wkrótce umrze. Stąd też nieco bardziej stonowany charakter tego wydawnictwa i inna niż zwykle, bardziej osobista tematyka tekstów. W nagraniu udział wzięli: Zakk Wylde, nowy perkusista Deen Castronovo, a także... Geezer Butler (efekt ocieplenia stosunków z dawnymi kolegami z Black Sabbath, co wkrótce potem zaowocowało powrotem zespołu) i Rick Wakeman (najbardziej znany z grupy Yes, choć fani Ozzy'ego mogą kojarzyć go przede wszystkim z gościnnego występu na "Sabbath Bloody Sabbath"). Producentem albumu miał być Michael Wagener, ale wydawca wymusił zastąpienie go Michaelem Beinhornem, który miał zapewnić brzmienie w stylu Soundgarden (wyprodukował wcześniej "Superunknown"), czego tu jednak kompletnie nie słychać.

Za muzykę do tekstów Osbourne'a odpowiadają tym razem Wylde, Butler i cały zastęp osób spoza składu, jak Lemmy Kilmister, Steve Vai, czy zawodowi songwriterzy w rodzaju Jima Vallance'a i Marka Hudsona. Początek albumu jest zaskakująco udany. "Perry Mason" i zwłaszcza "I Just Want You" to energetyczne, całkiem zgrabne melodycznie kawałki, z wyjątkowo dobrymi partiami wokalnymi Osbourne'a. Nawet aż tak bardzo nie przeszkadzają pretensjonalne partie klawiszy i efekciarska gitara - zresztą niczego innego nie należało oczekiwać od Wakemana (grającego tu jednak znacznie prościej, niż zwykle) i Wylde'a. Dalej jednak nie jest już tak dobrze. Dominują raczej mdłe kawałki ("Ghost Behind My Eyes", "See You on the Other Side", "Tomorrow", "Denial"), przeplatane przesłodzonymi balladami ("My Little Man", "Old L.A. Tonight"). Jedyne naprawdę ciężkie utwory w tym zestawie, "Thunder Underground" i "My Jekyll Doesn't Hide", brzmią jak napisane na siłę tylko po to, żeby zadowolić słuchaczy oczekujących od Ozzy'ego tego typu grania. Oba są przesadnie i zupełnie bez pomysłu rozwleczone, a drugi dodatkowo odpycha największą na tym albumie ilością szpanerskich zagrywek Wylde'a.

Okoliczności nagrywania tego albumu i udział takich muzyków, jak Geezer Butler i Rick Wakeman (ten drugi, mimo skłonności do pretensjonalnych popisów, jest przecież uzdolnionym i wykształconym muzykiem) powinny zaowocować znacznie lepszym materiałem. Choć w porównaniu z dwoma poprzednimi longplayami i tak jest pewien postęp.

Ocena: 5/10



Ozzy Osbourne - "Ozzmosis" (1995)

1. Perry Mason; 2. I Just Want You; 3. Ghost Behind My Eyes; 4. Thunder Underground; 5. See You on the Other Side; 6. Tomorrow; 7. Denial; 8. My Little Man; 9. My Jekyll Doesn't Hide; 10. Old L.A. Tonight

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Zakk Wylde - gitara; Geezer Butler - bass; Deen Castronovo - perkusja; Rick Wakeman - instr. klawiszowe
Gościnnie: Michael Beinhorn - instr. klawiszowe
Producent: Michael Beinhorn


6 grudnia 2012

[Recenzja] Ozzy Osbourne - "No More Tears" (1991)



"No More Tears" to jeden z najbardziej (prze)cenionych albumów Ozzy'ego Osbourne'a. W odniesieniu ogromnego sukcesu (w samych Stanach, na obecną chwilę, pokrył się aż czterokrotną platyną) z pewnością pomogło kurczowe trzymanie się aktualnie obowiązujących trendów. Jest wiec bardziej surowo i nieco ciężej, niż na albumach z lat 80., słychać inspirację chociażby twórczością Pantery, a nawet zespołami z Seattle. Ale jednocześnie brzmienie jest dziwnie, nieprzyjemnie przytłumione - jakby w celu dodatkowego wyeksponowania partii wokalnych, które i tak są wysunięte w miksie na pierwszy plan. Znacznie utrudnia to przesłuchanie tego długiego, prawie godzinnego albumu. Choć to nie jedyna jego wada, o czym więcej za chwilę.

"No More Tears" został nagrany w tym samym składzie, co poprzedni "No Rest for the Wicked". Choć w prace nad nim początkowo zaangażowany był Mike Inez, późniejszy basista Alice in Chains, na czas nagrań do składu po raz kolejny wrócił Bob Daisley. Inez wziął za to udział w trasie promującej album i wystąpił w teledyskach. Pozostawił też po sobie ślad w postaci basowego motywu utworu tytułowego. To akurat najlepsza partia na tym albumie, niestety kawałek został spieprzony kiczowatymi klawiszami (poza tym prawie nieobecnymi na longplayu), irytującym wokalem, toporną grą Zakka Wylde'a i nieuzasadnionym rozciągnięciem do siedmiu minut. Cztery inne utwory pomógł skomponować Lemmy Kilmister, jednak i to nie pomogło. Choć winą za to należy obarczyć Ozzy'ego i jego zespół, gdyż taki "Hellraiser" w wersji nagranej później przez Motörhead znacznie zyskuje (głównie dzięki brakowi odgłosów masturbacji Wylde'a - gitarowej, oczywiście). Dość zgrabną melodię ma za to ballada "Mama, I'm Coming Home", ale wykonanie znów leży. Z początku jest nawet całkiem niezła, ze śpiewającym inaczej, lepiej, Osbourne'em, ale stopniowo staje się coraz bardziej miałka i rozwodniona, a wokalista wraca do swojego typowego śpiewu. O pozostałych kawałkach nawet nie warto wspominać - to odpychająca mieszanka melodycznego banału i gitarowego szpanerstwa, uzupełniona jeszcze dwiema, mdłymi balladami ("Time After Time", "Road to Nowhere").

Na "No More Tears" zdarzają się kompozytorskie przebłyski (zasługa Lemmy'ego i Ineza), ale nawet wtedy album odpycha męczącym brzmieniem, fatalnym, zbyt efekciarskim wykonaniem instrumentalistów i zwykle po prostu kiepskimi partiami wokalnymi. Reszta longplaya to już sztampa i banał na maksa. 

Ocena: 4/10



Ozzy Osbourne - "No More Tears" (1991)

1. Mr. Tinkertrain; 2. I Don't Want to Change the World; 3. Mama, I'm Coming Home; 4. Desire; 5. No More Tears; 6. S.I.N.; 7. Hellraiser; 8. Time After Time; 9. Zombie Stomp; 10. A.V.H.; 11. Road to Nowhere

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Zakk Wylde - gitara; Bob Daisley - bass; Randy Castillo - perkusja; John Sinclair - instr. klawiszowe
Producent: Duane Baron i John Purdell


5 grudnia 2012

[Recenzja] Ozzy Osbourne - "No Rest for the Wicked" (1988)



Do składu po raz kolejny wrócił Bob Daisley, nowym klawiszowcem został John Sinclair, a miejsce Jake'a E. Lee zajął Zakk Wylde - kolejny gitarzysta, dla którego liczy się wyłącznie prędkość i efekciarstwo. I taki też jest cały "No Rest for the Wicked" - dominują utwory w szybkim tempie, pełne szpanerskich solówek, będących fasadą dla zwyczajnie miałkich i prostackich kompozycji. Album jest na pewno ostrzejszy od swoich poprzedników i zamiast typowo ejtisowego kiczu (obecnego jednakże w "Fire in the Sky" i, przede wszystkim, dołączanej na reedycjach, ckliwej balladzie "The Liar"), otrzymujemy rockowe pozerstwo w stylu Van Halen (zwłaszcza w okropnym "Crazy Babies"). To wciąż skrajnie komercyjna muzyka, tylko dostosowana do nowych trendów (rok wcześniej zadebiutował Guns N' Roses, przywracając do mainstreamu bardziej surowe granie). Nie ma tu ani jednego wartego uwagi utworu. Zalecam omijanie szerokim łukiem.

Ocena: 2/10



Ozzy Osbourne - "No Rest for the Wicked" (1988)

1. Miracle Man; 2. Devil's Daughter; 3. Crazy Babies; 4. Breaking All the Rules; 5. Bloodbath in Paradise; 6. Fire in the Sky; 7. Tattooed Dancer; 8. Demon Alcohol; 9. Hero*

*tylko w wersji CD

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Zakk Wylde - gitara; Bob Daisley - bass; Randy Castillo - perkusja; John Sinclair - instr. klawiszowe
Producent: Keith Olsen i Roy Thomas Baker


4 grudnia 2012

[Recenzja] Ozzy Osbourne - "The Ultimate Sin" (1986)



"The Ultimate Sin" powstawał w trakcie kolejnych zmian składu Ozzy'ego Osbourne'a. Początkowo w nagraniach uczestniczyć mieli Jake E. Lee, Bob Daisley i nowy perkusista, Jimmy DeGrasso (później członek Megadeth). Ostatecznie jednak dwaj ostatni zostali zastąpieni przez Phila Soussana i Randy'ego Castillo. Materiał w większości został napisany jeszcze z udziałem Daisleya. Tym razem wkład kompozytorski jego i Lee został uwzględniony w opisie albumu. Stało się tak jedynie dzięki zapobiegliwości gitarzysty, który zastrzegł, że nie napisze ani nuty, dopóki nie zobaczy kontraktu gwarantującego mu prawa autorskie (i być może dlatego wkrótce potem opuścił skład). Jedynie utwór "Shot in the Dark" został napisany przez Soussana z - nie do końca potwierdzoną - pomocą Osbourne'a. Kawałek był zresztą przez lata obiektem sporów z basistą, w efekcie czego "The Ultimate Sin" i inne zawierające go wydawnictwa nie był wznawiany wraz z resztą katalogu Ozzy'ego.

W porównaniu z "Bark at the Moon", "The Ultimate Sin" ma zdecydowanie lepsze brzmienie. Gitara brzmi ciężej, perkusja mocniej, bas jest bardziej słyszalny, a rolę syntezatorów znacznie ograniczono. Pod względem kompozytorskim i wykonawczym jest to jednak podobnie do poprzednika - dominują banalne i sztampowe kawałki. Irytuje szczególnie środek albumu, z najbardziej infantylnymi i tandetnymi nagraniami, jak "Thank God for the Bomb", "Never", "Lightning Strikes". Nie najgorzej wypada natomiast rozpoczynający całość utwór tytułowy (pomijając solówkę Lee, brzmiącą jak przypadkowe przebieranie palcami w szybkim tempie). Zaskakująco udana jest tym razem ballada - "Killer of Giants" to nie kolejna ckliwa pościelówa, a tzw. power ballada. Bardzo zgrabnie wypada warstwa melodyczna w spokojniejszych fragmentach, choć zaostrzenia wypadają nieco topornie, a klawiszowe tło dodaje nieco kiczu. Najmocniejszym punktem całości jest jednak wspomniany na początku "Shot in the Dark", który pomimo sporej dawki ejtisowego kiczu, jest po prostu bardzo chwytliwym i zgrabnym kawałkiem.

"The Ultimate Sin" to kolejny album z paroma przebłyskami, ale jako całość zbyt szablonowy, infantylny i kiczowaty. Czyli dokładnie taki, jak można się spodziewać po solowym Ozzym i ogólnie po heavy metalu.

Ocena: 5/10



Ozzy Osbourne - "The Ultimate Sin" (1986)

1. The Ultimate Sin; 2. Secret Loser; 3. Never Know Why; 4. Thank God for the Bomb; 5. Never; 6. Lightning Strikes; 7. Killer of Giants; 8. Fool Like You; 9. Shot in the Dark

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Jake E. Lee - gitara; Phil Soussan - bass; Randy Castillo - perkusja
Gościnnie: Mike Moran - instr. klawiszowe
Producent: Ron Nevison


3 grudnia 2012

[Recenzja] Ozzy Osbourne - "Bark at the Moon" (1983)



Tragicznie zmarłego Randy'ego Rhoadsa zastąpił Jake E. Lee. Ponadto do składu wrócili Bob Daisley i Don Airey. "Bark at the Moon" nie różni się jednak znacząco od wcześniejszych solowych wydawnictw Ozzy'ego Osbourne'a - to wciąż mocno skomercjalizowany heavy metal. Jedynie gra nowego gitarzysty jest znacznie bardziej sztampowa. Wszystkie utwory zostały podpisane wyłącznie nazwiskiem wokalisty, jednak ich rzeczywistymi autorami są Lee i Daisley, których przedsiębiorcza Sharon Osbourne postanowiła okraść z należnych tantiem.

Pierwsze, co zwraca uwagę, to fatalne brzmienie - mocno przytłumione, z wysuniętymi na pierwszy plan partiami Ozzy'ego (który często brzmi jakby się dławił) i tandetnych, plastikowo brzmiących syntezatorów (szczególnie w "You're No Different", "Slow Down" i "Waiting for Darkness"). Choć wszystkie kawałki cierpią przez typową dla heavy metalu dawkę kiczu, infantylizmu i schematyczności, to niektóre z nich nawet bronią się pod względem melodycznym. Wymienić tu można tytułowy "Bark at the Moon", "Now You See It (Now You Don't)", a przede wszystkim wspomniane już "You're No Different" i "Waiting for Darkness". Lecz z drugiej strony, nie brakuje tu też zwyczajnie banalnych melodii ("Slow Down", "Rock 'n' Roll Rebel", "Centre of Eternity"). Najbardziej okropnym fragmentem jest jednak przesłodzona ballada "So Tired", o nieco beatlesowskiej, ale znacznie bardziej miałkiej melodii.

Co ciekawe, europejskie wydania winylowe posiadają nieco inną okładkę i tracklistę: "Rock 'n' Roll Rebel" został przesunięty na początek albumu, "Centre of Eternity" przemianowano na "Forever", zrezygnowano z najbardziej amerykańskiego "Slow Down", a na koniec dodano kawałek "Spiders" (nie wyróżniający się niczym szczególnym, ale przynajmniej nie tak kiczowaty, jak "Slow Down"). Wszystkie kompaktowe reedycje bazują na oryginalnym wydaniu amerykańskim, ale niektóre z nich zawierają bonus w postaci "Spiders" i - rzadziej - "One Up the 'B' Side", o którego jakości wszystko mówi sam tytuł.

"Bark at the Moon" to typowy album heavymetalowy z lat 80., z wszystkimi wadami charakterystycznymi dla tego stylu, choć przynajmniej w połowie składający się z dość przyzwoitych kompozycji.

Ocena: 5/10



Ozzy Osbourne - "Bark at the Moon" (1983)

US: 1. Bark at the Moon; 2. You're No Different; 3. Now You See It (Now You Don't); 4. Rock 'n' Roll Rebel; 5. Centre of Eternity; 6. So Tired; 7. Slow Down; 8. Waiting for Darkness

EU: 1. Rock 'n' Roll Rebel; 2. Bark at the Moon; 3. You're No Different; 4. Now You See It (Now You Don't); 5. Forever; 6. So Tired; 7. Waiting for Darkness; 8. Spiders

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Jake E. Lee - gitara; Bob Daisley - bass; Tommy Aldridge - perkusja; Don Airey - instr. klawiszowe
Producent: Ozzy Osbourne, Bob Daisley i Max Norman


Po prawej: Okładka pierwszych wydań europejskich.


2 grudnia 2012

[Recenzja] Ozzy Osbourne - "Diary of a Madman" (1981)



Drugi solowy album Ozzy'ego Osbourne'a, "Diary of a Madman", prezentuje się odrobinę ciekawiej od debiutu. Na pewno lepsze jest brzmienie - cięższe, z wyraźniej słyszalnym basem. Same kompozycje są jednak utrzymane na zbliżonym poziomie. Znów wiele miejsca zajmuje heavymetalowa sztampa ("Flying High Again", "Little Dolls", "S.A.T.O."), ponownie pojawia się ckliwa ballada ("Tonight"). Całkiem przyzwoicie wypadają natomiast takie kawałki, jak ciężki otwieracz "Over the Mountain", nawiedzony "Believer", oraz zwariowany utwór tytułowy, w którym słychać nawet partie skrzypiec i orkiestry. Nie najgorzej wypadają jeszcze spokojniejsze fragmenty "You Can't Kill Rock'n'Roll", ale zaostrzenia są już do bólu schematyczne i banalne.

Z muzyków zdecydowanie najlepiej zaprezentował się z Bob Daisley, którego partie zwracają uwagę nawet w słabszych kawałkach. Randy Rhoads znów za bardzo popisuje się technicznymi sztuczkami i szybkością. Perkusista Lee Kerslake wręcz przeciwnie, jest niemal niezauważalny. A Ozzy wciąż nie potrafi śpiewać. W nagraniach wziął też udział klawiszowiec Johnny Cook, ale jego rola sprowadza się do dodawania tu i ówdzie kiczowatych dźwięków syntezatora. Co ciekawe, w opisie oryginalnego wydania albumu nie znalazły się nazwiska Daisleya i Kerslake'a - którzy po kłótni z Osbourne'em opuścili skład tuż po zarejestrowaniu tego materiału - a nazwiska ich następców, Rudy'ego Sarzo i Tommy'ego Aldridge'a. Jeszcze bardziej wymowne jest usunięcie oryginalnych partii sekcji rytmicznej na reedycji z 2002 roku i zarejestrowanie ich na nowo przez Roba Trujillo i Mike'a Bordina.

"Diary of a Madman", pomimo swoich ewidentnych wad, jest najbardziej udanym albumem w solowej dyskografii Ozzy'ego Osbourne'a, gdyż jako jedyny zdradza ambicje wyjścia poza ciasne ramy heavy metalu (choć tylko w utworze tytułowym).

Ocena: 6/10



Ozzy Osbourne - "Diary of a Madman" (1981)

1. Over the Mountain; 2. Flying High Again; 3. You Can't Kill Rock'n'Roll; 4. Beliver; 5. Little Dolls; 6. Tonight; 7. S.A.T.O.; 8. Diary of a Madman

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Randy Rhoads - gitara; Bob Daisley - bass; Lee Kerslake - perkusja
Gościnnie: Johnny Cook - instr. klawiszowe
Producent: Max Norman, Ozzy Osbourne i Randy Rhoads


1 grudnia 2012

[Recenzja] Ozzy Osbourne - "Blizzard of Ozz" (1980)



Po wyrzuceniu z Black Sabbath, Ozzy Osbourne założył własny zespół, Blizzard of Ozz. W jego składzie znaleźli się basista Bob Daisley i klawiszowiec Don Airey, obaj znani przede wszystkim z Rainbow, perkusista Lee Kerslake, mający za sobą m.in. współpracę z Uriah Heep, a także gitarzysta Randy Rhoads z mniej znanego Quiet Riot. Projekt szybko przerodził się w solowy zespół Ozzy'ego, co miało zapewnić lepszą sprzedaż płyt i biletów na koncerty. Pierwotna nazwa jednak się nie zmarnowała - posłużyła za tytuł debiutanckiego albumu.

Na "Blizzard of Ozz" Osbourne zdecydowanie zrywa ze swoją przeszłością. Zamiast ciężkich i posępnych riffów, charakterystycznych dla Black Sabbath, zaproponował tutaj maksymalnie komercyjny, wygładzony brzmieniowo materiał, doskonale wpisujący się w ówczesną modę na heavy metal. Ozzy śpiewa tutaj zupełnie inaczej, starając się brzmieć bardziej melodyjnie, ale w ten sposób tylko demaskuje swój brak wokalnych umiejętności. Sekcja rytmiczna ogranicza się do prostego, pozbawionego choćby odrobiny finezji, a Rhoads jest typem gitarzysty stawiającego na szybkość i techniczne triki. Wiele do roboty nie miał natomiast Airey, który ogranicza się do ozdobników w kilku kawałkach.

Same kompozycje - podpisane nazwiskami Daisleya, Rhoadsa i Osbourne'a, choć wkład tego ostatniego był ponoć niewielki - są w znacznej części po prostu sztampowe i banalne ("Crazy Train", "Steal Away (the Night)" i najbardziej z nich trywialny "No Bones Movies"), a czasem nieznośnie ckliwe i kiczowate (ballada "Goodbye to Romance"). Najbardziej kuriozalnym kawałkiem jest chyba jednak "Revelation (Mother Earth)", składający się z dwóch części - balladowej, z koślawo prowadzoną melodią i płaczliwym śpiewem Ozzy'ego, oraz instrumentalnej, z pretensjonalnymi, niby-klasycyzującymi solówkami Rhoadsa i Aireya. Zupełnie niepotrzebny jest z kolei instrumentalny, akustyczny przerywnik "Dee", który absolutnie nic nie wnosi i kompletnie nie pasuje do całości. Nieco lepiej wypadają "I Don't Know" i "Suicide Solution" - odrobinę mocniejsze pod względem brzmieniowym i nie aż tak bardzo banalne pod względem melodycznym, jak wyżej wymienione kawałki. Jednak jedynym naprawdę udanym fragmentem longplaya jest "Mr Crowley" - z organowym wstępem w stylu starych filmów grozy, pełną pasji partią wokalną i niezłymi (choć momentami zbyt onanistycznymi) solówkami Rhoadsa.

"Blizzard of Ozz" to album skrojony pod komercyjny sukces, który zresztą faktycznie osiągnął - kosztem artystycznej wartości. Longplay skażony jest wszystkimi wadami ówczesnego heavy metalu, od plastikowego brzmienia, przez sztampowe kompozycje, po wykonanie z maksymalnie uproszczoną warstwą rytmiczną i pseudo-wirtuozerskimi popisami solowymi. 

W 2002 roku ukazało się kontrowersyjne wznowienie "Blizzard of Ozz", na którym oryginalne partie Daisleya i Kerslake'a zostały zastąpione nowymi partiami aktualnej sekcji rytmicznej Osbourne'a - Roberta Trujillo i Mike'a Bordina. Był to efekt konfliktu z byłymi muzykami, którym wokalista nie chciał płacić wynagrodzenia. Na późniejszych reedycjach przywrócono jednak oryginalne ścieżki.

Ocena: 5/10



Ozzy Osbourne - "Blizzard of Ozz" (1980)

1. I Don't Know; 2. Crazy Train; 3. Goodbye to Romance; 4. Dee; 5. Suicide Solution; 6. Mr Crowley; 7. No Bones Movies; 8. Revelation (Mother Earth); 9. Steal Away (the Night)

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Randy Rhoads - gitara; Bob Daisley - bass; Lee Kerslake - perkusja; Don Airey - instr. klawiszowe
Producent: Ozzy Osbourne, Randy Rhoads, Bob Daisley i Lee Kerslake


29 listopada 2012

[Recenzja] Dust - "Dust" (1971) / "Hard Attack" (1972)

Amerykańska grupa Dust to jeden z tych licznych zespołów, którym nie udało się zyskać popularności i słuch szybko o nich zaginął. No, prawie... W przeciwieństwie do członków wielu innych tego typu zespołów, muzycy Dust nie porzucili całkiem muzycznej kariery. Śpiewający gitarzysta Richie Wise i pełniący rolę tekściarza oraz producenta Kenny Kerner zdobyli pewną rozpoznawalność dzięki współpracy z grupą Kiss (byli producentami jej dwóch pierwszych albumów, "Kiss" i "Hotter Than Hell"). Z kolei basista Kenny Aaronson został muzykiem sesyjnym i ma na koncie współpracę m.in. z Edgarem Winterem, Joan Jett i Billym Idolem. Największą sławę zyskał jednak perkusista Marc Bell, który w 1978 roku dołączył do The Ramones, przyjmując nazwisko Marky Ramone. Dzięki tym późniejszym dokonaniom muzyków, twórczość Dust zaczęła cieszyć się pewnym uznaniem. 

Zespół pozostawił po sobie dwa albumy studyjne. Wydany w 1971 roku debiutancki Dust charakteryzuje się bardzo surowym brzmieniem, które jednak pasuje do wykonywanej muzyki - typowego dla tamtych czasów hard rocka, z małymi wyskokami w stronę blues rocka ("Goin' Easy") lub rock and rolla ("Loose Goose"). Czasem brzmienie wzbogacają partie gitary akustycznej ("Love Me Hard", "Often Shadows Felt"), ale dominuje ostrzejsze granie. Longplay niestety niczym nie zaskakuje i już w chwili wydania brzmiał bardzo wtórnie w stosunku do pionierów stylu. Wykonanie instrumentalne  jest po prostu poprawne, a wokal bywa drażniący. Największym problemem muzyków jest jednak brak kompozytorskich zdolności. Utwory są zupełnie przeciętne, słabe melodycznie (może z wyjątkiem ballady "Often Shadows Felt"), pozbawione rozpoznawalnych motywów. Może jedynie w prawie dziesięciominutowym "From a Dry Camel" pojawiają się jakieś przebłyski talentu, choć utwór jest zbyt monotonny i na siłę przedłużany powtarzaniem tych samych motywów.
Ocena: 5/10

Rok później zespół wydał swój kolejny album, zatytułowany "Hard Attack". Zwraca uwagę lepsze brzmienie. Ale co ważniejsze, muzycy nieco poprawili się jako kompozytorzy i wykonawcy, czego najlepszym przykładem otwierający longplay kawałek "Pull Away / So Many Times" (przypominający nieco Wishbone Ash), wyróżniający się całkiem chwytliwą melodią, niezłymi partiami instrumentalistów i nieco mniej oczywistą strukturą. Do lepszych momentów zaliczyć można jeszcze częściowo akustyczny "Walk in the Soft Rain", oraz ciężki "Suicide", w którym pojawia się nawet solo na basie. Niestety, całość jest bardzo niespójna. Poza tym, zbyt wiele tutaj mdłych ballad, czasem wręcz ocierających się o stylistykę country ("Thusly Spoken", "I Been Thinkin'", "How Many Horses") i koszmarków w rodzaju "Learning to Die" z pełną patosu partią wokalną, która zdaje się zwiastować power metal, oraz rażący niemal ramonesowym banałem "All in All". "Hard Attack" można zatem - w przeciwieństwie do debiutu - uznać za album przynajmniej momentami nowatorski. Lecz akurat w tym wypadku bycie prekursorem nie jest powodem do dumy, a prędzej do wstydu.
Ocena: 5/10



Dust - "Dust" (1971)

1. Stone Woman; 2. Chasin' Ladies; 3. Goin' Easy; 4. Love Me Hard; 5. From a Dry Camel; 6. Often Shadows Felt; 7. Loose Goose


Dust - "Hard Attack" (1972)

1. Pull Away / So Many Times; 2. Walk in the Soft Rain; 3. Thusly Spoken; 4. Learning to Die; 5. All in All; 6. I Been Thinkin'; 7. Ivory; 8. How Many Horses; 9. Suicide / Entranco

Skład: Richie Wise - wokal i gitara; Kenny Aaronson - bass; Marc Bell - perkusja
Producent: Kenny Kerner i Kenny Aaronson


28 listopada 2012

[Recenzja] East of Eden - "Mercator Projected" (1969)



Druga połowa lat 60. była niezwykle ciekawym okresem w muzyce rockowej. Pojawiło się wielu ambitnych twórców, których eksperymenty znacznie poszerzały ramy gatunku, tworząc nowe style. Nie wszyscy z nich zdobyli jednak należne uznanie. Do takich niedocenionych, dziś już zapomnianych wykonawców zaliczyć można brytyjską grupę East of Eden. Stało się tak pomimo obiecującego początku kariery (bardzo udane albumy "Mercator Projected" i "Snafu"), oraz zdobycia pewnej rozpoznawalności (dzięki przebojowemu singlowi "Jig-A-Jig", ale też za sprawą gościnnego występu lidera Dave'a Arbusa w utworze "Baba O' Riley" The Who).

Zawiniło wiele rzeczy. Na pewno zbyt liczna konkurencja i słaba promocja wytwórni (zespół zakontraktowany był w Deram Records - oddziale Decca Records, który słynął z małych nakładów albumów nowych wykonawców). Ale też sam zespół, który nie mógł utrzymać stałego składu, a wraz z kolejnymi zmianami, malała jakość jego muzyki. Problemem był też pewnie sam styl grupy, trudny do sklasyfikowania, co musiało rozzłościć krytyków.

Na debiutanckim albumie "Mercator Projected" zwraca uwagę bardzo bogate brzmienie, które oprócz podstawowego w rocku instrumentarium - gitara, bas i bębny - obejmuje także skrzypce, saksofon, flet, dudy, kalimbę, harmonijkę i klawisze, w tym syntezator (słyszalny przede wszystkim na początku "Communion"). Równie bogate są inspiracje zespołu - od rocka psychodelicznego, przez blues, folk i jazz, po muzykę arabską i klasyczną, a gdzieniegdzie pojawiają się też cięższe, hardrockowe riffy. W praktycznie każdym utworze muzycy mieszają przynajmniej kilka tych elementów, dzięki czemu całość brzmi bardzo oryginalnie i spójnie.

Zespół wypracował własny styl, dzięki czemu można znaleźć wspólny mianownik zarówno w tych bardziej energetycznych i przebojowych momentach albumu ("Northern Hemisphere", "Isadora"), tych bardziej stonowanych, z psychodelicznym klimatem (mocno orientalizujący "Waterways", oniryczny "Bathers"), jak i zakręconym instrumentalnym jamie "In the Stable of the Sphinx", który doskonale wieńczy i podsumowuje ten album. Nieco od całości odstaje tylko bardziej surowy brzmieniowo "Centaur Woman", o ewidentnie żartobliwym charakterze (za sprawą tekstu i odgłosu... spuszczanej wody w sedesie), ale też z fajnymi partiami bluesowej harmonijki i niezłą improwizacją z przesterowanym basem. Na brak różnorodności na pewno nie można narzekać.

"Mercator Projected" nie jest może wielkim dziełem, bo brakuje na nim czegoś naprawdę wybitnego. Ale z drugiej strony - to naprawdę dobrze skomponowany, świetnie zagrany i porządnie brzmiący, a przy tym całkiem oryginalny album. Dla miłośników muzyki z tamtych lat, którzy poznali już dobrze wszystkich znanych wykonawców - pozycja obowiązkowa.

Ocena: 8/10



East of Eden - "Mercator Projected" (1969)

1. Northern Hemisphere; 2. Isadora; 3. Waterways; 4. Centaur Woman; 5. Bathers; 6. Communion; 7. Moth; 8. In the Stable of the Sphinx

Skład: Geoff Nicholson - wokal i gitara; Dave Arbus - skrzypce, flet, saksofon, dudy; Ron Caines - saksofon, instr. klawiszowe, wokal (4); Steve York - bass, harmonijka, kalimba; Dave Dufont - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Noel Walker


23 listopada 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Celebration Day" (2012)



To był prawdziwie uroczysty dzień. 10 grudnia 2007 w londyńskiej O2 Arena odbył się pierwszy pełnowymiarowy koncert Led Zeppelin od niemal 30 lat, a więc od czasu śmierci Johna Bonhama i zawieszenia działalności zespołu. W międzyczasie pozostali żyjący muzycy - Robert Plant, Jimmy Page i John Paul Jones - kilkakrotnie pojawiali się razem na scenie w związku z różnymi wyjątkowymi okazjami (jak Live Aid w 1985 roku, albo wprowadzenie do Rock and Roll Hall of Fame równo dekadę później), były to jednak bardzo krótkie występy. Tym razem, po długich negocjacjach, zgodzili się zagrać dwugodzinny set. Powodem tej jednorazowej - jak podkreślają muzycy, z Plantem na czele - reaktywacji było zaproszenie na koncert poświęcony pamięci Ahmeta Erteguna - zmarłego rok wcześniej założyciela wytwórni Atlantic, który prawie cztery dekady wcześniej podpisał z zespołem jego pierwszy kontrakt.

Pięć lat po tym wydarzeniu, jego zapis zostaje wydany na albumie "Celebration Day". Ten niezwykle trafny tytuł pochodzi oczywiście od tytułu jednego z utworów zespołu. którego jednak na koncercie nie zagrano. Na setlistę złożyło się szesnaście utworów, pochodzących ze wszystkich albumów zespołu od debiutu do "Presence". W tym wielkie przeboje w rodzaju "Whole Lotta Love", "Rock and Roll", "Kashmir", "Dazed and Confused", "Since I've Been Loving You", czy - zagrany pomimo oporów Planta - "Stairway to Heaven". Ale też mniej oczywiste utwory, jak "Good Times, Bad Times", "In My Time of Dying", czy wręcz zagrane po raz pierwszy "Ramble On" i "For Your Life". Dla wszystkich uczestników koncertu (którym udało się kupić bilety w wyniku przeprowadzonego losowania) musiało to być niezapomniane przeżycie - usłyszeć te klasyczne kompozycje w wykonaniu trzech członków oryginalnego składu i syna czwartego, Jasona Bonhama.

Jednak nie oszukujmy się - płytowy zapis już tak ekscytujący nie jest (zarówno wersja audio z CD lub winyla, jak i filmowa z DVD lub Blu-ray). Te trzydzieści lat musiało się odbić na muzykach. To już nie są pełni energii młodzieńcy, a dawno mający za sobą najlepsze lata emeryci. Wokal Planta brzmi tutaj znacznie niżej, słychać też, że męczy się w wielu momentach, zwłaszcza tych najbardziej hardrockowych. Ze względu na jego aktualne możliwości, utwory zostały zagrane nieco inaczej - trochę wolniej, w innej tonacji. Ale brzmią też ciężej, nowocześniej - co w praktyce oznacza współczesny, skompresowany dźwięk. Który zwyczajnie męczy, szczególnie w tych bardziej dynamicznych momentach. Nie brakuje tu co prawda udanych momentów. Jest przecież bardzo klimatyczne wykonanie "No Quarter", przejmujący "Since I've Been Loving You", czy lekko rozbudowany "Dazed and Confued". Problem w tym, że nawet te utwory wypadają blado na tle studyjnych pierwowzorów i koncertowych wykonań z lat 70. Najbardziej rozczarowuje natomiast "Stairway to Heaven" z zagraną zupełnie od niechcenia końcówką - z wymuszonym wokalem Planta i kompletnie pozbawioną życia solówką Page'a.

Podczas konferencji prasowej promującej "Celebration Day", gitarzysta twierdził: Rzecz w tym, że utwory, które graliśmy, powiedzmy, w 1969 roku, z czasem się zmieniały, przeobrażały i w 1973 roku brzmiały już inaczej, a w 1975 jeszcze inaczej. Muzyka ulegała różnym mutacjom. Jeśli chodzi o ten koncert, myślę, że przedstawiliśmy właściwie definitywne wersje naszych kompozycji. Zdecydowanie nie są to jednak wersje, w jakich chcę pamiętać te utwory. I podejrzewam, że tak samo czują inni wielbiciele zespołu. "Celebration Day" to fajna pamiątka dla tych, którzy w koncercie uczestniczyli, ale dla wszystkich pozostałych będzie prawdopodobnie sporym rozczarowaniem. Zdecydowanie lepiej przypomnieć sobie jakąś koncertówkę z czasów świetności zespołu.

Ocena: 6/10



Led Zeppelin - "Celebration Day" (2012)

CD1: 1. Good Times, Bad Times; 2. Ramble On; 3. Black Dog; 4. In My Time of Dying; 5. For Your Life; 6. Trampled Under Foot; 7. Nobody's Fault But Mine; 8. No Quarter
CD2: 1. Since I've Been Loving You; 2. Dazed And Confused; 3. Stairway to Heaven; 4. The Song Remains The Same; 5. Misty Mountain Hop; 6. Kashmir; 7. Whole Lotta Love; 8. Rock and Roll

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka; Jimmy Page - gitara; John Paul Jones - bass, instr. klawiszowe; Jason Bonham - perkusja
Producent: Jimmy Page


22 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "TH1RT3EN" (2011)



"TH1RT3EN" to pierwszy od 10 lat album Megadeth nagrany z współzałożycielem grupy, basistą Davidem Ellefonem. Jak sugeruje tytuł i liczba utworów, jest to już trzynasty studyjny album zespołu. Powstał jednak  w niezbyt twórczym okresie - Mustaine po raz pierwszy w karierze dopuścił producenta do współkomponowania utworów (pseudonim Johny'ego K widnieje aż przy sześciu kawałkach). W dodatku znalazły się tu trzy starsze, nagrane na nowo kompozycje: "New World Order" i "Millennium of the Blind" powstały jeszcze w okresie "Countdown to Extinction" i trafiły jako bonusy na reedycję "Youthanasii"; z kolei "Black Swan" to odrzut z "United Abdominations" (trafił na limitowaną edycję tego albumu).

Rozczarowanie przynosi "New World Order" - wielkiej różnicy w porównaniu z wersją oryginalną nie ma, dlatego należy go uznać za zwykły wypełniacz. "Black Swan" - podobnie. Tyle, że w tym wypadku nowa wersja wypada słabiej, z powodu dodatkowych solówek, które zasłaniają główny riff. Zyskał natomiast "Millennium of the Blind", który z dwuipółminutowego demo z recytacją Mustaine'a, przerodził w niemal dwukrotnie dłuższy, pełnowartościowy utwór, z ciekawszą partią wokalną. Wykorzystania tych wykopalisk nie da się wytłumaczyć słabą jakością nowego materiału - ten jest zaskakująco udany. Pierwsze sześć utworów to właściwie przebój za przebojem! Takiej serii chwytliwych refrenów próżno było szukać na albumach Megadeth od czasu "Cryptic Writings". Pod względem muzycznym jest oczywiście znacznie mocniej, niż na tamtym albumie, ale "Sudden Death", "Public Enemy No. 1" i pozostałe kawałki spokojnie mogłyby podbić każdą rozgłośnie radiową ukierunkowaną na muzykę rockową.

Umieszczone pomiędzy starszymi utworami "Fast Lane" i "Wrecker" ani nie zachwycają, ani nie zniechęcają. Ot, poprawne utwory, o których szybko się zapomni. Co innego "Deadly Nightshade", to jeden z najmocniejszych punktów albumu. Podobnie jak zamykający album, tytułowy "13", w którym jednak nie do końca przekonuje niski wokal Rudego w spokojniejszych fragmentach. Ogólnie jednak wyszedł całkiem niezły longplay, który śmiało mogę nazwać Najlepszym Albumem 2011 - przynajmniej w kategorii rock/metal.

Ocena: 7/10



Megadeth - "TH1RT3EN" (2011)

1. Sudden Death; 2. Public Enemy No. 1; 3. Whose Life (Is It Anyways?); 4. We the People; 5. Guns, Drugs, & Money; 6. Never Dead; 7. New World Order; 8. Fast Lane; 9. Black Swan; 10. Wrecker; 11. Millennium of the Blind; 12. Deadly Nightshade; 13. 13

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Chris Broderick - gitara; Dave Ellefson - bass; Shawn Drover - perkusja
Producent: Johnny K i Dave Mustaine


21 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Endgame" (2009)



W końcu udało się Dave'owi Mustaine i jego Megadeth nagrać solidny, prawdziwie thrash metalowy album. Instrumentalny "Dialectic Chaos" to świetne wprowadzenie i zarazem jeden z najlepszych otwieraczy na płytach tego zespołu. "Engame" zdominowany jest przez ciężkie riffowanie (np. "This Day We Fight!", "1,320", "Head Crusher"), któremu często jednak towarzyszą melodyjne partie wokalne (np. "44 Minutes", "Bodies", "The Right to Go Insane"). Urozmaiceniem albumu są akustyczne fragmenty półballadowego "The Hardest Part of Letting Go... Sealed With a Kiss". W większości utworów uwagę przyciągają solówki nowego gitarzysty, Chrisa Brodericka. Nawet jeśli "Endgame" nie przyniósł grupie żadnego przeboju (chociaż "Head Crusher" był nominowany do nagrody Grammy), to stanowi najbardziej równą całość  co najmniej od czasu "Youthanasii".

Ocena: 7/10



Megadeth - "Endgame" (2009)

1. Dialectic Chaos; 2. This Day We Fight!; 3. 44 Minutes; 4. 1,320; 5. Bite the Hand; 6. Bodies; 7. Endgame; 8. The Hardest Part of Letting Go... Sealed With a Kiss; 9. Head Crusher; 10. How the Story Ends; 11. The Right to Go Insane

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Chris Broderick - gitara; James LoMenzo - bass; Shawn Drover - perkusja
Gościnnie: Mark Newby-Robson - instr. klawiszowe
Producent: Dave Mustaine i Andy Sneap


20 listopada 2012

[Recenzja] The Doors - "Live at the Bowl '68" (2012)



"Live at the Bowl '68" to zapis koncertu The Doors, który odbył się 5 lipca 1968 (jak podkreślają wszystkie materiały promocyjne - dzień po amerykańskim Dniu Niepodległości), w kalifornijskim amfiteatrze Hollywood Bowl. Nie jest to pierwsze oficjalne wydawnictwo zawierające ten materiał. Już w 1987 roku fragmenty koncertu ukazały się na winylowym albumie "Live at the Hollywood Bowl", a nosząca ten sam tytuł kaseta VHS zawierała niemal kompletny zapis występu - jednak z powodu uszkodzonego zapisu pominięte zostały utwory "The WASP (Texas Radio and the Big Beat)" i "Hello, I Love You", a "Spanish Caravan" pojawił się tylko we fragmencie. DVD "The Doors - Collection" z 1999 roku, zawierające m.in. właśnie ten koncert, nic w tej kwestii nie zmieniło. Dopiero dzięki współczesnej technice odzyskano uszkodzone fragmenty, dzięki czemu fani The Doors mogą w końcu cieszyć się pełnym zapisem tego koncertu. Radość tym większa, że "Live at the Bowl '68" ukazał się zarówno na płycie CD, jak i DVD.

Koncert ten jest uznawany za jeden z najlepszych - a nawet najlepszy - występów grupy. Zresztą słowo "koncert" nie oddaje atmosfery tego występu, lepiej pasowałoby określenie "ceremonia". Muzycy grają jakby byli w transie (i zapewne byli - narkotykowym), a wydobywane przez nich z instrumentów dźwięki mogą spowodować ten sam stan u słuchaczy ("When the Music's Over", "Light My Fire", "The End"). Mistrzem ceremonii jest oczywiście Jim Morrison, posiadający nie tylko wspaniały głos, ale też wszystkie cechy potrzebne by stać się idealnym frontmanem grupy rockowej. Grupy, która była wtedy u szczytu swojej popularności. Tuż po wydaniu trzeciego albumu, "Waiting for the Sun", i sukcesie promującego go singla "Hello, I Love You", który jako drugi (po "Light My Fire") i ostatni z utworów The Doors osiągnął pierwsze miejsce na amerykańskiej liście singlowych bestsellerów.

Repertuar koncertu nie składał się jednak z samych hitów. Grupa sięgnęła także po mniej znane utwory, jak świetny "Spanish Caravan", "Five to One", czy "The WASP (Texas Radio and the Big Beat)", który dopiero trzy lata później trafił na album studyjny ("L.A. Woman"). Poza tym są tu fragmenty utworu "Celebration of the Lizard", który miał wypełnić całą jedną stronę "Waiting for the Sun", jednak sprzeciwił się temu producent, Paul A. Rothchild. Na tamten album trafiła jedynie część zatytułowana "Not to Touch the Earth", natomiast na "Live at the Bowl '68" możemy posłuchać kolejnych trzech: "A Little Game", "The Hill Dwellers" oraz "Wake Up!". Ponadto zespół wykonał przeróbki "Alabama Song (Whiskey Bar)" Bertolta Brechta i "Back Door Man" Howlin' Wolfa, które zresztą umieścił już na swoim debiutanckim albumie, "The Doors".

"Live at the Bowl '68" to dobrze brzmiący zapis świetnego koncertu. Śmiało można go postawić obok wydanego jeszcze w czasach funkcjonowania grupy "Absolutely Live" z 1970 roku. Pod względem repertuarowym jest nawet jeszcze lepiej, niż na tamtej legendarnej, przełomowej w kwestii realizacji, koncertówce. Najlepiej mieć jednak oba wydawnictwa, bo - mimo kilku repertuarowych powtórek - idealnie się uzupełniają.

Ocena: 8/10



The Doors - "Live at the Bowl '68" (1987/2012)

1987: Wake Up!; 2. Light My Fire; 3. The Unknown Soldier; 4. A Little Game; 5. The Hill Dwellers; 6. Spanish Caravan (fragment); 7. Light My Fire (fragment)

2012: 1. Intro; 2. When the Music's Over; 3. Alabama Song (Whiskey Bar); 4. Back Door Man; 5. Five to One; 6. Back Door Man (Reprise); 7. The WASP (Texas Radio and the Big Beat); 8. Hello, I Love You; 9. Moonlight Drive; 10. Horse Latitudes; 11. A Little Game; 12. The Hill Dwellers; 13. Spanish Caravan; 14. Wake Up!; 15. Light My Fire; 16. The Unknown Soldier; 17. The End

Skład: Jim Morrison - wokal, instr. perkusyjne; Ray Manzarek - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Robby Krieger - gitara; John Densmore - perkusja
Producent: Bruce Botnick

Po prawej: okładka wersji z 1987 roku.


19 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "United Abominations" (2007)



Megadeth znów stał się zespołem, jednak "United Abomination" nie jest albumem szczególnie interesującym. Intryguje akustyczny wstęp "Sleepwalker", kilka utworów ma całkiem niezłe melodie ("Washington Is Next!", "Gears of War"), ale jedynym naprawdę godnym polecenia kawałkiem jest wydany na singlu, bardzo chwytliwy "Never Walk Alone... A Call to Arms". Reszta albumu prezentuje zaskakująco niski poziom pod względem kompozytorskim. Totalnym nieporozumieniem jest nowa wersja "A Tout le Monde" z "Youthanasii". Nagrywanie na nowo hitu sprzed kilkunastu lat samo w sobie wydaje się bezsensowne, a w tym przypadku ponadto nowa wersja jest znacznie słabsza od oryginalnej! O komercyjnych intencjach Mustaine'a świadczy wokalny współudział Cristiny Scabbii z popularnej wówczas grupy Lacuna Coil. Jednak ani ten utwór, ani cały album, sukcesu komercyjnego nie odniósł. I trudno się temu dziwić.

Fani, którzy zakupili album przedpremierowo, otrzymali wydanie wzbogacone o świetny utwór "Black Swan" - ciężko zrozumieć jego brak na podstawowej wersji "United Abomination", bo jest ciekawszy od wszystkich zamieszonych tu utworów, może tylko z wyjątkiem "Never Walk Alone...". Uprzywilejowani zostali także Japończycy, ich wydanie zostało jednak wzbogacone o inny utwór - przeróbkę "Out on the Tiles" z repertuaru Led Zeppelin. Całkiem niezłą, chociaż sam utwór nie należy przecież do najlepszych w dorobku Sterowców.

Ocena: 4/10



Megadeth - "United Abominations" (2007)

1. Sleepwalker; 2. Washington Is Next!; 3. Never Walk Alone... A Call to Arms; 4. United Abominations; 5. Gears of War; 6. Blessed Are the Dead; 7. Play for Blood; 8. A Tout le Monde (Set Me Free); 9. Amerikhastan; 10. You're Dead; 11. Burnt Ice

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Glen Drover - gitara; James LoMenzo - bass; Shawn Drover - perkusja
Gościnnie: Axel Mackenrott - instr. klawiszowe; Cristina Scabbia - wokal (8)
Producent: Dave Mustaine, Jeff Balding i Andy Sneap


18 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "The System Has Failed" (2004)



To miał być solowy album Dave'a Mustaine'a. Ostatecznie został wydany pod szyldem Megadeth, ale towarzyszący Rudemu muzycy - w tym gitarzysta Chris Poland, znany z dwóch pierwszych albumów grupy -  mają status gości. Pod względem muzycznym niespodzianek nie ma, "The System Has Failed" to kolejny po "The World Needs a Hero" krok ku powrotowi do thrash metalowych brzmień. Jest znacznie mocniej niż na poprzednim albumie, ale jednocześnie więcej tu momentów chwytliwych ("Die Dead Enough", "Kick the Chair", "Back in the Day", "Truth Be Told", "Of Mice and Men"). Najbardziej wyróżniającym się utworem jest "The Scorpion", w którym metalowe riffowanie przerywane jest brzmiącymi progresywnie fragmentami z tykaniem zegara. Wrażenie robi także zakończenie "Back in the Day". Obowiązkowe słabsze momenty albumu to "Blackmail the Universe" oraz dwa przerywniki, "I Know Jack" i "Shadow of Deth"; zaś do średniaków zaliczają się "Tears in a Vial" i "My Kingdom". Reszta albumu jak najbardziej udana.

Ocena: 7/10



Megadeth - "The System Has Failed" (2004)

1. Blackmail the Universe; 2. Die Dead Enough; 3. Kick the Chair; 4. The Scorpion; 5. Tears in a Vial; 6. I Know Jack; 7. Back in the Day; 8. Something That I'm Not; 9. Truth Be Told; 10. Of Mice and Men; 11. Shadow of Deth; 12. My Kingdom

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara
Gościnnie: Chris Poland - gitara; Jimmie Lee Sloas - bass; Vinnie Colaiuta - perkusja; Tim Akers - instr. klawiszowe; Charlie Judge - instr. klawiszowe
Producent: Dave Mustaine i Jeff Balding


17 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "The World Needs a Hero" (2001)



Po tak dziwnym albumie jak "Risk", Mustaine postanowił wrócić do mocniejszego brzmienia. "The Worlds Needs a Hero" nie jest co prawda w pełni udanym powrotem na metalową scenę, ale zawiera kilka świetnych utworów. Przede wszystkim otwierający go "Disconnect", oparty na mocnym, monotonnym riffie, ze świetnymi solówkami nowego gitarzysty, Ala Pitrelli. To najjaśniejszy punkt albumu, ale prawie równie solidnie wypadają "1000 Times Goodbye", "Dread and the Fugitive Mind" (obecny już rok wcześniej na  kompilacji "Capitol Punishment"), oraz "Return to Hangar" (nawiązujący oczywiście do "Hangar 18" z "Rust in Peace"). Podobać może się także dość łagodna ballada "Promises" z chwytliwym refrenem. Podobnie jak instrumentalny "Silent Scorn" z zaskakującą partią... trąbki. Słabsze momenty albumu to np. singlowy "Moto Psycho", przegadany "Recipe for Hate... Warhorse", przede wszystkim zaś dziwny utwór tytułowy. Zamykający album hołd dla Diamond Head (stąd podobieństwo do "Am I Evil?") w postaci 9-minutowego "When" wypada raczej średnio.

Ocena: 5/10



Megadeth - "The World Needs a Hero" (2001)

1. Disconnect; 2. The World Needs a Hero; 3. Moto Psycho; 4. 1000 Times Goodbye; 5. Burning Bridges; 6. Promises; 7. Recipe for Hate... Warhorse; 8. Losing My Senses; 9. Dread and the Fugitive Mind; 10. Silent Scorn; 11. Return to Hangar; 12. When

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Al Pitrelli - gitara; Dave Ellefson - bass; Jimmy DeGrasso - perkusja
Gościnnie: Bob Findley - trąbka (10)
Producent: Bill Kennedy i Dave Mustaine


16 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Risk" (1999)



Eksperymenty z łagodniejszą muzyką na poprzednich albumach zespołu Rudego Dave'a dawały bardzo ciekawe rezultaty. "Risk" niestety przekroczył granicę dobrego smaku. Mówiąc krótko, ten album to po prostu kicz i tandeta. Flirt z brzmieniami elektronicznymi i dyskotekowa rytmika w "Insomnia" już od pierwszych sekund zniechęcają do tego albumu. Jeszcze bardziej tandetne są plastikowe "Crush 'em" i "Ecstasy". Całkiem znośny byłby "Breadline", gdyby nie zbyt przekombinowany popowy refren. O wiele lepiej prezentuje się również popowy, ale trochę ostrzejszy, "I'll Be There". 

Zespół najbardziej poległ próbując stworzyć coś w dawnym stylu - "Prince of Darkness" ma kilka niezłych riffów, ale jako całość nudzi, zwłaszcza początkowa deklamacja Mustaine'a trwająca zdecydowanie zbyt długo. Na "Risk" są tez - nieliczne - bardziej udane momenty: mroczny "The Doctor Is Calling", wspomniany "I'll Be There", chwytliwy "Wanderlust", a zwłaszcza akustyczny, przejmujący "Time: The Beginning".

Limitowana edycja zawierała dodatkową płytę, zatytułowaną "No Risk Disc", na której znalazło się sześć starszych utworów - po jednym z każdego albumu, poza debiutem ("Peace Sells" , "In My Darkest Hour", "Holy Wars... The Punishment Due", "Symphony of Destruction", "A Tout le Monde" i "Use the Man"). Najwidoczniej już w chwili wydania "Risk", zespół był świadomy słabego poziomu nowego materiału i postanowiono uratować go w taki, niewyszukany sposób.

Ocena: 2/10



Megadeth - "Risk" (1999)

1. Insomnia; 2. Prince of Darkness; 3. Enter the Arena; 4. Crush 'em; 5. Breadline; 6. The Doctor Is Calling; 7. I'll Be There; 8. Wanderlust; 9. Ecstasy; 10. Seven; 11. Time: The Beginning; 12. Time: The End

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Marty Friedman - gitara; Dave Ellefson - bass; Jimmy DeGrasso - perkusja
Producent: Dann Huff i Dave Mustaine


15 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Cryptic Writings" (1997)



Tym albumem Megadeth oddalił się od metalu, a przybliżył do rocka. Dużo tutaj utworów o bardziej piosenkowym, przyjaznym radiu charakterze. W przeciwieństwie jednak do Metalliki, która w tamtym czasie zdecydowała się na podobny krok, grupa Dave'a Mustaine'a w takim obliczu prezentuje się bardzo przekonująco. Po prostu naturalnie. Takie utwory, jak "I'll Get Even", "Almost Honest", czy "Use the Man" to fantastyczny materiał na rockowe przeboje. Najbardziej błyszczą tutaj jednak dwie kompozycje, w których ową przebojowość udało się połączyć z nieco cięższym brzmieniem i nieoczywistymi rozwiązaniami aranżacyjnymi. Mowa oczywiście o nieco progresywnym "Trust", z perkusyjnym wstępem i hiszpańską wstawką na gitarze akustycznej, oraz orientalizującym "A Secret Place", wzbogaconym o brzmienie sitaru, na którym zagrał sam Mustaine. Świetnie wypada także "Have Cool, Will Travel", gdzie gitarowy ciężar został uzupełniony bluesową harmonijką, a także łagodnymi, chwytliwymi refrenami. Z kolei takie utwory, jak "Sin", "She-Wolf", czy "Vortex", wcale nie odbiegają daleko od tego, co grupa prezentowała na dwóch poprzednich albumach. Nieco thrashowej agresji pojawia w finałowym "FFF", choć utwór sprawia raczej wrażenie celowej parodii tego stylu.

"Cryptic Writings" to album zupełnie inny od tego, co grupa proponowała wcześniej, co bynajmniej nie znaczy, że gorszy. Megadeth doskonale odnalazł się w takim lżejszym graniu. Pod względem melodyjności jest to zdecydowanie najlepszy album zespołu. Całość wydaje się jednak odrobinę za długa - spokojnie można by pominąć nie wnoszące nic do niej utwory "Mastermind" i "The Disintegrators".

Ocena: 8/10



Megadeth - "Cryptic Writings" (1997)

1. Trust; 2. Almost Honest; 3. Use the Man; 4. Mastermind; 5. The Disintegrators; 6. I'll Get Even; 7. Sin; 8. A Secret Place; 9. Have Cool, Will Travel; 10. She-Wolf; 11. Vortex; 12. FFF

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara, sitar (8); Marty Friedman - gitara; Dave Ellefson - bass, dodatkowy wokal; Nick Menza - perkusja
Producent: Dave Mustaine i Mike Clink


14 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Hidden Treasures" EP (1995)



Chociaż "Hidden Treasure" jest zakwalifikowany jako EPka, to ilość, a zwłaszcza jakość zawartego tu materiału sprawia, że można traktować ją na równi z albumami studyjnymi. Wersja podstawowa zawiera 8 utworów zarejestrowanych w latach 1989-94, wcześniej dostępnych na różnych soundtrackach, kompilacjach lub stronach B singli. Wersja limitowana i reedycja zawiera ponadto cztery dodatkowe utwory: "A Tout le Monde" (w identycznej wersji jak na albumie "Youthanasia"), a także trzy demówki nagrane w okresie poprzedzającym album "Countdown to Extinction" ("Symphony of Destruction", "Architecture of Aggression" i dokończony dopiero wiele lat później - podczas sesji "Th1rt3en" z 2011 roku - "New World Order").

O poziomie tego wydawnictwa decydują jednak utwory z podstawowego wydania. Najbardziej wyróżnia się "Angry Again", zawierający jeden z najbardziej chwytliwych refrenów grupy. Równie udany jest "Diadems" - z początku balladowy, później ciężki, nieco w stylu Black Sabbath. "Breakpoint", "99 Ways to Die" oraz (nawiązujący do metallikowego "Enter Sandman") "Go to Hell" - też świetne. Najsłabiej prezentują się przeróbki innych wykonawców, zbyt podobne do wersji oryginalnych ("No More Mr. Nice Guy" Alice Coopera, "Paranoid" Black Sabbath" i "Problems" Sex Pistols). W sumie jednak "Hidden Treasures" to coś więcej niż tylko zbiór niealbumowych ciekawostek.

Ocena: 7/10



Megadeth - "Hidden Treasures" (1995)

1. No More Mr. Nice Guy; 2. Breakpoint; 3. Go to Hell; 4. Angry Again; 5. 99 Ways to Die; 6. Paranoid; 7. Diadems; 8. Problems

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Marty Friedman - gitara; Dave Ellefson - bass; Nick Menza - perkusja
Producent: Dave Mustaine i Max Norman


13 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Youthanasia" (1994)



"Youthanasia" to kolejny krok Megadeth  ku bardziej przystępnej muzyce. Już w rozpoczynającym całość "Reckoning Day" obok ciężkich riffów pojawia się melodyjna partia wokalna, a nawet spokojne przejście w połowie. W "Train of Consequences" jest podobnie, a smaczkiem jest tutaj zakończenie z... harmonijką w tle. Instrument ten na jeszcze szerszą skalę wykorzystano w "Elysian Fields", w którym pojawia się harmonijkowe solo, nadające nieco bluesowego charakteru. Naprawdę świetny - i oryginalny w tym typie muzyki - pomysł. Czymś zupełnie nowym w repertuarze grupy jest także utwór "A Tout le Monde" - to już zdecydowanie łagodniejsze granie, momentami niemal zahaczające o pop, co jednak nie jest zarzutem, bo zespół fantastycznie sobie poradził również w takiej stylistyce. Chwytliwych melodii nie brakuje także w kilku mocniejszych kawałkach, jak "Addicted to Chaos", "Blood of Heroes", "Family Tree", czy - najlepszym, najbardziej przebojowym z nich - "I Thought I Knew It All". Więcej ciężaru przynoszą natomiast "The Killing Road", tytułowy "Youthanasia", "Black Curtains", oraz najbardziej agresywny, rozpędzony "Victory".

"Youthanasia" to bardzo ciekawe rozwinięcie kierunku, jaki grupa obrała na "Countdown to Extinction". Muzycy położyli tu jeszcze większy nacisk na zapamiętywalne melodie, nie obawiali się radykalnych - jak na wykonywaną przez siebie muzykę - eksperymentów ("A Tout le Monde", "Elysian Fields"), ale nie zapomnieli o dołożeniu odpowiedniej dawki ciężaru. Jeżeli już do czegoś musiałbym się przyczepić, to byłaby to długość (album nic nie straciłby na braku mniej wyrazistego "Black Curtains").

Ocena: 8/10



Megadeth - "Youthanasia" (1994)

1. Reckoning Day; 2. Train of Consequences; 3. Addicted to Chaos; 4. A Tout le Monde; 5. Elysian Fields; 6. The Killing Road; 7. Blood of Heroes; 8. Family Tree; 9. Youthanasia; 10. I Thought I Knew It All; 11. Black Curtains; 12. Victory

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Marty Friedman - gitara; Dave Ellefson - bass; Nick Menza - perkusja
Gościnnie: Jimmie Wood - harmonijka (2,5)
Producent: Dave Mustaine i Max Norman